Biosphere – Shenzou

Biosphere – Shenzou
2002 – Touch

Znany większej liczbie osób z pracy w zespole Bel Canto, norweski artysta Geir Jenssen od momentu odejścia z zespołu (czyli od ponad 10 lat) nagrywa solo jako „Biosphere”. Muzyka Biosphere nie ma wiele wspólnego z tym co Jenssen robił będąc członkiem Bel Canto. Jego solowe poczynania dowodzą jednak tego, że artysta marnował się w Bel Canto. Ciężar artystyczny solowych dokonań Jenssena jest nieporównywalny z nieco mdłymi (z perspektywy czasu patrząc) piosenkami Bel Canto. Osobiście jednak do tej pory pozostawałem nieco nieczuły na solową twórczość Jenssena. Ten błąd jednak muszę naprawić po przesłuchaniu najnowszej płyty Biosphere. Paradoksalnie (dla mnie) „Shenzou” jest chyba najbardziej spokojną i ambientową płytą w dyskografii Biosphere. Paradoksalnie dlatego, że należę do grona osób, które nie wzdryga się na myśl o muzyce rytmicznej i melodyjnej. A jednak „Shenzou”, pomimo tego, że bardziej zdecydowanych rytmów i melodii tutaj jak na lekarstwo, zaczarowało mnie do tego stopnia, że Biosphere awansował w mojej hierarchii artystów z niemal szarego końca tej klasyfikacji do ścisłej czołówki. Na płycie „Shenzou” zawarto 12 spokojnych, sennych ale jakże intensywnych kompozycji. Właśnie te dwie cechy – senność, intensywność – są najbardziej charakterystyczne dla „Shenzoo”. W tle tego hipnotycznego ambientu wplecione są m.in. miarowe, majestatyczne trzaski (np „Ancient Compfire”) a całość przywołuje na myśl twórczość kompozytorów muzyki „poważnej”. Mnie ta muzyka kojarzy się z III Symfonią Góreckiego. Okazuje się zresztą, że to skojarzenie nie jest przypadkowe. Pierwsze 10 kompozycji na najnowszym albumie Biosphere, jak sam artysta się przyznaje, powstało w wyniku inspiracji muzyką francuskiego kompozytora Clauda Debussy. Podsumowując należy powiedzieć, że „Shenzou” skierowany jest do osób wrażliwych i otwartych na piękno w muzyce lub do tych, którzy zmęczeni jednostajnym bitem chcą od niego nieco odpocząć. [9/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Evils Toy – Silvertears

Evils Toy – Silvertears
2000 – Drakkar

Ta płyta została „zjechana” swego czasu przez wszystkich fanów starego EBM-wego oblicza Evils Toy. To że coś z muzyką Evils Toy jest „nie tak” potwierdziła płyta następna i zmiana nazwy grupy. Ja jednak z uporem maniaka będę twierdził, że nowe oblicze Evils Toy (obecnie T.O.Y.) wcale nie jest gorsze od poprzedniego. Jest po prostu inne. Dzisiejszy Toy nie gra już electro, z nazwy wypadł człon „evils” co oznacza, że panom znudził się lekko industrializowany „zły” image zespołu. Dzisiaj T.O.Y. gra synth pop czystej wody (future pop, future storm czy jak to bydle się teraz zwie – ja zostaje przy nazwie „synth pop”) i robi to bardzo dobrze. „Silvertears” był pierwszym zwiastunem tej metamorfozy , którą miłośnicy takich płyt jak „Morbid Mind” czy „XTC Implant” przyjęli z zażenowaniem. Ale ja nie. Wprawdzie najlepszymi płytami Toya pozostaną dla mnie „XTC Implant” oraz „Illusion” ale dwóch ostatnich płyt słucham również czasami z przyjemnością. Chociażby dzisiaj kiedy żar ostatnich dni letnich leje się z nieba i myśli się tylko o zimnej kąpieli. Muzyka zawarta na „Silvertears” pasuje jak ulał do dzisiejszego upalnego , sierpniowego dnia. Są na płycie rzecz jasna momenty słabsze (przynajmniej ja nie przepadam za synth popowymi „wolniakami” takimi jak np „Inside out”) ale jest kilka wyśmienitych electro popowych przebojów jak choćby „Wired/Connected”, „Virtual State”, „Caution Anti Matter” czy „Rainbow Vs. Stars”. Generalnie to bardzo miła wakacyjna muzyka. Polecam wszystkim miłośnikom przebojowego, melodyjnego synth popu. [7/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Depeche Mode – Black Celebration

Depeche Mode – Black Celebration
1986 – Mute

1. Black Celebration
2. Fly On The Windscreen-Final
3. A Question Of Lust
4. Sometimes
5. It Doesn’t Matter Twon
6. A Question Of Time
7. Stripped
8. Here Is The House
9. World Full Of Nothing
10. Dressed In Black
11. New Dress
12. But Not Tonight

„Black Celebration” to płyta szczególna dla mnie i pewnie również dla wielu innych fanów DM. Polska w latach 80-tych była szarym, ponurym krajem, w którym zdobycie oryginalnych płyt zachodnich graniczyło z cudem. Trzeba było mieć wujka marynarza albo tatę lub mamę, którzy pełnili odpowiednie funkcje w aparacie PRL i mieli szanse dostać paszport, by móc wyjechać na Zachód i tam kupić dla syna/córki kupić parę płyt. Później takie rarytasy były pożyczane i przegrywane na kasety magnetofonowe przez wszystkich zaprzyjaźnionych – czasami tylko „chwilowo” – kolegów. I właśnie w tych warunkach ukazały się w połowie lat 80-tych w Polsce płyty Depeche Mode! Były to „Singles 80-85” oraz „Black Celebration” (z towarzyszącym mu EP „Stripped”). To była jazda! Warto dodać, że niezależnie od tego czy ktoś lubił muzykę DM czy nie, nabywał wymienione produkcje, bo wtedy kupowało się WSZYSTKO. W tamtych czasach, kiedy w naszym kraju był duży niedobór muzyki, nie było do końca jasne, że „wszystko” oznacza „bardzo dużo” a nawet o wiele więcej, niż „bardzo, bardzo dużo” i że wszystkich płyt jakie się ukazują po prostu mieć nie można. Przynajmniej trzeba się zdecydować na jakiś jeden gatunek muzyczny ;]. Ale wtedy nie wiedzieliśmy o tym i płyty DM (a także wszystkie inne) szły jak świeże bułeczki.

Mniej więcej właśnie od tamtej chwili datuje się znaczny wzrost popularności Depeche Mode w Polsce. Innym czynnikiem wzmacniającym popularnośc zespołu były oczywiście audycje radiowe Tomasza Beksińskiego, w których autor propagował muzykę DM.

Ale pomijając te wszystkie szczegóły „niemuzyczne” płyta „Black Celebration” jest rzeczywiście znakomita. Choć w chwili wydania wielu kręciło nosem na muzykę zawartą na albumie, to znacznie większa grupa fanów odnalazła w niej kolejny przejaw geniuszu brytyjskich muzyków. Są tutaj zarówno kompozycje przebojowe jak singlowy „A Question Of Time”, jak i piękne synth popowe ballady jak „A Question Of Lust”. Chyba po raz pierwszy jednak całość sprawia wrażenia dokładnie przemyślanej całości. „Black Celebration” nie jest zbiorem przypadkowych przebojów jak debiutancki „Speak and Spell”. Depeche Mode daleko odeszli od swoich początków, choć w dalszym ciągu, mimo „śmierci” new romantic, zestaw instrumentów pozostał niemal bez zmian. Wiodącymi instrumentami są syntezatory i perkusja elektroniczna. Zespołowi udało się jednak wyczarować z nich najbardziej melancholijną, piękną, ale zarazem smutną muzykę w historii muzyki synth pop.

Z dzisiejszej perspektywy „Black Celebration” jest płytą, która najmniej zestarzała się ze wszystkich płyt wydanych w latach 80-tych przez Depeche Mode. To swoiste opus magnum synth popu, które powinno przypaść do gustu również „gotom”. [10/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Depeche Mode – Music for the Masses

Depeche Mode – Music for the Masses
1987 – Mute

1. Never Let Me Down Again
2. The Things You Said
3. Strangelove
4. Sacred
5. Little 15
6. Behind The Wheel
7. I Want You Now
8. To Have And To Hold
9. Nothing
10. Pimpf
11. Agent Orange
12. Never Let Me Down Again (Aggro Mix)
13. To Have And To Hold (Spanish Taster)
14. Pleasure, Little Treasure

„Music for the Masses” to pozycja wręcz kultowa dla fanów Depeche Mode w latach 80-tych. Wtedy uważana była za najlepszą płytę DM i zwieńczenie dorobku muzycznego grupy. Dzisiaj jednak trąci nieco myszką, a ciekawiej wypada choćby wcześniejszy album „Black Celebration”.

Z drugiej strony na „Music for The Masses” znajdują się jedne z najlepszych kompozycji w karierze DM, które ciągle grane są na koncertach („Never Let Me Down Again”, „Behind the Wheel”). Takie utwory jak „I Want You Now”, czy „Little 15” przyprawiają do dzisiaj o dreszcze. Obok prostych przebojów, nawiązujących do klimatów „Speak and Spell” (singiel promujący płytę „Strangelove”), są tutaj utwory wysmakowane i pokazujące cały kunszt zespołu („The Things You Said”, „Sacred”). Wszystko nadal utrzymane jest w tonacji synth pop, co wówczas, kiedy o „new romantic” już dawno zapomniano, pokazuje wyjątkowość zespołu. Bo, mimo wzrostu w drugiej połowie lat 80-tych popularności muzyki rockowej i upadku zespołów opierających się w swoich kompozycjach na syntezatorach, popularność Depeche Mode cały czas rosła. W końcu to właśnie trasa promująca tę płytę została zarejestrowana i wydana później jako album live „101”. Mimo więc mieszanych odczuć, „Music for the Masses” pozostaje jedną z najlepszych płyt w historii zespołu. [9/10]

Andrzej Korasiewicz
31.08.2002

Depeche Mode – Violator

Depeche Mode – Violator
1990 – Mute

1. World in My Eyes
2. Sweetest Perfection
3. Personal Jesus
4. Halo
5. Waiting For The Night
6. Enjoy The Silence
7. Policy Of Truth
8. Blue Dress
9. Clean

Z „Violatorem” sprawa wygląda trochę dziwnie. W chwili wydania płyta nie została przeze mnie (a także przez część starszych sympatyków DM) przyjęta przychylnie. Z drugiej strony właśnie od „Violatora” zaczęło się prawdziwe szaleństwo na punkcie Depeche Mode. Z tej płyty pochodzą też największe przeboje grupy – „Enjoy the Silence”, „Policy of Truth”. Wydanie albumu poprzedzone było singlem i nakręconym do niego videoklipem „Personal Jesus”. To był hit w starym stylu DM. Niestety, sama płyta wtedy mnie rozczarowała. „Enjoy the Silence” wydawał mi się mdły i nieciekawy. W porównaniu z poprzednim albumem studyjnym – „Music for the Masses” – „Violator” był według mnie  załamaniem formy. Postawiłem wtedy na grupie „krzyżyk”. Poza kilkoma nagraniami (np. „Clean”) album uważałem za zbyt popowy i zbyt schlebiający powszechnym gustom.

Do płyty jednak powracałem i zacząłem odkrywać jej „drugie dno”. Przestała mi przeszkadzać jej „popowość”. DM przecież zawsze było zespołem popowym. Dostrzegłem, że „Violator” jest muzyką zrobioną ze smakiem i o dziwo nie brzmi wcale tak plastikowo jak starsze płyty DM. Nie jest to być może dzieło sztuki, ale nie o to przecież chodzi w muzyce Depeche Mode. Są tutaj ciekawe melodie, co najmniej poprawny śpiew Gahana, inteligentne i dopracowane kompozycje oraz kilka zgrabnych i miłych dla ucha przebojów. Po upływie 12 lat muszę powiedzieć, że słucham tego albumu z większą przyjemnością , niż „Music for the Masses”. I nie ma się co dziwić, bo „Violator” to rewelacyjny pop na każdą okazję. [9/10]

Andrzej Korasiewicz
31.08.2002

Dezerter – Kolaboracja

Dezerter – Kolaboracja
2002 Metal Mind Records
(wcześniej 1987 Klub Płytowy Razem jako „Dezerter” i 1991 Izabelin Studio jako „Kolaboracja”)

Jak wiele zespołów punkowych Dezerter miał w PRL-u problemy ze swobodną ekspresją artystyczną. Założony w 1981 roku jako SS 20 nie mógł się doczekać debiutanckiej płyty. Drapieżna muzyka Dezertera i prowokacyjne, antysystemowe teksty nie miały szans przedostania się przez barierę cenzury. Okazja na wydanie debiutanckiej płyty pojawiła się dopiero wraz z zainteresowaniem się zespołem przez goszczącego w Polsce pod koniec 1985 roku lidera amerykańskiej kapeli D.O.A. Joe Keighleya. Keighley wziął ze sobą taśmy z nagraniami koncertowymi Dezertera oraz kilkoma studyjnym nagranymi w studio radiowym i obiecał wydać płytę nakładem punkowego fanzinu „Maximum R’n’R” poza Polska. W między czasie jednak w kraju zdążyła ukazać się nakładem Klubu Płytowego Razem debiutancka płyta „Dezerter”. Płyta wydana w ilości 5 tysięcy sztuk miała się nazywać początkowo „Kolaboracja”. Niestety tytuł longpleja a także tytuły oraz teksty kilku piosenek zostały zakwestionowane przez cenzurę i ostatecznie płyta ukazała się z okrojonym zestawem nagrań i pociętymi przez cenzurę tekstami pt „Dezerter” w 1987 r. Mimo ingerencji cenzury album do dzisiaj ma w sobie wystarczającą dawkę energii by wzniecić rewolucję w głowie niejednego młodego człowieka. Po zmianach w 1989 roku pierwsza płyta została wydana w 1991 roku już pod oryginalnym tytułem „Kolaboracja”, z oryginalnymi tekstami piosenek. W tym roku została natomiast wznowiona przez Metal Mind Records. Na albumie znajduje się 15 szybkich, krótkich i dosadnych nagrań, które trafiały i nadal trafiają w samo sedno problemów znacznej części młodych ludzi. Pomimo zmiany ustroju teksty brzmią zaskakująco świeżo i aktualnie. Muzyka prosta i bezpośrednia też nie zestarzała się , bo co tutaj może się zestarzeć. A wśród utworów takie killery jak „Polska złota młodzież” , „Musisz być kimś”, „To miasto umiera”, „Szwindel”, „Zmiany”, „Urodziłem się 20 lat po wojnie”. Ten pierwszy nabiera dzisiaj szczególnej aktualności. Z kolei „Musisz być kimś” chodził swego czasu mi mocno po głowie i był jednym z moich ulubionych kawałków punkowych. Tekst skierowany przeciwko chorym ambicjom i egoizmowi oraz bezwzględnemu dążeniu do tego, żeby „być kimś”. Świetnie jest od czasu do czasu przypomnieć sobie tą muzykę, choćby po to, by zrobić swoisty „rachunek sumienia” ze swoim życiem. [9/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Fennesz – Hotel Paral.lel

