Cenobita – Metamorfosis

Cenobita – Metamorfosis
2002 Trisol

Nowy album meksykańskiej Cenobity niestety jest dla mnie kolejnym tegorocznym rozczarowaniem na scenie electro-industrialnej. Po rewelacyjnym debiucie („Neo Milenio”) oczekiwania wobec Cenobity były spore. Zwłaszcza, że nowa płyta kolegów z Hocico („Signos de Aberracion”) spełniła oczekiwania większości fanów. „Metamorfosis” jest natomiast płytą dziwną. W zasadzie nie jest to pójście w stronę synth popu ale niektóre rozwiązania brzmieniowe (dźwięk syntezatora a la lata 80.) sprawiają, że muzyka Cenobity jest krokiem wstecz. Nie chodzi o to, że Cenobita zaczęła grać synth pop, bo po 1. tak nie jest a po 2. nie mam nic przeciwko synth popowi (a nawet jest przeciwnie – lubię synth pop) ale chodzi o to, że połączenie mrocznego electro, przesterowanego i agresywnego wokalu z klawiszami a’ la Papa Dance daje miejscami efekt komiczny. A tak właśnie jest na „Metamorfosis” co sprawia, iż muzyka Cenobity jest odarta z „mroku” i „powera”. Niby w głosie Claus Bita nadal jest agresja ale w tle syntezatorowe pykania wywołują refleksję nad niewłaściwościa tego typu motywu w muzyce zespołu aspirującego do miana grupy „dark electro”. Nie jest jednak tragicznie. Osobom lubiącym w muzyce bit mimo wszystko kilka nagrań może przypaść do gustu (np nr 5 „Imperios”), choć bardziej na zasadzie „z braku laku…” Może ta „metamorfoza” Cenobity jest spowodowana odejściem od zespołu drugiego jej członu czyli Omara Flo a może jeszcze czymś innym. W każdym razie ci, którzy jeszcze nie słyszeli nowej produkcji Cenobity niech będą przygotowani na niezbyt pozytywne zmiany w muzyce zespołu. [5/10]

28.11.2002
Andrzej Korasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *