Project Pitchfork – Inferno

Project Pitchfork – Inferno
2002 WEA

Fani electro-industrialu mogą być zawiedzeni nową płytą klasyka gatunku. Project Pitchfork podąża bowiem wyznaczoną przez siebie drogą, na której coraz mniej miejsca dla electro-industrialnych motywów. Niegdysiejszy czołowy przedstawiciel electro kontunuuje poszukiwania rozpoczęte na poprzedniej płycie („Daimonion”). W przeciwieństwie do innych zespołów electro (Covenant, Evils Toy) Project Pitchfork nie poszedł jednak w stronę prostego złagodzenia brzmienia, grania bardziej lajtowego, synth popowego ale szuka nowej tożsamości poszukując nowych brzmień. Czy te poszukiwania zakończyły się sukcesem? Trudno na razie powiedzieć. Pewne jest, że płyta nie spodoba się osobom oczekującym electro-industrialnej młócki. Z całą pewnością „Inferno” nie jest też płytą awangardową. Muzykę na nowym albumie Pitchforków zaliczyłbym do jakiegoś rodzaju inteligentnego popu (alternatywnego ? ;]). Czy jednak muzyka zawarta na „Inferno” broni się także przy takim podejściu? Moim zdaniem nie do końca. Płyta jest na pewno bardzo dobrze zrealizowana. Mimo zmiany stylu ciężko jednak zespołowi oderwać się od electro-industrialnych korzeni. W tle pobrzmiewa dźwięk gitary (np „Souls in Ice”), co przywodzi na myśl Rammsteina. Charakterystyczny dla Pitchforków wokal nadal jest jednym z domiujących elementów w muzyce zespołu. W efekcie mamy do czynienia z czymś nie do końca określonym. Ani to jest electro-industrial, ani to są nowe brzmienia, ani nawet alternatywny pop. A co najważniejsze poszczególne kompozycje (których jest 14) nie są porywające i zwracające na siebie uwagę. Poszczególne utwory pod względem kompozycyjnym są po prostu przeciętne. I taka wydaje mi się właśnie cała płyta. Bardzo przeciętna. Nie sądzę, żeby mogła ona porwać osoby nie zainteresowane electro-industrialem i z całą pewnościa nie spodoba się miłośnikom electro-industrialu. „Inferno” jest moim zdaniem niestety płyta nijaką. Słuchanie tej muzyki nie wywołuje ani dreszczy ani odruchów wymiotnych. Niewykluczone, że komuś się ona jednak spodoba, ja jednak szybko o niej zapomnę mając nadzieję, że następny album Project Pitchfork będzie bardziej wyrazisty. [4.9/10]

Andrzej Korasiewicz
28.11.2002

Diary of Dreams – Freak Perfume

Diary of Dreams – Freak Perfume
2002 Accession/EFA

Tegoroczna płyta Diary of Dreams „Freak Perfume” nie jest już najnowszym wydawnictwem zespołu (niedawno ukazała się Epka „Panic Manifesto” zapowiadająca kolejną płytę grupy) ale warto o niej napisać kilka słów. Zdania na temat „Freak Perfume” są, jak to zwykle bywa, podzielone. Jedni nie mogą wyjść z zachwytu nad płytą, innym niezbyt się podoba. Ja należę do grupy pośredniej. Generalnie kilka miesięcy temu, gdy usłyszałem ja po raz pierwszy moje wrażenia były jak najbardziej pozytywne. Teraz emocje już nieco opadły i mogę o płycie napisać z większym dystansem. Tym co można o płycie napisać na pewno to to, że jest bardziej taneczna od swoich poprzedniczek. Muzyka DoD nadal pełna jest melancholii i zadumy ale jest bardziej melodyjna, przebojowa i silniej „ubitowiona”. Chyba jednym z wyróżniających się numerów na płycie jest nagranie nr 2 „The Curse”. Pewne jest też to, że ci których maniera wokalna Adriana Hates’a denerwowała (a tacy są) nie powinni sięgać po „Freak Perfume”. Wszystkie elementy charakterystyczne dla DoD są na omawianej płycie nadal obecne. Jedynym wyróżnikiem jest bardziej taneczny charakter albumu. Poszczególne kompozycje (których w sumie jest 12+3 bonus tracki) nie odbiegają od średniej. Ci którzy lubia DoD o ile nie przeszkadza im wyraźniej zaznaczony bit i spora dawka elektroniki powinni polubić „Freak Perfume”. Tych którzy nigdy nie przepadali za zespołem Adriana Hates’a nowa płyta raczej nie przkona. Dla mnie „Freak Perfume” jest płytą średnią, choć przyznaję, że coraz rzadziej mam ochotę na zawodzenia pana Adriana … [5.9/10]

Andrzej Korasiewicz
28.11.2002

Cenobita – Metamorfosis

Cenobita – Metamorfosis
2002 Trisol

Nowy album meksykańskiej Cenobity niestety jest dla mnie kolejnym tegorocznym rozczarowaniem na scenie electro-industrialnej. Po rewelacyjnym debiucie („Neo Milenio”) oczekiwania wobec Cenobity były spore. Zwłaszcza, że nowa płyta kolegów z Hocico („Signos de Aberracion”) spełniła oczekiwania większości fanów. „Metamorfosis” jest natomiast płytą dziwną. W zasadzie nie jest to pójście w stronę synth popu ale niektóre rozwiązania brzmieniowe (dźwięk syntezatora a la lata 80.) sprawiają, że muzyka Cenobity jest krokiem wstecz. Nie chodzi o to, że Cenobita zaczęła grać synth pop, bo po 1. tak nie jest a po 2. nie mam nic przeciwko synth popowi (a nawet jest przeciwnie – lubię synth pop) ale chodzi o to, że połączenie mrocznego electro, przesterowanego i agresywnego wokalu z klawiszami a’ la Papa Dance daje miejscami efekt komiczny. A tak właśnie jest na „Metamorfosis” co sprawia, iż muzyka Cenobity jest odarta z „mroku” i „powera”. Niby w głosie Claus Bita nadal jest agresja ale w tle syntezatorowe pykania wywołują refleksję nad niewłaściwościa tego typu motywu w muzyce zespołu aspirującego do miana grupy „dark electro”. Nie jest jednak tragicznie. Osobom lubiącym w muzyce bit mimo wszystko kilka nagrań może przypaść do gustu (np nr 5 „Imperios”), choć bardziej na zasadzie „z braku laku…” Może ta „metamorfoza” Cenobity jest spowodowana odejściem od zespołu drugiego jej członu czyli Omara Flo a może jeszcze czymś innym. W każdym razie ci, którzy jeszcze nie słyszeli nowej produkcji Cenobity niech będą przygotowani na niezbyt pozytywne zmiany w muzyce zespołu. [5/10]

28.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Feindflug – Hirnschlacht

Feindflug – Hirnschlacht
2002 Black Rain

Kolejny przedstawiciel electro-industrialu, kolejna grupa z Niemiec i i ich nowa płyta „Hirnschlacht”. Feindflug nie zawodzi. Na nowym albumie zespół prezentuje dokładnie to czego po nim się wszyscy spodziewali. Niemiecka electro-industrialna maszyneria nie rozczarowuje prąc do przodu i wciągając swoich słuchaczy do ekstatycznego tańca. Feindflug oskarżany o sympatie pronazistowskie (od których zespół odżegnuje się) z niemiecką precyzją złożył 9 nowych kompozycji w miażdzącą całość pt. „Hirnschlacht”. Muzyka jest ostra, drapieżna, zadziorna, industrialna ale nie traci przy tym tanecznego potencjału. Apokaliptyczne disco. To określenie chyba najbardziej pasuje właśnie do takiej muzyki. Charakterystycznym elementem muzyki Feindfluga jest też to, że poza wsamplowanymi gdzieniegdzie głosami (m.in. przemówień) nie ma tutaj wokaliz. Jest tylko muzyka, która ma za zadanie sama przebijać się do umysłu słuchacza i rozbijać jego stresy, pełnić role katalizatora niepotrzebnych myśli. I trzeba przyznać, że zespołowi ta sztuka udaje się znakomicie. „Hirnschlacht” to jedna z lepszych electro-industrialnych płyt tego roku. [8]

28.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Blutengel – Angel Dust

Blutengel – Angel Dust
2002 Out of Line

Łatwo można pogubić się w poszczególnych projektach Christiana Pohla. Ilość grup, które założył i z którymi wydaje kolejne (jak twierdzą niektórzy podobne do siebie) płyty cały czas wzrasta. Blutengel to projekt, który przez znaczną część fanów EBM/dark wave uważany był za jedno z najbardziej sympatycznych przedsięwzięć Niemca. I rzeczywiście poprzedni album „Seelenschmerz” był ciepło przyjęty również przez tych, którzy za Christianem Pohlem nie przepadają (a są tacy, którzy twierdzą, że pan ten nie ma nic do powiedzienia pod względem muzycznym). Faktem jest, że muzyka produkowana przez Pohla nigdy nie była odkrywcza. Christian Pohl zawsze wykorzystywał gotowe patenty nieznacznie tylko je przetwarzając. Do tej pory jednak przedsięwzięcia Christiana nie wywoływały u mnie ocen negatywnych. Miałem pewną słabośc zarówno do Terminal Choice, Tumora jak i Blutengela – czyli jego 3 głównych przedsięwzieć (choć nie jedynych). Nowa płyta przekroczyła jednak u mnie granice tolerancji. To co Blutengel prezentuje na albumie „Angel Dust” jest muzyką bezbarwną, schematyczną aż do bólu, pozbawioną interesujących melodii. Poprzedniej płyty słuchałem z prawdziwą przyjemnościa. Z przesłuchaniem do końca „Angel Dust” miałem duże problemy. Niestety ale parafrazując dialog z pewnego polskiego filmu na tej płycie „nic się nie dzieje” a jeśli się dzieje to wieje nudą, schematem. Kobiece wstawki wokalne irytują, monotonia głosu Pohla przyprawia o mdłości. Muzycznie wieje z płyty beznadzieją. Jednym słowem jest tragicznie. Może naprawdę warto się zastanowić nad „restrukturyzacją” przedsiębiorstwa muzycznego jakie pan prowadzi panie Pohl ? Może jakieś zwoleninia grupowe ? ;). Może by sprzedać część aktywów ?;) Albo może jakieś inne rozwiązania, by nie wypuszczać już więcej takich bubli jak „Angel Dust”… [1/10]

27.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Covenant – Northern Light

Covenant – Northern Light
2002 KA2/Sony

Covenant to już klasyka electro-EBM. Poprzedni album „United States of Mind” był jednak skrętem zespołu w stronę brzmień łagodniejszych, bardziej melodyjnych, przebojowych. Nie wszystkim nowa droga Covenanta spodobała się ale album nie był partactwem. Mnie poprzednia płyta podobała się, tym bardziej czekałem więc z niecierpliwością na nowe wydawnictwo Szwedów. Kiedy latem tego roku w ręce wpadł mi singiel „Call The Ships To Port” stwierdziłem, że nowa płyta zapowiada się na kontynuację poprzedniej. Te same patenty, podobne melodie no i wielki hit na miarę „Dead stars” – tytułowy (z singla) „Call The Ships To Port”. Numer ten świadczył o tym, że muzycy ostatecznie zrezygnowali z industrialnego bagażu i postanowili podążać future popową ścieżką. „Call The Ships To Port” zapowiadał jednak soczysty, melodyjny synth pop, tymczasem płyta „Northern Light” rozczarowuje. Utwór singlowy jest praktycznie najlepszym numerem na płycie, na której obok utworów lepszych – „Monochrome”, „We Stand Alone”, „We Want Revolution” znajdują się też rzeczy, do których nie przywykliśmy na płytach Covenant. Takie nagrania jak „Invisible & Silent” bardziej pasują na płytę De/Vision czy Wolfsheim, niż Covenanta. Jednym słowem miejscami mamy do czynienia z łzawym synth popem. A nie tego oczekujemy po Covenancie. Płyta w całości nie jest jednak zła i choć rozczarowuje to tym którzy lubią Covenant album może się w końcu spodobać. Na pewno wyprodukowany jest ze smakiem, ale na wiele wyższą ocenę, niż „miła muzyczka” IMO nie zasługuje. [6/10]

