Castle Party 2003, 26-27 lipca 2003 r., Zamek Bolków

Castle Party 2003, 26-27 lipca 2003 r., Zamek Bolków

Dziesiąta edycja największego festiwalu dark independent w środkowo-wschodniej Europie już za nami. Wkrótce, na łamach alternativepop.pl, obszerna relacja wraz ze zdjęciami, ale już dziś kilka uwag „na gorąco”. Z różnych względów nie widziałem wszystkich koncertów, nie byłem też w piątek na „Before show party”, ale to na czym mi najbardziej zależało – obejrzałem.

Przede wszystkim, pierwszego dnia, rewelacyjny koncert dała reaktywowana niedawno Brygada Kryzys. Świetnie zagrane stare numery zabrzmiały tego dnia zaskakująco świeżo. Pełen profesjonalizm Roberta Brylewskiego oraz Tomka Lipińskiego powalił mnie. Byłem zaskoczony żywiołową reakcją fanów gotyku. Gdy rozmawiałem w czasie festiwalu z młodymi gotami, pytając się o zespół, z przykrością odnotowywałem, że niewiele osób wiedziało cokolwiek na temat zespołu. Mam nadzieję, że show jaki dali panowie w Bolkowie, choć trochę pozwoli przybliżyć dokonania klasyka polskiej nowej fali. W czasie koncertu „poleciała” słynna „Centrala” a Tomek Lipiński skandując w innym numerze: „Gandzia, gandzia, gandzia, gandzia” kończył tradycyjnym „legalize, not criticize”. Przyznać jednak muszę, że nie wszystkim młodym gotom występ się podobał. Mnie natomiast wcześniej rozczarował występ Terminal Choice. Christian Pohl wyraźnie nie stanął na wysokości zadania. Ze sceny wiało nudą a bardziej gitarowe numery, pochodzące z tegorocznej płyty, irytowały.

Niedzielne koncerty rozpoczęła czeska kapela Immunology. Ponieważ utwór, ściągniety przed festiwalem z oficjalnej strony zespołu, przypadł mi do gustu, mimo panującego na zamku w Bolkowie skwaru, udałem się tam, by zobaczyć jak Czesi zaprezentują się na żywo. Kawałek, który usłyszałem wcześniej, sugerował, że Immunology gra coś w rodzaju dark electro – stąd moje nim zainteresowanie. Niestety okazało się, że napotkani w drodze na zamek znajomi mieli rację, klasyfikując muzykę Immunology jako rock industrialny, zbliżony do dokonań Nine Inch Nails. W istocie Czesi zaprezentowali się bardziej rockowo, niż electro-industrialnie. Do tego, od początku występu, byli źle nagłośnieni, a w pewnym momencie mieli w ogóle kłopoty ze sprzętem i nastąpiła mała przerwa techniczna. Występu nie uratowały nawet iskrzące się opiłki metalu z piły tarczowej – względnie innego ustrojstwa przytaszczonego przez muzyków na scenę.

Kolejnym zespołem, na którego występ oczekiwałem, była Ścianka. Muzycy Ścianki zaprezentowali się w repertuarze znanym zarówno z płyt wcześniejszych, jak i z ostatniego albumu – „Białe wakacje”. Nowsze, bardziej psychodeliczne i oniryczne kompozycje nieco uśpiły publiczność. Starsze, przypomniały, że Ścianka zaczynała jako zespół rockowy. O dziwo, Ścianka spodobała się gotyckiej publiczności. Zespół dwa razy był wywoływany na scenę i jako pierwszy tego dnia bisował. Muzycy zagrali dwa covery: „Strawbbery fields forever” The Beatles oraz „Smoke on the Water” Deep Purple. Zwłaszcza tym ostatnim numerem, mocno zresztą odbiegającym od oryginału, Ścianka wywołała prawdziwą euforię. Występ Ścianki był bardzo udany. Zespół dobrze nagłośniony a muzycy udowodnili, że wiedzą co robić z instrumentami. Ścianka niewątpliwie potrafi bawić się muzyką. Pewnym zgrzytem były jedynie – w zamyśle zabawne – odzywki o „rycerzach gotyckich”. Panom chyba nieco pomyliły się gotyki. Ale nic to, dla mnie i tak, występ Ścianki, to jeden z trzech najważniejszych i najbardziej udanych koncertów tegorocznego Castle Party.

Po Ściance na scenie zainstalował się austriacki L’Ame Immortelle. To kolejny koncert, na który czekałem w Bolkowie. Wprawdzie nie spodziewałem się wielkich rewelacji, ale liczyłem na ciekawy występ. Nigdy wcześniej nie widziałem Austriaków w akcji, tym bardziej byłem zainteresowany, tym co zaprezentują w Bolkowie. Niestety, występ Sonji Kraushofer i Thomasa Rainera rozczarował mnie. W czasie koncertu, na niebie w Bolkowie, pojawiły się gęste, ciemne chmury a nad sceną zerwał wiatr. Atmosfera wywołana tymi zjawiskami meteorologcznymi wprowadziła odjechany klimat, a nadciągająca burza niepokoiła. Na szczęście burza nie nadciągnęła ostatecznie i austriacki duet mógł spokojnie zaprezentować się w Bolkowie. Operowe, romantyczne i spokojne „pieśni” Sonji przeplatały się z ebm-owymi numerami śpiewanymi przez Thomasa. Był hit „Life will never be the same again”. Były nagrania z nowej płyty. Publiczność przyjęła Austriaków życzliwie. Ale wbrew życzeniom Thomasa Rainera, występ w Bolkowie nie stał się czymś wyjątkowym i wątpie, by ktoś z obecnych zapamiętał go na dłużej. Było przeciętnie, by nie rzec, nudno. Na szczęście tego dnia miała jeszcze zabrzmieć prawdziwa gwiazda na firmamencie bolkowskiego nieba. Tymczasem jednak przyszedł czas na odpoczynek, spożycie posiłku oraz wypicie czegoś. Na scenie instalował się polski Closterkeller, więc ze spokojnym sumieniem udałem się w stronę rynku.

Gdy koncert Clostekellera zaczynał dobiegać końca, powoli, wraz ze znajomymi zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku zamku. Wkrótce miał wystąpić najbardziej oczekiwany gość festiwalu – Diary of Dreams. I rzeczywiście – było na co czekać. Adrian Hates wraz z kolegami zagrali chyba najlepszy koncert tegorocznego Castle Party. Na pewno, to najlepszy występ, jaki widziałem. Sądząc po reakcjach publiczności, wielu podzielało moje zdanie. Niemiecki zespół zaprezentował się w repertuarze znanym i lubianym. Usłyszeliśmy utwory starsze, takie jak „Ex-ile”, nagrania z ostatniej pełnej płyty – „Freak perfume” – „The Curse”, „Amok”, a także z ostatniej epki – „Panik Manifesto” – „Panik”. Ponieważ koncert w Bolkowie, to mój pierwszy kontakt z Diary of Dreams na żywo, trudno mi powiedzieć jak muzycy „wypadli” w porównaniu z innymi swoimi występami. Z całą pewnością jednak koncert na zamku w Bolkowie oceniam jako bardzo dobry. Zespół został owacyjnie przyjętu przez publiczność a Adrian Hates wyraźnie sprawiał wrażenie zaskoczonego odbiorem muzyki i samego zespołu. Jeśli wierzyć w to co mówił, to nie ostatni występ Diary of Dreams w naszym kraju. Miejmy nadzieję, że Adrian Hates dotrzyma słowa.

Po pięknym występie Diary of Dreams mieliśmy do czynienia z największym nieporozumieniem festiwalu. Polski Sweet Noise, który wystąpił jako headliner, tym co zaprezentował potwierdził jedynie, że nie powinien grać w Bolkowie. Żenujące odzywki muzyków, prostackie teksty i prymitywizm mentalny Glacy. Do tego scenografia w stylu Ich Troje. Tak krótko można podsumować występ Sweet Noise. Muzycznie nie zamierzam oceniać występu. To co usłyszałem można określić mianem „nu metalu” i było zbliżone do tego co tworzą Korn lub Linkin Park. Nie moja bajka. Wielu zostało na koncercie z ciekawości, by zobaczyć co ma do zaprezentowania zespół. Jednak odzywki Glacy, który mentalnie jest na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej sprawiły, że nawet najbardziej wytrwali zaczęli powoli opuszczać zamek. Gdy wychodziłem z koncertu czułem prawdziwą ulgę. W końcu ile można słuchać o „skurwysynach, którzy mną manipulują” – BTW, słowa: „skurwiele, skurwysyni”, to chyba ulubione wyrazy ze słownika wyrazów pana Glacy.

Po tym, przykrym dla mnie, doświadczeniu udałem się do klubów na after party. Musiałem zatrzeć niemiłe wrażenie po występie Sweet Noise. Najpierw poszedłem do Hacjendy, ale panujący tam zaduch spowodował, że wycofałem się na z góry upatrzone pozycje do klubu Blue Ice. I był to strzał w dziesiątkę. W klubie grali Francuzi z DJ Squad. Francuzcy dj’s prezentowali electro o industrialnym odcieniu. Usłyszeliśmy m.in. :Wumpscut:, Hocico a także Monolith i bardziej noisowe rzeczy, ale też np. Miss Kittin czy Apoptygme Berzerk z „Harmonizera”. Przy tych dźwiękach bawiłem się świetnie do samego rana. Z klubu wyszliśmy po 6.00 już w poniedziałek. Jeszcze tylko piwo w knajpie przed rynkiem, frytki i można uznać X Festiwal dark independent za zakończony.

Podsumowując – X edycja Castle Party była bardzo udana. Publiczność dopisała – w sumie przyjechało około 5-6 tysięcy ludzi, choć biletów pewnie sprzedało się mniej. Bardzo dobra organizacja festiwalu. Nie zauważyłem żadnych wpadek, nie słyszałem też narzekań u publiczności. Atmosfera bardzo dobra, zabawa również. Na rynku w Bolkowie spokojnie – choć zdarzały się niemiłe sytuacje – m.in. wybita szyba jednej z witryn sklepowych drugiego dnia. Na koniec przekazuję pozdrowienia towarzyszowi r@ z bratniego postindustry.org oraz koledze Pawłowi z krakowskiego KB Music za pozytywne fluidy, a także wszystkim innym znajomym i nieznajomym, których spotkałem lub poznałem tego roku.

Andrzej Korasiewicz
28.07.2003

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *