Terence Fixmer – Silence Control

Terence Fixmer – Silence Control
2006 Gigolo Records/Hardbeat Propaganda

1. Intro
2. Resistance
3. Inside One
4. Running After Time
5. Far Away
6. I Swear
7. Oops
8. EDX
9. Are You Electric?
10. In Dust
11. Raw Power
12. In Green
13. Watch This
14. Under the Rain
15. Outro

Terence Fixmer to żywy dowód na możliwość współpracy twórców z kręgu electro-industrial/EBM i klubowego techno.  Fixmer, artysta wywodzący się ze sceny techno (choć od najmłodszych lat zafascynowany EBM/new beat), nagrał 2 lata temu głośną i bardzo dobrze przyjętą płytę razem z liderem Nitzer Ebb Douglasem McCarthym „Between the Devil”. To mówi wszystko. W tym roku Fixmer powraca z w pełni solową płytą „Silence Control”, wydaną przez cenioną w kręgu fanów techno (zwłaszcza electro) wytwórnię Gigolo Records. Płyta „Silence Control” jest przeznaczona dla wszystkich maniaków electro wszelkiej maści. Na albumie znajdziemy zarówno brzmienia wprost nawiązujące do klasycznego EBM – „Resistance”, „Running After Time”, „Far Away”, „Oops” jak i kompozycje bliskie scenie techno („In Dust”, „Raw Power”). Wszystko ma naleciałości klasycznego Kraftwerk z czasów „Die Mensch Maschine”, starego synth popu w stylu Gary Numana oraz electro clashu.

„Are You Electric?” to klawiszowo-wokalny (większość kompozycji na płycie to utwory instrumentalne) hit EBM/synth pop (będący też reminiscencją pierwotnego detroit techno), przy którym wysiadają wszystkie produkcje future pop razem wzięte. Transowy „I Swear” z mocnym bitem daje do myślenia, czy to jest bardziej electro/EBM, czy bardziej hard house/trance. Ale daje do myślenia jedynie pod warunkiem, że rzeczywiście się nad tym zastanawiamy. A przy muzyce Terence’a Fixmera to nie jest łatwe. Nogi same chodzą do tańca, a umysł samoczynnie wyłącza się od myślenia. I to są jedne z podstawowych zalet dobrej muzyki elektronicznej z szybkim bitem. Niewątpliwie „Silence Control” spełnia wszystkie wymogi takiej muzyki. Czy można chcieć czegoś więcej? [8/10]

Andrzej Korasiewicz
29.04.2006

Kajagoogoo & Limahl – The Very best of

Kajagoogoo & Limahl – The Very best of
2003 EMI

1. Too Shy
2. Ooh To Be Ah
3. Hang On Now
4. Big Apple
5. Lion’s Mouth
6. Turn Your Back On me
7. Shouldn’t Do That
8. Charm Of A Gun
9. Only For Love
10. Neverending Story
11. I Was A Fool
12. Inside To Outside
13. Monochromatic
14. Take Another View
15. Your Love
16. Shock
17. Love In Your Eyes
18. Too Much Trouble
19. Tar Beach

Zbiór największych przebojów Kajagoogoo i Limahla solo jest chyba najlepszą wizytówką twórczość tego zespołu i dokonań solowych Limahla. Mamy tutaj utwory z debiutanckiej płyty Kajagoogoo „White Feathers” z 1983 roku nagranej z Limahlem jako wokalistą („Too Shy”, „Ooh To Be Ah”, „Hang On Now”). Są nagrania z drugiej płyty Kajagoogoo bez Limahla („Big Apple”, „Lion’s Mouth”, „Turn Your Back On me”), a także z ostatniej płyty zespołu nagranej pod skróconą nazwą Kaja w 1985 roku pt. „Crazy Peoples Right To Speak” („Shouldn’t Do That”, „Charm Of A Gun”), debiutanckiej solowej płyty Limahla z 1984 roku „Don’t Suppose” („Only For Love”, „Neverending Story”, „I Was A Fool”, „Your Love”, „Too Much Trouble”, „Tar Beach”) oraz drugiej solowej płyty Limahla pt. „Colour All My days” („Shock”, „Love In Your Eyes”, „Inside To Outside”). Na składance są także dwa utwory ekstra – „Take Another View”, który znalazł się pierwotnie na stronie B singla „Too Shy” (1983) oraz „Monochromatic” z drugiej strony singla „Big Apple” (1983).

Najlepiej słucha się solowych przebojów Limahla oraz nagrań Kajagoogoo z Limahlem. Utwory z najlepszej w całej karierze Kajagoogoo płyty „Islands” w zestawieniu z mniej ciekawymi utworami z okresu płyty Kaja z jednej strony oraz przebojowymi kompozycjami solowymi Limahla z drugiej strony tracą nieco na uroku. Moim zdaniem trzeba ich słuchać na płycie „Islands” jako całości. Zdecydowanie najmniej ciekawie wypadają jednak dwie kompozycje z pożegnalnego albumu zespołu pt. „Crazy Peoples Right To Speak” wydanego w 1985 roku pod nazwą Kaja. Obie kompozycje są nieciekawe muzycznie, mało przebojowe i nie mają w sobie tej siły, którą zespół odnalazł na płycie „Islands” (przypomnę – nagranej bez Limahla). Podczas kiedy w 1985 roku Kaja schodziła ze sceny, przed zapomnieniem bronił się jeszcze Limahl. Płyta „Don’t Suppose” z 1984 roku dobrze sprzedawała się również w 1985, a kolejne piosenki wykrajane z płyty trafiały na listy przebojów. Na omawianej składance brakuje mi tytułowego utworu z płyty „Don’t Suppose”, który został wylansowany w Polsce i dotarł do pierwszej „10” listy przebojów radiowej Trójki.

Druga płyta Chrisa Hamilla (aka Limahl) z 1986 roku nie odniosła już takiego sukcesu. Ale wykrojony z płyty utwór „Love in Your Eyes” w Polsce stał się sporym przebojem, docierając do 3. miejsca trójkowej listy. Album był jednak wielką klapą na Zachodzie i Limahl wycofał się z wydawania kolejnych płyt. Rozpoczął pracę jako didżej. W 1990 roku powrócił, wydanym w … Japonii, singlem „Stop”. W Polsce wylansowała go ponownie niezawodna radiowa Trójka, dzięki czemu nagranie trafiło na trójkową listę przebojów, ale wielkiego sukcesu nie odniosło. Tego utworu jednak nie znajdziecie na recenzowanym albumie. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej strony utwór muzycznie odbiegał od wcześniejszych dokonań Limahla (utrzymany był w konwencji dance).

Dla mnie jednak niezmiennie najlepszym utworem z całego dorobku Kajagoogoo i Limahla pozostaje nagranie „Lion’s Mouth” z płyty „Islands” (bez Limahla). Nie nudzą się też solowe przeboje Limahla – „Only for Love”, „Neverending Story”, „Too Much Trouble”. Wszystkie znajdziecie na płycie „The Very best of Kajagoogoo & Limahl”. Dlatego płyta jest dobrą propozycją dla tych, którym nazwa Kajagoogoo nic nie mówi, a którzy lubią lata 80-te. Muzyka Kajagoogoo jest jednym z pierwszych skojarzeń, które przychodzi mi do głowy, gdy słyszę magiczne określenie „80’s”. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
22.04.2006

Waterboys, The – The Waterboys (remastered 2002)

Waterboys, The – The Waterboys (remastered 2002)
1983/2002 Chrysalis Records/EMI Rec.

1. December
2. A Girl Called Johnny
3. The Three Day Man
4. Gala (undedited)
5. Where Are You Now When I Need You? (never included on this album before)
6. I Will Not Follow
7. It Should Have Been You
8. The Girl In The Swing
9. Savage Earth Heart

bonus songs

10. Something Fantastic
11. Ready For The Monkeyhouse
12. Another Kind Of Circus
13. A Boy In Black Leather
14. December (Original 8 Track mix)
15. Jack Of Diamonds

The Waterboys to właściwie jedna osoba – Mike Scott, który śpiewa, gra na gitarze basowej, rytmicznej, fortepianie, a czasami nawet na organach. Muzycy, których  artysta dobierał przez lata wedle własnego uznania tworzyli jedynie tło dla realizacji pomysłów Szkota. Zespół od początku był jakby na uboczu głównego nurtu muzycznego, mimo że wylansował kilka mniejszych przebojów. Słuchając po 23 latach debiutanckiej płyty Mike’a Scotta nie mogę się nadziwić jak to się stało, że The Waterboys nie stał się klasykiem muzyki rockowej, jakim stał się choćby Morrissey. Przecież The Smiths, z całym szacunkiem, nawet na jotę nie umywa się do geniuszu Mike’a Scotta. To prawda, że The Waterboys trudno jednoznacznie przypisać do jakiegokolwiek gatunku muzycznego. Zespół zadebiutował w 1983 roku, kiedy największe triumfy święciły gwiazdki synth pop/new romantic. Mike Scott nie pasował ze swoją tworczośćią ani do gwiazd synth popu, ani do przedstawicieli falowego rocka. The Waterboys, pozostając w tradycji muzyki rockowej, tworzyło muzykę nie podobną do niczego innego. Mike Scott od początku używał instrumentarium wprowadzającego wątki folkloru szkockiego i irlandzkiego. Jego tragiczny, przeszywający wokal wywołuje do dzisiaj dreszcze. Moc i siła zarówno wokalu Mike’a Scotta, jak i talent do komponowania melodyjnych, a jednocześnie wpisujących się w konwencję rockowych hymnów, piosenek wzbogaconych o elementy muzyki folkowej, nadal wywołuje emocje. Debiutancka płyta z 1983 roku nic się nie zestarzała. Genialny utwór „A Girl Called Johnny”, który dostał się na listy przebojów, nie stracił nic ze swojej konkretności, piękna i bolesnej melodyjności. Trudno opisać słowami muzykę The Waterboys. Tak bywa zazwyczaj z muzyką genialną, nietypową, oryginalną i cudowną zarazem. A taka jest muzyka The Waterboys.

Debiutancka płyta nie jest może tak równa jak kolejne wydawnictwa – „A Pagan Place” i „This is The Sea”. Są tutaj trochę słabsze, mniej wyraziste utwory (np. „The Girls In The Swing”), ale nie obniża to zbytnio oceny albumu, bo te słabsze numery i tak są bardzo dobre.

Dodatkowymi atrakcjami remasteru z 2002 roku jest 7 bonusowych numerów nagranych w tym samym czasie, w którym powstała płyta. W oryginale na winylu było tylko 8 nagrań. Ciekawostką jest włączenie do reedycji utworu nr 5 „Where Are You Now When I Need You?”, który wypadł z płyty wydanej w 1983 roku, a dodany został jako część składowa zremasterowanej płyty w 2002 roku. Pozostałych 6 bonusów dodano na końcu płyty. Wspomnę tylko, że bonusy wybierał osobiście Mike Scott.

Brzmienie albumu jest czyste, soczyste i aż przyjemnie włożyć krążek do odtwarzacza. Zachętą do kupna płyty jest też niska cena. Płytę można nabyć za … 21 złotych! Przyznacie, że to wręcz cena „stadionowa”. A płyta jest jak najbardziej oryginalna i dostępna zarówno w dużych hurtowniach muzycznych na terenie całego kraju, jak i w sklepach internetowych. Naprawdę warto! [9/10]

Andrzej Korasiewicz
15.04.2006

Ultravox – Vienna

Ultravox – Vienna
1980/2000  Chrysalis Recordc Ltd./EMI

1. Astradyne  (07:08)
2. New Europeans  (04:04)
3. Private Lives  (04:08)
4. Passing Strangers  (03:50)
5. Sleepwalk  (03:12)
6. Mr. X  (06:32)
7. Western Promise  (05:22)
8. Vienna  (04:54)
9. All Stood Still  (04:31)

bonus

10. Waiting  (03:52)
11. Passionate Reply  (04:18)
12. Herr X  (05:50)
13. Alles Klar  (04:54)
14. Vienna (Video)

Obok pierwszej płyty Visage z tego samego roku „Vienna” to klasyczna pozycja noworomantyczna, która ukształtowała ten nurt. Płyta jest jednocześnie pierwszym albumem nagranym po odejściu z zespołu Johna Foxxa i z Midge Urem jako wokalistą. W porównaniu do wcześniejszych płyt Ultravox (a zwłaszcza w zestawieniu z pierwszymi produkcjami – „Ultravox” i „Ha! Ha! Ha!” z 1977 roku) zespół odszedł od falowego rocka i zwrócił się ku elektronice. Ultravox stał się wtedy sztandarowym przedstawicielem nowego nurtu, wykreowanego m.in. przez Steve’a Strange’a, „new romantic”.

Płyta zaczyna się wstępem, który przechodzi w spokojny, romantyczny, syntezatorowy, niczym się jednak specjalnie nie wyróżniający „Astradyne”. Następny – „New Europeans” – to już typowy „elektroniczny” Ultravox – dynamiczny, syntezatorowy podkład i gitarowy riff. Spokojny pasaż fortepianowy rozpoczyna kolejny dynamiczny numer „Private Lives”. Następne utwory – „Passing Strangers” oraz „Sleepwalk” to jedne z bardziej charakterystycznych nagrań elektronicznego Ultravox. Ten ostatni numer jest jeszcze bardziej dynamiczny, z szepczączym w tle Midge Urem oraz agresywnym syntezatorem wyznaczającym linię melodyczną.

Szóstym nagraniem na płycie jest słynny „Mr. X”. To nagranie z kolei nieodparcie przywołuje na myśl Kraftwerk. Struktura utworu jest bardzo podobna do niemieckiego klasyka elektroniki. Podobny jest również „mówiony” wokal oraz użycie elektronicznej perkusji. Następny numer to kolejny energetyczny utwór – „Western Promise”, który płynnie przechodzi w tytułową synth popowa balladę „Vienna” – obok „Fade to Grey” Visage, sztandarowy utwór „new romantic”, prawdziwy hymn tego gatunku. To trzeba znać! Oryginalną wersję winylową płyty kończy „All Stood Still”. Obok „Sleepwalk” i „Mr. X” to dla mnie najlepszy utwór na płycie.

Wznowienie „Vienny” z 2000 roku przynosi 4 utwory bonusowe i videoclip „Vienna”. Dodatkowo słyszymy wcale nie gorsze „Waiting”, „Passionate Reply” i „Alles Klar” oraz niemieckojęzyczną wersję utworu „Mr. X”(„Herr X”).

Z całą pewnością „Vienna” to nie tylko klasyka gatunku „new romantic”, ale pozycja wartościowa z punktu widzenia ogólnomuzycznego. Na pewno z płytą powinien zapoznać się każdy fan EBM, synth popu i new wave. Według mnie to najlepsza pozycja w dyskografii Ultravox, która wyznaczyła nie tylko nowy kierunek w rozwoju zespołu, ale przede wszystkim w rozwoju muzyki. [9/10]

 Andrzej Korasiewicz
15.04.2006

Depeche Mode – Speak and spell

Depeche Mode – Speak and spell
1981 – Mute records

1 New Life
2 I Sometimes Wish I Were Dead
3 Puppets
4 Boys Say Go
5 Nadisco
6 What’s Your Name?
7 Photographic
8 Tora! Tora! Tora!
9 Big Muff
10 Any Second Now
11 Just Can’t Get Enough
12 Dreaming Of Me
13 Ice Machine
14 Shout
15 Any Second Now
16 Just Can’t Get Enough (Schizo Mix)

Pierwsza płyta DM przez niektórych od samego początku była traktowana dość pogardliwie. Zwłaszcza w kontekście późniejszych płyt „depeszy”. Na debiutanckim albumie króluje błahy pop z wyraźnie wyeksponowanym syntezatorem. Depeche Mode dobrze wpisuje się na nim w modę „new romantic”, na fali której wypłynął w pierwszej połowie lat 80-tych. Za brzmienie i większość kompozycji na płycie „Speak and spell” odpowiada Vince Clark. I to się da usłyszeć. Wiele kompozycji Depeche Mode niemal do złudzenia przypomina późniejsze dokonania Clarka w duetach Yazoo (mimo że tworzył go z kobietą – Alison Moyet!) oraz Erasure.

Trzeba jednak przyznać, że w Erasure nie ma tej siły i witalności, którą można usłyszeć na „Speak and Spell”. Zresztą, czy można poważnie traktować gościa, który po 20 latach tworzy w kółko tę samą muzykę? Depeche Mode po odejściu z grupy Vince’a poszedł samodzielną drogą i to, czego dokonał pokazuje, że Clark był jednak balastem dla grupy. Gdyby został, najprawdopodobniej nie byłoby dzisiaj Depeche Mode takiego, jaki znamy. Vince Clarke ciągle powiela jedynie te same schematy. Depeche Mode zmienia się i rozwija, pozostając sobą.

„Speak and spell” jako całość nie prezentuje się zbyt dobrze. Płyta jest dosyć chaotycznym zbiorem przebojów synth pop. Są tutaj jednak takie perełki jak „Photographic” czy „Tora, Tora, Tora”, które do dzisiaj rozpalają serca wszystkich fanów DM. Są też inne utwory, na które chcę zwrócić uwagę – „Puppets” i trochę przewrotnie zatytułowany „Nodisco”, będący utworem jak najbardziej tanecznym.

Fani DM znają na pamięć całą twórczość zespołu, więc ich do słuchania pierwszych płyt grupy przekonywać nie trzeba. Chciałem jednak zachęcić do zapoznania się z płytą tych, którzy interesują się historią rozwoju synth popu a także EBM. O ile oczywiście jeszcze znajdą się tacy, którzy nie znają całej dyskografii DM. Wiele współczesnych rozwiązań brzmieniowych z działki synth pop nawiązuje właśnie do tego wczesnego okresu twórczośći DM, a zwłaszcza płyty „Speak and Spell”. [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
04.04.2006

Depeche Mode – A Broken Frame

Depeche Mode – A Broken Frame
1982 – Mute records

1. Leave In Silene
2. My Secrfet Garden
3. Monument
4. Nothing To Fear
5. See You
6. Satellite
7. The Meaning Of Love
8. A Photograph Of You
9. Shouldn`t Have Done That
10. The Sun & The Rainfall

To druga płyta w karierze Depeche Mode – nagrana po odejściu z zespołu Vince’a Clarka. Nie bedę ukrywał, że uważam, iż pożegnanie z Clarkiem wyszło grupie na dobre. Nie dość, że DM zaczęło się muzycznie rozwijać to zyskaliśmy jeszcze dwie bardzo sympatyczne płyty Yazoo, a następnie duet Erasure założony przez Clarke’a.

„A Broken Frame” jest pozycją ciekawszą od poprzedniczki. Syntezatorowe brzmienie znane z debiutanckiej płyty zyskało głębi i przestrzeni. Kompozycje nie są aż tak oszczędne, by nie rzecz prymitywne, jak na „Speak and Spell”. Słychać tutaj więcej romantyzmu i melancholii.

Album rozpoczyna przebojowy singiel „Leave in Silence”. Kompozycja jest pełniejsza i inteligentniejsza od prostych melodyjek Clarke’a, a jednocześnie nie traci na melodyjności i chwytliwości. To znak, że Depeche Mode jest zespołem z olbrzymim potencjałem. Kolejne mniej lub bardziej przebojowe kompozycje („See You”) przeplatają się z bardziej refkleksyjnymi („My Secret garden”,”Nothing to Fear”).

Utworem najbardziej zbliżonym do twórczości znanej z albumu „Speak and Spell” jest drugi singiel z płyty pt. „The Meaning of Love”. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najsłabsza pozycja na płycie i to wcale nie dlatego, że jest przebojowa i melodyjna. Mimo tego, że ma w sobie trochę uroku (jak wszystkie kompozycje DM), to jednak wyłamuje się z klimatu albumu. „The Meaning of Love” byłby jedną z mniej ciekawych pozycji nawet na płycie „Speak and Spell”.

Zwieńczenie „A Broken Frame” jest jednak już godne prawdziwych mistrzów. „A Photograph of You” i finałowy, monumentalny „The Sun & The Rain Fall” pokazują prawdziwą potęgę Depeche Mode. Znajdziemu w tych kompozycjach wszystko to, co było najlepsze w pierwszym okresie twórczośći DM. Zespół pozostaje w konwencji syntezatorowego popu, ale robi to po swojemu, wykorzystując stylistykę „new romantic” do budowania kompozycji pełnych melancholii i piękna.

Według mnie „A Broken Frame” to jedna z lepszych płyt DM w ogóle. Na pewno jest to pozycja przełomowa, ponieważ album jest pierwszym nagranym po odejściu z zespołu Vince’a Clarka. W dodatku płytą tą muzycy DM udowadniają, że dopiero zaczynają marsz na szczyt muzyki rozrywkowej. Dzisiaj już wiemy, że udało im się zajść aż na samą górę. A „A Broken Frame” jest ważnym etapem na tej drodze. [8/10]

2001/2006
[Andrzej Korasiewicz]

Kajagoogoo – Islands

Kajagoogoo – Islands
1984/2004 EMI Records

1. The Lion’s Mouth
2. Big Apple
3. Power to Forgive
4. Melting the Ice Away
5. Turn Your Back on Me
6. Islands
7. On a Plane
8. Part of Me Is You
9. The Loop

Bonus

10. Turn Your Back On (Thompson & Barbiero US Mix)
11. The Pump Rooms Of Bath
12. The Garden (Instrumental)
13. Monochromatic (Live)
14. Big Aoole (Metro Mix)
15. The Lion’s Mouth (The Beasy Mix)
16. Turn Your Back On Me (Extended Dance Mix)

Kajagoogoo to jeden z symboli muzyki pop lat 80-tych. Wciskany przez wielu w szufladę „new romantic”, tak naprawdę niewiele miał z nią wspólnego. Debiutancka płyta „White Feathers” z 1983 roku i przebój „Too Shy” wyniosły grupę na szczyt popularności. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci pierwszej połowy lat 80-tych został wokalista Kajagoogoo – Limahl, który stał się obiektem westchnień przedstawicielek płci pięknej. Trudno dzisiaj opisać niesłychaną popularność Limahla. Nie było to może takie szaleństwo jak na punkcie The Beatles w latach 60-tych, ale wymiaru amoku na punkcie Limahla nie da się z niczym dzisiaj porównać. Limahl wkrótce odszedł od zespołu co, jak się okazało, na krótką metę przyniosło mu jeszcze większy sukces. Wylansowane przez Limahla przeboje „Neverending story” i „Only for Love” są do dzisiaj jednymi z wizytówek lat 80-tych.

Koledzy z zespołu, których Limahl zostawił na lodzie, nie poddali się jednak i jeszcze w tym samym – 1983 – roku przystąpili do przygotowania materiału na kolejną płytę. Efektem tej pracy był singiel „Big Apple” a następnie album „Islands”, który przyniósł muzykę zaskakująco interesującą. Singiel „Big Apple” odniósł umiarkowany sukces na listach przebojów, ale pod względem muzycznym „Islands” jest ciekawą propozycją pop 80’s, która wyraźnie wzbogaca i rozszerza brzmienie Kajagoogoo w porównaniu z nagraniami z debiutanckiej płyty razem z Limahlem. Nadal charakterystycznym elementem brzmienia Kajagoogoo pozostaje elektroniczna perkusja, ale na plan pierwszy wysuwa się pulsujący bas, a brzmienie kolejnych utworów, za sprawą bogato wykorzystanych instrumentów dętych (trąbka, saksofon), otrzymuje posmak funku i soulu. Jednocześnie Kajagoogoo udowadnia, że Limahl nie miał decydującego wpływu na kształt muzyki zespołu. Na płycie „Islands” są bardzo zgrabne i przebojowe kompozycje („Turn Your Back on Me”, „The Lion’s Mouth”, „Power to Forgive”), które do dzisiaj zachowują swój urok.

Jednym z lepszych utworów nie tylko Kajagoogoo, ale muzyki 80’s w ogóle jest moim zdaniem „The Lion’s Mouth”, na który chciałem zwrócić uwagę. Nagranie dotarło do 2. miejsca Listy Przebojów Trójki w 1984 roku. Warto też dodać, że w 1984 roku zespół przybył do Polski na koncerty (co było wówczas dużym wydarzeniem), a płyta była dostępna w PRL na winylu. „Islands” to jednak mimo wszystko pozycja głównie dla sentymentalnie nastawionych miłośników brzmień 80’s. Na pewno cieszy fakt, że obie płyty Kajagoogoo (również „White Feathers”) zostały wznowione na kompaktach. W obu przypadkach na płytach są bonusy (moim zdaniem niezbyt interesujące niestety).

„Islands” było właściwie ostatnią płytą Kajagoogoo. Później zespół nagrał jeszcze jako trio pod nazwą Kaja płytę w 1985 roku, która zupełnie przeszła bez echa. Zremasterowane wydanie „Islands” z 2004 roku jest więc dokumentem przypominającym tę efemerydę muzyczną. Czy warto o niej pamiętać? Ci, którzy lubią lata 80-te raczej nie będą mieć wątpliwości. [7.5/10]

Andrzej Korasiewicz
01.04.2006

Kajagoogoo – White Feathers

Kajagoogoo – White Feathers
1983/2004 EMI Records

1. White Feathers
2. Too Shy
3. Lies and Promises
4. Magician Man
5. Kajagoogoo
6. Ooh to Be Ah
7. Hang on Now
8. This Car Is Fast
9. Ergonomics
10. Frayo

Bonus

11. Too Shy (Instrumental Mix)
12. Take Another View
13. Interview Rooms
14. Animal Instincts
15. Introduction
16. Too Shy (Midnight Mix)
17. Ooh To Be Ah (The Construction Mix)
18. Hang On Now (Extended Version)

„White Feathers” to debiutancka płyta Kajagoogoo, na której znajdziemy najbardziej rozpoznawalny przebój zespołu „Too Shy”. Dzięki niemu w 1983 roku zrobiło się głośno o Kajagoogoo, a może przede wszystkim o Limahlu, który stał się bożyszczem nastolatek. „White Feathers” nie jest jednak płytą dobrą. Poza „Too Shy” na uwagę zwracają jeszcze singlowe „Ooh To Be” i „Hang On Now” a także kończący longplay „Frayo”. Ten ostatni to chyba najlepszy utwór na całej płycie. „Frayo” jest pomysłowo zbudowaną kompozycją, która stwarza intrygującą atmosferę. Limahl dobrze wpasował się w nią swoim wokalem, a całość jest zgrabnie zaaranżowana i przebojowa. Pozostałe nagrania to, niestety, mniej lub bardziej przeciętny syntezatorowy pop w typowym stylu 80’s. Kompozycje są ubogie i proste. Niestety, w tym przypadku, po upływie ponad 20 lat nie dodaje to im uroku. Kolejna płyta „Islands” – nagrana bez Limahla – jest znacznie lepsza.

„White Feathers” na pewno jest jednak bliższy klimatom „new romantic”. Nie ma tu instrumentów dętych, a poza elektroniczną perkusją wyeksponowane są syntezatory. Mocną stroną płyty jest też wspomniany „Too Shy”. Interesująco wypada bonus „Take Another View”, który jest znacznie ciekawszą kompozycją od np. „Lies and Promises”, która znalazła się na oryginalnym albumie. Może właśnie to ją zgubiło. Wytwórnie wybierały utwory, które miały zagwarantować szybki sukces komercyjny. A ten, zdaniem wielu, można osiągnąć jedynie dzięki utworom prostym i nieskomplikowanym. Być może takie podejście jest przyczyną mizerii muzycznej tej płyty.

Muzyka Kajagoogoo z Limahlem z pewnością przypadnie do gustu poszukiwaczom brzmień 80’s. W końcu słuchają oni często o wiele gorszych rzeczy i są nimi zachwyceni. Dla innych będzie to podróż sentymentalna do dzieciństwa (lub młodości). Z tych powodów warto na chwilę zatrzymać się przy debiutanckim albumie Kajagoogoo. [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
01.04.2006