Fennesz – Hotel Paral.lel
1997 – Mego

Christian Fennesz to Austriak nagrywający dla wytwórni Mego (również austriackiej). Mego słynie z wydawania elektronicznej muzyki eksperymentalniej (termin muzyczny, który kojarzy mi się z Mego to microsound, elektroniczny minimalizm pełen skrzypów, trzasków, niepokojących zgrzytów). Nakładem Mego ukazały się m.in. płyty Merzbow i Karkowskiego. Jednak sztandarową postacią tej wytwórni jest właśnie Fennesz. Album „Hotel Paral.lel” to debiutancki album Austriaka (choć wcześniej ukazała się m.in. 12′ „Instruments”). Na płycie słychać wszystko to co dla Mego charakterystyczne. Niepoukładane dźwięki, zaskakujące loopy, ni stąd ni zowąd wydobyte trzaski, totalnie zdekonstruowana melodia. A właściwie tutaj nie ma żadnej melodii. Miejscami pojawiają się jedynie „luźne” bity. Na postronnym słuchaczu całość może sprawiać wrażenie muzycznego chaosu. Jednak to tylko pozory. Muzyka jest przemyślana, dopracowany jest każdy szczegół, przemyślany każdy najmniejszy dźwięk. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. „Hotel Paral.lel” to moja ulubiona pozycja Fennesza. Może dlatego, że jest surowa a przy tym na swój sposób piękna i różnorodna. Nastroje na tej płycie to od „plumkającego” IDM-u (nr 4 „Blokm”) przez regularny noise (nr 5 „Santora”) po dominujące clicki, trzaski, zgrzyty i buczenia. Jeśli hałas może kiedykolwiek przerodzić się w piękno to stało się to właśnie na płycie „Hotel Paral.lel” Fennesza. [10/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Kraftwerk – Die Mensch Maschine

Kraftwerk – Die Mensch Maschine
1978 – EMI

Szczególny zespół i klasyczna płyta. To na niej znajdują się słynne: „Das Modell”, „Die Roboter” czy „Metropolis”. To właśnie tym albumem niemieccy muzycy zapoczątkowali swój znany do dzisiaj image – czerwone koszule, czarne krawaty, włosy z brylantyną, makijaż. To o tej płycie mówi się, że była ucieleśnieniem kraftwerkowych idei (utożsamienia człowieka z maszyną). Mottem płyty był napisany po rosyjsku slogan „Ja twoj sługa, ja twoj rabotnik”. Czy człowiek jest już maszyną ? Czy maszyna stanie się człowiekiem ? Oto przesłanie. Pod względem muzycznym „Die Mensch Maschine” to zaledwie 6 kompozycji, niecałe 40 minut muzyki. Warto też dodać, że płyta ukazała się w wersji niemieckiej i angielskiej. Ja polecam zdecydowanie wersję niemiecką. W końcu to ojczysty język muzyków Kraftwerk. I choć album ten nie jest według mnie szczytowym artystycznym osiągnięciem Niemców to bezwzględnie trzeba go „zaliczyć”. No i jest tutaj hit „Das Modell” znany zapewne nawet największym muzycznym laikom (chociażby z tego powodu, że był wielokrotnie wykorzystywany jako podkład na pokazach mody…). [8/10]

31.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Humanoid Nihil – Demo

Humanoid Nihil – Demo
2002

„Muzyki nikomu nie uda się zamknąć w słowach. Próby przybliżonego opisu muszą mieć uzasadniony powód, bo zawsze kaleczą.”

Tak piszą sami twórcy projektu Humanoid Nihil na swojej stronie internetowej. Ponieważ zostałem poproszony o ocenę muzyki Humanoid Nihil przez jednego z członków projektu dlatego czuję, że mam „uzasadniony powód”, by „zamknąć tą muzykę w słowach” 😉 co postaram się uczynić. Rzeczywiście, muzykę Humanoid Nihil (przynajmniej tą z początku płyty) trudno jest opisać słowami. Na debiutanckim demo znajduje się 8 kompozycji, wszystkie wyprodukowane za pomocą komputera i przez to mające charakter elektronicznych wariacji na wybrany przez autorów temat. A tematem tym, jak sami twierdza, jest człowiek i jego uczucia. Początek demo zapowiada się niezwykle interesująco. Muzyka nie jest łatwa a dla kogoś kto lubi elektronikę – wciągająca. Pierwsze kompozycje moim zdaniem pasują jak ulał jako podkład do filmu science fiction. Działają na wyobraźnie. Im więcej słucham , tym bardziej mi się podobają. Gdyby mi ktoś przystawił pistolet do głowy i kazał zaliczyć te 3 pierwsze utwory do jakiegoś gatunku to powiedziałbym, że jest to mieszanka techno, ambientu, popu, industrialu oraz el-music. Z całą pewnością muzyka robiona jest z dużym zaangażowaniem. Niestety od utworu numer cztery – „Hereafter” zaczyna się coś psuć. A nagranie numer 5 to już całkiem inna bajka. Tutaj już mamy do czynienia z techno (niestety dość prymitywnym według mnie). I to jest właściwie główny zarzut do debiutanckiego dema Humanoid Nihil. Niespójność. 8 utworów zostało wydanych jako całość i jako takie je rozpatruje. Tymczasem druga czwórka to kompozycje całkiem inne, niż pierwsza czwórka (a dodatkowo czwarte nagranie jest słabsze od 3 pierwszych). Nie tylko pod wzgledem muzycznym ale widać, że zostały wyprodukowane w innym czasie , być może z użyciem innych „instrumentów”. I powiem szczerze, że nie podobają mi się. Popsuły mi odbiór muzyki Humanoid Nihil. Pierwsze 3 nagrania zapowiadały się naprawdę ciekawie. Nieco klimat został popsuty kompozycją czwartą (choć nadal jest nieźle) a ostatnie 4 utwory to niezbyt ciekawa wariacja na temat prostego techno. Trochę jestem zawiedziony, aczkolwiek pierwsze trzy nagrania są według mnie naprawdę niezwykle interesujące i dobrze rokujące grupie. Mam więc nadzieję, że Humanoid Nihil jeszcze mnie czymś zaskoczy. Za te początkowe nagrania Humanoid Nihil dostaje ode mnie [6] punktów a za resztę [4] punkciki.
Więcej o zespole : www.humanoid-nihil.art.pl

12.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Deathcamp Procject – Wired

Deathcamp Procject – Wired
2002 (Demo)

Deathcamp Project to projekt niejakiego Voida oraz znanego z prowadzenia polskiego serwisu internetowego na temat Christian Death – Betrayala. Muzyka Deathcamp Project z założenia ma nawiązywać do tradycji goth/deathrocka. „Wired” to 5 kompozycji plus intro, outro oraz jedna „przejściówka”. Niestety (dla mnie)Deathcamp Project bardziej przekona fanów goth metalu i Marylina Mansona, niż fanów Bauhaus i Christian Death z początkowego okresu działalności. To nie jest oczywiście zarzut, choć spodziewałem się troszkę innych brzmień. Jak dla mnie za dużo tutaj metalowo brzmiącej gitary i lekko grawlującego wokalu (np „Venomous Edge”). Niektóre kompozycje wprawdzie rzeczywiście do złudzenia przypominają nagrania Christian Death (wspomniane „Venomous Edge”),  ale niestety to późne Christian Death, czyli z klasycznym deathrockiem nie do końca ma to coś wspólnego. Utwór numer 5 „Mirrors of Pain” muzycznie kojarzy mi się nieco z The Mission (chociaż jest bardziej rockowo). Numer 6 na „Wired” to wspomniana „przejściówka”. „Maggot’s Confession II” to znowu mocna inspiracja ostatnimi dokonaniami Christian Death. Na zakończenie „outro” pod tytułem „Dementia”. W sumie najbardziej deathrockowo wypada chyba numer 2 „Another…” chociaż i tutaj mamy do czynienia z metalizującą gitarą. Generalnie muzyka jest jednak wciągająca i może się podobać, zwłaszcze, że w Polsce mało gra się tego typu muzyki. Rekomendacja dla fanów rocka gotyckiego i goth metalu. [6/10]

(Deathcamp Project, ul. Ossowskiego 3F/4, 46-203 Kluczbork, e-mail: betrayal@rockmetal.pl)

12.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Nosignaldetected_ – Demo

Nosignaldetected_ – Demo
2003 wydaie własne

Naczelny jednego z pierwszych sieciowych magazynów gotyckich Gothicart i wpółtwórca największej gotyckiej imprezy tanecznej – Temple of Goth zapragnął spróbować sił jako twórca. Znając ewolucję upodobań Dj H12 (bo o nim mowa) gdy sięgałem po wydane w tym roku demo jego projektu Nosignaldetected_ miałem nadzieję na usłyszenie czegoś odbiegającego od gotyckiego nudziarstwa i w sumie nie zawiodłem się. Nosignaldetected_ to projekt prezentujący muzykę całkowicie elektroniczną, pozbawioną wszelkich patetycznych i pretensjonalnych naleciałości charakterystycznych dla niektórych gotyckich wykonawców a jednocześnie charakteryzujący się pewną, cechującą muzykę gotycką wrażliwością. Na razie nie można dużo więcej powiedzieć na temat tej muzyki. Demo Nosignaldetected_ to zaledwie 4 kompozycje ale przyznam, że po powtórnym przesłuchaniu robiące wrażenie. Muzyka Nosignaldetected_ to połączenie elementów dokonań klasyków muzyki elektronicznej takich jak Tangerine Dream czy Klaus Schulze z elektroniczno-ambientowymi kompozycjami Geira Jenssena, delikatnymi nawiązanianiami do Depeche Mode, dalekimi echami new romantic (utwór pierwszy) oraz bardziej bitowymi nawiązaniami do electro-ebm (utwór nr 3). Po kolejnym wysłuchaniu muszę oddać utworom Nosignaldetected_, iż mają sporo uroku. Na razie to jednak zaledwie 4 nagrania, więc siłą rzeczy trzeba poczekać na większą porcję muzyki Nosignaldetected_. Jak na debiutanckie demo jest ciekawie choć bez rewelacji [6/10]

Więcej o zespole : www.nsd.prv.pl

12.08.2002
Andrzej Korasiewicz

Farben – Textstar

Farben – Textstar
2002 Klang Elektronik

Najnowsza płyta Jana Jelinka (aka Farben aka Gramm) w zgodnej opinii wielu osób jest pozycją ze wszechmiar udaną. To bardzo lakoniczne stwierdzenie mogłoby wystarczyć fanom „owadzio-trzaskająco-szumiącej” elektroniki za zachętę do kupna ewentualnie odsłuchania płyty „Textar” z pominięciem procesu wydawania pieniędzy. Nie wszyscy jednak kojarzą o co chodzi i z kim mamy do czynienia. W istocie osoba Jana Jelinka nie należy do „kultowych” w dodatku pomimo swojsko brzmiącego nazwiska mamy do czynienia z Niemcem. Tym bardziej należy się jako rekomendacja Jelinka wyjaśnienie, że jego nagranie znalazło się swego czasu na „kultowej” już składance „Click’s and Cuts vol.1”. Skoro doszliśmy już do punktu, w którym pada słowo „kultowy” w kontekście omawianego artysty śmiało można przejść do nakreślenia w kilku zdaniach słów zachęty do wysłuchania płytki „Textar”. Uff. Album Jelinka „Textar” to typowa produkcja zawierająca clicki, trzaski, szumy i inne odgłosy wydobywające się z komputerowej aparatury, która posłużyła do produkcji tej płytki. Przyznam, że mnie osobiście na dłuższą metę tego typu clickanie nieco nudzi (w końcu ile można słuchać tykania zegarka ;], no chyba, że to cykanie zegara wewnątrz bomby – to co innego, tego słucha się w napięciu aż do momentu wybuchu ;]) ale czasami ma swój urok. Warunkiem by ten urok odkryć musi być ciekawa konstrukcja płyty i jej oryginalność. Przyznam, że waham się by nazwać płytę „Textar” oryginalną ale z pewnością ma swój klimat. Wsamplowane trzaski, clicki, pocięte na drobne kawałeczki bity układają się w interesującą całość. Płyta może się więc spodobać nawet najbardziej ortodoksyjnym zwolennikom prostych rytmów i ładnych melodii. Chociaż album jest oczywiście w całości instrumentalny i ani prostych rytmów, ani ładnych melodii tutaj nie uświadczymy. „Textar” ma jednak urok futurystycznej muzyki masowej nadchodzącej cywilizacji robotów i lotów pozaziemskich (oby). Ma to „coś” co sprawia, iż nie można przejść obok niego obojętnie. [8/10]

08.08.2002
Andrzej Korasiewicz