Castle Party 2004, Zamek w Bolkowie, 30 lipca – 1 sierpnia 2004 r.

Castle Party 2004, Zamek w Bolkowie, 30 lipca – 1 sierpnia 2004 r.

Jedenasta edycja największej „darkowej” imprezy w Europie Środkowo-Wschodniej zakończona. Do Bolkowa przybyli miłośnicy różnych odmian gotyku, electro, industrialu i niezależnego rocka. Impreza trwała trzy dni. Zgromadziła kilka tysięcy młodych ludzi z Niemiec, Czech, Rosji, Ukrainy, Litwy i Polski. Na zamku w Bolkowie zagrało kilkanaście zespołów.

W piątek bawiono się przy muzyce miksowanej przez Leszka Rakowskiego z Fading Colours i Ronny Moringsa, frontmana Clan of Xymox. Zwieńczeniem był występ na zamku dark ambientowej Arcany ze Szwecji. Niestety, nie było mi dane ich zobaczyć. Do Bolkowa przyjechałem w sobotę, pierwszy „właściwy” dzień, formalnie dwudniowego, festiwalu (a faktycznie trzydniowego).

Po męczącej podróży z Łodzi musiałem trochę odpocząć i na zamek dotarłem dopiero na Cool Kids of Death. Przyznaję, że występu CKOD obawiałem się. Jak się okazało, nie bez podstaw. Publiczność w Bolkowie przyjęła koncert „kulek” z dezaprobatą. Nie dość, że zespół niezbyt „pasował” do formuły festiwalu, to muzycy z Łodzi robili wszystko, by pokazać gdzie mają fanów gotyku. Gdyby przynajmniej spróbowali jakoś zaskarbić sobie względy publiczności. Ale zaczęli występ od tekstu „Wyglądacie jak zlot fanów Harry’ego Pottera”, a skończyli słowami: „Teraz zagramy najmniej gotycki numer, czyli najlepszy” (chodziło o „Generacja NIC”). Trudno z takim podejściem o przychylność. Chyba że o to chodziło CKOD. Spośród koncertów, które widziałem w Bolkowie, występ CKOD był jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, bez bisów. Pseudozbuntowany rock „kulek”, mimo lokalnego patriotyzmu, nie przekonał również mnie.

Po CKOD miał zagrać niemiecki Blutengel. Miał, bo nie zagrał. Christian Pohl, który wystąpił w zeszłym roku jako Terminal Choice, tym razem poczuł się tak wielką gwiazdą, że uznał, iż może śpiewać jedynie z mikrofonem bezprzewodowym zakontraktowanym przez Project Pitchfork (ale nie Blutengel!). Ponieważ organizatorzy nie byli w stanie spełnić zachcianki niemieckiej gwiazdki, koncert nie odbył się. Warto dodać, że Blutengel dostał, zgodnie z kontraktem, pieniądze za występ. Trudno więc winić organizatorów CP 2004 za kaprysy Niemców.

Po tym przykrym incydencie na scenie zainstalował się belgijski projekt Suicide Commando. Na ich występ czekało wiele osób. SC rozpoczęło od pierwszego numeru z ostatniej płyty pt. „Axis of Evil”. „Cause of Death Suicide” wgniótł w ziemię i pozwolił zapomnieć o aferze z Blugengelem. Po tym mocnym akcencie usłyszeliśmy następne numery z „Axis of Evil”: „Face of Death”, „Consume Your Vengeance”, „One Nation Under God”, „Evildoer”, „Neuro Suspension”. Na telebimie wyświetlano filmy ilustrujące muzykę. Johan Van Roy szalał na scenie, koncert był dobrze nagłośniony. Choć ci, dla których występ SC w Bolkowie nie był pierwszym, twierdzili, że słyszeli już lepiej nagłośnione SC. Publiczność nie miała dość. Johan Van Roy, po energetyzującej godzinie i kilku bisach (bodaj trzech), wykonał upragnionego przez wszystkich „Hellraisera”. Po tak masakrycznej dawce electro trudno było otrząsnąć się. Apokaliptyczne obrazy wyświetlane na telebimie skłaniały do refleksji, muzyka masakrowała myśli. Czy electro-industrial w wykonaniu Suicide Commando, to świat w krzywym zwierciadle, czy może odbicie życia, które stworzyliśmy i którego nie chcemy dostrzec?

Brutalne electro Suicide Commando skłoniło mnie bardziej do refleksji, niż akustyczny koncert Deine Lakaien. Aleksander Veljanow, z towarzyszeniem spreparowanego fortepianu, zaprezentował coś co można określić skrzyżowaniem muzyki rodem z festiwalu szopenowskiego i warszawskiej jesieni z elementami operetki. Patetyczne zawodzenia Veljanowa i raz bardziej liryczny, innym razem bardziej aleatoryczny, akompaniament fortepianu, nie zachwyciły mnie. Deine Lakaien wykonało kombinację starszych i nowszych numerów. Usłyszaliśmy m.in.: „Love Me To The End”, „Down Down Down”, „Dark Star” oraz „Where You Are” i „Generators” z ostatniej „regularnej” płyty „White Lies”. Występ utrzymany był w konwencji znanej z albumu „Acoustic” z 1995 roku. Dla kogoś kto pierwszy raz zetknął się z twórczością Deine Lakaien koncert mógł być objawieniem. Ja czuję już przesyt muzyką spółki Veljanow-Horn. Po występie Suicide Commando Deine Lakaien nie mogło mnie przekonać. Ból nóg narastał i myśłałem głownie o tym, żeby znaleźć się już w wygodnym łóżku w hotelu w Strzegomiu, gdzie nocowałem.

Dzień drugi

Koncerty rozpoczął występ rosyjskiego zespołu The Unholy Guests. Rosjanie zaprezentowali klasyczny, gitarowy gotyk, ale bez większego polotu. Moją uwagę zwrócił cover The Cure „Fascination Street”. Wykonanie The Unholy Guests nie odbiegało zbytnio od oryginału, ale moją uwagę można zwrócić zawsze gdy gra się numer The Cure ;).

Po rosyjskich gotach zaprezentowała się polska Eva. Dużo szumu jest wokół tej formacji w polskim światku „gotyckim”, ale zespół ma „możnych” protektorów ;). Evę widziałem w akcji kilka lat temu, gdy grali podczas warszawskiej imprezy „Sounds of Cathedral”. Nie słyszałem późniejszych dokonań, więc to co zobaczyłem i usłyszałem w Bolkowie, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Na plus. Wprawdzie śpiew Moniki wyraźnie przypomina Anje Huwe z X-Mal Deutschland, a przez to Anje Orthodox, ale użycie automatu perkusyjnego nadaje muzyce fajnej motoryki. I przypomina Sisters of Mercy. Połączenie X-Mal Deutschland i SoM? Bardzo chętnie, poproszę o więcej. Jeśli mógłbym coś zaproponować zespołowi, to żeby na stałe wprowadzić do składu „doktora Avalancha” i pozbyć się perkusisty.

Po udanym koncercie Evy zrobiłem przerwę. W tym czasie zagrała Desdemona, po niej Sui Generis Umbra. Jako kolejna zaprezentowała się Agressiva 69. Weterani polskiego rocka industrialnego zostali bardzo dobrze przyjęci przez publiczność. Rozpoczęli od kilku klasycznych nagrań, na czele z „Mrówki atakują las”. Dynamiczne numery „starej” Agressivy rozruszały ludzi pod sceną, a cover „Personal Jesus” rozgrzał do czerwoności wszystkich fanów Depeche Mode (a było ich sporo w Bolkowie). Wtedy Agressiva zagrała kilka „zakwaszonych” numerów z ostatniej płyty. Tripowo-popowa muzyczka uspokoiłam publiczność. Sztandarowy numer z tego okresu A69 pt. „Koniec sztuki” dał mi sporo do myślenia. Na scenie ta muzyka wypada bardzo blado. Na płycie również nie powala oryginalnością. Może panowie z Agressivy powinni zastanowić się, czy ścieżka rozwoju, którą wybrali jest na pewno właściwa? Na koniec Agressiva wróciła do starszych rzeczy i wszystko wróciło do normy. Kulminacją był cover Frankie Goes to Hollywood „Relax”. Później jeszcze kilka bisów i do koncertu zaczęła przygotowywać się Armia.

Występ Armii wzbudzał równie wiele kontrowersji wśród gotyckiej publiczności, co Cool Kids of Death. Moim zdaniem niesłusznie. Armia to klasyka polskiej muzyki postpunkowej, a czym innym jest gotyk, jeśli nie muzyką postpunkową właśnie? Porównywanie Armii do „kulek” to duży nietakt. Koncert Armii rozpoczął się od przypomnienia przez Budzyńskiego tego, że w tym roku minęło 20 lat od słynnego występu Siekiery w Jarocinie. A wspomniał o tym nieprzypadkowo, bo publiczność w Bolkowie domagała się bardziej Siekiery, niż Armii. I Budzyński dostroił się do tych oczekiwań. Najpierw wykonał wraz z zespołem utwór „Misiowie puszyści”, a później trzy inne numery „pierwszej Siekiery”. Pod sceną zawrzało, a zespół grał kolejne piosenki: „Niezwyciężony”, „Jeżeli”, „Buraki, kapusta i sól”. Repertuar stanowił mieszankę „starej” i „nowej” Armii. Publiczność domagała się bisów. Ich zwieńczeniem była „Opowieść zimowa” z, nomen omen, legendarnej płyty „Legenda”. Armia to kiedyś jeden z moich ulubionych zespołów, ale występ w Bolkowie nie pozostanie na długo w mojej pamięci. Muzykę Armii określano dawniej mianem „magicznego punka”, „punka z duszą”. Niestety, mimo waltorni Banana i bajkowej czapki Budzyńskiego magii w muzyce Armii już nie ma.

Rozczarowany występem Armii czekałem na Clan of Xymox. Po kilkunastu minutach przygotowań, na scenie pojawił się Ronny Morings z zespołem. Rozpoczęli od „There’s No Tomorrow” z płyty pt. „Farewell”. Później był jeszcze tytułowy „Farewell” oraz kilka starszych numerów. Soczyste brzmienie, czysty wokal Moringsa. Clan of Xymox nie zawodzi. To profesjonaliści. Wychodzą i grają. Zawsze dobrze. CoX grał przez około godzinę. Wykonał m.in. jeden z numerów z czasów Xymox, zapowiedziany jako „cover”. To daje do myślenia, w jaki sposób CoX traktuje okres grania jako Xymox ;). Po godzinie publiczność nie miała dość. Domagała się najstarszych piosenek. I w końcu doczekaliśmy się. CoX zagrał słynną „Michelle” z drugiego albumu pt. „Medusa” oraz „Muscoviet Mosquito” ze składanki 4AD „Lonely Is An Eyesore”.

Największą gwiazdą tegorocznego Castle Party, obok Deine Lakaien, miał być Project Pitchfork. Niemcy szybko uporali się ze sprzętem i rozpoczęli. Nigdy nie byłem ich wielkim fanem, a ostatnie produkcje PP rozczarowały mnie. Project Pitchfork to jeden z pionierów electro-industrialu. Jednak to co prezentuje od płyty „Daimonion” trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Po tym co zobaczyłem i usłyszałem w Bolkowie pokuszę się o nazwanie tego krzyżówką Duran Duran i Rammsteina. Ze wskazaniem na Rammsteina. Przynajmniej w wydaniu koncertowym. Pierwsze skojarzenie prowadziło też w stronę Fields of The Nephilim, ale to ze względu na kapelusz. Gdy wokalista go zdjął, czar prysnął. Krótko pisząc występ Niemców nie podobał mi się. Project Pitchfork zaprezentował mieszankę starszych i nowszych numerów, ale publiczność rozruszała się naprawdę dopiero przy nagraniach z płyty „Daimonion” – „Timekiller”, „Existence”. Zdziwiony byłem entuzjastycznym przyjęciem zespołu przez publiczność w Bolkowie. Nie wiedziałem, że mają w Polsce tylu fanów. Nie wiem, czy ich przybędzie po występie na Castle Party. Na pewno ja nim się nie stanę. Brak spontaniczności i żywiołowości to nie jedyne wady występu PP. Po kilku bisach Niemcy zeszli ze sceny. Dla najbardziej wytrwałych pozostały jeszcze afterparty w klubach „Hacjenda” i „Blue Ice”, ale ja w tym roku odpuściłem sobie imprezy klubowe. Najwyższy czas wracać do domu.

Najlepsze występy Castle Party 2004 to moim zdaniem Suicide Commnado i Clan of Xymox. Największe rozczarowanie – Blutengel. Publiczność w Bolkowie dopisała. Wprawdzie początkowo optycznie wyglądało na nieco mniejszą frekwencję, niż w roku poprzednim, ale organizatorzy zapewniali, że sprzedano więcej biletów. Nieprzebrane tłumy podczas koncertu Clan of Xymox przekonały mnie, że to może być prawda.

Jak zwykle CP stało się miejscem towarzyskich spotkań dawno nie widzianych znajomych. Pozdrawiam wszystkich znajomych i nieznajomych, których spotkałem, a zwłaszcza Hiacynta i ekipę z Łodzi (Olę, Bartka, Marcina), z którymi „noclegowałem” pierwszego dnia oraz Laurela i Przemka, dzięki którym miałem gdzie wypocząć przed podróżą powrotną do Łodzi :). Koniec tej prywaty i do zobaczenia w przyszłym roku :).

Andrzej Korasiewicz
03.08.2004