Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Tegoroczne Castle Party zapowiadało się bardzo smakowicie. Co rok organizatorzy festiwalu zaskakują nas coraz lepszym składem wykonawców z pierwszej ligi dark independent (nie tylko zresztą „dark” independent). W tym roku zestaw wykonawców przyciągnął naprawdę dużą publikę. Gołym okiem było widać większą liczbę osób na dziedzińcu zamku niż w latach poprzednich. Nie wiem ile karnetów sprzedano i ile rozdano akredytacji, ale widziałem na zamku najwięcej osób w historii wszystkich moich pobytów w Bolkowie (a był to już mój 7. „raz” w Bolkowie). Na pewno największą atrakcją tegorocznej edycji festiwalu był występ Front Line Assembly (a właściwie, kiedy piszę te słowa, FLA ma dopiero zagrać). Niestety, z przyczyn obiektywnych mogłem być tylko w sobotę, więc występ FLA mnie ominął :(. Dlatego proszę te parę słów nie traktować jak solidnej i rzetelnej relacji z imprezy (taka, mam nadzieję, wkrótce pojawi się na stronie), ale kilka subiektywnych uwag na temat koncertów, które widziałem i ogólnej atmosfery Castle.

Bolków powitał mnie w sobotę około godziny 17 deszczem. Kiedy dotarłem na miejsce, za nami był już występ czeskiego Tear oraz japońskiego The Royal Dead. Na dobrą sprawę nie wiem w ogóle czy te koncerty doszły do skutku, ponieważ w tym czasie była ostra ulewa. Kiedy na zamku grał Catastrophe Ballet, kończyłem kwaterować się w szkole. Gdy w końcu dotarłem na zamek rozpoczynał grę polski Miguel and The Living Dead.

Nie wiem, może już jestem za stary, może nigdy nie miałem nic wspólnego z gotykiem, ale twórczość Migueala, a zwłaszcza image sceniczny muzyków, po prostu odrzuca mnie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie Miguel był w tym roku najbliższy klasycznie rozumianej odmianie gotyku. Ich występ spotkał się z owacją oddanych fanów i muszę przyznać, że zespół zasłużył na to energią, którą włożył w koncert. Inną sprawą jest to, że odgryzanie głów pluszakom, image sceniczny muzyków Miguela rodem z tanich horrorów wywoływały uśmiech na mojej twarzy i był to raczej uśmiech politowania niż porozumiewawcze „puszczenie” oka. Ciśnie mi się na usta słowo „obciach”. No, ale cóż poradzić, taka właśnie jest muzyka „gotycka” – obciachowa. Można ją lubić, albo nie. Wychodzi na to, że ja nie lubię…

Jedynym punktem występu Miguela, który mnie zainteresował było Siekiera medley zagrane na pożegnanie – „Idzie wojna” (Siekiera z Budzyńskim) oraz „Bez końca” z „Nowej Aleksandrii”. I to chyba jedyne moje punkty wspólne z Miguelem. Kocham starą Siekierę, a „Nową Aleksandrię” (już bez Budzyńskiego) uważam za jedną z najgenialniejszych płyt w historii polskiej muzyki, nie tylko rockowej. Jak to się więc dzieje, że muzycy inspirujący się m.in. Siekierą tworzą tanią podróbkę death rocka i muzyki rodem z Bat cave? Nie mam pojęcia. Z drugiej strony, nikt poza Miguelem tego w Polsce nie robi. Dlatego Miguel jest bezkonkurencyjny w swojej kategorii, bo jedyny…

Po tej frywolnej mieszance death rocka i gotyku rodem z Bat Cave, nastąpiły dźwięki znacznie przyjaźniejsze dla moich uszu, choć nie przeżyłem tego dnia muzycznego „orgazmu”. Najpierw zaprezentowała się niemiecka Diorama, czyli Diary of Dreams – bis. Panowie zabrzmieli jakby włączona była płyta Dioramy, a nie jakby występowali na żywo. Jeden z moich rozmówców w Bolkowie miał nawet wątpliwości, czy wokalistą śpiewa, czy leci wszystko z playbacku. Coż, Diorama to fajny elektroniczny dark wave, który lubię, więc z przyjemnością wysłuchałem całości. Ale trudno tutaj o zachwyty.

Po Niemcach zaprezentowali się Norwegowie z Pride and Fall. Hm… Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na krytykanta… Chyba będę musiał jednak okazać się krytykiem, który zasiadając przy klawiaturze rozładowuje swoje kompleksy (to naczelny argument wszystkich fanów, których idole zostali przez kogoś skrytykowani), bo występ Pride and Fall to była prymitywna sieka electro pop, bez polotu i inteligencji. Kolejne utwory były do siebie podobne, tak że nawet zatwardziałym fanom z pewnością trudno było odróżnić tytuły.

Kolejnym wykonawcą był Johan van Roy i jego Suicide Commando. Poprzedni występ Suicide Commando na Castle to żywa perkusja i kawał dobrej roboty. Tym razem było więcej syntetyki, ale tyle samo pasji i energii ze strony Johana. Ludziom się podobało, ale ja czuję przesyt taka prostą elektroniczną rąbanką, więc skorzystałem z okazji, by posilić się i nieco rozprostować kości.

Gdy wróciłem na zamek, na scenie był już Adrian Hates ze swoją kompanią z Diary of Dreams. Podobnie jak w przypadku belgijskiego Suicide Commando to już drugi występ Niemców w Bolkowie. Poprzedni nie powalił mnie z nóg (co nie znaczy, że był zły!), tym razem Diary of Dreams będę najmilej wspominał z tegorocznego Castle. Adriana Hatesa i Diary trzeba lubić, żeby móc o nim pozytywnie się wypowiadać. Manieryczny wokal, patetyczne klawisze i bit rodem z electro, to wszystko świadczy o specyfice Diary, którą nie jest łatwo zaakceptować. W dodatku w porównaniu z kopią Diary – czyli Dioramą – jest jeszcze bardziej smętnie i melancholijnie. Diary of Dreams można albo lubić, albo nie lubić. Trudno pozostać całkowicie obojętnym wobec tej muzyki. Ja miło spędziłem czas słuchając kolejnych utworów Diary – m.in. „O Brother Sleep”, „Giftraum”, „The Curse”. Wartości występu dodało to, że zespół występował z żywym perkusistą, który robił co mógł, żeby dać widzom wrażenie, że jak najwięcej dźwięków zagranych jest rzeczywiście na żywo. Oczywiście czego nie dało się zagrać „na żywo”, poleciało z kompa. Żywe granie nie wypaczyło jednak elektronicznego charakteru muzyki Diary, ale dodało autentyczności. Jednym słowem koncert Diary of Dreams uznaję za nadzwyczaj udany.

W roli największej gwiazdy pierwszego dnia koncertów na zamku wystąpił Chris Corner ze swoim IAMX. To cokolwiek dziwne, zważywszy na fakt, że IAMX ani nie jest zespołem z kręgu dark independent, ani nie jest… gwiazdą, co przyznają sami fani IAMX. Widać jednak, że Chris Corner czuje się gwiazdą i być może to tłumaczy występ IAMX w roli headlinera. Potwierdzeniem tej tezy może być również to, że zespół kazał na siebie czekać 40 minut a zagrał zaledwie 50 minut, z czego ja uświadczyłem 20 minut. Podczas oczekiwania na Gwiazdę troszkę zmarzłem, a jako że godzina była już późna (IAMX kończył grać o 1.30), a muzyka Gwiazdy nie na tyle ciekawa, żeby mnie przekonać do pozostania do końca występu, udałem się na spoczynek, żeby wypocząć przed podróżą następnego dnia rano do Łodzi.

O samym występie IAMX mogę napisać jedynie tyle, że to nie moja muzyka, choć pierwsze 4 nagrania były całkiem sympatyczne. Przy piątym zrobiło się jednak nieco nudno i to mnie ostatecznie przekonało, żeby dołączyć do grona osób, które opuściły zamek po wybrzmieniu ostatnich taktów muzyki Diary of Dreams. Warto podkreślić, że podczas występu Diary of Dreams, a nawet wcześniejszych (włącznie z Miguelem!) było znacznie więcej publiczności niż podczas koncertu IAMX i to mimo tego, że na występ IAMX przybyli fani IAMX, którzy nie uczestniczyli we wcześniejszych koncertach. To chyba najlepiej świadczy o tym, co myślą o gwiazdorstwie IAMX polscy fani.

IAMX to całkiem sympatyczna, indie rockowa muzyka młodzieżowa, ale czy zespół naprawdę zasłużył na rolę headlinera? Śmiem twierdzić, że nie. Nie ulega wątpliwości, że grupa byłaby znacznie lepiej przyjęta przez publiczność Castle (nie piszę o fanach IAMX), gdyby zagrała np. trzecia od końca. A tak, występ IAMX można traktować jedynie w kategoriach nieporozumienia, które ustępuje w tej kategorii jedynie występowi Sweet Noise jako headlinera, w którejś z poprzednich edycji Castle.

Na tym mój udział w Castle, niestety, zakończył się. Nie dane mi było zobaczyć Front Line Assembly i Legendary Pink Dots, na które czekałem. Ale cóż począć – siła wyższa.

Podsumowując, Casle Party 2007 to jak zwykle impreza bardzo udana. Jak zwykle bardziej jeśli chodzi o kwestie towarzyskie i możliwość spotkania się z dawno nie widzianymi znajomymi, niż o kwestie artystyczne. Ale i tych ostatnich atrakcji w tym roku nie brakowało. Dla każdego znalazło się coś interesującego. Dla mnie w tym roku było to Diary of Dreams. Dla wielu najbardziej interesującym występem był Miguel and The Living Dead. Z pewnością jednak kulminacją festiwalu będzie występ Front Line Assembly. Trzymam kciuki, żeby wszystko udało się i żeby w przyszłym roku zaproszeni zostali wykonawcy tej miary co FLA czy Diary!

Mam nadzieję, że nadzieje nie są płonne, bo tegoroczna edycja była chyba rekordowa jeśli chodzi o frekwencję.

Andrzej Korasiewicz
29.07.2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *