Massiv In Mensch – Belastendes Material

Massiv In Mensch – Belastendes Material
2000 – Wire Production

Płytka już sprzed prawie dwu lat ale ja poznałem ją całkiem niedawno. No i słucham jej ostatnio bardzo często. By nie rzec za często. Za często, bo w samej rzeczy Massiv In Mensch to kolejny zespół niemiecki nie wnoszący nic nowego do EBM-u. Na płytę składa się muzyka o jakże znanych i dla wielu do bólu już osłuchanych schematach. Dla mnie jednak ta płyta nie jest bolesna. Co więcej. Dla mnie to raczej rozkosz, niż ból ( nie jestem masochistą). Każdy gatunek muzyki ma swoją fazę rozwojową i fazę powielania znanych już patentów i schematów. EBM wszedł w tą drugą fazę. Prochu w tej muzyce już się nie wymyśli. Na nowatorstwo nie ma co liczyć. Co więc pozostaje ? Pozostaje albo odejść od słuchania EBM-u albo potraktować ten gatunek jako kolejną część składową kultury masowej. Przyszłość EBM-u może więc być jeszcze gorsza. Może już wkrótce pojawi się jakiś EBM-owy odpowiednik Ich Troje ? A może już jest ? Nie wiem. Wiem na pewno, że Massiv In Mensch nie jest takim zespołem. Co można powiedzieć o tej płycie ? Zaczyna się bardzo dobrze. „Offensivschock” to dynamiczny utwór, mocny bit, przesterowany, ponury wokal przy tym bardzo melodyjny. Kolejne utwory są do siebie bardzo podobne. Pojawia się w nich też żeński back-vokal podobny do L’ame Immortelle, co może jednych denerwować innym się za to spodoba. Oprócz utworu rozpoczynającego płytę wyróżniłbym jeszcze „Morsch”. Jak same tytuły wskazują zespół śpiewa po niemiecku, co znowu może być dla jednych denerwujące a innym może się podobać. Mnie się podoba, jak wszystkie inne niemieckie zaśpiewy industrialno-gotyckie z Lacrimosą włącznie :). Reasumując. Płyta spodoba się fanom L’ame Immortelle, Dust of Basement i Flesh Field. Massiv In Mensch jest mocniejszy od Dust of Basement i słabszy od Flesh Field. Tak mógłbym to podsumować. Dla mnie czwórka z plusem w tej kategorii. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
27.01.2002

Valles Lacrimarum – A Piece of Snail Existence On The Vetical Street in Hell

Valles Lacrimarum – A Piece of Snail Existence On The Vetical Street in Hell

2002 Beast of Prey

Przyznam, że nie mam wiele do powiedzenia o tej muzyce a na pewno nic dobrego. Ograniczę się więc głównie do wyłuszczenia zarzutów wobec muzyki Valles Lacrimarum. Przede wszystkim z płyty „A Piece of Snails Existence On The Vetical Street in Hell” wieje nudą, infantylizmem i pretensjonalnością. Muzyka polskiego projektu Valles Lacrimarum próbuje nawiązać do dokonań modnych obecnie gotycko-elektronicznych przedstawicieli sceny dark independent ale moim zdaniem jej się to nie udaje. Infantylne melodyjki nieudolnie naśladują Die Form, schematyczny patos i pretensjonalne tytuły poszczególnych utworów śmieszą (spójrzecie na długaśny tytył płyty). Nieciekawy wokal (jakiś taki zblazowany, bez większej inwencji i zaangażowania w przekaz) nie zachęca do słuchania całego albumu (na który składa sie 12 kompozycji) i słusznie, bo w dalszej części zwyczajnie wieje nudą. Wyraźny jest brak pomysłów na poszczególne kompozycje. Twórca projektu przypuszcza, że samo nawiązanie do modnej stylistyki i schematyczne wykorzystanie kilku patentów wystarczy, by nagrać dobrą (lub przynajmniej solidną) płytę. Niestety tak nie jest. Muzyka Valles Lacrimarum jest moim zdaniem po prostu nieciekawa, nieinteresująca i drażniąca swoją pretensjonalnościa i bezpłciowościa. Taka jest moja ocena. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że płyta może spodobać się fanom ostatnich (elektronicznych) dokonań Artrosis i Theatre of Tragedy. Dla mnie jedyny w miarę strawny utwór na płycie to „Nowhere to fly” (nr 7). I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć tą niezbyt przychylną ocenę twórczości Valles Lacrimorum jednoczęśnie apelując do twórcy, by nie brał się za robienie muzyki, której do końca nie czuje. [4/10]

23.01.2003
Andrzej Korasiewicz

Republika – nowe Nowe Sytuacje

Republika – nowe Nowe Sytuacje
1982/2001  Polton/Pomaton EMI

W chwili kiedy piszę tę recenzję nie ma już z nami lidera Republiki. Nie ma też Republiki. Muzycy zapowiedzieli, że nie będą nagrywać pod starą nazwą. Jednak została po tym bardzo zasłużonym dla polskiego rocka zespole muzyka. „Tylko”, bądź, „aż” muzyka. Dla mnie zdecydowanie to drugie. Nie pozostaje więc nic innego jak słuchać Republiki i przypominać sobie jej kolejne płyty. Na szczęście zespół postanowił krok po kroku wznawiać stare wydawnictwa. Na pierwszy ogień poszedł debiutancki krążek torunian. „Nowe sytuacje” to płyta klasyczna. Absolutna perła polskiej muzyki rockowej i jedna z najbardziej wartościowych płyt jakie zostały nagrane przez polskich muzyków rockowych w ogóle. Co więcej. W chwili kiedy ten longplay ukazał się na winylu był najlepiej sprzedającą się płyta w historii polskiej muzyki. Wytłoczono ją w astronomicznym nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy. Mimo to cena wydawnictwa była bardzo wysoka a fani Republiki ustawiali się w kolejki, by ją nabyć, bo pomimo wielkiego nakładu nie było to proste. Na albumie nie znalazły się pierwsze hity Republiki, które przyniosły zespołowi popularność („Kombinat”, Sexy Doll”, „Telefony”, „Biała flaga”). Grzegorz Ciechowski wraz z kolegami postanowił umieścić całkiem nowe utwory, co już dowodzi, że Republika nie szła na łatwiznę i nie działała jak jedna z wielu gwiazdek pop. Oczywiście później popularność zdobyły także piosenki z „Nowych sytuacji”. Do absolutnych klasyków należą „Arktyka”, „Śmierć w bikini”. Sukces odniosły też „Znak=” czy „Halucynacje”. Piosenki te przez wiele tygodni okupowały pierwsze miejsce listy przebojów programu trzeciego( tylko „Halucynacje” dotarły „zaledwie” do drugiego miejsca). I chyba to jest w tym wszystkim najbardziej dziwne. Przecież kompozycje Republiki w niczym nie przypominały typowych przebojów pop. To nie była muzyka łatwa, dużo tam chropowatości, zadziorności i zimnofalowego nastroju. A jednak…

Na CD „nowe Nowe sytacje” znalazła się cała „stara” płyta „Nowe sytucje” plus 3 utwory dodatkowe oraz największa gratka dla fanów (deser) – 2 klasyczne klipy z pierwszego okresu działalności grupy : „Śmierć w bikini” oraz „Poranna wiadomość”. „Stara” płyta prezentuje się pomimo upływu 20 lat nadal świetnie. Brzmienie na pewno trochę się zestarzało, ale same kompozycje nie. Zresztą większość z nas doskonale je zna. Chciałbym więc napisać tylko o deserze i dokładce (tak muzycy nazwali bonusy dołączone do płyty). Najpierw dokładka. Na dokładkę Republika serwuje nam 3 nagrania. „Śmierć w bikini – remix 2001”, „Biała flaga – remix 2001” oraz promujący płytę „Nie pójdę do szkoły”. Oba remiksy są kompletnym zaskoczeniem. Widać w nich rękę G. Ciechowskiego. Widać, że był twórcą otwartym na nowe trendy muzyczne, widać wpływ jego twórczości solowej i ostatnich dokonań jako twórcy muzyki filmowej. Przynajmniej w tym pierwszy miksie. „Śmierc w bikini” została całkowicie zmieniona. Nie ma tu wokali, słabo rozpoznawalny jest także oryginalny motyw tego utworu. Pobrzmiewa gdzieś w tle, ale nie jest tak łatwo go wychwycić. Utwór przypomina trochę muzykę spod znaku trip hop. Na myśl przychodzi mi Massive Attack czy Tricky. Z kolei remix „Białej flagi” to nawiązanie do techno i muzyki klubowej. Tradycyjnie nastawionym fanom Republiki może się to nie spodobać. Zwłaszcza, że ten miks należy traktować jako ciekawostkę ale nie do końca ciekawą. To jest raczej techno w stylu Scootera, niż Aphex Twina. Osobiście nie przeszkadza mi ten miks. Przywykłem do takiej bitowej muzyki i szczerze ją lubię. Ale muszę przyznać, że miks „Białej flagi” Anno Domini 2001 jest po prostu mało ciekawy. Widać, że to nie były ulubione klimaty G. Ciechowskiego, że chciał „nadążyć za mieniającymi się trendami w muzyce”. Moim zdaniem w tym utworze nie udało mu się to. Ale nowa płyta Republiki mogła być naprawdę ciekawa. Właśnie, mogła… Jeszcze jedna dokładka w postaci granego w radiu „Nie pójdę do szkoły”. Utwór jest pewnie większości znany. Niestety moim zdaniem również mało ciekawy. Wsamplowane wstawki „nie pójdę do szkoły” są dla mnie raczej denerwujące , niż ciekawe. Nagranie bardziej przypomina klasyczną Republikę, niż omawiane przed chwilą miksy ale jest to numer moim zdaniem bardzo przeciętny.

Reasumując z tej dokładki najkorzystniej wypada miks „Śmierć w bikini”, lecz starym fanom Republiki oczekującym klasycznego brzmienia zespołu może się także on nie spodobać. Po dokładce przychodzi jeszcze czas na deser ( strasznie nas rozpieszczał p. Grzegorz…). Czyli dwa videoklipy. Cały CD ma zresztą charakter multimedialny. Po włożenia krążka do komputera pojawia się menu nawigacyjne i można oprócz videoklipów zainstalować sobie także „republikańskie” wygaszacze ekranu oraz tapety na pulpit. Clou programu to jednak videoklipy. „Śmierć w bikini” oraz „Poranna wiadomość” to jedne z pierwszych polskich klipów. Jedne z pierwszych i do dzisiaj jedne z lepszych. Po prawie 20 latach od momentu ich zrealizowania nadal zadziwiają precyzją scenariusza oraz dokładnością wykonania ( pamiętajmy o skromnych możliwościach technicznych jakie wtedy były – zwłaszcza w komunistycznej Polsce odciętej od świata). To nie są zwykłe migawki poukładane bez składu i ładu. Oba klipy są autonomicznymi dziełkami sztuki video. Pojawiają się w nich także „republikańskie” akcesoria ( flagi w biało-czarne pasy!). Oba robią duże wrażenie. Remaster tej klasycznej już płyty warto mieć więc chociażby ze względu na unikalne nagrania video. Ten deser jest rzeczywiście bardzo smaczny. Mimo wszystko więc (niestety p. Grzegorza nie ma już z nami…) życzę wszystkim fanom starej Republiki smacznego ! [10/10] (za reedycję [8/10])

Andrzej Korasiewicz
20.01.2002

Clan Of Xymox – Notes From The Underground

Clan Of Xymox – Notes From The Underground
2001 – Pandaimonium Records

Zespół w Polsce jest doskonale znany. Czuję się więc zwolniony z obowiązku przedstawiania tej holenderskiej kapeli. Proponuję zresztą przeczytanie krótkiej notki o zespole w dziale dark wave. Poprzednią płytą „Creatures” Clan Of Xymox po kilku latach chudych powrócił do łask fanów mroczniejszych brzmień. Album „Creatures” był też powrotem do starych sprawdzonych gotyckich brzmień z lat 80-tych. Z jednej strony holenderscy muzycy nawiązywali do własnych dokonań z czasów dwóch pierwszych płyt ( „Clan Of Xymox”, „Medusa”) z drugiej strony czerpali pełnymi garściami z twórczości innych wykonawców ( ze szczególnym naciskiem na Sisters Of Mercy). Najnowsza płyta jest kontynuacją tego podejścia. Kontynuacją jak najbardziej udaną. Nie jest to więc album dla poszukujących nowych brzmień i nowych rozwiązań kompozycyjnych. Za to zdecydowanie jest to płyta dla fanów gotyku zmęczonych zalewem pseudogotyckiego metalu oraz z zażenowanie przyjmujących pseudoelektroniczne udziwnienia przedstawicieli tegoż goth metalu. Clan Of Xymox jest rzecz jasna zespołem używającym elektroniki w dużej ilości. Tylko w przeciwieństwie do takich tuzów „gothmetalu” jak Artrosis tutaj elektronika jest jak najbardziej na miejscu. Chciałoby się rzec – niech każdy gra to co umie. Zespoły metalowe niech grają metal a Clan Of Xymox niech wydaje kolejne udane płyty w tym stylu. Oczywiście można mieć zarzut do tej płyty ( jak i do poprzedniej), że jest „wtórna”. No bo rzeczywiście jest. Ale czy naprawdę tak wiele jest zespołów grających tradycyjną muzykę gotycką ? Odpowiedź może być tylko jedna. Nie ma takich wykonawców prawie wcale. Dlatego cieszmy się tym co jest. Gotyk to nie jest przecież gatunek, w którym liczy się poszukiwanie nowych brzmień. W tej muzyce liczy się przede wszystkim klimat. I właśnie pod tym kątem należy oceniać muzykę na najnowszej płycie CoX. A z tym na płycie „Notes From The Underground” jest jak najbardziej wszystko w porządku. Płyta dobrze zagrana, dobrze i nowocześnie zrealizowana. Przy jej nagraniu wykorzystano wszystkie sprawdzone wzorce i przepisy na to jak nagrać dobrą i solidną płytę gotycką . Jest tutaj więc odpowiedni klimat, jest nastrój, poszczególne kompozycje nie nużą a jednocześnie brzmienie dzięki zastosowaniu automatów perkusyjnych i elektroniki nie cofa muzyki do tyłu ale jest jak najbardziej na czasie ( nie, nie – nie posuwa jej też do przodu ;> ). Czy można czegoś więcej chcieć od muzyki gotyckiej ? Ja niczego więcej nie oczekiwałem sięgając po „Notes From The Underground” dlatego wszystkie kompozycje znajdujące się na niej przyjąłem z całym dobrodziejstwem inwentarza ( również ten dyskotekowy kawałek – „The Same Dream” – kończący płytę 😉 ). Czego i państwu życzę. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
20.01.2002

Bauhaus – Mask

Bauhaus – Mask
1981 Beggars Banquet

Druga płyta tej kultowej grupy przez wielu jest uznawana za najsłabszą. Przez piszącego te słowa – również. Od razu jednak trzeba sobie wyjaśnić w jakim sensie jest ona najsłabsza. Na pewno nie w tym sensie, że płyta ta jest w ogóle słaba i nie należy jej słuchać. O nie ! Zdecydowanie i po trzykroć stanowcze nie! To jest w sumie dobra płyta. Ona jest słabsza (ale tylko moim zdaniem i jeszcze kilku osób, znam też takich, którzy najbardziej lubią właśnie „Mask”) w stosunku do trzech pozostałych płyt (czyli relatywnie) ale bynajmniej nie jest słaba. Tamte są po prostu rewelacyjne , wspaniałe, świetne i genialne a „Mask” jest troszkę mniej genialna i tyle. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta jest dobra. Co więcej, jest krokiem naprzód po punkowo-gotyckim debiucie. Bauhaus zaczynają szukać brzmienia bardziej klimatycznego, stonowanego . Mniej tutaj surowości ale właściwy efekt Peter Murphy z kolegami osiągnie dopiero na późniejszych płytach z wieńczącym dziełem – „Burning from the Inside”. Na płycie „Mask” są rzecz jasna także numery bardziej punkowe (choćby otwierający płytę „Hair of The Dog”). Mi osobiście brakuje jednak  jakiejś myśli przewodniej i dopracowania całości. Są tutaj świetne numery jak „Hollow Hills” , „Passion of Lovers”, „In Fear of Fear”, czy kończący oryginalną płytę utwór tytułowy chwytający za serce co bardziej wrażliwe jednostki. Ale takie nagrania jak „Muscle in Plastic” nieco wybijają płytę z nastroju. Jednak i tak nie jest źle. Do płyty kompaktowej dołączono 5 numerów dodatkowych, które są, jak i cała płyta, mniej interesujące, niż np. bonusy dodane do debiutanckiej płyty. Wolę więc przemilczeć te dubowe eksperymenty zespołu, bo akurat w przypadku tej formacji pasują one jak przysłowiowa „pięść do nosa”. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
20.01.2002

Stromkern – Armageddon

Stromkern – Armageddon
2001  Scanner

No cóż. Uznałem tą płytę za electro płytę roku 2001 w corocznym plebiscycie Post Industry, więc muszę chcąc nie chcąc napisać o niej parę słów. Nie da się ukryć, że nawet jeśli komuś nie przypadła ona do gustu to niewątpliwie należy uznać ją za najbardziej zaskakujące wydawnictwo minionego roku. Wcześniej znałem Stromkerna z płyty „Flicker Like a Candle” i pozycja ta nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Ot takie niczym nie wyróżniające się, bardzo przeciętne (by nie rzec nieciekawe) electro. O płycie „Armageddon” słyszałem już sporo zanim wszedłem w jej posiadanie, więc słuchając jej nie przeżyłem takiego szoku jaki pewnie był udziałem większości niczego nie spodziewających się fanów electro ;). Dodatkowo słuchanie najnowszego albumu Niemców zacząłem od drugiej płyty z Limited Edition, na której znajdują się remiksy utworów z płyty „Armageddon”. No i nie ukrywam, że to co usłyszałem powaliło mnie ;). To jest szanowni państwo rapowane electro ;). Czyli coś co teoretycznie gryzie się i wyklucza. A jednak jest ! W dodatku w przypadku Stromkerna tak genialnie nagrane i przetworzone, że stanowi genialną całość, której słucha się z zapartym tchem. Nie będę więc nikomu zabierał przyjemności poznawania tej produkcji wypisując o niej niestworzone historie. Powiem tylko jeszcze, że jeśli nie lubisz rapu to możesz nieco zmienić zdanie na ten temat po wysłuchaniu „Armageddon” ( no chyba, że płyta Ci się całkiem nie spodoba rzecz jasna). Powiem szczerze, że płyta Stromkerna zainspirowała mnie do obejrzenia filmu „Blokersi” i jeszcze bardziej szczerze powiem, że po tym wszystkim zacząłem bardziej otwarcie patrzeć na hip hop (na które to słowa do tej pory wzdrygałem się z obrzydzeniem). Zresztą posłuchajcie sami ! Obowiązkowo z drugą płytą zawierającą m.in. remiksy zrobione przez Icon of Coil, God Module i włoski Blank. Naprawdę warto ;). [8/10]

17.01.2002
Andrzej Korasiewicz

Deine Lakaien – White Lies

Deine Lakaien – White Lies
2002 – Chrom Records

Na nową płytę jednej z moich ukochanych grup czekałem dwa lata. I w końcu jest ! Okazuje się, że warto było czekać, bo jest to płyta naprawdę wspaniała. 12 wysmakowanych kompozycji z nastrojowym, elektronicznym podkładem i jak zwykle pięknym, tajemniczym, niskim i głębokim głosem Valjanowa oraz delikatnymi partiami instrumentów smyczkowych. Właśnie taki gotyk mogę słuchać godzinami. I tak też od kilku dni robię. Muzyka z najnowszej płyty Deine Lakaien gości u mnie praktycznie non stop. Na „White Lies” nie ma takich tanecznych momentów jak technoidalny „Lass mich” z poprzedniego albumu „Kasmodiah”. Choć są fragmenty bardziej energetyczne („Stupid”, „Hands White”) to całość jest płytą dla „nudziarzy”. Płyta ma swój niepowtarzalny klimat (chciałoby się powiedzieć gotycki – tylko nie wiem jak zareagowaliby na to określenie „fani prawdziwego gotyku” spod znaku Nigthwish i Obituary ;>), którego nieco brakowało na poprzedniej płycie a który dotychczas był wizytówką tej niemieckiej grupy. Płyta zaczyna się spokojnym utworem „Wunderbar” (tutaj partie smyczek), później singlowy „Generators” i kolejno „Where You Are”, „Prayer” i „Stupid”. W tym ostatnim po raz pierwszy wyraźnie zaznaczony bit. Na upartego można przy tym numerze popląsać. Ale mimo wszystko daleko mu do wspomnianego „Lass mich”. Kolejne utwory przenoszą nas w baśniową krainę elektronicznego gotyku generowaną przez deinelakaienowe przetworniki dźwięku oraz instrumenty akustyczne. Po kilku spokojniejszych i bardziej balladowych kompozycjach docieramy do kolejnego ubitowionego numeru – „Hands White”. Nie powiedziałbym, że przy tym utworze można tańczyć (chociaż kto wie!) ale niewątpliwe wykorzystano w nim połamany i powolny ale jednak wyraźnie zaznaczony bit. Całość utworu nieco niepokojąca i nerwowa. Później jest jeszcze zmysłowy „Fleeting” ze smyczkami, delikatnym, „rozcieńczonym” bitem i rzecz jasna wokalem Valjanowa a płytę kończy rozmarzony, balladowy „One minus One”. Ale właściwie cała płyta jest balladowa. Nawet najbardziej dynamiczne utwory są tylko częścią baśni opowiedzianej przez Veljanowa. Jakże wspaniale opowiedzianej baśni, jakże pięknej. To płyta dla zmęczonych power noisem, dla fanów gotyku , dla zakochanych i dla nieco „starszej młodzieży” ;). Jak na razie dla mnie najlepsza płyta roku 2002 (należy wziąć poprawkę na to, że dopiero mamy 17 dzień nowego roku ;)). [9/10]

17.01.2002
Andrzej Korasiewicz