yelworC – Trinity

yelworC – Trinity
2004 Minuswelt

Niemiecki duet powraca po ponad dziesięciu latach przerwy. Ostatnią, a zarazem zaledwie drugą, regularną płytą była, wydana w 1993 roku, „Blood in Face”. Dwa lata później ukazała się kompilacja rzadkich nagrań z lat 1988-94 pt. „Collection, 1988-1994”. To ciekawe, że ten klasyczny i wpływowy duet nagrał do tej pory tak niewiele. Wynagradza to nowa płyta – „Trinity”. Peter Devlin i Dominik van Reich udowadniają, że electro nie musi być prymitywne i nudne, i nie musi kojarzyć się z „niemieckim electro”. Zresztą nie tylko o niemieckie electro tu chodzi. Ostatnimy czasy EBM nie ma dobrych notowań. Bardzo trudno o przykład inteligentnej płyty w tym stylu. Tym bardziej cieszy nowy album yelworC. Dzięki niemu wiemy, że electro-industrial, to nie tylko future pop, czy siermiężne electro w stylu Funker Vogt.

„Trinity” jest koncept albumem. Nigdy nie zwracałem uwagi na teksty, także i w tym przypadku nie koncentruję się na warstwie lirycznej płyty. Wspólny klimat albumu jest jednak wyczuwalny. Rzeczywiście muzyka może ilustrować film nakręcony w oparciu o dziennik pisany w trakcię podróży w głąb piekła. Zamiłowanie yelworC do magii, czarów i mocy piekielnych nie jest niczym nowym. Sama nazwa zespołu jest czytanym wspak nazwiskiem Alistaire’a Crowleya, czołowej postaci 20-wiecznego okultyzmu i satanizmu. Trudno mi zarzucić sympatyzowanie z taką filozofią. Trudno jednak nie docenić sztuki yelworC. Głebokie basy, harshowe bity, szepczący i intrygujący wokal składają się na przestrzenne electro. Tę symfonię mrocznego electro tworzy aż 16 utworów. Podobno nie są to nowe numery, ale nagrane ponownie kompozycje przygotowane na niewydaną kilka lat temu płytę. Nie wiem ile w tej plotce prawdy, ale jedno jest pewne. Płyta jest już wydana! I jak na razie to jedna z moich płyt roku. [9/10]

18.02.2004
Andrzej Korasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *