Electro Synthetic Rebellion – Persistence

Electro Synthetic Rebellion – Persistence
2004 DSBP Record

1) Shattered Dreams
2) My Existence (Rebel mix)
3) No Future (Depravation mix)
4) The Battle Has Begun (War Beat mix)
5) Fight Power
6) Regression
7) Heart And Soul (Flesh And Blood mix)
8) No Way Out
9) Resist/Persist (Manipulated mix)
10) Mindphaser (New Codes mix / FLA cover)
11) Heart And Soul (Auspex remix)
12) Regression (Lexincrypt remix)
13) Shattered Dreams (Diverje remix)

To jest trzecia produkcja Vincenta Pujola. Podobał mi się debiutancki album pt. „Distorted Visions”. To była płyta inteligentna, na swój sposób nowatorska, z własnym charakterem. Na kolejnym albumie – „Corroded Visions” – Francuz poszedł w stronę dark electro. „Persistence” jest kontynuacją tej ścieżki rozwoju. Po zapoznaniu się z debiutem twórczość Pujola raczej wyglądała mi na francuski odpowiednik Daniela Myera – lekko zakręcona, ze smaczkami, pozorowana na nowatorską. Ale Francuz zaskoczył dużą dawką agresji na drugiej płycie i to samo prezentuje na „Persistence”.

Electro Syntetic Rebellion, wraz z płytami Grendel „Prescription: Medicide” i C-Drone-Defect „Nemesis” tworzą w moim prywatnym podsumowaniu roku 2004 świętą trójcę harszowego electro. Wszystkie trzy stawiam na jednym poziomie, choć przyznaję, że po wysłuchaniu ich jedna po drugiej zaczynam się gubić w tym, która jest która (no może z wyjątkiem C-Drone-Defect ze względu marszowe odgłosy;]). Na dłuższą metę taka muzyka musi zmęczyć. No chyba, że mowa jest o prawdziwych fanach dark electro ;). Ich nic nie przemoże i ESR to płyta głównie dla nich:). [8/10]

27.03.2005
Andrzej Korasiewicz

Gotyk – muzyka gotycka i pochodne

Gotyk – muzyka gotycka i pochodne

Muzyka gotycka to termin, który należy traktować czysto umownie jak większość zresztą nazw styli i gatunków muzyki rozrywkowej. Stylem, który zapoczątkował tą muzykę jest wywodzący się z tradycji punk rocka – rock gotycki.

Postpunk/cold wave

Korzenie rocka gotyckiego sięgają bezpośrednio postpunkowego boomu przełomu lat 70/80 i wiążą się z powstaniem takich zespołów jak Bauhaus, The Cure, Siouxsie and The Banshees, czy Joy Division. Jednym z pierwszych centrów rocka gotyckiego stał się brytyjski klub Batcave (Jaskinia Nietoperzy)znajdujący się w dzielnicy Londynu Soho. To właśnie tam na początku lat 80-tych występowały zespoły grające „mrocznego punka”. Wspomniany Bauhaus a także dzisiaj zapomniane już Flesh For Lulu, UK Decay. W klubie tym występował też Alien Sex Fiend, co do którego zawsze były wątpliwości jak właściwie określić ich twórczość. Rockiem gotyckim ciężko nazwać tą muzykę, z drugiej jednak strony image a także sama muzyka daleka od twórców kojarzonych z początkami gotyku nie była. Nie wszystkie zespoły z tamtego okresu są pamiętane i nie wszystkie warte są uwagi. Niezmiennie jednak punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń fanów gotyku są tacy twórcy jak Bauhaus, Siouxsie and The Banshese czy The Cure z okresu do płyty „The Top”. Warty uwagi jest też poprzez swoją odrębność i niezależność muzyczną Alien Sex Fiend.

Deathrock

Równolegle aczkolwiek całkiem niezależnie od sceny brytyjskiej rock gotycki rozwijał się w Stanach Zjednoczonych. Tam również powstała scena wywodząca się z ruchu punk, która przypominała europejską szkołe gotyku. W USA stosowano jednak inną terminologie określając muzykę gotycką mianem „deathrocka”.Jego głównymi przedstawicielami byli m.in.  Christian Death i Kommunity FK. Wypada podkreślić, że w USA do sceny deathrockowej zaliczano także wykonawców grających czystego punka. Związek punka i rocka gotyckiego w USA był zatem nawet bardziej widoczny, niż w Europie. Obie sceny w wielu punktach po prostu się zazębiały. Od samej muzyki (często będącej po prostu regularną muzyką punkową) ważniejsza była sama otoczka. By zostać zaliczonym w poczet wykonawców należących do sceny gotyckiej wystarczyło, że ktoś używał w swoim image’u gadżetów znanych z filmów grozy i horroru. Muzyka klimatycznie nie musiała wiele różnić sie od dokonań kolegów ze sceny hc/punk.

Rock gotycki

Od początku lat 80-tych działał też Andrew Eldritch ze swoim Sisters of Mercy, aczkolwiek zawsze zajmował osobne miejsce na scenie gotyckiej a dzisiaj nawet wyraźnie się od niej odcina, twierdząc, że Sisters of Mercy nigy nie był i nie jest zespołem gotyckim. Z czasem zaczęły powstawać zespoły same identyfikujące się jako gotyckie, bądź jako takie określane przez fanów, które coraz wyraźniej odchodziły od punkowych korzenii na rzecz muzyki gitarowo-metalowej. Jednym z pierwszych zwiastunów takiego zwrotu, był brytyjski zespół Fields of The Nephilim. W dalszej kolejności na przełomie lat 80-tych i 90-tych pojawiły się kolejne zespoły nawiązujące do rocka gotyckiego w mniejszym lub większym stopniu „skażone” jednak heavy metalem. Najbardziej prężnie rozwijała się scena niemiecka i niemieckojęzyczna a jej największą gwiazdą stała się Lacrimosa(pochodząca ze Szwajcarii). Duży sukces odniósł też angielskojęzyczny (pochodzący z kolei z Niemiec) Love Like Blood.

Polska

W Polsce jakieś 2-3 lata później (w stosunku do rozwoju sceny niemieckiej) pojawił się Closterkeller. Pierwszy polski zespół określany mianem gotyckiego. Closterkeller zaczynał od grania falowego, wzorowanego na X-Mal Deutschland tworząc wraz z takimi (zapomnianymi już dziś przez wielu) zespołami jak Pornografia (w tym zespole Anja Orthodox śpiewała kiedyś chórki) czy Blitzkrieg zaczątki polskiej sceny falowo-gotyckiej. Niestety nikt nie poszedł ich śladem, o Blitzkrieg i Pornografii szybko zaginął słuch a Closterkeller poszedł w stronę grania soft-metalowego, dzięki czemu osiągnął umiarkowny sukces komercyjny.

4AD

Za muzykę pokrewną w jakiś sposób gotyckiej można też uznać wykonawców skupionych w latach 80-tych w wytwórni 4AD. Podobny „gotycki” klimat, chociaż całkiem odmienne środki wyrazu takich zespołów jak Dead Can Dance czy Cocteau Twins (chociaż pierwsza płyta DCD była w dużym stopniu „falowa” a Ivo Watts Russel wydawał także pierwsze płyty gotycko – falowego Bauhausu) sprawiły, że wykonawcy z tego kręgu cieszyli się zawsze sporą estyma w środowisku gotyckim.

Lata 90-te i wspólczesność

W latach 90-tych obok szybko rozwijającego się metalu gotyckiego (wiele zespołów czysto metalowych , jak np Paradise Lost zaczęło inspirować się muzyką gotycką, co sprawiło, iż gotyk pozyskał wielu fanów wśród bardziej refleksyjnie nastawionych zwolenników „metalu” z drugiej jednak strony przez wielu niezgodnie z prawdą zaczął być uważany za podgatunek muzyki metalowej) istniał też nurt nawiązujący do bardziej klasycznego grania gotyckiego (falowego) reprezentowany np przez London After Midnight. Popularnym i prężnym nurtem jest też elektro-gotyk (czasami bardziej zbliżony do klasycznie rockowo-gotyckiego grania). Wytwórnią, która specjalizuje się w wydawaniu tego rodzaju muzyki jest brytyjski Nightbreed. Nakładem tej wytwórni ukazywały się płyty takich zespołów jak Suspiria (już nieistniejąca), Midnight Configuration, Nekromantik czy Every New Dead Ghost. Innymi zespołami grającymi muzykę mniej lub bardziej elektro-gotycką wartymi uwagi są Killing Miranda czy szwedzki Malaise. Pomimo tego, że takie granie dzisiaj jest wtórne to przecież należy podkreślić, że nie o nowatorstwo chodziło w rocku gotyckim. Do nurtu elektro-gotyku można też zaliczyć Garden of Delight.

Dark wave

Nurtem zazębiającym się z elektrogotykiem jest elektroniczny dark wave. Współczesny dark wave to gatunek powstały z połączenia muzyki klimatem łączącej się w jakiś sposób z rockiem gotyckim a muzycznie będącej odmianą EBM-u. Do dark wave zalicza się jednak też krąg wykonawców , których muzyka ma charakter bardziej akustyczny, ambientalny” ( Endraum czy Black Tape for A Blue Girl). Najbardziej popularnymi zespołami dark wave/EBM są tacy wykonawcy jak  Deine Lakaien, Diary of Dreams, Das Ich czy Attrition. Każdy zresztą z nich  ma  swój własny, łatworozpoznawalny styl i poszczególne grupy właściwie nie bardzo są do siebie podobne. Stosowanie wszystkich etykiet raczej jest intuicyjne i nie należy traktować ich ściśle. Wystarczy przeanalizować twórczość wymienionych przedstawicieli dark wave. Diary of Dreams gra muzykę patetyczną, monumentalną; austriacki L’ame Immortelle jest bliski EBM-u, niemiecku Das Ich ma ciężki, industrialny klimat a Deine Lakaien gra coś w rodzaju neo-new romantic (dark romantic ? ;]).

Wspomniany wcześniej elektro-gotyk bywa również nazywany mianem dark wave. To czym różni ten nurt od dark wave, powiązanego ze sceną electro/EBM, jest fakt, że elektronika wykorzystywana przez zespoły uprawiające elektro-gotyk (dark wave) jest jedynie dodatkiem budującym mroczny nastrój. Na plan pierwszy wysuwa się wiodąca linia basu, mroczny wokal i użycie gitar.

Apokaliptyczny folk

Innym nurtem lubianym przez gotów i klimatycznie współgrającym z gotykiem jest neofolk (nazywany też apocalyptic folkiem). Jego najważniejsi wykonawcy – Death in June, Current 93 czy Sol Invictus pewnie obraziliby się na określenie ich muzyki mianem gotyckiej. Dość powiedzieć, żę wokół tych wykonawców narosło wiele legend, sprzecznych informacji oraz oskarżeń (np o faszyzm czy satanizm) a korzenie neofolka są trudno identyfikowalne. Douglas P. oraz Tony Wakeford zaczynali grać muzykę w hard-core’owo-punkowej grupie Crust (gdzie bardzo ważny był tez wymiar polityczny – obaj panowie byli marksistami i zwolennikami ruchów lewackich, muzyka Crusta miała być wsparciem dla rewolucji marksistowskiej…). Po jakimś czasie jednak im się to znudziło. Douglas P. założył postpunkowo-falowy Death in June, którego muzyka zmieniała się wraz ze zmianą upodobań Duoglasa. A interesowania te szły w stronę wierzeń pogańskich oraz okultyzmu. I w takim też kierunku szedł Douglas P. nazwiązując w swojej muzyce do pogańskich wierzeń i rytuałów tworząc specyficzną odmianę folku. Tony Wakeford założył z kolei Sol Invictus.

Współcześnie muzyka gotycka to wielość wpływów, upodobań i inspiracji. Niezmiennie jednak jej źródlem pozostaje rock gotycki, tkwiący korzeniami w punk rocku.

Andrzej Korasiewicz
24.03.2005

Dead Or Alive – Youthquake

Dead Or Alive – Youthquake
1985 Sony Music Entertanment

 1. You Spin Me Round (Like A Record)
2. I Wanna Be A Toy
3. D.J. Hit That Button
4. In Too Deep
5. Big Daddy Of The Rhythm
6. Cake And Eat It
7. Lover Come Back To Me
8. My Heart Goes Bang
9. It’s Been A Long Time

Ci, którzy zaczynali słuchanie muzyki w latach 80-tych (albo po prostu pamiętają tamte czasy) słysząc nazwę Dead Or Alive dokładnie wiedzą o co chodzi ;). Młodszym może być trudno wytłumaczyć jak należy traktować muzykę tych zwariowanych Brytyjczyków. Bo płyty nie można brać zbyt serio w kategoriach artystycznych. Nie ma na niej nic wielkiego pod względem muzycznym. Ale za to jest hit, który chyba wszyscy znają. Do dzisiaj gra go większość rozgłośni radiowych, a stacje telewizyjne nie zapominają o równie charakterystycznym videoclipie. „You Spin Me Round (Like A Record)”, bo o nim mowa, jak na lata 80-te brzmiał świeżo i nowocześnie. To numer dynamiczny, zakręcony i drapieżny, a jednocześnie taneczny, ze zgrabną melodią i chwytliwym refrenem. Nic więc dziwnego, że i dzisiaj dobrze się go słucha. Pozostałe numery z płyty „Youthquake” są właściwie wariacjami na ten sam temat. Drugim nagraniem z „Youthquake”, które odniosło sukces (choć znacznie mniejszy) jest utwór „My Heart Goes Bang”.

Ja całej płyty słucham po latach z przyjemnością. Album jest nieźle zrealizowany. Wokalista śpiewa ze sporym zaangażowaniem. No i ten specyficzny klimat lat 80-tych… „Youthquake” to największy i właściwie jedyny sukces komercyjny Dead or Alive, zespołu, po którym został tak naprawdę jeden przebój. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

A-HA – Hunting High and Low

A-HA – Hunting High and Low
1985 Warner Bros

1. Take On Me
2. Train Of Thought
3. Hunting High And Low
4. Blue Sky, The
5. Living A Boy’s Adventure Tale
6. Sun Always Shines On T.V., The
7. And You Tell Me
8. Love Is Reason
9. I Dream Myself Alive
10. Here I Stand And Face The Rain

„Hunting High and Low” to debiutancka płyta norweskiego trio. Ostatnio A-HA powróciło do łask, ale w latach 90. wydawało się, że skończą jako gwiazda jednego sezonu, jak wielu wykonawców, którzy zdobyli popularność latach 80-tych. Wtedy świat o A-HA usłyszał dzięki przebojowi „Take on me” i nakręconemu do niego zgrabnemu teledyskowi, w którym wykorzystano animacje komiksową. Do dzisiaj clip uważany jest za jedną z ciekawszych produkcji tego typu. Kolejne przeboje – „The Sun Always Shines On T.V” i „Hunting High and Low” – uczyniły z Norwegów prawdziwych gwiazdorów.

Morten Harket stał się bożyszczem nastolatek, a ich przeboje nucili zwykli zjadacze chleba. Niewątpliwie muzyka A-HA ma sporo trudnego do określenia uroku – m.in. łatwo wpadające w ucho melodie, które nie są jednocześnie tandetne. Do dzisiaj płyty słucha się z przyjemnością. Na debiutanckim albumie jest wszystko, czego oczekuje się po dobrej produkcji popowej. Są zgrabne przeboje, ładna ballada, a całość nie nuży. „Hunting High and Low” jest chyba najbardziej udaną pozycją A-HA, a na pewno najbardziej typową i przebojową. Idealna płyta na wakacje lub prywatkę. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

Culture Club – The Best of

Culture Club – The Best of
1989 Virgin Records

1. Do You Really Want To Hurt Me? (4:25)
2. White Boy (4:41)
3. Church of the Poison Mind (3:33)
4. Changing Everyday (3:19)
5. The War Song (3:58)
6. I’m Afraid of Me (3:18)
7. It’s a Miracle (3:25)
8. The Dream (2:30)
9. Time (Clock of the Heart) (3:44)
10. The Dive (3:48)
11. Victims (4:54)
12. I’ll Tumble 4 Ya (2:35)
13. Miss Me Blind (4:32)
14. Mistake No. 3 (4:35)
15. The Medal Song (4:15)
16. Karma Chameleon (4:03)

Czy są osoby, które nie znają utworu „Do You Really Want To Hurt Me?” ? Oj, chyba nie :). Nawet jeśli komuś tytuł nic w pierwszej chwili nie mówi, jestem pewien, że po usłyszeniu utworu stwierdziłby, że go zna. No bo, mimo upływu wielu lat od debiutu, nagrania Culture Club nadal chętnie grane są przez rozgłośnie radiowe. W dużych sklepach, nie tylko płytowych, można kupić zbiory z cyklu „the best of CC”. Recenzowany „The Best of” jest jednym z pierwszych (z 1989 roku) i jednocześnie najtrafniejszych.

Album zawiera 16 utworów, w tym wszystkie hity zespołu (oprócz Do You Really Want To Hurt Me?” także „The War Song”, „Karma Chameleon”, czy „Church Of The Poison Mind”). Muzyka Culture Club nie była nowatorska. Zespół prezentował brzmienie typowe dla lat 80-tych. Kompozycje Boya Georga i kolegów były nieco tandetne, ale z pewnością melodyjne, przebojowe i łatwo wpadające w ucho. Nie ma w nich wielu, modnych wówczas, syntezatorów, jest za to… trąbka oraz instrumenty dęte.

Oprócz instrumentarium, tym co wyróżniało grupę spośród innych grup synth pop był lider – Boy George, który ubierał się w damskie fatałaszki, jednoznacznie sugerując swoją orientację seksulną. Wywoływał tym zgorszenie i popłoch wśród rodziców młodocianych fanów Culture Club. Przyznam, że słuchając Culture Club jako dzieciak myślałem, że to rodzaj kreacji artystycznej i nie kojarzyłem tego początkowo z preferencjami seksualnymi wokalisty. Niewątpliwie image Boya Georga wpłynął na wzrost zainteresowania grupą. Popularność zespołu trwała jednak krótko i wygasła wraz z końcem mody na „new romantic”.

Ostatnia płyta zespołu ukazała się w roku 1986. Zespół rozwiązał się, a Boy George próbował, bez powodzenia, kariery solowej. Z dzisiejszej perspektywy, nagrań Culture Club słucham z przyjemnością. Choć bardziej z sentymentu, niż z potrzeby doznań artystycznych. [6/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

Frankie Goes To Hollywood – Welcome To The Pleasuredome

Frankie Goes To Hollywood – Welcome To The Pleasuredome
1984 ZTT

1. World is my Oyster, The
2. Welcome To The Pleasure Dome
3. Relax
4. War
5. Two Tribes
6. (Tag)
7. Fury
8. Born To Run
9. San Jose
10. Wish The Lads Were Here
11. Ballad Of 32, The
12. Krisco Kisses
13. Black Night White Light
14. Only Star In Heaven, The
15. Power Of Love, The
16. Bang

Kiedy w 1984 roku pojawił się singiel, wraz z teledyskiem, pt. „Relax” wywołał niemały skandal . Z wideoklipu wynikało niedwuznacznie, że piosenka opowiada o chwili zbliżenia dwóch mężczyzn. Liberalne kraje Zachodu zakazały w większości pokazywać teledysk w telewizji. Piosenka miała kłopoty. Pomimo tego (a może właśnie dzięki temu…) „Relax” odniósł duży sukces komercyjny. Nikomu nie znany zespoł o dziwnej nazwie Frankie Goes To Hollywoo stał się z dnia na dzień prawdziwą gwiazdą. Zespół poszedł za ciosem wydając kolejne single „Two Tribes” oraz świąteczny „The Power of Love”. Piosenki zdobyły popularność, ale nie tak wielką jak „Relax”. W końcu ukazał się oczekiwany przez publiczność i krytyków debiutancki album – „Welcome To The Pleasuredome”.

Na płycie znajdziemy kompozycje, w których dominuje dynamiczny, dyskotekowy rytm. Ciekawa maniera wokalna Holly Johnsona (jakby śpiewał przez husteczkę do nosa), kilka balladek (na czele z „The Power of Love”), covery – „Born Tu Run” Bruce’a Springsteena i „War” Edwina Starra (bardziej znany z wykonania Springsteena) tworzą niezwykle interesującą całość. O płycie mówiło się, że to opus magnum popu lat 80-ych i rzeczywiście coś w tym jest. „Welcome To The Pleasuredome” to nie jest przypadkowy zbiór przebojów, ale coś na kształt synth popowego koncept albumu. Potwierdzeniem tego jest już rozpoczynający płytę „The World Is My Oyster”, który przechodzi w motoryczny, prawie czternastominutowy utwór tytułowy. Nagranie w skróconej wersji ukazało sie na singlu, zdobywając sporą popularność. Bardzo interesujące są też „The Ballad Of 32” , „Krisco Kisses” oraz „Black Night, White Light”.

Zespół wydał jeszcze jedną płytę w 1986 roku i rozpadł się. Holly Johnson próbował kariery solowej, ale odniósł umiarkowany sukces. W latach 90-tych słuch o nim zaginał. Jednak płyta „Welcome To The Pleasuredome” broni się po 20 latach. To kawał doskonałej, inteligentnej muzyki synth pop. Album jest z pewnością jedną z ciekawszych pozycji popu lat 80-tych. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

Talk Talk – The Colour Of Spring

Talk Talk – The Colour Of Spring
1986 EMI Records

01 Happiness Is Easy
02 I Don’t Believe In You
03 Life’s What You Make It
04 April 5th
05 Living In Another World
06 Give It Up
07 Chameleon Day
08 Time It’s Time

To jedna z najpiękniejszych płyt lat 80-tych. Mark Hollis z kolegami wyczarował album, który do dzisiaj zachowuje pełnię uroku.

Talk Talk zaczynali na początku lat 80. jako kolejny zespół z modnego wówczas nurtu „new romantic”. Ich pierwszą płytę („The Party’s Over”) porównywano z dokonaniami Duran Duran i nie dostrzegano wyjątkowości duetu.

Tymczasem Talk Talk udowodnił, że jeśli coś zostało z dekady kiczowatego synth popu to właśnie takie płyty jak „The Colour Of Spring”. Już drugi album zespołu („It’s my Life”) wprowadzał bardziej urozmaicone brzmienia, a trzeci – „The Colour Of Spring” – to prawdziwa symfonia (post) synth popowa.

Album rozpoczyna się od melancholijnego śpiewu Hollisa i subtelnych odcieni pasteli muzycznych w „Happiness Is Easy”. Następny jest równie piękny „I Don’t Believe In You” oraz singlowy „Life’s What You Make It”. Ten ostatni odniósł spory sukces komercyjny. Równie ciekawy był nakręcony do niego teledysk. Kolejny to spokojny, balladowy „April 5th”. Po nim drugi przebój, rytmiczny i melodyjny, ale nie gubiący melancholizmu, „Living In Another World”. Kolejne – „Give It Up”, „Chameleon Day”, „Tiem It’s Time” – nie pozwalają oderwać się od muzyki Talk Talk. Niesamowita atmosfera piękna i malowniczości utrzymuje się do końca tego znakomitego albumu.

„The Colour Of Spring” to całość, która nie nuży, ale zachwyca smakiem i czymś nieuchwytnym. Płyta jest absolutnym arcydziełem (post) synth popu, niedościgłym wzorem dla wszystkich epigonów. [10/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

Talk Talk – The Party’s Over

Talk Talk – The Party’s Over
1982 EMI Records

1 Talk Talk
2 It’s So Serious
3 Today
4 The Party’s Over
5 Hate
6 Have You Heard The News?
7 Mirror Man
8 Another Word
9 Candy

„The Party’s Over” to debiutancka płyta Talk Talk. Zespół został wypromowany w Polsce głównie dzięki radiowym audycjom Romantycy Muzyki Rockowej Tomasza Beksińskiego. Promocja była całkowicie bezinteresowna. W latach 80. nie było w Polsce normalnego rynku muzycznego, a prezenterzy grali to, co sami lubili i co zostało zaakceptowane przez Cenzurę. Paradoksalnie, swoboda w wyborze muzyki była większa, niż dzisiaj. W wolnej Polsce bez Cenzury w największych stacjach play listy dyktują wielkie koncerny muzyczne i są bardziej zaborcze w ustalaniu priorytetów, niż pracownicy Urzędu Cenzury.

Płyta „The Party’s Over” nie jest jeszcze tym, czym stało się Talk Talk na płycie „The Colour of Spring”. To jest zaledwie (lub aż) zbiór przebojowych piosenek mocno nasączonych syntezatorowym sosem. Znajdziemy tutaj dwa pierwsze hity zespołu – „Talk Talk” i „Today” – o zgrabnych melodiach i chwytliwych refrenach. Słucha się tego miło i sympatycznie, choć muzyka troszkę trąci myszką. Nie da się ukryć, że minęło ponad 20 lat od chwili wydania płyty. A i kompozycje nie są jakieś zachwycające, ot zwykły przebojowy synth pop z epoki. I tylko wokal Marka Hollisa wyróżnia Talk Talk na tle innych przedstawicieli new romantic. „The Party’s Over” jest bardzo zgrabną płytką, ale słychać, że to debiut. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005

Pet Shop Boys – Please

Pet Shop Boys – Please
1986 EMI Records Ltd.

1 Two Divided by Zero (3:35)
2 West End Girls (4:45)
3 Opportunities (Let’s Make Lots of Money) (3:44)
4 Love Comes Quickly (4:19)
5 Suburbia (5:07)
6 Opportunities (Reprise) (:33)
7 Tonight Is Forever (4:32)
8 Violence (4:29)
9 I Want a Lover (4:06)
10 Later Tonight (2:49)
11 Why Don’t We Live Together? (4:48)

To pierwsza płyta w karierze brytyjskiego duetu, niezbyt dobrze kojarzonego dzisiaj głównie z przebojem „Go West”. A przecież zespół zrobił w drugiej połowie lat 80. sporo, by pop nie kojarzył się wyłącznie z kiczem i tandetą.

Pod koniec 1985 roku Neil Tennant oraz Chris Lowe wydali na singlu utwór „West and Girls”. Wtedy to było coś nowego. Niby dyskoteka, ale ani to new romantic, który już wtedy dogorywał, ani chamskie disco. „West and Girls” to był utwór przebojowy, bardzo tanecznyy, ale jednocześnie na wskroś nowoczesny. To było coś! Narodził się POP z prawdziwego zdarzenia.

„West and Girls” szybko dotarł do pierwszego miejsca brytyjskiej listy przebojów. Kolejne single – „Suburbia” , „Love comes Quickly”, „Opportunitties” – powtórzyły sukces „West and Girls”. A debiutancka płyta „Please” jawiła się przy ówczesnych osiągnięciach Madonny, jako prawdziwe mistrzostwo świata. A że dzisiaj role się odwróciły? No coż. Taka jest kolej rzeczy. Madonna wydoroślała, a Pet Shop Boys zostali w piaskownicy.

„Please” zawiera jedenaście eleganckich, syntezatorowo-bitowo-tanecznych numerów pop. Najlepszą rekomendacją dla nich chyba może być fakt, że zespół lansował sam Tomasz Beksiński. A on miłośnikiem ordynarnego disco jako żywo nigdy nie był. „Please” to idealna muzyka na lato, która nie zestrzała się wcale. Przy dzisiejszych hitach granych w radiu, Pet Shop Boys z czasów „Please” jawią się jak mistrzowie świata dobrego smaku. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
23.03.2005