Brygada Kryzys – Brygada Kryzys

Brygada Kryzys – Brygada Kryzys
1982/1999 – Tonpress/Koch International

Kolejna polska perełka muzyki lat 80-tych. Płyta wydana w 1982 roku przez Tonpress (w czasie trwania stanu wojennego) przynosi dziewięć  utworów ze słynną „Centralą” na czele. Pulsujący, transowy rytm, zaangażowane teksty, to wszystko sprawiło, że longplay stał się manifestem polskiej nowej fali, źródłem, do którego wszyscy muzycy grający punk lub nową falę wracają. Zresztą chyba w ogóle nie można grać w Polsce rocka nie znając tej płyty. Album został nagrany niemalże przypadkiem. Na początku 1982 roku otwarto nowe studio nagraniowe Tonpressu i Brygadę Kryzys zaproszono jako jego „testera”. Stąd może uzyskane ciekawe brzmienie płyty . Album wytłoczono w 200 tysiącach egzemplarzy (to był czas wielkiej popularności rocka w Polsce), ale cześć nakładu została zniszczona zanim trafiła do półek sklepowych – na mocy decyzji politycznej. Muzyka grupy została uznana za niewłaściwą, za nośnik niebezpiecznych treści. Zresztą jeśli ktoś wsłucha się w tekst rozpoczynającej płytę „Centrali”…

Pierwsza strona  analogowego longplaya to cztery kompozycje śpiewane przez Tomka Lipińskiego po polsku („Centrala”; krótki punkowy „Radioaktywny blok”, „Nie ma nic” oraz „Przestań śnić”). Druga strona przynosi pięć nagrań z tekstami po angielsku. W przeciwieństwie do prób innych polskich zespołów z lat 80-tych (TSA, Maanam, Lady Pank) zabieg dokonany przez Brygadę Kryzys wpłynął korzystnie na brzmienie płyty. Drugą stronę  otwiera hipnotyczny „The Real One”, później jest „Traveling Stranger” bardziej rockowy ; „Except One”, krótki, szybki, punkowy; „Ganja” – tutaj Brygada weszła na ścieżkę reggae i na koniec „Fallen, Fallen is Babylon”. Dynamiczny, zakończony jednym wielkim zgiełkiem, w którym słychać saksofon, gitary i perkusję. Saksofon jest zresztą obecny również w innych utworach na płycie, co dodatkowo wpływa na oryginalność brzmienia „Czarnej Brygady”. Obok „Nowej Aleksandrii”, to najlepsza polska płyta jaką kiedykolwiek słyszałem. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka i nie tylko. [10/10]

Andrzej Korasiewicz
23.11.2001

The Cure – Disintegration

The Cure – Disintegration
1989 – Elektra

Dla mnie zdecydowanie najpiękniejsza płyta The Cure. Zespołu chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Robert Smith wraz z kolegami po wydaniu w 1982 roku „Porpnography” przez wielu ( w tym piszącego te słowa) uważanej za najlepszą płytę The Cure , przeżywał kryzys psychiczny, z którego starał się usilnie wydobyć. Efektem tego było nagranie kilku bardziej przebojowych piosenek takich jak „Love Cats” czy „Caterpillar”. Kolejne płyty po „Pornography” były próbami wyjścia poza schemat narzucony sobie w pierwszym okresie działalności The Cure. Płyty „The Top” (1984) oraz „The Head on the door” (1985) nie były do końca udane. Już jednak wydana w 1987 roku „Kiss me kiss me kiss me” była zapowiedzią tego, że Robertowi Smithowi udało się wypracować nową formułę muzyczną. Po takiej płycie jak „Pornography” nie można było już nagrać niczego lepszego w ramach podobnej stylistyki. „Disintegration” , który ukazał się w 1989 roku był prawdziwym objawieniem. Fani nie mogli wyjść z zachwytów nad tą płytą. Podobała się ona zarówno starym sympatykom The Cure ale zdobyła też nowych. Co więcej The Cure odniósł również sukces komercyjny. Najpopularniejszy był oczywiście w Polsce. Utwory „Lullaby”, „Love song” , „Pictures of You” były numerami jeden na liście przebojów programu trzeciego i co więcej, okupowały tą pozycję przez wiele tygodni. The Cure był po prostu słuchany przez wszystkich- również przez całkiem przeciętnych „słuchaczy” popu i rocka. Obok Depeche Mode był najpopularniejszym zespołem na przełomie lat 80/90 w Polsce. Oprócz utworów, które odniosły sukces komercyjny na płycie znajduje się jedna perełka. Utwór , który na zawsze pozostaje w pamięci , do którego można wracać wiecznie i nigdy się nie nudzi. To jest nagranie „The Same Deep Water as You”. Dla mnie to najpiękniejszy utwór w całej twórczości The Cure. Trudno mi opisać słowami jak bardzo piękny. Tego trzeba po prostu posłuchać i zanurzyć się wraz z Robertem Smithem w strugach deszczu…a później zostaje już tylko zdezintegrować się przesłuchując całą płytę. Czego wszystkim serdecznie życzę. [10/10]

Andrzej Korasiewicz
23.11.2001