Lisa Gerrard – The Silver Tree

Lisa Gerrard – The Silver Tree
2007 Sonic Records

1. In Exile
2. Shadow Hunter
3. ComeTenderness
4. The Sea Whisperer
5. Mirror Medusa
6. Space Weaver
7. Abwoon
8. Serinity
9. Towards the Tower
10. Wandering Star
11. Sword Of the Samurai
12. Devotion
13. The Valley of the Moon

Lisa Gerrard, czyli połowa nie istniejącego duetu Dead Can Dance, od wielu lat udziela się głównie tworząc muzykę do filmów (m.in.  „Gladiatora” i „Helikoptera W Ogniu”). Ostatnia w pełni studyjna płyta to „The Mirror Pool” z 1995 roku. Albumem „The Silver Tree” wraca jako twórca muzyki nagrywanej nie jako tło do obrazu, ale samoistnej. Czy jednak tak rzeczywiście jest? „The Silver Tree” to 13 rozwlekłych, sennych i na swój, charakterystyczny sposób mało porywających motywów wokalno-instrumentalnych, które nieodparcie  sprawiają wrażenie, że są to motyw z jakiś filmów (mimo że tak nie jest!).

Nie da się ukryć, że tworzenie soundtracków odcisnęło piętno na twórczości Lisy Gerrard. Z drugiej strony, jej muzyka zawsze była niejako soundtrackiem do nie istniejącego filmu. Napisałem, że utwory są mało pyrwające? Tak, ale to stwierdzenie może być równie dobrze zaletą. I sądzę, że dla fanów Lisy będzie. Muzyka na „The Silver Tree” przeznaczona jest dla kogoś kto nie szuka w muzyce rytmu, melodii lub przebojowości (choć i takie momenty na nowej płycie L.Gerrard zdarzają się, vide „Towards The Tower”), ale nastrojowego akompaniamentu muzycznego do klimatycznego i jedynego w swoim rodzaju śpiewu Lisy. I z pewnością znajdziemy to na nowej płycie artystki. Muzyka snuje się nieco ponad 60 minut, będąc podkładem dla wspaniałego głosu wokalistki. Śpiew Lisy Gerrard urzeka, ale trzeba mieć na niego odpowiedni nastrój. Jeśli tego ostatniego zabraknie, płyta może nużyć i wydawać się pozbawiona polotu. Ale tak przecież nie jest. Trzeba tylko wczuć się, by odpłynąć w „ambientowe” pieśni wyśpiewywane przez Lisę Gerrard.

Płyta z pewnościa szczególnie przeznaczona jest dla fanów wszelkiej twórczości powiązanej z Dead Can Dance. Innych, nowe wydawnictwo ex-wokalistyki DCD może nieco przytłoczyć. Chyba, że zechcą zakosztować uroku niezwykłego głosu Lisy Gerrard. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
25.04.2007

Front 242 – 06:21:03:11 Up Evil

Front 242 – 06:21:03:11 Up Evil
1993 PIAS/Sony

1. Crapage
2. Waste
3. Skin
4. Motion
5. Religion
6. Stratoscape
7. Hymn
8. Fuel
9. Melt
10. Flag
11. Mutilate
12. (S)Crapage
13. Religion (pussy whipped mix)

To tak naprawdę ostatnia płyta Front 242 wydana przed długą przerwą. Od chwili premiery minęło już niemal 14 lat, ale trzeba o niej przypomnieć. Ta świetna płyta przeszła jakby obok całego zamieszania z muzyką. Mimo tego, że to, moim i nie tylko moim zdaniem, jedna z lepszych płyt w historii elektronicznej muzyki rockowej, tak naprawdę pamiętana jest tylko przez garstkę fanów elecrtro/EBM, którzy zresztą czczą ją w kapliczce.

Jest to strasznie krzywdzące dla Belgów. Wszyscy wiedzą o istnieniu Nine Inch Nails, Rammstein i Marylina Mansona, ale wiedza o tym, że wymienieni są jedynie epigonami takich wykonawców jak The Young Gods, Laibach czy Front 242 nadal jest nikła, albo wręcz nieakceptowalna. Nastoletni fani Marylina Mansona nie są w stanie zaakceptować faktu, że przed Mansonem był NIN, a przed NIN byli jeszcze The Young Gods, Skinny Puppy, Frontline Assembly i właśnie Front 242. Tymczasem płyta „Fuck Up Evil” jest jedną z wybitniejszych pozycji electro-industrialu, bez której nie byłoby idoli popkultury w rodzaju Marylina Mansona.

Front 242 dojrzewał muzycznie przez 10 lat. Pierwsze ich dokonania z początku lat 80. to muzyka wyraźnie inspirowana twórczością takich zespołów jak Kraftwerk, pierwszymi dokonaniami Human League, a także doświadczeniami z muzyką elektroniczną DAF i Cabaret Voltaire. Dzisiaj, gdy słucha się pierwszych płyt 242 brzmią one zaskakująco ubogo i nieco nużą. Jest to niespodziewane, ponieważ wydawało mi się kiedyś, że to właśnie brzmienie 242 z lat 80. zadecydowało o ich przełomowej roli. Tak rzeczywiście jest, ale najstarsze nagrania 242 nie wytrzymują niestety próby czasu i można je dzisiaj traktować jedynie w kategorii muzealnego esksponatu.

Jednak Belgowie rozwijali się muzycznie. Ich kolejne płyty, świadczyły o poszukiwaniu cały czas świeżego brzmienia. Przełom lat 80/90 przynosi efekty tych poszukiwań. Płyty „Front by Front” i „Tyranny For You” ukazują Belgów już nie tylko jako elektronicznych nowatorów, zachłtysujących się metalicznym brzmieniem perkusji i jednostajnym bitem, ale wykonawców coraz bardziej dojrzałych, szukających muzycznego perpetuum mobile. Tym perpetuum mobile okazała się płyta „06:21:03:11 Up Evil”, która jest swoistym crossover electro, ciężkiego rocka, techno i industrialu. Mieszanka jaka z tego wychodzi jest jednym z ciekawyszych dokonań muzycznych z kręgu rocka i muzyki elektronicznej. O tym, że również muzycy uznali „Fuck Up Evil” za kres swoich poszukiwań, najlepiej niech świadczy fakt, że następna „studyjna” płyta (jeśli nie liczyć „Off” z tego samego rocku) została wydana dopiero po … 10 latach.

Już na „Tyranny >For You<” mamy do czynienia z pełniejszym, bardziej przestrzennym brzmieniem 242 oraz gęstszą strukturą muzyki. Jednak zwieńczeniem tej drogi jest dopiero „Fuck Up Evil”. Mamy tutaj utwory zarówno o rockowo-industrialnej motoryczności – „Motion” i „Melt” – jak i takie pomalowane plamami techno/trance („Flag”). Z jednej strony „Fuck Up Evil” jest potężniejsze, cięższe muzycznie, z drugiej strony jest tutaj więcej melodii a czasmi wręcz chwytliwych refrenów (jak w przypadku „Multilate” – z tajemniczym, pokrzykiwano-szeptanym refrenem).

Na brzmieniu albumu z pewnościa zaważył fakt, że jej producentem był Andy Wallace, który wcześniej współpracował z Nirvaną i Sonic Youth. Jego podejście do muzyki wyszło jednak 242 na dobre. I niech nie narzekają ortodoksi electro/EBM, że „Fuck Up Evil” brzmi zbyt rockowo. Być może właśnie dzięki temu, płyta nie zestarzała się. Swoją rolę w nagraniu albumu odegrał również gitarzysta Jim Davies z metalowo-industrialnego Pitchshifter.

„06:21:03:11 Up Evil” to z pewnością jedna z epokowych płyt electro-industrialu. Na dodatek po 14 latach słucha jej się niemal jak nowej płyty. Niech się schowają wszystkie klony dark electro i wszystkie podróby Trenta Reznora! Ja wolę zdecydowanie Front 242 anno domini 1993. I polecam tę terapię wszystkim maniakom współczesnego electro. [10/10]

Andrzej Korasiewicz
10.04.2007

The Young Gods – Super Ready/Fragmente

The Young Gods – Super Ready/Fragmente
2007 Play It Again Sam

  1. I’m The Drug
2. Freeze
3. C’est Quoi C’est Ca
4. El Magnifico
5. Stay With Us
6. About Time
7. Machine Arriere
8. Color Code, The
9. Super Ready/Fragmente
10. Secret
11. Everywhere
12. Un Point C’est Tout

Tego się mało kto spodziewał. Klasycy rocka samplerowego wracają w klasycznej odmianie i starej formie! Po kilkunastu latach poszukiwań nowego stylu Szwajcarzy wracają do korzeni i wydają płytę w stylu „TV Sky”.

The Young Gods to był kiedyś wzór mojej ulubionej muzyki. Gdy ktoś się mnie pytał jaką muzykę lubię najbardziej, odpowiadałem: „w stylu Young Gods”.

Na przełomie lat 80/90 szwajcarski klasyk rocka industrialnego nagrywał muzykę nowatorską. Moje ulubione dwie pierwsze płyty TYG – „Young Gods” i „L’eau Rouge”, to nie była zwykła muzyka. Szwajcarzy, pozostając zespołem niejako rockowym, wykorzystywali do tworzenia samplery, komputery i elektronikę. Dzisiaj brzmi to może banalnie, bo elektronika wdarła się wszędzie. Dzisiaj nie wydaje się już niemal płyty bez użycia gadżetów elektronicznych. Elektronika jest czymś naturalnym. Ale wówczas użycie samplowanych partii gitar czy perkusji było prawdziwym novum. I to właśnie Szwajcarzy to novum wprowadzili na swojej pierwszej płycie z 1987 roku.

Na początku lat 90. Szwajcarzy zmierzali w stronę rocka. Płyta „TV Sky”, przez wielu uznawana za szczytowe osiągnięcie grupy (ja się z tym nie zgadzam), była klasycznym przykładem rocka industrialnego. Wtedy, na fali Nirvany i odnowy rocka za sprawą wykonawców z Seattle, wiele zespołów „u-rock-awiało” brzmienie. „TV Sky” było płytą bardziej rockową, z użyciem żywej perkusji i gitar. Płyta przyniosła zespołowi również największe uznanie (zwłaszcza wśród publiczności rockowej).

W 1995 roku The Young Gods wydali jeszcze jedną płytę – „Only Heaven” – przez starych fanów uznaną za opus magnum Szwajcarów. Nie była ona już tak rockowa jak „Tv Sky”, stanowiąc niemal koncept album. I właściwie to był koniec Young Gods. A przynajmniej tak się wydawało. Nastały czasy rozwoju hip hopu i techno, a Szwajcarzy nie mogli odnaleźć się w tej rzeczywistości. Jeszcze niedawno byli nowatorami i prekursorami nowego brzmienia, a tymczasem w 1996 roku to, co grali można było śmiało uznać za przestarzałe.

The Young Gods rozpoczęli więc poszukiwania swojego nowego brzmienia. W 1996 roku pod nazwą „Heaven Deconstruction” ukazała się ambientowa propozycja muzyków, zupełnie nie mająca nic wspólnego ze starym Young Gods i niestety ginąca w gąszczu podobnych płyt. W 2000 roku Szwajcarzy wydali niezłą płytę „Second Nature”, brzmieniowo będąca pod wpływem wszechogarniającego techno. Klimatem podobną muzyce techno/trance. Ale nie była to płyta wybitna. I nie było to do końca The Young Gods. Na pewno nie była to też płyta nowatorska.

W 2004 roku ukazał się kolejny efekt poszukiwań The Young Gods „Music for Artificial Clouds”. Przez starych fanów płyta została przyjęta raczej chłodno. Wielu postawiło na Szwajcarach przysłowiowy „krzyżyk”. Mieliśmy do czynienia ponownie z muzyką ambient. Niestety, ale była to propozycja wtórna i po prostu nieciekawa.

Kiedy wielu spisało już The Young Gods na straty, rok 2007 przynosi nową płytę pt. „Super Ready/Fragmente”. Po przesłuchaniu pierwszych trzech utworów już wiem, że mam do czynienia ze „starym” Young Gods. Moje pierwsze wrażenie – kurcze, ale to wtórne. Ale z każdym kolejny numerem wchodzę w klimat The Young Gods, bo Szwajcarzy, w przeciwieństwie, do klonow synth/electro, mają swój specyficzny klimat. Klimat tajemnicy, czegoś nienazwanego i nieuchwytnego. Szwajcarzy osiągają go dzięki wplataniu w płyty motywów rodem z wodewilu, muzyki klasycznej, bądź dźwięków natury.

Pierwsze dwa utwory to typowy „czadowy” rock industrialny. Ale już od trzeciego numeru pt. „Cest Quoi Cest Ca” wiadomo, że nowy TYG nie będzie jakimś prostym rockowym łomotem. W utworze następnym „El Magnifico” jest charakterystyczne dla TYG zapętlenie. W nagraniach takich jak tytułowy „Super Ready/Fragmente” czy, nomen omen, „Secret” jest coś z klimatu „Only Heaven”. Dodatkowego kolorytu dodają jak zwykle teksty śpiewane w języku francuskim.

Na płycie słyszymy wszystko to, co dla starego The Young Gods charakterystyczne – szarpane sample gitar, rockowa melodyka, połamane brzmienie, czasami ściana dźwięku gitar; wszystko poprzetykane francuskojęzycznymi fragmentami tekstów. Jest tutaj sporo rockowego dymu, ale nie jest to „rockowa sieczka”. Wybuchy rockowego szaleństwa są odpowiednio dobierane i miksowane z elektroniczno-industrialnymi zakrętami tworząc jedyną w swoim rodzaju całość o nazwie The Young Gods.

To oczywiście nie jest całkiem nowa muzyka. Tak Szwajcarzy grali już 20 lat temu (jak ten czas leci!). Być może to jest płyta dla starych zgredów, którzy chcą jeszcze raz poczuć TEN klimat. Bo to jednak jest nowa muzyka starego The Young Gods! I jeśli ktoś na to czekał, to mam dla niego tylko jedną informację. W końcu (po wielu latach) jest! Jest nowa, dobra płyta starego Young Gods. The Young Gods still alive! [9/10]

Andrzej Korasiewicz
07.04.2007