Tak Tak Summer of Music Festival 2006

Tak Tak Summer of Music Festival 2006
9-10 września 2006, Tor Wyścigów Konnych „Służewiec”, Warszawa

Tak Tak Summer of Music Festival 2006 to 2 dni festiwalu, 4 sceny (główna, MTV, aktivna i klubowa) oraz całe zaplecze festiwalowe – strefa gastronomiczna, dla mediów, stoiska sponsorów i patronów. Wykonawcy zostali podzieleni między sceny, tak żeby można było zobaczyć jak najwięcej i żeby jak najmniej koncertów pokrywało się ze sobą. Niestety, nie było możliwe wszystko tak zgrać, żeby nic nie umknęło, a dodatkowo w niedzielę, ze względu na obsuwy czasowe, na scenie MTV trochę ciekawej muzyki przeleciało między palcami.

Największy minus festiwalu, to słaba frekwencja. Na tak wielkim terenie było to szczególnie widoczne. Nie mam danych ile sprzedało się biletów, ale na oko każdego dnia nie było więcej jak kilka tysięcy osób. Wysokie ceny biletów, koniec lata i bliskość czasowa innych wydarzeń muzycznych zrobiły swoje. Szkoda, bo pod względem muzycznym festiwal uważam za udany (w Polsce jest tak mało dobrych imprez, że trudno wybrzydzać).

Sobota, 9.09.2006

Wszystko zaczęło się w sobotę ok. 15. Na teren Służewca dotarłem przed 16., kiedy na Scenie Aktivnej kończył grać pierwszy artysta – polski Farel Gott. Nie za wiele udało mi się jednak usłyszeć. Następnie na scenie głównej zainstalowała się łódzka załoga Cool Kids of Death. Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na zgreda i nikogo nie obrazić. Ja nazywam ich twórczość muzyką dla zbuntowanych nastolatek. A jako że nie jestem już ani szczególnie zbuntowany, ani tym bardziej nie jestem nastolatką, to zwyczajnie ich muzyka mnie nie przekonuje. Moja diagnoza ich grania jest chyba dosyć trafna, bo pod sceną szalały właśnie głównie nastolatki, wyraźnie dobrze się bawiąc. I dobrze, nie mieszam się. Faktem jest jednak, że było to może ze 100 osób (bardzo optymistyczne szacunki). Czyli było pusto.

Gdy skończyły Kulki, na scenie Aktivnej zainstalowała się hiphopowo-alternatywna załoga z Afro Kolektywu. Poszedłem z ciekawości. Hip hop trudno przyswajam (chyba że w wydaniu Ninja Tune – czyli niezbyt ortodoksyjnym), ale alternatywność Kolektywu wlała we mnie nieco nadziei, że może być ciekawie. Na scenie zobaczyłem wijącego się wokalistę w szlafroku oraz innego muzyka ubranego w coś w rodzaju pasiaka więziennego. No nawet fajny pomysł, ale muzycznie mnie nie porwali. Muzyka była moim zdaniem zbyt prosta, żeby nie powiedzieć prostacka.Trzeba jednak przyznać, że kolektyw ma swoją publiczność, która dobrze bawiła się podczas występu grupy.

W tym samym czasie (godz. 17.00) pojawił się pierwszy wykonawca na scenie MTV – Mitch i Mitch. Panowie trochę się stroili, przygotowywali do grania, a ponieważ już parę minut to robili, a ja byłem głodny i spragniony, postanowiłem przenieść się do strefy gastronomicznej, aby zaspokoić te potrzeby. Mitchów więc w efekcie nie zobaczyłem.

O 18.00 na główną scenę miał wyjść El Presidente i pewnie tak było, ale nie mogę tego z całą pewnością stwierdzić, bo nadal zaspokajałem swoje pragnienie. Gdy już poczułem się nasycony, udałem się pod główną scenę, ale niestety Szkoci już kończyli grać.

 O 19.00 na scenie Aktivnej rozpoczął swój występ polski Dick4Dick. To był pierwszy wykonawca tego dnia, na którego zwróciłem uwagę. Panowie zaprezentowali się jedynie w majtkach. Zagrali dosyć wybuchową mieszankę postpunkowego rocka, rock’n’rolla okraszonego elektroniką (niektórzy nazywają takie połączenie „disco-punk”). Było naprawdę energetycznie, alternatywnie i fajnie, choć mało finezyjnie. O tej samej godzinie na Scenie MTV występował Mocky.

Mimo fajnych wrażeń na Dick4Dick, po wysłuchaniu kilku numerów przeniosłem się do budynku po lewej stronie sceny głównej *. Mocky przynależy do sceny elektronicznej, ale tej, która spogląda w stronę jazzu, hip hopu, neo-soulu, a nawet bluesa. Jego ensamble odgrywał wszystkie numery na żywych instrumentach co dodatkowo ociepliło brzmienie. Mnie się podobało. Może dlatego, że mam smaka na taki neo-soul, a może dlatego, że Mocky jest naprawdę ciekawym wykonawcą. A najpewniej dla jednego i drugiego.

O godz. 20.00 na główną scenę wyszedł brytyjski Maximo Park. Cóż by tu znowu napisać, żeby nikogo nie urazić (zwłaszcza fanów brytyjskiej muzyki). Wszystko zagrane było profesjonalnie, rzemieślniczo i prawdopodobnie lepiej się nie dało. Przebój „Apply Some Pressure” nawet mi się podoba, ale coż począć, że według mnie Maximo Park wykonuje cały czas ten sam numer. W dodatku wszystkie te brytyjskie zespoły są jakoś tak do siebie podobne. Coś w nich jest bezpłciowego i to je łączy. Poza tym większość z nich (najczęściej nieświadomie) kopiuje The Beatles, niestety bez choćby cienia talentu kompozycyjnego czwórki z Liverpoolu. Brzmieniowo przemielone jest to przez rewolucję punkową z lat 70-tych i tak wychodzą nam co chwila kolejne twory spod brytyjskiej matrycy (ostatnio Arctic Monkeys). Maximo Park to jeden z takich tworów i moim zdaniem nie wyróżnia się niczym szczególnie. Według mnie na scenie było nudno.

Godzina 21.00 to Scena MTV i słynna Peaches. No, tego to już byłem ciekawy na 100 proc. Sporo słyszałem o jej występach. Muzykę znałem dobrze i lubiłem. Ogólnie – mój klimat. I to, czego się spodziewałem – otrzymałem. Artystka szalała na scenie, zdejmując po każdym numerze elementy ubrania. Po jednym z numerów ukazał się oczom publiczność nadmuchiwany fallus, z którym następnie artystka prowadziła dialog ściągając kolejne części garderoby. Muzycznie było bardzo energetycznie, disco-punkowo i electro-clashowo. Usłyszeliśmy wybuchową mieszankę jazgotliwych gitar i agresywnej perkusji ubarwione klawiszami, elektroniką oraz wrzaskliwym wokalem samej Peaches. To był dobry show, zarówno pod względem muzyczno-zabawowym jak i wizualnym. Z zadania promocji najnowszego albumu „Impeach my Bush” Peaches wywiązała się bardzo dobrze.

Punktualnie o 22.00 przeniosłem się pod główną scenę, bo właśnie rozpoczynał się występ największej gwiazdy pierwszego dnia – Datf Punk. Duet Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter to chyba najlepszy produkt eksportowy Francji ostatnich lat. Uznawani są już dzisiaj za bogów światowej muzyki klubowej. Przyznam, że do niedawna pozostawałem dosyć nieczuły na ich wielkość. Zaklasyfikowane jako przełomowe płyty „Homework” i „Discovery” dla mnie mogły nie istnieć. Ich największe hity były dla mnie jedynie fajnymi zapełniaczami podczas podróży samochodem. No ale po występie w Warszawie muszę wszystko odszczekać i od dzisiaj uznaję wielkość Daft Punk. Toż to nowe wcielenie Kraftwerk! Do tego wywodzące się ze sceny house/dance, która w jakiś wyraźny sposób nie inspirowała się bezpośrednio Kraftwerk. Nie można więc mówić o żadnym naśladownictwe. W dodatku podejrzewam, że fanom Daft Punk skojarzenia z Kraftwerkiem raczej nie przyjdą do głowy. Dla nich Kraftwerk to jakaś stara muzyka, która może i była etapem rozwoju muzyki elektronicznej, ale dzisiaj liczy się Daft Punk. I jestem skłonny się z tym zgodzić!

Kraftwerk widziałem jedynie na płycie DVD. Na żywo widziałem Karla Bartosa w Płocku i byłem wtedy pod wrażeniem tego, co zaprezentował. Ale to, co zobaczyłem w wykonaniu Daft Punk to było dopiero coś. Show nie z tej ziemi! Duet francuskich didżejów kontrolował całość występu z trójkątnej bryły neonowej (czegoś w rodzaju piramidy), w której obaj się usadowili. Panowie ubrani byli w hełmy i ani przez chwilę nie pokazali swoich twarzy (kolejny motyw wymyślony przez Kraftwerk!). Image iście robotyczny. Wszystko zwieńczone było perfekcyjnie dobraną i zsynchronizowaną grą świateł, neonów i dymów. Oczywiście muzyka była z płyt CD (miksowana na żywo). Ale to jest właśnie ta bolączka występów live projektów elektronicznych. Żeby był sens takich „koncertów”, trzeba przede wszystkim zadbać o stronę wizualną, bo muzycznie mamy po prostu puszczoną muzykę z płyt CD (w najlepszym razie miksowaną jak na didżejów przystało). Może dlatego Daft Punk przez 10 lat nie odczuwali potrzeby występów „na żywo”.

Na Służewcu usłyszeliśmy mieszankę starych i nowych hitów projektu (m.in. „Around the World”, „One more Time”, „Technologic”) a wszystko zakończyło się numerem tytułowym z najnowszej płyty „Human after all”, który można było interpretować jako przesłanie Francuzów. Roboty, ale tak nie do końca… Mają coś z ludzi. Show Daft Punk to największe wizualno-muzyczne widowisko, jakie do tej pory widziałem na żywo. Krytykom, którzy nie tolerują takich „koncertów” proponuję jednak się przełamać i jeśli tylko będą mieć okazję zobaczyć występ Daft Punk niech z niej skorzystają. Bo nie wiadomo, kiedy taka możliwośc pojawi się następnym razem.

To był koniec występów na głównej scenie pierwszego dnia, ale nie koniec pierwszego dnia w ogóle. Po Daft Punk przeniosłem się do namiotu klubowego, gdzie przygrywał Gilles Peterson, któremu towarzyszył Earl Zinger na wokalu. Naprawdę nieźle się wkręciłem przy jego didżejce. Aż nawet zacząłem tańczyć ;). Gilles grał elektronicznie przetworzone jazzy, samby i bossanovy. Do tego wszystkiego bardzo klimatycznie podśpiewywał Earl Zinger. Było naprawdę fajnie.

Po północy przeniosłem się do budynku ze sceną MTV, gdzie grał już duet didżejski The Crystal Method. Był tylko stół mikserski oraz dwóch panów, którzy kręcili gałkami. I znowu się nieźle wkręciłem, przy okazji natykając się na ekipę depeszów z wawy ;), którzy nieźle tam podrygiwali. The Crystal Method to takie skrzyżowanie Prodigy i Chemical Brothers (dziennikarze ochrzcili ich nawet amerykańską odpowiedzią na The Chemical Brothers). Było więc trochę bitów i faktycznie osoby lubiące synth/EBM mogły znaleźć coś dla siebie. Ale żadna rewelacja to nie była. Pokręciłem się trochę pod sceną i około 1.00 udałem do wyjścia. Trzeba było przespać się i wypocząć przed nieźle zapowiadającym się dniem drugim festiwalu.

Niedziela, 10.09.2006

Drugi dzień zapowiadał się bardzo dobrze, ale w efekcie okazał się lekką porażką. Największą porażką okazała się scena MTV. Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy zagrali, którzy mieli zagrać, a po drugie dlatego, że jak już zagrali to z mocnym opóźnieniem. O 15.00 na scenie MTV miał grać Oszibarak, ale jak słyszałem z relacji znajomej nie zagrał. Tzn. próbował grać około godziny. Próbował i próbował. W końcu artyści z Oszibarak zaprezentowali jeden numer, puścili jakieś projekcje i zwinęli się. Tak przynajmniej wynikało z relacji mojej znajomej. Całe szczęście, że nie pofatygowałem się tak wcześnie na Służewiec (a takie miałem pierwotnie plany). Podobna sytuacja była z Miloopą. Ich próba trwała około 1,5 godziny i w końcu, gdy wyglądało na to, że już za chwilę naprawdę zaczną grać minęła godzina 18.00 i trzeba było iśc pod scenę główną, gdzie występ rozpoczęło Stereo MC’s. Choć Miloopa w końcu zagrała, to nie dane mi było jej usłyszeć (jeśli nie liczyć dudnienia jakie docierało pod scenę główną).

Z dziennikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze, że o 16.00 na scenie głównej zagrał Makowiecki Band, ale tego nie trzeba chyba za bardzo komentować? Występ czegoś takiego na porządnym festiwalu to po prostu nieporozumienie.

Zespół Stereo MC’s nie należy dzisiaj do muzycznej czołówki, ale płytą „Connected” z 1992 roku na trwałe wpisał się w historię muzyki nie tylko elektronicznej. Mimo że kiedy grupa nagrała tą przełomową płytę, kończyłem liceum i nadaję się pod względem wiekowym na „starego fana Stereo Mc’s”, to jednak ominęły mnie wówczas bliższe doznania emocjonalne związane z wydaniem albumu. Z dzisiejszej perspektywy trochę żałuję, ale wtedy interesowała mnie inna muzyka.

Stereo MC’s to specyficzne połączenie muzyki klubowej, jazzu, soulu i indie rocka. Trzeba przyznać, że zespół wypracował swój własny styl, a album „Connected” to płyta naprawdę ważna i naprawdę dobra. Utwór tytułowy oraz numer „Step it up” to już klasyki. Oba usłyszeliśmy w Warszawie. Występ Stereo MC’s uważam za bardzo udany. Cath Coffey wił się na scenie z energią, która niejednego Czarnego mogła wprawic w osłupienie. Towarzyszące mu na wokalu 2 Czekoladki nadawały muzyce charakterystycznego czarnego, soulowego feelingu. Godzina ze Stereo MC’s minęła bardzo przyjemnie. Szkoda tylko, że zespół byl zmuszony wystąpić przy dziennym świetle.

O godz. 19.00 na Scenie Aktivnej zagrały Komety. Zespół jest ciekawym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Wprawdzie nie jest jedyną grupą grającym psychobilly w Polsce, ale z pewnością jedną z najbardziej znanych. Na początek usłyszeliśmy numery z nowszej płyty. Moim zdaniem zabrzmiały jakoś mało przekonywająco, tak jakby czegoś im brakowało. Nie byłem tylko pewien czy chodzi o same kompozycje czy o konkretne wykonanie. Gdy zabrzmiał „Król flipperów” byłem już pewien, że czegoś brakuje w samym wykonaniu. To nie był ten sam dynamit jak na płycie. A to już jest poważny zarzut do rockowego składu. Jeśli zespół rockowy na żywo brzmi gorzej niż na płycie, to coś jest nie tak. A moim zdaniem zespół zabrzmiał gorzej niż na płycie.

O tej samej godzinie (19.00) na scenie MTV miał zagrać AMP Fiddler, ale że wszystko było opóźnione zagrał ok. pół godziny później. Dzięki temu zobaczyłem Komety, ale nie zobaczyłem całego Fiddlera. Czego żałuję, bo ostatnio mnie kręci taka muzyka, a AMP Fiddler to pierwsza liga sceny neo-soul i funk. Artysta może być znany szerszej publiczności przede wszystkim jako muzyk sesyjny. Wspierał takich twórców jak Prince, Jamiroquai, George Clinton a także Carl Craig. W swojej solowej twórczości łączy ze sobą elementy soul, jazzu, r’n’b i funk. Przede wszystkim jednak nad wszystkim króluje czarny feeling. Podobało mi się, ale po kilu numerach musiałem wracać, bo na głównej scenie miał wystąpić Ian Brown.

Ian Brown to wokalista legendarnego dla wielu zespołu The Stone Roses. Znowu będę chyba obrazoburczy, ale dla mnie ta legenda jest cokolwiek kontrowersyjna. Na pewno trzeba się zgodzić, że The Stone Roses to jeden z tych zespołów, który miał duży wpływ na dzisiejszą muzykę brytyjską. Do słuchania The Stone Roses przyznają się m.in. bracia Gallagher (brr…). Ale dla mnie to właśnie argument „przeciw”. Bo jeśli to oni w dużym stopniu ukształtowali współczesną brytyjską muzykę to naprawdę są bardzo kiepskim wzorem. Jeśli jakieś numery The Stone Roses można uznać za ciekawe to okazuje się, że jest to wariacja na jakiś temat znany skądinąd. Zresztą posłuchajcie sami numeru „I Wanna be Adored”, jednego z najbardziej znanych z twórczości The Stone Roses, od którego Ian Brown rozpoczął koncert. Czyż nie jest to taka spowolniona, bardziej transowa wersja numeru „I wanna be your dog” Iggy Popa?

Nic na to nie poradze, ale nie uznaję i nie rozumiem fenomenu takich zespołów jak The Stone Roses. Tzn. rozumiem, że Brytyjczykom to się podoba. Tak samo jak Polacy mają swoją muzykę, która się podoba tylko Polakom i nikomu więcej. Ale dlaczego na Boga ktoś próbuje nam wmówić, że muzyka pokroju The Stone Roses jest wielka, jak wielka nie jest? Poza Wyspami ta muzyka nigdy nie była wielka. Takie grupy jak The Stone Roses czy Happy Mondays mają swoje miejsce w historii muzyki, nie przeczę. Miały wpływ na rozwój sceny rave, ważnej dla rozwoju muzyki. To, co grały grupy „madchesterskie” (Brown zresztą odcina się od Madchesteru) było dosyć przyjemną muzyką i w miarę inteligentną. Ale co w niej było wielkiego?

Koncert Iana Browna tylko potwierdził moje zdanie na temat tej podobno genialnej muzyki brytyjskiej (koniecznie „indie”). Według mnie to był dosyć przyzwoity występ, dosyć przeciętnego indie rockowego składu. Artysta wprawdzie nieco fałszował, ale ogólnie całości miło się słuchało. Niech tylko nikt nie próbuje mi wmawiać, że Ian Brown to artysta na miarę Johna Lennona czy choćby Paula Wellera! Tak nie jest i nigdy nie będzie.

Gdy Ian Brown skończył przeniosłem się pod scenę MTV, gdzie o 21.00 miał zacząć grać Mercury Rev. Opóźnienie jednak nie zostało nadrobione i Amerykanie rozpoczęli prawie pół godziny później. Show zaczął się od projekcji wyświetlanych na ekranie za sceną oraz utworu Coctaeu Twins, który służył jako podkład. Później usłyszeliśmy zgiełk gitar oraz falset Jonathana Donahue. To znak, że Amerykanie zaczęli grać. Jonathan Donahue wił się na scenie i w wyjątkowo ekspresyjny sposób wyrażał wszystkie emocje, które nim targały. Mnie trochę raziła zbytnia homoseksualność tych popisów (kolega redakcyjny twierdzi, że Donahue był po prostu nawalony amfetaminą, ale efekt był taki, że zachowywał się jak „ciota”). Nie żebym miał coś przeciwko homoseksualności, ale w przypadku ostrej, rockowej muzyki, która jest czymś na przecięciu Sonic Youth oraz rocka progresywnego (art rocka) nie pasowało mi to. Muzycznie jednak i widowiskowo całość koncertu Mercury Rev była znakomita. Po usłyszeniu kilku numerów (m.in. „The Funny Bird” i „You’re My Queen”) udałem się jednak pod scenę główną, by zobaczyć co ma do zaoferowania Pet Shop Boys.

Po 22. weterani synth pop rozpoczęli. Ciekaw byłem tego, co zaprezentują, zwłaszcza w kontekście dzień wcześniejszego show Daft Punk. W porównaniu z Francuzami, Pet Shop Boys wypadło jednak słabo. Do Anglików mam spory sentyment, ale to, co zaprezentowali na scenie nie było szczególnie porywające. Neil Tennant śpiewał kolejne przeboje duetu („Suburbia”, „Left to my own Devices”, „Rent”, „West End Girls”, „Allways on My Mind”, „Opportunities (Let’s Make Lots Of Money)”, a na bis m.in. „It’s a sin”) przeplatane utworami z najnowszej płyty „Fundamental”. Chris Lowe stojąc nieruchomo przy klawiszach uderzał w nie co jakiś czas. Wszystko dopełnione było scenografią, na którą składały się 4 prostokątne bryły, z których w zależności od numeru były tworzone różne konstrukcje. Bryły były podświetlane, ale w porównaniu z tym, co zrobił wcześniej Daft Punk, scenografia nie powalała. Na scenie byli jeszcze tancerze oraz czarna wokalistka. Po wysłuchaniu i oberzjrzeniu kilku numerów poczułem się znudzony i stwierdziłem, że równie dobrze mogę posłuchać tego w strefie gastronomicznej, gdzie spędziłem ostatnie minuty występu duetu z Londynu.

I to był już finał festiwalu. Impreza według mnie bardzo udana. Zorganizowana z rozmachem i w stylu wielkich festiwali. Jedyne co szwankowało to brak publiczności. Miało to też swoje plusy, bo nie było tłoku pod sceną i zawsze można było się dopchać pod same barierki. Absolutnie nie żałuję spędzonego czasu i mam nadzieję, że ta kiepska frekwencja nie zniechęci organizatorów (a zwłaszcza sponsora) do drugiej edycji Tak Tak Summer of Music Festival.

p.s. pozdrowienia dla koleżanki redakcyjnej Ewy, którą spotkałem pracującą w innych barwach 😉

* scena Aktivna i główna scena były umiejscowione na otwartym powietrzu, scena klubowa w namiocie wewnątrz strefy gastronomicznej, a scena MTV w budynku przy strefie gastronomicznej

Tekst: Andrzej Korasiewicz
Foto: Mateusz „Karaluch” Rękawek
12.09.2006

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *