Castle Party 2006, Bolków, 28.07-30.07.2006

Castle Party 2006, Bolków, 28.07-30.07.2006

Piątek

Do Bolkowa przyjechałem już w piątek, by zobaczyć występ Job Karmy i poczuć atmosferę festiwalową od samego początku. Atmosfera mnie nie rozczarowała. Coraz kolorowiej ubrani ludzie, o coraz bardziej ekstrawaganckich strojach upodobniają Bolków do największych niemieckich festiwali „dark independent”. Nie używam słowa „gotyk”, ponieważ Castle Party od co najmniej kilku lat nie jest festiwalem gotyckim (cokolwiek słowo „gotycki” miałoby znaczyć).

Piątkowy występ Job Karmy nie powalił mnie na kolana, ale nie był to czas stracony. Transowo-postindustrialna muzyka, projekcje multimedialne, płonące pochodnie, mroczny nastrój. Dobry wstęp do całej imprezy.

Sobota

Właściwa część festiwalu rozpoczęła się od koncertu czeskiego, electro-industrialnego projektu No Name Desire. Panowie zaprezentowali kawałek tradycyjnego electro-industrialu, zakorzenionego w klimatach starego Skinny Puppy, nieznacznie skażonego współczesnością electro (i dobrze). Mnie się podobało.

Kolejnym wykonawcą był węgierski De Facto. Hm… Co by tu napisać, żeby nikogo nie urazić, ale w dosadny sposób określić co słyszały moje uszy. Znane powiedzenie brzmi „Polak, Węgier – dwa bratanki”. Całkiem prawdopodobne, ale w przypadku Węgrów z De Facto to porzekadło się nie sprawdziło. Węgrzy zaprezentowali skrajnie prymitywny (by nie rzec prostacki) rock gotycki, wtórny, na dodatek zagrany bez żadnego pomysłu, tragicznie kiepski kompozycyjnie. Rodzi się pytanie, czy organizatorzy słyszeli w ogóle ten zespół, zanim go zaprosili, czy też występ De Facto „zawdzięczamy” jakimś polskim promotorom gotyku z krajów byłego bloku wschodniego. Według mnie De Facto to najgorszy wykonawca, który grał tego roku w Bolkowie. Brr…

Polski Deathcamp Project jeszcze parę lat temu mógł pewnie pomarzyć tylko o graniu na Castle Party. Ale dzisiaj  występ Deathcamp Project w Bolkowie nie był szczególną nobilitacją dla zespołu, bo grupie udało się uzyskać status gwiazdy undergroundu gotyckiego w Polsce. O ile poprzedzający występ Polaków De Facto zaprezentował prostacką wersję rocka gotyckiego, o tyle Deathcamp Project przedstawił nowoczesny rock gotycki z aspiracjami. Jeśli kiedyś słyszałem w muzyce grupy jakieś naleciałości metalowe, to muszę przyznać, że dzisiaj za cholerę ich nie słyszę. Muzycznie pobrzmiewały mi tam nawet jakieś echa współczesnego wcielenia Clan of Xymox. Występ Deathcamp Project w Bolkowie był niewątpliwie udany. Wyczuwało się jednak tremę muzyków, a całości czegoś brakowało. Być może zabrakło pewności siebie, być może w repertuarze DP brakuje jakiegoś wyraźnego hitu, który dodałby koncertowi odrobiny dramaturgii.

O następnym wykonawcy – Hedone – niezręcznie mi pisać. Po pierwsze dlatego, że to pionier polskiego rocka industrialnego, jeden z tych nielicznych w Polsce zespołów, który kilkanaście lat temu próbował zaszczepić na polskim gruncie tą nietypową dla naszego narodu stylistykę. Po drugie z lokalnego patriotyzmu – Maciej Werk jest przecież łodzianinem. Ten wstęp może już sugerować, że to, co robi obecnie Hedone nie podoba mi się. Nie podoba mi się nie dlatego, że jestem jakimś ortodoksem rocka industrialnego i uważam, że Hedone powinnno do końca życia trwać w tej stylistyce. Rozumiem wypalenie artystyczne i próbę poszukiwania czegoś nowego. Podobną drogę podążała ostatnimi laty Agressiva 69. Nagrywała jednak muzykę, która ani nie zdobyła większej popularności, ani dzięki której grupa nie wzniosła się na wyżyny artyzmu. W tym roku panowie z Agressivy wrócili więc do korzeni. I to jest bardzo udany powrót. Uważam, że Hedone powinno zrobić to samo. Niestety, ale ze sceny w Bolkowie podczas koncertu Hedone wiało nudą. Nowy repertuar zespołu jest po prostu boleśnie przeciętną papką poprockową.

Po Hedone miała zagrać Agressiva 69, ale plany się zmieniły i zagrał duet Bończyk i Krzywański. Przyznam, że z nadzieją oczekiwałem tego występu. Krzywański to były muzyk Republiki, którą do dzisiaj darzę szacunkiem i sentymentem. Bończyk to zdecydowanie mniej mi znana postać, ale z informacji, do których dotarłem wynikało, że jest co całkiem interesującym artystą. Spodziewałem się więc czegoś na miarę koncertu Renaty Przemyk z poprzedniej edycji Castle Party. Niestety, koncert obu panów to był kolejny zawód tego dnia. Wprawdzie trudno odmówić obu artystom sprawności warsztatowej i dużej kultury muzycznej, ale o zaprezentowanych kompozycjach mogę napisać to samo, co o występie Hedone – wiało nudą. Repertuar przedstawiony przez Bończyka i Krzywańskiego był nijaki. Nawet zagrane republikańskie „Halucynacje” wypadły blado.

Następna wystąpiła Agressiva 69. Kolejny klasyk rocka industrialnego w Polsce, który na najnowszej płycie „In” wrócił do korzeni. Agressiva zaprezentowała się z jak najlepszej strony. W Bolkowie grali już niezliczoną ilość razy i za każdym razem ich przyjęcie było ciepłe. Tak było również w tym roku, mimo padającego deszczu. Usłyszeliśmy zarówno numery z nowej płyty jak i starsze. Podczas występu Agressivy rozpadał się deszcz, ale publiczność ani myślała opuszczać dziedziniec zamku. Ludzie powyjmowali parasole, płaszcze przeciwdeszczowe lub chronili się pod nielicznymi, ale niezwykle przydatnymi w tej sytuacji drzewami. Im mocniej padało, tym zespół mocniej zagrzewał publiczność do zabawy. Brawa należą się za to zarówno zespołowi, jak i publiczność, która pozostała na posterunku. Koncert Agressivy 69 to jeden z bardziej udanych momentów Castle Party 2006.

Większość występu niemieckiego Funker Vogt spędziłem w kwaterze w oczekiwaniu na klucze, żeby się przebrać. Na zamek wróciłem na trzy numery przed końcem. W między czasie przestało padać, a Niemcy zagrzewali ludzi do zabawy. Funker Vogt gra rodzaj siermiężnego electro-industrialu, bez polotu i szczególnej inteligencji, ale ma swoich oddanych fanów. Te kilka numerów, które usłyszałem w Bolkowie wypadły bardzo pozytywnie. Funker Vogt to muzyka przy której można się dobrze bawić i tak było w Bolkowie.

Po przerwie na scenie zainstalował się holenderski Clan of Xymox. CoX jest zespołem, którego muzyka polskim fanom się nigdy nie nudzi. Mogą występować w Polsce co roku, a i tak ich koncert zgromadzi wystarczającą liczbę publiki, żeby zwróciły się koszty organizacji koncertu. I nie ma się co dziwić. CoX to profesjonaliści, którzy dają publiczności to, co lubi. A ludzie lubią głównie stare, sprawdzone numery CoX. I tym razem Ronny Moorings z ekipą nie zawiódł polskich fanów. Usłyszeliśmy m.in. „Michelle”, „Louise”, „Muscoviet Mosquito” a także najnowszy „klasyk” – „There’s No Tomorrow”. Niektórzy narzekali na brak nowszych numerów (a także starszego „Stranger”), ale również oni z przyjemnością wysłuchali CoX.

Jako główna gwiazda pierwszego dnia zaprezentował się VNV Nation. To chyba właśnie chęć obejrzenie Ronana Harrisa i spółki ściągnęła mnie po raz kolejny do Bolkowa (klimat imprezy i fajne otoczenie też miały na to wpływ!). VNV Nation zagrał w Polsce po raz pierwszy. Ten klasyk future pop (wywodzący się ze sceny EBM) nie zawiódł moich oczekiwań, choć miałem nadzieję usłyszeć kilka numerów, których nie było (np. „Electronaut”, „Structure”). Ale był „Honour” oraz utwory z płyty „Matter and Form”. Ronan Harris wystrzelił na scenę jak kosmiczna kuleczka. Biegał po niej w te i wewte. Naprawde zademonstrował sporą kondycję. A przy tym musiał jeszcze śpiewać. To było bardzo miłe zwieńczenie dnia, choć dla niektórych główną gwiazdą okazał się Clan of Xymox. Więcej publiczności pod sceną było, gdy grali Holendrzy. Po koncercie CoX niektórzy po prostu opuścili mury zamku. Niech wiedzą, że sporo stracili. VNV Nation to zespół niezwykle energetyczny, który dał w Bolkowie bardzo dobry koncert.

Niedziela

Drugi dzień imprezy rozpoczął występ ukraińskiej kapeli gotyckiej Dust Heaven. Na scenie zobaczyliśmy pana za klawiszami oraz zwiewną blondynkę na wokalu. Usłyszeliśmy całkiem przyjemny (na pewno kilka razy lepszy niż De Facto) rock gotycki w wersji z automatem perkusyjnym. Wartość występu znacznie podniosły efekty wizualne (wokalistka) :).

Kolejny zespół – litewski Mano Juodoji Sesuo – zaprezentował się z jeszcze lepszej strony niż Ukraińcy. Usłyszeliśmy klasyczny rock gotycki wyraźnie inspirowany dokonaniami Sisters of Mercy. Był nawet cover SoM. Mimo mało oryginalnych wzorców Litwini pokazali, że nie tylko potrafią grać, ale mają pomysł na granie. Muzyka Mano Juodoji Sesuo nie jest prymitywnym odtwórstwem, ale trzymającą się kanonów kontynuacją. Występ Litwinów to jeden z lepszych koncertów tego dnia.

O koncercie dwóch następnych zespołów nie mam za wiele do napisania. Nie lubię takiej muzyki i nie zamierzam tego ukrywać. Batalion D’Amour kilka lat temu razem z Closterkellerem tworzył czołówkę „polskiego gotyku”. Dla mnie to symbol grania jakie na wiele lat ukształtowało wizję muzyki gotyckiej w Polsce (na szczęście dzisiaj to już przeszłość). Panienka na wokalu, metalowe riffy, „mroczny klimat” – czyli gotyk. Ja dziękuję, nie skorzystam.

W podobnym stylu zaczynał swoją karierę Delight. Jednak nowa płyta zespołu została wyprodukowana przez Rhysa Fulbera (Front Line Assembly). Rzeczywiście, ręka Fulbera była w muzyce Delight słyszalna. Sporo elektroniki, dobre brzmienie. Coż z tego, skoro wszystko połączone zostało z metalowymi riffami i śpiewającą kobietą (nie żebym miał coś przeciwko kobietom, zwłaszcza śpiewającym :)). Mnie to nie przekonało. Im dłużej grał Delight, tym miałem większą ochotę opuścić zamek, co w końcu uczyniłem nie dotrwawszy do końca występu. Po retuszu, Delight, jak ktoś trafnie stwierdził, jest kopią Evanescense.

Kanadyjski The Birthday Massacre mocno reklamował mi redakcyjny kolega Laurel. Ich występ jednak mnie nie porwał. Na pewno mają świetny image sceniczny (niektórzy członkowie grupy wizualnie przypominali nieco przebieranki w stylu Marylina Mansona) i gorącą laskę na wokalu, ale muzycznie moim zdanie nie prezentują nic wielkiego. Fajnie, że zagrali w Bolkowie, bo to dzisiaj jeden z czołowych zespołów falowo-gotyckich, a takie grupy w Polsce słabo się przebijają. Jednak muzyka, która grają jest moim zdaniem przeciętna. Mimo to, był to i tak jeden z ciekawszych momentów drugiego dnia w Bolkowie.

Po kilku latach przerwy na Castle Party wystąpił Fading Colours. To cieszy, bo po wydaniu płyty „I’m Scared of…” formacja była jedną z większych nadziei mrocznej elektroniki w Polsce. Później drogi De Coy, Leszka Rakowskiego i Daniela Kleczyńskiego jakoś się rozeszły. De Coy wydała solową płytę, a zapowiadana od 6 lat nowa płyta Fading Colours do dzisiaj nie ujrzała światła dziennego. Może więc teraz? Fading zagrał w Bolkowie utwory z „nowej” (nigdy nie wydanej) płyty oraz starsze numery m.in. z albumu „I’m Scared of…” – niektóre w unowocześnionych aranżacjach. „Nowe” brzmienie Fadingów jest bardziej „industrialne”, choć po kilku latach chyba potrzebny jest jeszcze większy lifting. Występ mógł się jednak podobać i podobał się. Jak się później okazało to był dla mnie ostatni interesujący koncert CP 2006.

Występ Riverside odpuściłem sobie w całości. Polski zespół zdążył zdobyć uznanie wśród fanów art rocka (vel rocka progresywnego) i obok Indukti jest dzisiaj głównym i najciekawszym przedstawicielem tego nurtu w Polscu. Coż począć jednak, że mnie ta stylistyka już od dawna nie przekonuje. Żeby skrócić męki (swoje i ewentualnych czytelników apopu) wróciłem do kwatery, by powoli przygotowywać się do odwrotu z Bolkowa. Muzyka Riverside dźwięczała z oddali. Gdy później wróciłem na zamek od napotkanych ludzi słyszałem takie określenia jak „cudowny” i „magiczny”. Pozostaje mi wierzyć, że taki, dla fanów art rocka, koncert Riverside rzeczywiście był.

Niestety, ale kolejnym zespołem na scenie bolkowskiego zamku był niemiecki projekt metalowo-gotycki Leaves’ Eyes. Możliwe, że zostanę uznany za marudę, ale coż zrobić, że grupa znowu nie trafiła w moje gusta. Wokalistką zespołu jest Norweżka Liv Kristine, znana wcześniej z występów w prawdziwej gwieździe sceny mroczno-metalowej Theatre of Tragedy. Niewątpliwie projekt Leaves’ Eyes był więc znaczący i jego zaproszenie do Bolkowa ma uzasadnienie (coś dla fanów mrocznego metalu musi przecież się znaleźć). Żeby żyć w zgodzie ze sobą wróciłem więc na zamek na ostatnie pół godziny grania Leaves’ Eyes. Miałem nadzieję, że a nuż mnie zespół przekona (lubię w końcu Tiamat, My Dying Bride i Moonspell). Jak się okazało to był duży błąd. Na zamku wynudziłem się setnie, a uszy mi więdły z każdym kolejnym numerem. Liv Kristine ma piękny głos i umie śpiewać. Jednak jej bajkowo-wieśniacki image w połączeniu z metalowym ąnturażem całego zespołu trudno zaakceptować. Chyba najbardziej podobał mi się najostrzejszy numer, zaśpiewany wspólnie z wokalistą (growling). Tylko że to był numer typowo metalowy i ciężko mi zrozumieć co taka muzyka robi w Bolkowie. W każdym razie znacznej części publiki koncert Leaves’ Eyes podobał się.

Żeby nie było, że jako stary elektronik krytykuję tylko zespoły rockowe, jestem zmuszony napisać kilka cierpkich słów o De/Vision, który wystąpił jako główna gwiazda drugiego dnia CP. Fenomen De/Vision jest dla mnie niezrozumiały od dawna. Tzn. rozumiałem, że ten synth popowy band może podobać się fanom Depeche Mode, bo głównie spośród nich rekrutowali się pierwsi słuchacze De/Vision, ale dzisiejszy status De/Vision na scenie dark independent jest dla mnie mało zrozumiały. Nie żeby jakoś szczególnie przeszkadzał mi ten zespół, ale jest on tak doskonale przeciętny i bez żadnego wyrazu, że nie potrafię zrozumieć jak można ekscytować się ich muzyką. Właściwie jedyną pozycją w dyskografii Niemców, którą uznaję za wartościową jest płyta „Void”. Wszystkie późniejsze i wcześniejsze albumy są moim zdaniem totalnym przeciętniactwem, nudnym jak flaki z olejem. Ciekaw byłem jak wypadają na żywo i dlatego ucieszyłem się, że przyjeżdzają do Bolkowa. Może dzięki koncertowi przekonają mnie do siebie? Niestety, jedyne spostrzeżenie jakie mam po usłyszeniu De/Vision w Bolkowie to, że na żywo wypadają znacznie bardziej rockowo niż na płycie (zupełnie jak Depeche Mode…). Są jednak tak samo nudni i bezbarwni jak na płycie…

I to już był finał tegorocznego Castle Party. Impreza jak zwykle została dobrze zorganizowana, okolica piękna. Ulewy nie zniweczyły planów organizatorów a na plus mogę zapisać występy: Clan of Xymox, VNV Nation, Agressiva 69, Deathcamp Project, Mano Juodoji Sesuo i Fading Colours. Pozostali wykonawcy przekonali mnie albo mniej, albo wcale. Do przyjazdu na następny Bolków jest w stanie przekonać moje stare kości chyba tylko ściągnięcie któregoś z wykonawców: Fields of The Nephilim, The Mission, Bauhaus, Front 242, Front Line Assembly, Nitzer Ebb (grali w tym roku na WGT!), Skinny Puppy, Ministry (ewentualnie zastanowię się nad Die Krupps);).

Pozdrowienia dla Krzycha, Dara, Chudego i reszty ekipy, z którą mieszkaliśmy.

Andrzej Korasiewicz
11.08.2006