The Cure – Kiss me, Kiss me, Kiss me

The Cure – Kiss me, Kiss me, Kiss me
1987 – Fiction

To płyta, którą rozpoczęła się moja przygoda z The Cure. Usłyszałem ją oczywiście w audycji Beksińskiego ( to był chyba Wieczór Płytowy w II pr PR). Przyznam, że na początku niezbyt mnie ona przekonała. Wydawała mi się jako całość bardzo ciężkostrawna. Z drugiej strony zawierała kilka piosenek bardzo wesołych i przebojowych („Just Like Heaven”, „Why Can’t I Be You”) – może nawet zbyt przebojowych. Tak naprawdę do zespołu przekonałem się dopiero kiedy usłyszałem płyty wcześniejsze a po wydaniu „Disintegration” moje uwielbienie do The Cure ugruntowało się. I wiem, że nie byłem w tym odosobniony. Znam kilka osób, które przeszły podobną drogę fascynacji The Cure.

„Kiss me, Kiss me, Kiss me” to zdecydowanie najdłuższa studyjna płyta w karierze zespołu. Na krążku znajduje się aż 17 nagrań i w sumie ponad 72 minuty muzyki. A muzyka jest bardzo różnorodna. Z jednej strony zawiera utwory nieco trudniejsze w odbiorze a z drugiej strony znajdują się na niej takie „hiciory” jak „Why Can’t I Be You”, ( w którym użyto trąbkę co wielu miało Cure’om za złe), „Just Like Heaven” czy „Hot, hot , hot”. Generalnie moim zdaniem utwory te trochę nie pasują do klimatu całej płyty. „Just Like Heaven” odniósł prawdziwy sukces komercyjny. W Polsce na liście przebojów Trójki dotarł do pierwszego miejsca i był pierwszym polskim numerem jeden. Od tego nagrania rozpoczęła się kariera The Cure w Polsce (wcześniejsze single „Catch”, „Why Can’t I Be You” oraz niesinglowy ale wylansowany przez Trójkę „Like Cocatoos” okupowały miejsca w trzeciej dziesiątce listy nie docierając nawet do pierwszej dwudziestki). Po sukcesie „Just Like Heaven” Trójka wylansowała całkiem nieprzebojowy „Fight!”, który dotarł do drugiego miejsca listy przebojów. The Cure już „kupił” polskich fanów i to nie „elitę” ale praktycznie wszystkich, którzy mieli jakiekolwiek większe ambicje od zabawy na dyskotekach przy dźwiękach MC Hammera.

Jeśli chodzi o samą płytę to można mieć do niej dwa podejścia. Albo potraktować ją jako koncept album (chociaż dla mnie ten koncept jest nieco niejasny) i zachwycić się nią albo przyjąć ją jako zbiór nierównych i nie przystających do siebie nagrań z przewagą jednak nagrań dobrych i wybitnych. Do tych ostatnich zaliczyłbym „Like Cockatoos”, „Fight” (zwłaszcza ten ostatni to prawdziwa rewelacja, jeden z najlepszych moim zdaniem utworów w całej karierze The Cure) oraz przepiękne „One More Time” i „A Thousend Hours” utrzymane nieco w klimacie najpiękniejszych fragmentów „Disintegration”. Mnie jednak do dzisiaj ten album nie przekonuje i ja stosuję do „Kiss me, Kiss me, Kiss me” drugie podejście uważając kilka nagrań z tego krążka za genialne w swoim gatunku ale w całości nie traktuję płyty w kategoriach wielkiego dzieła sztuki. Są jednak tacy, którzy zaliczają płytę do najlepszych krążków The Cure. [8/10]

07.03.2002
Andrzej Korasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *