Covenant – United States of Mind

Covenant – United States of Mind
2000 – Dependent

W oczekiwaniu na nową płytę szwedzkiej gwiazdy electro/future popu parę słów o ich w dalszym ciągu ostatnim studyjnym i pełnowymiarowym wydawnictwie. Fanom metalu nazwa „Kovenant” kojarzy się jednoznacznie z grupą grającą black metal. Ale ten „nasz prawdziwy” Covenant 😉 jest już na tyle w Polsce znany, że nikomu bardziej obeznanemu z muzyką nie trzeba wyjaśniać jakie są różnice miedzy grupami i która jest lepsza :). Covenant miał być headlinerem na festiwalu Black Flames. Niestety zespół odwołał swój przyjazd i możemy się tylko obejść smakiem. Chociaż organizator zapowiada, że Szwedzi wystąpią na drugiej edycji festiwalu. I to obok VNV Nation ! Trzymamy za słowo towarzyszu Radosławie :). A co można powiedzieć o płycie „United States of Mind” ? Na pewno to, że album jest udany. Covenant w porównaniu do pierwszych płyt znacznie złagodził brzmienie. Jeśli płyta „Dreams of a Cryotank” jest pozycją , którą można zaliczyć do electro-industrialu to „United States of Mind” jest płyta lekką, łatwą i przyjemną. To jest pop. Ale pop z klasą, dobrze zrealizowany z pomysłową melodyką i ciekawymi aranżacjami. Coś się tutaj dzieje ! To nie jest jakaś bezpłciowa papka jaką serwują nam media. No i nie jest to też pop kiczowaty. Na „United States of Mind” zdecydowanie słychać electro-industrialne korzenie zespołu. A więc przede wszystkim szybszy , niż u normalnych zespołów popowych bit. Dla mnie „United States of Mind” dodatkowo wiąże się z miłymi wspomnieniami z minionych wakacji, które spędziłem u naszych południowych sąsiadów. Bo omawiana płytka była zapuszczana przeze mnie w każdej wolnej chwili. Zaiste jest to muzyka wybitnie wakacyjna i imprezowa. Do tańca przede wszystkim , do różańca nieco mniej. Największe przeboje z tego longpleja to : „Like Tears In Rain”, „No Man’s Land”, „Tour De Force” (!), „Dead Stars” (!!!) i „One World One Sky”. To wszystko nagrania, które w zeszłym roku pojawiały się regularnie w czasie większości imprez electro-gotyckich. Znane są więc doskonale i osłuchane. Ale nic to. Utwory te są na tyle dobre, że z pewnością będzie się do nich wracać niejednokrotnie. Na osobne wyróżnienie zasługuje nagranie numer 4 „Helicopter”. Ten numer ma jakiś niesamowity , trudny do określenia urok. Mnie osobiście robi się ciepło na sercu (bardzo romantyczny jestem :]) jak słyszę wspomniane nagranie. A motyw „z helikopterem” jakby rozpowszechnił się po sukcesie płyty „United States of Mind”. To tyle. Pozostaje jedynie żal, że Covenant uznał, iż ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż przyjazd do Poznania 31.05 , no i pozostaje czekać na nowy album Szwedów. To oczekiwanie może umilać „United States of Mind”. [8.5/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Cenobita – Neo Milenio

Cenobita – Neo Milenio
1999 – Opcion Sonica

Cenobita to grupa, która wystąpi na tegorocznej pierwszej edycji festiwalu zorganizowanego przez Black Flames. Dla wielu zespół będzie głównym powodem przybycia na imprezę (po wiadomości o zmianie headlinera z Covenanta na And One – z przyczyn niezależnych od organizatorów). W istocie nie ma się czemu dziwić. Obok Hocico, który jest już prawdziwą gwiazdą electro (a na pewno cieszy się sporym wzięciem w niektórych środowiskach w Polsce) Cenobita tworzy meksykańską falę mrocznego electro. Muzykę Cenobity charakteryzują te same cechy co Hocico ale nie ma tutaj takich przestojów jak chociażby na ostatniej płycie „Signos de Aberracion”. W przypadku Cenobity mamy do czynienia z jednostajnie wybijanym rytmem, na który nałożony jest przesterowany wokal od początku albumu do końca. Zespół nie daje nawet chwili wytchnienia. Trzeba się podporządkować rytmice podawanej przez szalonych Meksykanów albo wyłączyć odtwarzacz. Ale tego nikomu nie radzę robić ! Bo byłby to niewybaczalny błąd. Można by na przykład pominąć takie genialne numery jak „Cristo 2000” (nieco spokojniejszy) czy „Earth”. A to już byłaby niepowetowana strata. Reasumując płyta pełna agresji, pasji z mocnym bitem, zagrany żywiołowo i zdecydowanie. Fabryka bitowa. Do słuchania dla otwartych fanów techno, gotyku, tanecznego industrialu. Zdecydowana rekomendacja jeśli ktoś jeszcze nie zna tej pozycji. No i nie zapomnijcie kupić biletów na festiwal poznański. Nie można przegapić takiej okazji ! [8/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Clear Vision – Deception

Clear Vision – Deception
2001 – Accesion

Przesłuchałem tą płytę chyba z 5 razy w nadziei, że jako całość będę mógł o niej powiedzieć coś dobrego. Niestety nie powiodła mi się ta sztuka. Dla niewtajemniczonych wyjaśnienie, że Clear Vision to kolejne dziecko Daniela Myera z Haujobb. Niestety mam wrażenie, że tym razem stała się tragedia i pan Myer poronił po raz pierwszy. „Deception” to płyta kompletnie nieudana. Początek pierwszego utworu zdaje się sugerować, że może nie będzie tak źle ale to trwa tylko przez kilka sekund, bo zaraz wybrzmiewa w całości utwór „American Dreaming”. Jak to usłyszałem to myślałem, że spadnę z krzesła. Jeden z nielicznych gatunków muzycznych , którego szczerze i autentycznie nie lubię to country. A pan Myer właśnie nagrał numer w tej tonacji. Wprawdzie nieco podrasowany ale wpływy Shania Twain są ewidentne ;] Dalej jest równie beznadziejne „Motion” – tak na poziomie gorszych nagrań And One. Nieco jaśniejszym punktem jest utwór „The Call”. Taki miły synth pop zalatujący nieco Haujobb’em. Nie najgorszy jest też „Revenge” aczkolwiek niektóre numery z płyt T.O.Y. są lepsze. Nagranie „Pillowtalk” nieodparcie przywołuje na myśl dokonania Vince Clarke’a. Czyli z odpowiednim podejściem da się tego słuchać ;]. Później ni stąd , ni zowąd utwór nieco mocniejszy „Fucker”. Chyba Myerowi przypomniało się jaka muzykę właściwie grał do tej pory. Następnym numerem „Calm This Storm” powrót do lepszych momentów z płyty T.O.Y. „She Killer” (Spears mix) rzeczywiście bardzo mocno zbliżył się do Britney Spears ;]. Trochę zalatuje Enigmą. Bardzo słaby utwór. Kolejne nagranie dla odmiany jest całkiem fajne „Saltz in der Suppe”. Zupełnie nie pasuje do poprzedniego. Następne – „Spider-Hero” jakby wyjęte z jakiejś ścieżki dźwiękowej do filmu przyrodniczego o komarach (jak się od nich opędzać). I w końcu najbardziej zaskakujący moment na płycie „Salz”. Ciężki, wręcz industrialny. Coś chyba się pomyliło Myerowi. Na jednej płycie nagranie w stylu And One, Shania Twain i takie coś ? Nie wiem czy Daniel Mayer przed montowaniem tej płyty nie wypalił za dużo machów. Zdecydowanie coś tu nie gra. Płyta jako całość prezentuje się fatalnie. Jest niestrawna. Obok siebie następują nagrania całkiem z innej bajki nie tworząc żadnej całości , żadnego klimatu. „Deception” to zbiór całkiem przypadkowych kompozycji. Nie chodzi o to, że to pop. Chodzi o to, że Myer wydał coś w rodzaju poczwarki, na której widok można tylko z obrzydzeniem odwrócić głowę. [5/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

H3llb3nt – Hardcore Vanilla

H3llb3nt – Hardcore Vanilla
2001 – Invisible

Po pierwszym wysłuchaniu tej płytki mówiąc szczerze byłem zdruzgotany (w pozytywnym sensie tego słowa). Myślałem, że właśnie wpadła mi w ręce płyta mojego życia. Później nieco ochłonąłem i zreflektowałem się, że jednak słyszałem już trochę lepsze płyty. Ale to i tak w niczym mi nie przeszkadza gorąco polecić „Hardcore Vanilla”. Płyta dotarła do mnie z opóźnieniem i poznałem ją już w 2002 roku ale gdybym miał dzisiaj wybierać album roku 2001 to z całą pewnością byłby nim „Hardcore Vanilla”. H3llb3nt to projekt Martina Atkinsa współpracującego wcześniej m.in. z PIL, Ministry, NIN, Killing Joke oraz Erica Powella z 16 Volt. Z zespołem współpracuje też nim m.in. Raymond Watts z Piga. A więc zespół tworzą doświadczeni muzycy. A jednak „Hardcore Vanilla” przynajmniej w Polsce przeszła chyba nieco niezauważona. Nie wiem jak mogło to się stać, bo moim zdaniem zasługuje na wzmożoną uwagę. Muzycznie „Hardcore Vanilla” trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Na pewno przeważają elementy industrialnego rocka. Jest tam sporo industrialnego zgiełku ale też dużo rytmiki, zmian tempa i jakiegoś rodzaju w dobrym tego słowa znaczeniu przebojowości a to jest coś co chyba sporo osób lubi (w tym niżej podpisany). Tym bardziej więc dziwi fakt, że płyta przeszła niemal bez echa. Najlepszym utworem na płycie jest według mnie zdecydowanie „Jet Boy Machine”. Rewelacyjny numer. Pamiętam , że słuchałem go przez pierwszy dzień na okrągło. Zakręcony, agresywny, przebojowy. Czyli coś co sporo ludzi lubi (w tym niżej podpisany :]). Ogólnie H3llb3nt łączy w sobie sprzeczne elementy. Taneczność, przebojowość, melodię ze zgiełkiem, hałasem i elektroniką. Całość jest mocno zakręcona. Na dowód tego przytoczę fakt, że w numerze „Rubber Girls With Knives” słychać partie orkiestrowe i dam sobie głowę uciąć, że są to fragmenty „Carmina Burana” Carla Orffa. „Hardcore Vanilla” powinna spodobać się na pewno miłośnikom Nine Inch Nails (ale chyba nie tylko im, bo ja do miłośników NIN nie należę a płyta jak widać podoba mi się:]). Miejscami płyta mocno kojarzy mi się z Trentem Reznorem. Ale dla mnie to jest ulepszona wersja NIN :). Zdecydowana rekomendacja. [9/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Infact – Fatal Error

Infact – Fatal Error
2000 – Electronic

„Fatal Error” to płyta już niezbyt świeża ale warta uwagi. Jak sam zespół się reklamuje Infact to bawarska odpowiedź na Suicide Commando. W rzeczywistości to formacja jednoosobowa tworzona przez niejakiego Mario Meltzera. Płyta sprzed dwóch lat jest drugą pełnoprawną pozycją w dyskografii Infact. Debiutu nie słyszałem. „Fatal Error” mogę więc tylko odnosić do innych wykonawców grających w podobnych klimatach. A określić te klimaty nie jest trudno. Wystarczy zobaczyć kto miksował dwa bonusowe nagrania na płycie. Nagraniem tytułowym zajęło się Suicide Commando a numerem „Cold Blood” :Wumpscut: . Łatwo więc się domyślić, nawet bez słuchania płyty, że jest ona w klimatach znanych z płyt Rudiego Ratzingera oraz belgijskiego Suicide Commando. I tak jest w istocie. Infact to mroczne electro z wszystkimi charakterystycznymi elementami dla tego gatunku. Nieco schematyczne ale wciągające i nie nużące. Z całą pewnością Mario Meltzer włożył w muzykę sporo pasji. Aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na to, że pan jest Niemcem , więc nie należy od niego za wiele wymagać ;]. Podejrzewam, że panom z Cenobity albo Hocico poszłoby lepiej z tym samym repertuarem. Nie będę jednak wybrzydzał, bo pozycja jest solidna a i są też ciekawsze momenty („Labirynth”, „Net”) urozmaicające album. Generalnie im dalej w las (im dalsze utwory) tym jest mroczniej, mniej bitowo a bardziej niepokojąco. Pierwsza część płyty jest zdecydowanie szybsza i bardziej zdecydowana. Końcówka bardziej mroczna i odjechana. A na deser wspomniane dwa remiksy oraz jeszcze jeden (Cyberthreat remix) – razem trzy ;] Płyta kończy się więc bitowo i tanecznie. Fanom gatunku z całą pewnością powinno się spodobać. [6/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Hocico – Signos de Aberracion

Hocico – Signos de Aberracion
2002 – Out of Line

Nowa płyta meksykańskich „rzeźników” to krok zdecydowanie we właściwym kierunku. Ci co mają płytę już od dawna pewnie przesłuchali ją już wielokrotnie. Bo zaiste warta jest tego. Jednak ci, którzy nie wiedzą o co biega powinni to jak najszybciej nadrobić. „Signos de aberracion” podoba się bowiem zgodnie prawie wszystkim, którzy lubią electro-industrial. Moim zdaniem Hocico ma potencjał znacznie większy niż zamknięty krąg miłośników dark electro. Płyta oczywiście zachowuje to co u Meksykanów było najbardziej charakterystyczne. Czyli mroczny klimat, mocno przesterowany wokal, szybki rytm, przygniatający bit. To wszystko jest i na nowym wydawnictwie. Jednak tu i ówdzie zawsze pojawiały się na płytach Meksykanów momenty wytchnienia. Takie swoiste pasażyki przygotowujące odbiorcę do dalszego ataku na umysł. I na tym albumie jest podobnie. A nawet tych pasaży jest zdecydowanie więcej i są dłuższe. Niektórych może to denerwować innym pomoże w przebrnięciu przez płytę do końca. Z drugiej strony szybsze utwory mimo całej agresji w nie włożonej są melodyjne i przebojowe. Hocico ma więc szansę zaistnieć choćby na alternatywnych listach przebojów.
Sam album zaczyna się właśnie takim „pasażykowatym” wstępem („Pandemonium”) by po pięciu minutach przejść w moim zdaniem najlepszy numer na płycie „Instincts of Pervertion”. Zaraz potem następuję znany już z zeszłorocznego singla „Untold Blasphemy”. Utwór również udany. Następnym jest „Bloodshed” – znowu agresja, pasja, szybki bit ale kompozycja ma nieco bardziej złożoną strukturę. Choć wszystko przytłacza potworny bit, który dla postronnego słuchacza może być ogłuszający. Po tym secie następuje moment wytchnienia – „Childrens Eternity”. Nieco patetyczny, podniosły pasażyk jakby przygotowanie na wojne ;]. Po pięciu minutach muzycy doszlio do wniosku, że już można ;]. No i zaczyna się „Forgotten Tears”. Mój drugi ulubiony numer na płycie (po „Instincts of Pervertion”). Później znowu pasażyk „Un Alma Y El Vacio”, znowu utwór szybszy „Twisted Lines” , kolejny pasażyk „En Otro Lado” i kolejny numer szybki „Wounds”. A na zakończenie „pasażyk” „Callate el Hocico”. Nie wiem czy te pasażyki to do końca dobre rozwiązanie. Aż pieć takich wstępów i przejściówek to trochę za dużo jak na mój gust. Biorąc do ręki płytę Hocico oczekuję zmasowanego ataku na mój umysł utrzymanego w ryzach melodii ;] ale nie takich pasaży. Jak chcę pasaże to sięgam po Tangerine Dream. No i to właściwie jedyny zarzut do płyty. Na 11 numerów tylko 6 „prawdziwych” utworów a reszta to te cholerne przejściówki. Trochę przesadzili ;]. Hocico to w końcu nie Genesis i koncept albumu raczej nie stworzą ;). Liczę na poprawę następnym razem ;] ale na razie zachęcam wszystkich, którzy nie znają jeszcze płyty do zapoznania się. Pozycja obowiązkowa. [8.5/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Ultravox! – Ultravox!

Ultravox! – Ultravox!
1977  Island Records Ltd

1. Saturday Night In The City Of The Dead
2. Life At Rainbow’s End
3. Slip Away
4. I Want To Be A Machine
5. Wide Boys
6. Dangerous Rhythm
7. The Lonely Hunter
8. The Wild, The Beautiful & The Damned
9. My Sex

Ta płyta może być zaskoczeniem dla fanów new romantic nie znających dobrze twórczości Ultravox. Wydany w 1977 roku album był debiutem muzycznym Ultravox i w niczym nie przypomina późniejszych dokonań U-Vox. Liderem grupy był wtedy John Foxx. To on śpiewał wszystkie piosenki z pierwszego okresu twórczości zespołu o charakterze falowo-punkowym. Otwierający płytę kawałek „Saturday Night In The City Of The Dead” spokojnie mógłby wykonywać np. The Jam . Z kolei trzeci utwór „Slip Away” nasuwa na myśl dokonania Davida Bowie z lat 70-tych oraz Roxy Music. Czwarte nagranie to „I Want To Be A Machine”. Jak dla mnie najlepszy numer na płycie. Przy dużej dobrej woli można się doszukać w nim romantycznego klimatu znanego z późniejszych albumów. Nagranie numer 5 „Wide Boys” to kolejny niemalże punkowy kawałek. Pozostałe nagrania na płycie mają podobny charakter. Dla mnie debiutancki album U-Vox jest mało ciekawy. Żadnej oryginalności. Zespół wzoruje się na takich wykonawcach jak wspomniani David Bowie, Roxy Music i wykorzystuje modę na punk . Płyta bezbarwna nawet w ramach stylistyki przyjętej przez zespół. Nie polecam jej, chyba, że jako ciekawostkę. Jeśli ktoś nie zna twórczości Ultravox z końca lat 70-tych lepiej, żeby sięgnął po składankę dokumentującą  ten okres  „Three Into One”. Debiutancka płyta jest bowiem wyjątkowo słaba. [4.5/10]

Andrzej Korasiewicz
24.03.2002

Bronski Beat – The Age of Consent

Bronski Beat – The Age of Consent
1984/1996 – London Records 90 Ltd

1. Why?
2. Ain’t Necessarily So
3. Screaming
4. No More War
5. Love and Money
6. Smalltown Boy
7. Heatwave
8. Junk
9. Need a Man Blues
10. I feel Love
11. I feel Love – remix
12. Run from Love – remix
13. Hard Rain – remix
14. Memories
15. Puit D’Amour
16. Heatwave – remix

Kolejny remaster klasycznej płyty z lat 80-tych. Moim zdaniem album to prawdziwa perełka muzyki pop 80’s. Charakterystyczny (niektórzy powiedzą „pedałkowaty” – zresztą członkowie grupy byli zdeklarowanymi homoseksualistami) głos Jimmy Sommerville’a oraz oryginalne brzmienie płyty, mimo upływu wielu lat od chwili wydania, nie zestarzały się w ogóle. Album jest zbiorem przebojów a Bronski Beat dzięki płycie stał się  gwiazdą pierwszej wielkości europejskiej muzyki pop. „The Age of Consent” jest pierwszą i ostatnią płytą Bronski Beat, na której występuje Jimmy Sommerville. Po osiągnięciu sukcesu z zespołem rozpoczął karierę solową, z umiarkowanym jednak powodzeniem.

Płytę otwiera przebój „Why?”. Następny jest standard G.Gershwina „Ain’t Necessaily So”. Wykonanie tego numeru okazało się być strzałem w dziesiątkę. To jeden z ciekawszych utworów Bronski Beat a przede wszystkim jeden z większych przebojów grupy. Kariera Bronski Beat rozpoczęła się jednak od nagrania „Smalltown Boy” (numer 6 na płycie) oraz videoclipu nakręconego do niego. To właśnie dzięki „Smalltown Boy” zespół odniósł sukces, a cała płyta cieszyła się dużym powodzeniem. Utwór do dzisiaj jest zresztą grany przez wiele stacji radiowych.

Bardzo ciekawym numerem jest też nagranie „Heatwave” (numer 7 na płycie). Jak wszystkie utwory wykonywane przez Sommerville’a śpiewany jest falsetem a klimat kompozycji utrzymany jest nieco w stylistyce wodewilowej. Oryginalną płytę zamyka utwór „I Feel Love” – kompozycja G.Morodera, pierwotnie spopularyzowana przez Donne Summer. Wykonanie tej piosenki przez Bronski Beat z gościnnym udziałem M.Almonda było kolejnym sukcesem zespołu.

Na wznowieniu z 1996 roku znajduje się 6 bonusów. M.in. wydłużona wersja „I Fell Love” oraz remiks „Heatwave” a także nagrania, które nie zmieściły się na oryginalnym wydawnictwie. Dodatkowo podnoszą one wartość wydania. Płyta jest godna polecenie wszystkim miłośnikom brzmień lat 80-tych oraz fanom dobrej i niebanalnej muzyki pop. [7.5/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2002

The Cure – Boys Don’t Cry

The Cure – Boys Don’t Cry
1979 – Elektra

Amerykańska wersja debiutanckiej płyty („Three Imaginary Boys”) jest lepsza od „oryginału”. W zasadzie trzeba ją traktować jako osobną pozycję w dyskografii. Zawiera 8 wybranych nagrań z „Three Imaginary Boys” (pominięto kilka ewidentnych knotów) oraz 4 cure’owe klasyki , które ukazały się wcześniej na singlach i nie wiedzieć czemu nie znalazły się na brytyjskiej wersji płyty (zespół przecież miał je w swoim repertuarze już przed wydaniem debiutanckiego krążka). „Boys Don’t Cry”, „Plastic Passion”, „Jumping Someone Elses Train”, „Killing An Arab” , bo o nich mowa są znane chyba każdemu fanowi zespołu. Ukazywały się później wielokrotnie na różnych składankach i nikogo chyba nie trzeba do nich przekonywać. „Plastic Passion” ukazał się w zeszłym roku na polskim tribucie The Cure zagrany z równą pasją co oryginał przez zespół Eva. Poza tym na „Boys Don’t Cry” kolejność utworów rzecz jasna całkiem inna, niż na wersji angielskiej. Całość wypada zdecydowanie korzystniej. Jeśli ktoś będzie się wahał między kupnem „Three Imaginary Boys” a „Boys Don’t Cry” to zdecydowanie należy stawiać na tą drugą płytę. Klasyka. [8/10]

07.03.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Seventeen seconds

The Cure – Seventeen seconds
1980 – Fiction

Drugi właściwy album w dyskografii The Cure, to początek trzypłytowej drogi cierpienia, mroku i przygnębienia zakończonej „Pornografią”. Płyta krótka, jak było podówczas w zwyczaju, trwa zaledwie 35 minut i 41 sekund. Zawiera 10 nagrań, w których słychać zarówno postpunkowo-nowofalową pasję, jak i charakterystyczną w tym okresie dla The Cure zagęszczoną atmosferę przygnębienia. Znajdujemy się pomiędzy tym co The Cure zademonstrował na krążku debiutanckim, a tym co przedstawił na dwóch następnych płytach. Warto odnotować, że Robert Smith inspirował się m.in. płytą Davida Bowiego „Low”. „17 seconds” ukazała się w kwietniu 1980 roku; dociera do brytyjskiego Top 20 a w Australi zyskuje status platynowej płyty… Zawiera jedną perłę – „A Forest”. Album nie jest jeszcze tym co The Cure przedstawił na „Faith” i „Pornography”, ale należy do pozycji obowiązkowych dla każdego miłośnika zimnej fali i wielbiciela talentu Smitha. [9/10]

07.03.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – The Top

The Cure – The Top
1984 – Fiction

W zależności od tego jak liczyć to piąta lub siódma płyta w dorobku zespołu. W tym czasie The Cure przeżywał kryzys. Po nagraniu wyczerpującej psychicznie płyty „Pornography”, która nie odniosła sukcesu komercyjnego, Robert Smith zaangażował się w działalność Siouxsie and The Banshees a także razem ze Stevem Severinem założył zespół The Glove i nagrał płytę „Blue Sunshine”. Ukazało się też kilka przebojowych singli jako The Cure zebranych na płycie „Japanese Whispers”. W końcu przyszedł czas na kolejną płytę The Cure. „The Top” pojawia się w maju 1984. Wcześniej poprzedzona jest singlem „The Caterpillar”. Stylistycznie „The Top” lokuje się między muzyką z okresu Trylogii ( ciężki klimat ma zwłaszcza otwierający płytę „Shake Dog Shake”), radosnymi przebojami pop w stylu „The Walk” ( to singlowy „The Caterpillar”) a miłym dla ucha (muzycznie) pop rockiem znanym z płyt z lat 90-tych oraz „Head On The Door” („Dressing Up”, „Bird Mad Girl” , który w warstwie tekstowej opowiada o chorej psychicznie dziewczynce). Na płycie pojawiają się też elementy lekko orientalne („Wailing Wall”). W nagraniu „Give me it” partie saksofonu gra Porl Thompson, który wkrótce staję się piątym członkiem zespołu. Sam utwór „Give me it” ma charakter kakofonicznego zgiełku. Zaraz po nim pewnie dla ostudzenia nastroju następują wspomniane popowe „Dressing Up” oraz „The Caterpillar”. Bardzo udany jest też kolejny utwór na płycie – podniosły, patetyczny „The Empty World”. Następnie nieco zakręcony „Bananafishbones” z partiami zagranymi jakby na organach Hammonda (takie sprawia to przynajmniej wrażenie). Płyta kończy się utworem tytułowym. Moim zdaniem to najsłabszy moment na płycie. Nagranie jest według mnie pozbawione wyrazu i nie tak ciekawe jak cała płyta. Generalnie jednak to bardzo dobry album. Interesujący i urozmaicony kompozycyjnie. Zdecydowanie wart uważnego wysłuchania. [8/10]

07.03.2002
Andrzej Korasiewicz

The Cure – Kiss me, Kiss me, Kiss me

The Cure – Kiss me, Kiss me, Kiss me
1987 – Fiction

To płyta, którą rozpoczęła się moja przygoda z The Cure. Usłyszałem ją oczywiście w audycji Beksińskiego ( to był chyba Wieczór Płytowy w II pr PR). Przyznam, że na początku niezbyt mnie ona przekonała. Wydawała mi się jako całość bardzo ciężkostrawna. Z drugiej strony zawierała kilka piosenek bardzo wesołych i przebojowych („Just Like Heaven”, „Why Can’t I Be You”) – może nawet zbyt przebojowych. Tak naprawdę do zespołu przekonałem się dopiero kiedy usłyszałem płyty wcześniejsze a po wydaniu „Disintegration” moje uwielbienie do The Cure ugruntowało się. I wiem, że nie byłem w tym odosobniony. Znam kilka osób, które przeszły podobną drogę fascynacji The Cure.

„Kiss me, Kiss me, Kiss me” to zdecydowanie najdłuższa studyjna płyta w karierze zespołu. Na krążku znajduje się aż 17 nagrań i w sumie ponad 72 minuty muzyki. A muzyka jest bardzo różnorodna. Z jednej strony zawiera utwory nieco trudniejsze w odbiorze a z drugiej strony znajdują się na niej takie „hiciory” jak „Why Can’t I Be You”, ( w którym użyto trąbkę co wielu miało Cure’om za złe), „Just Like Heaven” czy „Hot, hot , hot”. Generalnie moim zdaniem utwory te trochę nie pasują do klimatu całej płyty. „Just Like Heaven” odniósł prawdziwy sukces komercyjny. W Polsce na liście przebojów Trójki dotarł do pierwszego miejsca i był pierwszym polskim numerem jeden. Od tego nagrania rozpoczęła się kariera The Cure w Polsce (wcześniejsze single „Catch”, „Why Can’t I Be You” oraz niesinglowy ale wylansowany przez Trójkę „Like Cocatoos” okupowały miejsca w trzeciej dziesiątce listy nie docierając nawet do pierwszej dwudziestki). Po sukcesie „Just Like Heaven” Trójka wylansowała całkiem nieprzebojowy „Fight!”, który dotarł do drugiego miejsca listy przebojów. The Cure już „kupił” polskich fanów i to nie „elitę” ale praktycznie wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek większe ambicje od zabawy na dyskotekach przy dźwiękach MC Hammera.

Jeśli chodzi o samą płytę to można mieć do niej dwa podejścia. Albo potraktować ją jako koncept album (chociaż dla mnie ten koncept jest nieco niejasny) i zachwycić się nią albo przyjąć ją jako zbiór nierównych i nie przystających do siebie nagrań z przewagą jednak nagrań dobrych i wybitnych. Do tych ostatnich zaliczyłbym „Like Cockatoos”, „Fight” (zwłaszcza ten ostatni to prawdziwa rewelacja, jeden z najlepszych moim zdaniem utworów w całej karierze The Cure) oraz przepiękne „One More Time” i „A Thousend Hours” utrzymane nieco w klimacie najpiękniejszych fragmentów „Disintegration”. Mnie jednak do dzisiaj ten album nie przekonuje i ja stosuję do „Kiss me, Kiss me, Kiss me” drugie podejście uważając kilka nagrań z tego krążka za genialne w swoim gatunku ale w całości nie traktuję płyty w kategoriach wielkiego dzieła sztuki. Są jednak tacy, którzy zaliczają płytę do najlepszych krążków The Cure. [8/10]

07.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Vnv Nation – Futureperfect

Vnv Nation – Futureperfect
2002  Dependent

Kolejna nowa płyta klasyka melodyjnej odmiany EBM pochodząca z tego roku. Tym razem zadanie jest łatwiejsze, niż przy recenzji kontrowersyjnej płyty APB. Styl VNV Nation jest znany od lat i albo ktoś go lubi albo nie. Dla tych drugich informacja, że w stylu muzyki tego brytyjskiego duetu nic się nie zmieniło i jeśli ktoś nie lubi muzyki VNV może spokojnie darować sobie zakup nowej płyty. Dla tych pierwszych (czyli dla lubiących dokonania Ronana Harrisa) mam natomiast wiadomość bardzo dobrą. „Futureperfect” to nie tylko płyta nowa, ale i dobra. Czyli mamy dwa w jednym.  Czy trzeba chcieć czegoś więcej? Skoro wstępne założenia zostały poczynione i przy lekturze recenzji pozostali już tylko lubiący VNV mogę przejść do omówienia w kilku słowach nowego albumu VNV Nation. W kilku słowach, bo o muzyce nie należy za dużo pisać a powinno się jej więcej słuchać.

„Futureperfect” zawiera utwory zarówno dynamiczne z mocno zaznaczonym bitem („Epicentre”, „Electronaut” , „Genesis” czy „Structure”) jak i charakterystyczne dla duetu ballady („Libestod”, „Holding on”, „Carbon”). W przeciwieństwie do innych zespołów wykonujących EBM VNV Nation zawsze wyróżniało się tym, że Ronan Harris śpiewał i jego wokal nie był poddany obróbce charakterystycznej dla takich wykonawców jak FLA czy Covenant (ale to pewnie dlatego, że Ronan Harris po prostu umie śpiewać 😉 ). Tak też jest na nowej płycie. VNV Nation to w zasadzie również (podobnie jak „Harmonizer”) muzyka rozrywkowa. Jednak dla ludzi lubiących mocniejsze brzmienie może być bardziej strawna a z drugiej strony dla kogoś kto nie lubi electro-industrialu nowa płyta VNV również może być nie do pogardzenia.

W istocie „Futureperfect” to zestaw bezpretensjonalnych piosenek (choć te balladki zalatują nieco pretensjonalnością) dobrze skrojonych, zagranych i nagranych. Nie muszę chyba dodawać, że słuchanie płyty nie jest wskazane dla ortodoksyjnych fanów muzyki rockowej. Rocka tutaj nie ma (ciśnie mi się na język – na szczęście…). Jeśli już, to  należy spojrzeć bardziej w kierunku techno. Dla mnie najlepszym utworem na płycie jest zdecydowanie „Structure” a zaraz potem dynamiczny, mocno „ubitowiony” „Epicentre”. Ta płyta podoba mi się bardziej niż „Empire”. Nagrana jest z większym „nerwem”, a kompozycje są bardziej pomysłowe (patrz wspomniany „Structure”). Rekomendacja. [8.5/10]

02.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Ultravox – Quartet

Ultravox - Quartet

Ultravox – Quartet
1982  Chrysalis

1. Reap The Wild Wind
2. Serenade
3. Mine For Life
4. Hymn
5. Visions In Blue
6. When The Scream Subsides
7. We Came To Dance
8. Cut And Run
9. The Song (We Go)

Jeszcze nikt nie napisał o tej płycie na stronie a to jest moja druga ulubiona płyta U-Vox (po „Vienna”) więc postaram się nakreślić na jej temat parę słów. Ultravox to dla wielu (a na pewno dla mnie) grupa legendarna. Na stałe weszła do historii elektronicznego popu. Do dzisiaj płyt Midge Ure’a i kolegów słucha się z prawdziwą przyjemnością. Pomimo upływu już 20 lat (jak ten czas leci!) od momentu zrealizowania i wydania „Quartet”, muzyka zawarta na nim moim zdaniem nie trąci myszką i brzmi zaskakująco świeżo. Sądzę, że niektóre gwiazdy współczesnego synth popu po wysłuchaniu „Qaurtet” i innych płyt Ultravox mogłyby się zacząć wstydzić. Muzyka Spocka czy And One nie może się równać ze starszymi produkcjami Ultravox.

Ciekawe jest też to, że moim zdaniem klasyczna również płyta „Visage” (w której nagraniu brał udział m.in. Midge Ure) brzmi dzisiaj już nieco archaicznie, a płyty Ultravox absolutnie nie. To jest chyba jakaś magia tego zespołu.

Muzyka na „Quartet” nie jest może tak porywająca jak ta z  „Vienny” (1980). Nie ma tutaj też takiego hitu jak „Dancing with tears in my eyes” na płycie „Lament” (1984). Ale nie ustepuje ona „Viennie” i moim zdaniem przewyższa „Lament”. „Quartet” to pozycja równa i solidna, bez słabych punktów, ale i bez nagrań szczególnie wyróżniających się. Choć i z niej pochodzi kilka przebojów (otwierający płytę „Reap the Wild Wind” a także „Hymn”, „Vision in blue” oraz „We Came to Dance”). Wszystkie nagrania zasługują więc na równą uwagę. „Quartet” to przykład dobrej nowo-romantycznej roboty, która przetrwała próbę czasu. Gorąco polecam wszystkim miłośnikom elektronicznego popu i fanom „new romantic” oraz brzmień 80’s. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
02.03.2002