Covenant – United States of Mind

Covenant – United States of Mind
2000 – Dependent

W oczekiwaniu na nową płytę szwedzkiej gwiazdy electro/future popu parę słów o ich w dalszym ciągu ostatnim studyjnym i pełnowymiarowym wydawnictwie. Fanom metalu nazwa „Kovenant” kojarzy się jednoznacznie z grupą grającą black metal. Ale ten „nasz prawdziwy” Covenant 😉 jest już na tyle w Polsce znany, że nikomu bardziej obeznanemu z muzyką nie trzeba wyjaśniać jakie są różnice miedzy grupami i która jest lepsza :). Covenant miał być headlinerem na festiwalu Black Flames. Niestety zespół odwołał swój przyjazd i możemy się tylko obejść smakiem. Chociaż organizator zapowiada, że Szwedzi wystąpią na drugiej edycji festiwalu. I to obok VNV Nation ! Trzymamy za słowo towarzyszu Radosławie :). A co można powiedzieć o płycie „United States of Mind” ? Na pewno to, że album jest udany. Covenant w porównaniu do pierwszych płyt znacznie złagodził brzmienie. Jeśli płyta „Dreams of a Cryotank” jest pozycją , którą można zaliczyć do electro-industrialu to „United States of Mind” jest płyta lekką, łatwą i przyjemną. To jest pop. Ale pop z klasą, dobrze zrealizowany z pomysłową melodyką i ciekawymi aranżacjami. Coś się tutaj dzieje ! To nie jest jakaś bezpłciowa papka jaką serwują nam media. No i nie jest to też pop kiczowaty. Na „United States of Mind” zdecydowanie słychać electro-industrialne korzenie zespołu. A więc przede wszystkim szybszy , niż u normalnych zespołów popowych bit. Dla mnie „United States of Mind” dodatkowo wiąże się z miłymi wspomnieniami z minionych wakacji, które spędziłem u naszych południowych sąsiadów. Bo omawiana płytka była zapuszczana przeze mnie w każdej wolnej chwili. Zaiste jest to muzyka wybitnie wakacyjna i imprezowa. Do tańca przede wszystkim , do różańca nieco mniej. Największe przeboje z tego longpleja to : „Like Tears In Rain”, „No Man’s Land”, „Tour De Force” (!), „Dead Stars” (!!!) i „One World One Sky”. To wszystko nagrania, które w zeszłym roku pojawiały się regularnie w czasie większości imprez electro-gotyckich. Znane są więc doskonale i osłuchane. Ale nic to. Utwory te są na tyle dobre, że z pewnością będzie się do nich wracać niejednokrotnie. Na osobne wyróżnienie zasługuje nagranie numer 4 „Helicopter”. Ten numer ma jakiś niesamowity , trudny do określenia urok. Mnie osobiście robi się ciepło na sercu (bardzo romantyczny jestem :]) jak słyszę wspomniane nagranie. A motyw „z helikopterem” jakby rozpowszechnił się po sukcesie płyty „United States of Mind”. To tyle. Pozostaje jedynie żal, że Covenant uznał, iż ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż przyjazd do Poznania 31.05 , no i pozostaje czekać na nowy album Szwedów. To oczekiwanie może umilać „United States of Mind”. [8.5/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Cenobita – Neo Milenio

Cenobita – Neo Milenio
1999 – Opcion Sonica

Cenobita to grupa, która wystąpi na tegorocznej pierwszej edycji festiwalu zorganizowanego przez Black Flames. Dla wielu zespół będzie głównym powodem przybycia na imprezę (po wiadomości o zmianie headlinera z Covenanta na And One – z przyczyn niezależnych od organizatorów). W istocie nie ma się czemu dziwić. Obok Hocico, który jest już prawdziwą gwiazdą electro (a na pewno cieszy się sporym wzięciem w niektórych środowiskach w Polsce) Cenobita tworzy meksykańską falę mrocznego electro. Muzykę Cenobity charakteryzują te same cechy co Hocico ale nie ma tutaj takich przestojów jak chociażby na ostatniej płycie „Signos de Aberracion”. W przypadku Cenobity mamy do czynienia z jednostajnie wybijanym rytmem, na który nałożony jest przesterowany wokal od początku albumu do końca. Zespół nie daje nawet chwili wytchnienia. Trzeba się podporządkować rytmice podawanej przez szalonych Meksykanów albo wyłączyć odtwarzacz. Ale tego nikomu nie radzę robić ! Bo byłby to niewybaczalny błąd. Można by na przykład pominąć takie genialne numery jak „Cristo 2000” (nieco spokojniejszy) czy „Earth”. A to już byłaby niepowetowana strata. Reasumując płyta pełna agresji, pasji z mocnym bitem, zagrany żywiołowo i zdecydowanie. Fabryka bitowa. Do słuchania dla otwartych fanów techno, gotyku, tanecznego industrialu. Zdecydowana rekomendacja jeśli ktoś jeszcze nie zna tej pozycji. No i nie zapomnijcie kupić biletów na festiwal poznański. Nie można przegapić takiej okazji ! [8/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Clear Vision – Deception

Clear Vision – Deception
2001 – Accesion

Przesłuchałem tą płytę chyba z 5 razy w nadziei, że jako całość będę mógł o niej powiedzieć coś dobrego. Niestety nie powiodła mi się ta sztuka. Dla niewtajemniczonych wyjaśnienie, że Clear Vision to kolejne dziecko Daniela Myera z Haujobb. Niestety mam wrażenie, że tym razem stała się tragedia i pan Myer poronił po raz pierwszy. „Deception” to płyta kompletnie nieudana. Początek pierwszego utworu zdaje się sugerować, że może nie będzie tak źle ale to trwa tylko przez kilka sekund, bo zaraz wybrzmiewa w całości utwór „American Dreaming”. Jak to usłyszałem to myślałem, że spadnę z krzesła. Jeden z nielicznych gatunków muzycznych , którego szczerze i autentycznie nie lubię to country. A pan Myer właśnie nagrał numer w tej tonacji. Wprawdzie nieco podrasowany ale wpływy Shania Twain są ewidentne ;] Dalej jest równie beznadziejne „Motion” – tak na poziomie gorszych nagrań And One. Nieco jaśniejszym punktem jest utwór „The Call”. Taki miły synth pop zalatujący nieco Haujobb’em. Nie najgorszy jest też „Revenge” aczkolwiek niektóre numery z płyt T.O.Y. są lepsze. Nagranie „Pillowtalk” nieodparcie przywołuje na myśl dokonania Vince Clarke’a. Czyli z odpowiednim podejściem da się tego słuchać ;]. Później ni stąd , ni zowąd utwór nieco mocniejszy „Fucker”. Chyba Myerowi przypomniało się jaka muzykę właściwie grał do tej pory. Następnym numerem „Calm This Storm” powrót do lepszych momentów z płyty T.O.Y. „She Killer” (Spears mix) rzeczywiście bardzo mocno zbliżył się do Britney Spears ;]. Trochę zalatuje Enigmą. Bardzo słaby utwór. Kolejne nagranie dla odmiany jest całkiem fajne „Saltz in der Suppe”. Zupełnie nie pasuje do poprzedniego. Następne – „Spider-Hero” jakby wyjęte z jakiejś ścieżki dźwiękowej do filmu przyrodniczego o komarach (jak się od nich opędzać). I w końcu najbardziej zaskakujący moment na płycie „Salz”. Ciężki, wręcz industrialny. Coś chyba się pomyliło Myerowi. Na jednej płycie nagranie w stylu And One, Shania Twain i takie coś ? Nie wiem czy Daniel Mayer przed montowaniem tej płyty nie wypalił za dużo machów. Zdecydowanie coś tu nie gra. Płyta jako całość prezentuje się fatalnie. Jest niestrawna. Obok siebie następują nagrania całkiem z innej bajki nie tworząc żadnej całości , żadnego klimatu. „Deception” to zbiór całkiem przypadkowych kompozycji. Nie chodzi o to, że to pop. Chodzi o to, że Myer wydał coś w rodzaju poczwarki, na której widok można tylko z obrzydzeniem odwrócić głowę. [5/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz

H3llb3nt – Hardcore Vanilla

H3llb3nt – Hardcore Vanilla
2001 – Invisible

Po pierwszym wysłuchaniu tej płytki mówiąc szczerze byłem zdruzgotany (w pozytywnym sensie tego słowa). Myślałem, że właśnie wpadła mi w ręce płyta mojego życia. Później nieco ochłonąłem i zreflektowałem się, że jednak słyszałem już trochę lepsze płyty. Ale to i tak w niczym mi nie przeszkadza gorąco polecić „Hardcore Vanilla”. Płyta dotarła do mnie z opóźnieniem i poznałem ją już w 2002 roku ale gdybym miał dzisiaj wybierać album roku 2001 to z całą pewnością byłby nim „Hardcore Vanilla”. H3llb3nt to projekt Martina Atkinsa współpracującego wcześniej m.in. z PIL, Ministry, NIN, Killing Joke oraz Erica Powella z 16 Volt. Z zespołem współpracuje też nim m.in. Raymond Watts z Piga. A więc zespół tworzą doświadczeni muzycy. A jednak „Hardcore Vanilla” przynajmniej w Polsce przeszła chyba nieco niezauważona. Nie wiem jak mogło to się stać, bo moim zdaniem zasługuje na wzmożoną uwagę. Muzycznie „Hardcore Vanilla” trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Na pewno przeważają elementy industrialnego rocka. Jest tam sporo industrialnego zgiełku ale też dużo rytmiki, zmian tempa i jakiegoś rodzaju w dobrym tego słowa znaczeniu przebojowości a to jest coś co chyba sporo osób lubi (w tym niżej podpisany). Tym bardziej więc dziwi fakt, że płyta przeszła niemal bez echa. Najlepszym utworem na płycie jest według mnie zdecydowanie „Jet Boy Machine”. Rewelacyjny numer. Pamiętam , że słuchałem go przez pierwszy dzień na okrągło. Zakręcony, agresywny, przebojowy. Czyli coś co sporo ludzi lubi (w tym niżej podpisany :]). Ogólnie H3llb3nt łączy w sobie sprzeczne elementy. Taneczność, przebojowość, melodię ze zgiełkiem, hałasem i elektroniką. Całość jest mocno zakręcona. Na dowód tego przytoczę fakt, że w numerze „Rubber Girls With Knives” słychać partie orkiestrowe i dam sobie głowę uciąć, że są to fragmenty „Carmina Burana” Carla Orffa. „Hardcore Vanilla” powinna spodobać się na pewno miłośnikom Nine Inch Nails (ale chyba nie tylko im, bo ja do miłośników NIN nie należę a płyta jak widać podoba mi się:]). Miejscami płyta mocno kojarzy mi się z Trentem Reznorem. Ale dla mnie to jest ulepszona wersja NIN :). Zdecydowana rekomendacja. [9/10]

30.03.2002
Andrzej Korasiewicz