27.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Dismantled – Dismantled

Dismantled – Dismantled
2002 Dependet/Metropolis

Dismantled to projekt powołany do życia w 2000 roku przez Gary Zona. W tym roku (2002) ukazała się debiutancka płyta pt. „Dismantled” (wcześniej wyszło jedno demo) i jest to chyba jedna z lepszych (a na pewno ciekawszych) płyt electro-industrialnych AD 2002. Muzyka jest jakby wypadkową Front Line Assembly i Haujobb. Czyli jest bardzo ciekawie, choć rzecz jasna Ameryki już się w electro-industrialu nie okryje. Można jednak tworzyć ciekawą muzykę, nie ograniczając się do bezmyślnego hałasowania, czego Dismantled jest dowodem. Brzmienie jest surowe, industrialne ale jednocześnie Gary Zon nie zapomina o melodyjności i smaczkach brzmieniowych. Nie jest lajtowo i synth popowo ale nie jest też awangardowo. Dismantled to typowy przedstawiciel inteligentnego electro-industrialu. Płyta powinna spodobać się fanom ostatnich płyt FLA a także miłośnikom Haujobb, starych płyt Negative Format, Abscess czy NCC. Polecam. [8/10]

27.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Tumor – Zombienation

Tumor – Zombienation
2002 Out of Line

Christian Pohl po raz drugi. Tym razem jednak jest nieźle. Tumor to chyba jeden z mocniejszym projektów Christiana. Jego nowa płyta jako Tumor jest zdecydowanie lepsza, niż Blutengel. Jest schematyczna, ale solidna. Niemiecka maszyna pracuje równo i miarowo, roztrzaskując przypadkowo napotkane na drodze przeszkody. Wokal Pohla bardziej przesterowany a muzyka bardziej agresywna. Pomysły na poszczególne nagrania też jakby ciekawsze. A ponieważ jak już wspomniałem w recenzji płyty Blutengela mam słabość do muzyki Pohla to nowy Tumor podoba mi się. A nawet podoba mi się bardzo. Wprawadzie nie jestem w stanie wyróżnić żadnego nagrania konkretnie, ale za to nie miałem problemu z wysłuchaniem tego albumu do końca. A nawet kilkakrotnie do niego wróciłem. „Zombienation” spodoba się osobom spragnionym solidnego electro-industrialu, którzy nie mają do Christiana Pohla uprzedzeń i tym, którzy lubią wytwory niemieckiego przemysłu electro-industrialnego. Fani Funker Vogt, Feindflug czy słowackiego K.I.F.O.T.H. nie powinni być zawiedzeni. [7.5/10]

27.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Exit – Tonący się brzytwy chwyta

Exit – Tonący się brzytwy chwyta
2002 Furia Musica

Szóste dziecko wytwórni prowadzonej przez Maniaka vel. Tomka Zrąbkowskiego (Cold Zine) przynosi muzykę niezwykłą. Muzykę piekną ale i niełatwą, której urokowi albo można całkowicie się poddać albo którą można kompletnie odrzucić. Wydaje się, że rozwiązania pośrednie nie bardzo wchodzą w grę. Płyta „Tonący się brzytwy chwyta” jest zbyt jednoznaczna (choć nie dlatego, że prosta), by można było przejść obok niej obojętnie. Muzyka na płycie jest „oznaczona” w tym sensie, że skierowana do słuchacza o odpowiednio rozwiniętym stopniu wrażliwości. Miłośnicy muzycznych tapet nie mają po co sięgać po nią. Nie ma jednak reguły na to jak i kiedy ta muzyka może się spodobać. Mnie ona „walnęła” od razu ale znam osoby, które musiały przesłuchać ją kilka razy, by odkryć jej istotę. A jest co odkrywać.

Exit to grupa powstała w 1993 u w Krzeszowicach k/Krakowa. Zaczynała od nagrania kilku kaset demo oraz w 1995 roku materiału „Reserpinum” a następnie w 2000 kolejnego pt. „Sola Fide”. Niestety nie było mi dane słyszeć tej muzyki ale z tego co wiem od tych, którzy mieli tą przyjemność Exit od początku grał rodzaj „poetyckiego” post punka. Dużą rolę przywiązując do warstwy lirycznej. Tą ścieżką Exit podąża również na najnowszym wydawnictwie. Niezwykłość muzyki zawartej na płycie „Tonący się brzytwy chwyta” potęguje fakt, że grupa nie używa perkusji. Muzyka nie traci jednak przez to na żywotności a ekspresyjny wokal i apokaliptyczno-poetyckie teksty powodują, że muzyka zespołu Exit wywołuje dreszcze. Zamiast perkusji w użyciu jest akordeon i przede wszystkim głos jako jeden z ważniejszych instrumentów nadających ostatecznego wyrazu całości.

Na płytę składa się zaledwie 10 utworów ale takich, które wbijają w krzesło. Mimo braku elektrycznych, gitarowych riffów, hałasu instrumentów perkusyjnych z muzyki Exit bije niesłychana siła. Muzyka akustyczna, hipnotyczna. Teksty uduchowione ale nie tandetne (wykorzystano m.in. fragmenty Starego Testamentu oraz twórczośc Williama Blake’a). Całośc porywająca. Post rock zagrany tak, że Tortoise wysiada. Hipnotyczny, akustyczny post cold wave to inna próba nazwania muzyki krzeszowickiej grupy. Muzyki, która powinna spodobać się wszystkim nadwrażliwcom ale zwłaszcza tym, którzy wielbią Variete, kochają The Cure oraz tym którzy lubią Sigur Ros, Mogwai czy GYBE. Dla mnie jedna z lepszych polskich płyt jakie udało mi się usłyszeć w ciagu kilku minionych lat. [10/10]

26.11.2002
Andrzej Korasiewicz

One Inch Of Shadow – The Birthday of Angels and Mannequines

One Inch Of Shadow – The Birthday of Angels and Mannequines
2002 Perun

Perun to kolejna wytwórnia prowadzona przez Maniaka (zaiste, niezły z niego „maniak”;]) i kolejna znakomita płyta, którą mam dzięki temu możliwośc słuchać. One Inch Of Shadow to grupa nieco bardziej znana, niż Exit ale z pewnością nadal zbyt mało doceniona. Istnieje od 1995 i jak sami muzycy twierdzą ich muzyka „ewoluowała od radykalnego industrialu przez eteryczny postindustrial aby przybrać formę melancholijnych piosenek o psychodeliczno nowofalowym zabarwieniu”. I tak jest w istocie. Album „The Birthday of Angels and Mannequines” to zbiór onirycznych kolaży muzycznych wyłaniających się jakby zza mgły słów, które oplatając całość tworzą niezwykłą mozaikę dźwięków nie przypominających jednoznacznie żadnego konkretnego stylu muzycznego. I samo to można już uznać za wystarczającą rekomendację dla płyty. Tworzenie muzyki, której nie można przyporządkować do żadnego konkretnego gatunku, ale od której jednocześnie nie można się oderwać jest marzeniem chyba każdego artysty. I właśnie formacji One Inch Of Shadow ta sztuka się udała. Strzępy głosów, dźwięki użytego na płycie instrumentarium (perkusja, trąbka, syntezatory) zawieszone w przestrzeni jakby między jawą a snem, między piekłem a niebem hipnotyzują i mogą wprowadzać w stan odurzenia, do którego osiągnięcia poza muzyka One Inch Of Shadow, chwilą skupienia i odpowiednio wyostrzonymi zmysłami nic więcej nie jest potrzebne. Niepowtarzalne doznania z pogranicza sztuki i metafizyki to wrażenia jakie pozostają po wysłuchaniu albumu „The Birthday of Angels and Mannequines”. Ta płyta to konieczność (podobnie jak Exit). [10/10]

26.11.2002
Andrzej Korasiewicz