Muslimgauze – No Human Right for Arabs in Israel

Muslimgauze – No Human Right for Arabs in Israel
2004 Vivo

Bryn Jones, mimo śmierci, nie daje za wygraną. A właściwie za wygraną nie dają jego fani i wytwórnie chcące udokumentować całą działalność artystyczną nietypowego Anglika. Mowiąc szczerze nie jestem pewien, czy ta mrówcza praca powiedzie się przed końcem świata, który oby nie nastąpił szybko, ale płyta „No Human Right for Arabs in Israel” zasługuje na uwagę chociażby z jednego powodu. Album jest wydany w limitowanej ilości 550 egzemplarzy przez polski label Vivo. A jak wiadomo nie od dzisiaj, a na pewno od czasów sukcesu Adama Małysza, należy wspierać „naszych”. Wprawdzie Bryn Jones nie jest „nasz”, po pierwsze dlatego, że nie żyje, a z martwymi solidaryzujemy się tylko o ile zginęli w walce o wolność i niepodległość naszej ojczyzny, a po drugie dlatego, że zmarły był Anglikiem. Ale za to „nasze” jest Vivo, a ono to właśnie wydało niepublikowane do tej pory nagrania świętej pamięci Jonesa. Do tego w limitowanej ilości egzemplarzy, dzięki czemu mamy pewność, że motywem wydawniczym nie jest działalność zarobkowa.

Co można powiedzieć o samej muzyce? Przede wszystkim brak w niej moich ulubionych motywów orientalnych. Ale nie znaczy to, że płytę spisuję na straty. Po pierwsze nie wypada pisać źle o zmarłych, a po drugie ta płyta jest dobra. Dlaczego więc miałbym o niej pisać źle? Obecność elementów orientalnych w muzyce nie może być przecież decydująca. Zwłaszcza, że normalnie nie lubię takich elementów w muzyce i akceptuję je jedynie w muzyce Muslimgauze.

Na „No Human Right for Arabs in Israel” składa się 6 utwórów. Trzy razy usłyszymy zrytmizowany „Refugee”, który dwa razy jest przerywany chaotycznym „Teargas”. Głównym punktem programu jest jednak zamykający płytę prawie dwudziestominutowy utwór tytułowy. Transowy, rytmiczny, postindustrialny dub, który gdzieś od dwunastej minuty przeradza się w nastrojowe elektroniczne sprzężenia i kończy jako rozchwiane noisowo-postrockowe electro-reggae ;). Płyta na pewno ucieszy miłośników Muslimgauze, jako i mnie ucieszyła. Spodoba się także fanom elektroniki, którzy nie biją pokłonów przed Jonesem. Płytę warto i trzeba poznać. Mnie tylko jedno pytanie kołacze się po głowie. Czy, zmarły w 1999 roku, Jones miałby po wydarzeniach w 2001 roku takie same poglądy na kwestie islamskie jak za życia, a może byłby jednym z zamachowców atakujących World Trade Center? [9/10]

18.02.2004
Andrzej Korasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *