The Cure – Faith

The Cure – Faith
1981 – Fiction

To już trzecia płyta w dyskografii i druga część mrocznej trylogii The Cure. Muzyka pod wpływem nastrojów Smitha stawała się coraz bardziej mroczna, dołująca i „zimna”. Na „Faith” The Cure prezentuje się w swoim najbardziej intrygującym stylu – cold wave. Podobno przed nagraniem płyty Robert Smith chodził po kościołach i obserwował modlących się. Na pewno jakąś reminiscencją tego jest okładka, przedstawiająca zamglony widok opactwa Bolton w pobliżu Shipton, w północnym Yorkshire. Na płycie jest 8 nagrań. Całość trwa niecałe 37 minut. Muzyka, oparta na minimalistycznym instrumentarium – bas, gitara, perkusja i wokal Smitha, wywołuje nastrój przygnębienia. Schodzi w głąb duszy, jak w numerach: „The Holy Hour”, „Other voices” czy „All Cats Are Grey”. „Faith” przygotowuje do, zamykającego mroczny okres twórczości, opus magnum – „Pornography”. Niektórzy uważają „Faith” za niepowtarzalne arcydzieło. Na pewno nie bez racji. [9/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Pornography

The Cure – Pornography
1982 – Fiction

Trzecia część trylogii – „Seventeen Seconds”, „Faith”, „Pornography” – i czwarta regularna płyta wieńczy dzieło zapoczątkowane na „Seventeen Seconds”. „Pornography” do dzisiaj przygnębia i dołuje. To jedna z najbardziej ponurych płyt w historii muzyki rockowej. Znowu osiem kompozycji, ale już nieco dłuższych. Całość trwa trochę ponad 43 minuty. Od początku schodzimy do głębin. Każdy najmniejszy odruch zadowolenia z życia musi podjąć wyzwanie rzucone przez Roberta Smitha. Kolejne utwory są jak sgwóździe wbijane w serce. Ta muzyka to prawdziwe ukrzyżowanie. Jeśli ktoś ma znajomego, który szykuje się do wyjazdu na Filipiny, by być przybitym do krzyża, koniecznie powinien najpier wysłuchać „Pornography”. To będzie niezłe przygotowanie…

To rzeczywiście pornografia. Pornografia duszy Smitha, odkrywająca także pokręcone zakamarki duszy słuchacza. Im dłużej słucham płyty, tym bardziej przekonuję się , że to pozycja wyjątkowa. Od kilku lat wracam do niej w chwilach kiedy ogarnia mnie przygnębienie. Paradoksalnie „Pornography” pomaga w odzyskaniu dobrego nastroju. U każdego reakcja może być jednak inna. To muzyka nasycona prawdą o człowieku i życiu. [10/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Japanese Whispers

The Cure – Japanese Whispers
1983 – Fiction

Po nagraniu „Pornography” w The Cure zaczęło się nieco psuć. Grupa nie osiągnęła ani sukcesu komercyjnego (nic dziwnego zresztą) ani nie była specjalnie hołubiona przez krytyków. Dodatkowo doszły kłótnie w samym zespole i dołek psychiczny w jaki podobno wpadł Robert Smith (czemu również się nie dziwię). Smith zaczął grywać poza The Cure (m.in. z zespołem The Banshees) a Simon Gallup reaktywował swój wcześniejszy zespół The Cry. The Cure jednak nadal działał i nagrał kilka lżejszych piosenek, praktycznie czysto popowych. Mimo braku promocji utwór „The Walk” doszedł do 12 miejsca brytyjskiej listy przebojów. Kolejnym singlowym przebojem okazał się „Love Cats”. Muzycy zostali zaproszeni do programu „Top Of The Pops”, w którym wykonali wspomniany utwór.

Płyta „Japanese Whispers” jest właśnie zbiorem ośmiu piosenek wydanych w tym czasie na singlach. Na longpleju znalazły się więc przebojowe numery „Let’s go to bed”, „The Walk”, „The Love Cats” oraz utwory, które towarzyszyły im na drugich stronach singli. Od tej pory twórczość The Cure jest mozaiką nagrań bardziej mrocznych, melancholijnych oraz przebojowych, łatwo wpadających w ucho. Do płyty „Pornography” w takim stopniu nie będzie już powrotu. Ale The Cure ma już swój wypracowany , łatwo rozpoznawalny styl i również w tych przebojowych numerach pobrzmiewa cure’owa melancholia. Płyta „Japanese Whispers” jest jednak w całości płytą lekką i przebojową. Komuś kto nie lubi The Cure płyta raczej się nie spodoba. Niestety nie jest to „pełnoprawny” album i jako taki ułomny należy go traktować. Gdyby podejść do tej płyty na poważnie to chyba trzeba by napisać, że płyta jest niestety słaba. I to nie dlatego, że zespół zaczął grać przebojowo. Chodzi raczej o to, że poza trzema wymienionymi przebojami na płycie nie ma nic ciekawego. Szkoda… [5/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewcz

The Cure – Concert

The Cure – Concert
1984 – Fiction

Pierwsza koncertowa płyta The Cure wydana po płycie „The Top” jest wyborem nagrań na żywo z lat 1978-1984 dokonanym przez samego Roberta Smitha. W praktyce jednak wszystkie nagrania pochodzą z roku 1984 z koncertów w Londynie i Oxfordzie. Jeśli zacząć od którejś z koncertowych płyt The Cure to chyba właśnie od tej. Po pierwsze muzycy w dobrej formie, po drugie same klasyczne nagrania, po trzecie można poczuć tą pierwotną cure’ową atmosferę. Na longpleju znajdują się zarówno mroczne killery takie jak „The Hanging Garden” jak i te bardziej przebojowe numery („The Walk”). Mamy więc do czynienie ze swoistym przeglądem dokonań The Cure z początków kariery zespołu. Na płycie jest też oczywiście „A Forest”, jest „Primary” i jest „Charlotte sometimes” a także „Killing an Arab”.

Nieco można być tylko rozczarowanym brakiem reakcji publiczności. W końcu to nagrania koncertowe. Albo więc publiczność w ten sposób reagowała wtedy na koncertach Roberta i spółki, albo po prostu materiał został źle zmiksowany. Z drugiej strony The Cure to w końcu twórcy cold wave. A więc zimne reakcje publiczności są jakby zrozumiałe. Choć z jeszcze innej strony będąc na koncercie The Cure w Łodzi dwa lata temu publiczność reagowała spontaniczniej. Ale już z ostatniej strony na to patrząc 😉 obecnie The Cure nie jest już takie „cold”, więc to żaden argument. Generalnie płyta jest dokumentem tamtych czasów . Dziesięć klasycznych nagrań, trochę ponad 42 minuty muzyki. Nie powala, ale warto posłuchać. [7/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – The Head On The Door

The Cure – The Head On The Door
1985 – Fiction

Zaletą muzyki The Cure jest jej różnorodność a jednocześnie posiadanie własnego stylu, który sprawia , iż muzyka mimo tej różnorodności jest łatwo rozpoznawalna. Chociaż może to nie tyle muzyka jest tak dobrze rozpoznawalna co charakterystyczny wokal Roberta. Tak. Śpiewać to on nie umie. Ale mimo to śpiewa w sposób, który pobudza w słuchaczu emocje, których nikt inny nie potrafi wzniecić. Płyta „Head on the Door” jest kolejnym krokiem w rozwoju muzycznym The Cure. Pozycja ta nie jest w niczym podobna do „Pornography” czy „Faith”. Nie przypomina też pierwszych kroków muzycznych The Cure, które mogliśmy poznać na albumie „Three Imaginary Boys”. Brzmienie zespołu wyraźnie się wzbogaciło. Kompozycje są bardziej przemyślane. Nie wiem dokładnie jakie było ich zadanie w pierwotnym zamyśle Smitha ale z całą pewnością nie chodzi tu o pobudzenie emocji, które wywoływała płyta „Pornography”. Grupa zaczęła odnosić sukcesy. Zespołem zainteresowały się media. Robert Smith zaczął udzielać coraz więcej wywiadów a kolejne single stały się prawdziwymi przebojami. Płytę promował utwór „Inbetween Days”. Zgrabna, przebojowa kompozycja z charakterystycznym brzmieniem gitary. Trochę przypominająca późniejszy wielki przebój „Just Like Heaven”. Kolejnym singlem było „Close to me”. Nakręcony do tego utworu klip na pewno większość osób dobrze kojarzy. Robert Smith z kolegami gnieżdżą się w szafie lewitując z nią w powietrzu. A co można powiedzieć o samej płycie ? Nie jest to płyta zła. Płyta nie wgniata jednak w ziemię. Utwory są bardziej konwencjonalne, melodyjne. Wszystko więc zależy od tego czego oczekujemy od muzyki. Jeśli ktoś lubi tylko muzykę ciężką, dołującą i depresyjną, to ta płyta taka nie jest i nie spodoba mu się. „Head on The Door” trzeba właściwie zaliczyć do gatunku pop. Powstaje jednak pytanie czy to jest dobry pop i czy płyta z tego punktu widzenia jest ciekawa. Moim zdaniem jest. Płyta nie ma wprawdzie tej „iskry”, którą mają niektóre płyty. Ale w sumie słucha się jej bardzo dobrze. Bogate brzmienie, dobrze zrealizowane kompozycje no i nadal ten charakterystyczny głos Roberta. Tak. To nadal jest The Cure. I nadal warto ich słuchać. Czy naprawdę kolejna płyta w stylu „Pornography” byłaby tak ciekawa ? Moim zdaniem nie. A ta płyta jest o niebo lepsza chociażby od zlepku nagrań singlowych „Japanese Whispers”. [7.5/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Staring at the Sea , The Singles

The Cure – Staring at the Sea , The Singles
1986 – Fiction

Składanka wydana pod presją wytwórni Polydor, z którą skończył się muzykom kontrakt. Zawiera wszystkie nagrania singlowe, w sumie 17 utworów. Płyta ukazała się w wersji kasetowej i winylowej zawierając dodatkowo drugie strony singli oraz w wersji CD a także video. Album jest doskonałym wstępem dla kogoś kto nie zna zupełnie The Cure i chciałby to szybko nadrobić. Na albumie znajdują się wszystkie najbardziej znane nagrania. Od „Killing an Arab” przez „Boys don’t Cry”, „A Forest”, „Primary” po „Let’s go to Bed”, „The Walk”, „The Caterpillar” i „Close to me”. Czyli od surowych postpunkowych numerów znanych z pierwszej płyty przez mroczne nagrania z okresu „Trylogii” po te bardziej skoczne i przebojowe z okresu po wydaniu „Pornography”. Płyty słucha się naprawdę bardzo dobrze, bo i nie ma tu słabych utworów. Reasumując płyta dla początkujących sympatyków talentu Roberta Smitha i dla djejów potrzebujących zestaw najlepszych (i najbardziej przebojowych) nagrań The Cure w możliwie najbardziej skondensowanej formie. [7/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Mixed Up

The Cure – Mixed Up
1990 – Fiction

Ta płyta była dla wielu fanów punktem zwrotnym w ocenie The Cure. W momencie wydania zdecydowana większość sympatyków The Cure uznała, że Robertowi zdecydowanie „odbiło” i że ta płyta jest już zbyt dużym „przegięciem”. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że muzyka The Cure w roku 1990 już od dawna nie przypominała tego co grali Brytyjczycy na płytach „Faith” czy „Pornography”. Dla wielu to był już definitywny koniec zespołu, objaw artystycznego wypalenia się  albo najzwyczajniejszej błazenady. Tak czy inaczej część „starych” sympatyków nie mogła darować zespołowi tej płyty i odwróciła się od The Cure. No bo w istocie ciężko komuś przyzwyczajonemu do ciężkiego, depresyjnego brzmienia The Cure z pierwszych płyt znieść te wesołkowate, dyskotekowe miksy takich nagrań jak „A Forest” czy „Pictures of You”. Mnie osobiście jednak płyta ta aż tak bardzo nie razi. Zwłaszcza po tylu latach kiedy zdążyłem przywyknąć do przeróżnych miksów i samej muzyki techno. Jednak dla miłośników rockowych brzmień ten album również dzisiaj będzie ciężkim orzechem do zgryzienia. Faktem jest, że nawet dla kogoś kto lubi miksy i techniczne brzmienie ta płyta nie jest powalająca. W miarę dobrze wypadają „Close to me”, „Fascination street”, „Love song” czy „Never Enough” ale już „The Walk”, „A Forest” czy „Inbetween days” to prawdziwa tragedia… Lepiej tego nie słuchać… Płytę należy traktować raczej w kategorii ciekawostek. Prawdziwy fan kupi, bo musi mieć wszystkie płyty The Cure ale pozostałym radzę omijać akurat tą pozycję w dyskografii The Cure, żeby nie wyrobić sobie fałszywego mniemania czym jest (a raczej czym był) The Cure. [5/10]

17.02.2002
Andrzej Korasiewicz

Human Error – Battery Farm

Human Error – Battery Farm
2002 Requiem rec

Kolejna frapująca płyta wydana przez Requiem rec. „Battery farm” to soundtrack do wyimaginowanego filmu przedstawiającego życie miasta. Ale nie to, które się toczy jego głównym nurtem. Human Error przedstawia nam senne kolaże wycięte z nocnych zaułków miejskich. „Battery farm” wydobywa pilnie strzeżone tajemnice zaznajamiając nas z nimi i otwierając na to co nienazwane i do tej pory nieodkryte. Płyta Human Error to przewodnik po miejskich zakamarkach, dzięki któremu łatwiej się nam będzie poruszać w nocy. Swoista mapa dzięki której dowiemy się, których miejsc lepiej unikać oraz gdzie pod warstwą brudu i brzydoty skrywa się prawdziwe piękno. I to niezależnie od tego gdzie mieszkamy. Bo duch miasta jest wspólny… Pod względem muzycznym Human Error to ambient, rodzaj skrzyżowania starej el-music w typie Klausa Schulze („Such a warm machine”) z postindustrialnym dark ambientem Lustmorda („Tam gdzie sypiają szczury”). Na płycie słychać też delikantnie wystukiwane bity („Crann Bethadh”), wyjące syreny karetek („Już do Ciebie jadę”), odgłosy ulicy („Cyberia”) oraz inne mniej lub bardziej identyfikowalne dźwięki. Mimo muzycznego zróżnicowania poszczególne utwory nie burzą klimatu całości a bogactwo dźwiękowe udanie buduje nastrój i oddaje zamysł twórcy polegający na ukazaniu miejskiego „backgroundu”. Piękna, miejscami prawdziwie urzekająca muzyka. [8.5/10]

14.02.2003
Andrzej Korasiewicz

Bauhaus – The Sky’s Gone Out

Bauhaus – The Sky’s Gone Out
1982 Beggars Banquet

Trzeci studyjny longplej Bauhaus to płyta już zdecydowanie genialna. I to pomimo tego, że w swoim czasie przez krytyków została uznana za najgorszą a zespół wchodząc do studia nie miał pomysłu na jej nagranie. Zresztą przesada w przypadku tej grupy i płyt przez nią firmowanych jest jak najbardziej wskazana i na miejscu. Obok Joy Division to absolutni geniusze zimnej fali. Nie było, nie ma i już nie będzie drugiego takiego zespołu w historii muzyki. Bauhaus’em inspirowali się przecież m.in. tacy wykonawcy jak np Nitzer Ebb czy cała scena gotycka. Płytę otwierają dwie kompozycję „niewłasne”. Najpierw dynamiczny „Third Uncle” (kompozycja B.Eno) a później utwór „Silent Hedges”, którego autorem jest David Bowie. Ale Bauhaus odcisnął na nich tak silne piętno, że brzmią one jak typowe kompozycje Bauhaus (zwłaszcza dotyczy to „Silent Hedges”). Dalej „The Sky’s Gone Out” staje się płytą nieco eksperymantalną. Chociaż najpierw następują bardziej dynamiczny „In The Night” i jeden z najlepszych utworów Bauhaus w ogóle , czyli „Swing The Heartache”. Niesamowity utwór, wywołujący dreszcze na całym ciele. Tego trzeba słuchać w skupieniu, w ciemnym pokoju z zasłoniętymi oknami i przy zgaszonym świetle. Jeśli nie zaczniesz się bać to znaczy, że ma w Tobie ani krzty wrażliwości i dokładnie to nie wiem po co znalazłeś się na tej stronie i czytasz tą recenzje. To chyba jakiś błąd. Idź już sobie! Do Ciebie nie piszę. Przestań czytać już ten tekst. Przestań się na mnie gapić! Słyszysz mnie?!

Stronę pierwszą płyty winylowej kończy „Spirit”. Utwór piękny, dający wytchnienie po niesamowitym „Swing The Heartache”. Drugą stronę winyla otwiera trzyczęściowa aczkolwiek krótka suita pt. „The Three Shadows”. Dopiero w tym miejscu widać prawdziwy kunszt artystów. Muzyka Bauhaus osiągnęła w tym momencie dla mnie wymiar pełnoprawnej sztuki. Nie tylko sztuki popularnej , czy użytkowej jak traktuję większość dokonań twórców electro, gotyku, synth pop czy innych. W tej suicie (czy może ogólniej na tej płycie) Bauhaus wkracza w inny wymiar. Jej kończąca trzecia cześć znowu wywołuje dreszczyk. A utwór następny „All We Ever Wanted Was Everything” jest piękną kontynuacją suity. Znowu daje wytchnienie. Kończący oryginalną całość „Exquisite Corpse” jest tyleż niesamowity, dziwny co zaskakujący. Musicie tego koniecznie sami posłuchać (kto nie słyszał)! „The Sky’s Gone Out…”. Tak już jesteśmy „po”. Dla wielu ta płyta jest najlepszą pozycją w twórczości Bauhaus. I chyba nie bez racji… Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że w wersji kompaktowej dodane zostały 4 utwory. Na uwagę właściwie zasługuje tylko „Ziggy Sturdust” (kolejny cover Davida Bowie) oraz inna wersja „spirit”. Pozostałe dwa utwory tylko dla wytrwałych. [10/10]

Andrzej Korasiewicz
12.02.2002

Bauhaus – Burning From The Inside

Bauhaus – Burning From The Inside
1983 – Beggars Banque

Ostatni studyjny album Bauhaus powstawał w dziwnej atmosferze. P.Murphy leżał w szpitalu chory na zapalenie płuc a pozostali muzycy pracowali w studio nad nagraniem płyty. Bynajmniej Murphy nie był z tego faktu zadowolony. W zespole zaczęło psuć się już wcześniej. Sukces jaki muzycy odnieśli piosenką „Ziggy Sturdust” i wzrastające zainteresowanie grupą zaczęło rodzić konflikty w zespole. To P.Murphy był w centrum zainteresowania mediów a przecież za muzykę był odpowiedzialny w równym stopniu cały zespół. Muzycy zaczęli więc patrzeć na siebie nawzajem krzywo. Do nagrania „Burning From the Inside” jednak doszło (na szczęście!). Murphy po wyjściu ze szpitala dograł partie wokalne (muzyka była już w całości zarejestrowana, co więcej, przygotowywano też partie wokalne dla Daniela Asha i Davida Haskinsa… pozostali członkowie Bauhaus chyba brali pod uwagę możliwość nagrania płyty bez P.Murphy’ego…) i dzięki temu mamy możliwość usłyszeć jeśli nie najlepszą to na pewno najdojrzalszą płytę Bauhaus. Otwiera ją jeden z najbardziej lubianych numerów nagranych przez Brytyjczyków – „She’s in Parties”. Później bardziej już zakręcony song o Antonim Artaud – awangardowym twórcy „teatru okrucieństwa”. Następnie coś co wcześniej nie było zbyt często spotykane na płytach Bauhaus – rodzaj akustycznych acz nieco gotyckich ballad („King Volcano”, „Who Killed Mr. Moonlight”). Następnie wspaniały „Slice of Life” (ze wstępem na akustycznej gitarze). Kolejny utwór „Honeymoon Croon” w stylu starszych numerów Bauhaus. „Kingdom’s Coming” ponownie przenosi nas w krainę , o której istnieniu dowiedzieliśmy się na płycie „Sky’s Gone Out”. Tytułowy „Burning from the Inside” potęguję atmosferę mroku i zimna. To znowu klimat „starego” Bauhaus. Wszystko kończy się jednak balladowym „Hope”. I taki klimat przebija z płyty w całości. To nie są drapieżne postpunkowe i mroczne utwory, którymi muzyka Bauhaus przybijała dotychczas. Mamy tutaj do czynienia z bardziej konwencjonalnymi utworami rockowymi. Wysmakowanymi, przemyślanymi, precyzyjnie nagranymi i dobrze zrealizowanymi. Mimo tego, że może nie jest to płyta mroczna (choć są takie momenty – np. utwór tytułowy) na pewno niesie ze sobą jakąś zagadkę, jakąś tajemnicę. „Burning from the Inside” to album dojrzały, który wszedł na stałe do kanona rocka. Gwoli ścisłości dodam, że na kompakcie dodano 4 bonusy. Tym razem warto na nie zwrócić uwage (zwłaszcza na „Legartija Nick” i świetny „The Sanity Assassin”). [9/10]

Andrzej Korasiewicz
12.02.2002

Void Construct – Estramay Aleph

Void Construct – Estramay Aleph
2001 – Bereits Erschienen

Void Construct to nowa brytyjska grupa prowadzona przez Scotta Walkera (synths/samples/programming/gesang) i Vicky Halliday ( live programming/management). Zespół łączy w sobie dynamikę muzyki techno oraz klasyczne konstrukcje electro-industrialu. Można więc w skrócie napisać, ze Void Construct gra techno-industrial. Nie ma tutaj eksperymentów. Nie należy kojarzyć słowa techno z twórcami pokroju Aphex Twina, ale raczej mam na myśli „techno” w rodzaju Prodigy z płyty „Music for the Jilted Generation”. Słowo techno napisałem w cudzysłowie, bo w istocie niektórzy mogliby się obrazić na zaliczenie Prodigy do techno. Ale to w końcu mało istotne szufladki a liczy się muzyka. A ta na płycie „Estramay Aleph” może się podobać. Oczywiście nie wszystkim. Void Construct raczej nie przekona ludzi szukających w muzyce elektronicznej „kombinowania”. Nie ma tutaj jakiś ambientowych pasaży, nie ma połamanych bitów. Jest miarowy, jednostajnie wybijany bit z lekko przesterowanym wokalem w tle. Dla mnie ta płyta jest bezproblemowa. Odpręża i oczyszcza wprowadzając w lekki transik. A to lubię… Rzecz jasna nie cały czas ale wtedy, kiedy mam klimat na taką muzykę to Void Construct pasuje do tego znakomicie. Zespół powinien spodobać się komuś kto lubi Prodigy z czasu „Music for the Jilted Generation”, komu podoba się twórczość Astral Projection i kto lubi poddać się miarodajnie wybijanemu rytmowi wbijającemu się w korę mózgową i łagodnie usuwającemu niepotrzebny nadmiar myśli. [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
10.02.2002

The Cure – Three Imaginary Boys

The Cure – Three Imaginary Boys
1979 – Fiction

Pierwsza płyta jednego z ciekawszych zespołów związanych mniej lub bardziej ściśle ze sceną gotycką nie jest pozycją powalającą. W tamtych czasach (eksplozji punk rocka i zespołów, które z czasem zaczęto określać mianem „falowych” – „zimno-falowych” lub „nowo-falowych” albo po prostu post-punkowych) w podobny sposób grało wiele grup. Muzyka The Cure nie wyróżnia się specjalnie na tym tle. Proste, zgrabnie zagrane kompozycje wprawdzie nie nużą, ale ani nie tworzą intrygującej całości i nie są specjalnie oryginalne. Muzycy The Cure nie są też wirtuozami gry a Robert Smith nie jest wybitnym wokalistą. A jednak… Nawet ta debiutancka płyta zaciekawia. Przy uważnym słuchaniu „Three Imaginary Boys” można usłyszeć rodzącą się wyjątkowość Roberta Smitha i całego zespołu. Bo centralnym „punktem” The Cure jest właśnie Robert Smith. To on od samego początku nadawał ton grupie i to on jest jedynym muzykiem , który gra w zespole od początku do dnia dzisiejszego. Bez Smitha The Cure po prostu nie istniałby. Debiutancki album jednak nie zachwyca. Gdyby nie dzisiejsza pozycja zespołu ta płyta pewnie przeszłaby kompletnie nie zauważona i nikt by o niej już nie pamiętał. Dwanaście utworów nie mających wspólnego spoiwa, trochę przypadkowych. Między nimi jednak te bardziej ciekawe : „Accuracy”, „Fire in Cairo” i przede wszystkim tytułowy „Three Imaginary Boys”, który z dzisiejszej perspektywy jest krokiem w ten wymiar muzyczny, w który The Cure wkroczył na płytach kolejnych. To są właśnie te jaśniejsze strony debiutanckiego longlpleja The Cure. Warto odnotować jeszcze jako ciekawostkę utwór „Foxy Lady” – cover J.Hendrixa. I chociaż podobnie jak cała płyta jest on mało udany to mimo wszystko warto posłuchać. Starzy wyjadacze dzięki temu przypomną sobie „ducha” tamtych czasów. Przecież teraz już się tak nie gra… A dla nowych wielbicieli talentu Roberta Smitha to będzie lekcja pokory, że kiedyś każdy zaczynał… [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
07.02.2002