U2 – Live, Under A Blood Red Sky

U2 – Live, Under A Blood Red Sky
1983 Island

Są tacy, którzy uważają ten album za jeden z najlepszych w historii muzyki rockowej, a z całą pewnością jeden z lepszych koncertowych. Przyłączam się do tej opinii. Ta krótka, niespełna czterdziestominutowa płyta zawiera zaledwie osiem utworów. Koncertowe wykonanie takich hitów jak „Sunday bloody sunday”, „New Year’s Day” czy „I will follow” powoduje, że na usta ciśnie się pytanie, co się dziś stało z zespołem U2? Czy ten miałki poprockowy zespół Anno Domini 2004, megagwiazda zapełniająca te same sale koncertowe, co Britney Spears i Kyle Minogue, to ta sama grupa, wykonująca ogniste, postpunkowe numery, takie jak „Gloria”? Trudne do uwierzenia, a jednak… Po koncertowym „Under A Blood Red Sky” były jeszcze genialne „The Unforgettable of Fire” (1984) i „The Joshua Tree” (1987), a później zaczął się upadek artystyczny zespołu.

Płyta z 1983 roku to żarliwy wokal Bono, surowe ale charakterystyczne brzmienie gitary The Edge’a, pasja i dwa postpunkowe hity, które nie znalazły się na żadnym studyjnym albumie Irlandczyków – „11 O’Clock Tick Tock”, „Party Girl”. Cieszą się one do dziś prawdziwym kultem wśród starych fanów U2. Czy współcześni miłośnicy irlandzkiego bandu czują takie samo poruszenie na dźwięk „Party Girl”? Czy wystarczy im najnowszy hit, z najnowszego albumu? Płytę kończy piękna ballada „40”, zaliczana do najlepszych rockowych wyciskaczy łez. Trudno mi opisywać płytę doskonałą, a taką jest właśnie „Under A Blood Red Sky”. Ale czy nie najlepszą rekomendacją dla niej będzie to, że mimo upływu 21 lat od tygodnia nie wyjmuję jej z odtwarzacza i słucham na zmianę z „War”? [10/10]

Andrzej Korasiewicz
04.12.2004