The Cure, 20.02.2008, Spodek, Katowice

The Cure, 65 Days of Stanic, 20.02.2008, Spodek, Katowice

Foto: Michał Dobrzański

The Cure to zespół szczególny w historii muzyki i wyjątkowy dla mnie. Trudno mi więc będzie zachować obiektywizm opisując wrażenia z koncertu. Proszę się więc nie denerwować i nie rzucać na mnie gromów, że jestem tendencyjny ;]. Po prostu inaczej się nie da. Ale nie znaczy to, że chcę The Cure postawić pomnik za show w Katowicach. Wprost przeciwnie, początkowo koncert mnie mocno rozczarował. Ale po kolei.

Widowisko rozpoczęło się od występu instrumentalnego zespołu 65 Days of Stanic. Usłyszeliśmy coś w rodzaju post rocka odwołującego się do tradycji post punkowej. Panowie zagrali 30-minutowy set, a następnie życzyli udanej zabawy podczas głównego dania wieczoru – The Cure. Zagrali całkiem sympatycznie, choć moim zdaniem nie jest to jeszcze pierwsza liga.

Punktualnie o godzinie 20. na scenę wyszedł Robert Smith wraz z kolegami. Rozpoczęło się. Przez pierwsze dwie godziny The Cure zagrali, według mnie, dosyć bezładną mieszankę utworów z ostatnich płyt oraz największych przebojów zespołu z „Lullaby”, „Lovesong”, „Just Like Heaven”, „Pictures of You” na czele. Siedziałem na trybunie i zastanawiałem się, co ja tutaj do cholery robię i dlaczego twierdzę, że tak bardzo lubię The Cure. Nowsze utwory wypadły bardzo blado i za każdym razem, gdy słyszałem któryś z numerów, zwłaszcza z ostatniej jak na razie płyty „The Cure”, na scenie wiało zwyczajnie nudą. A że The Cure nie składa się z rockowych wirtuozów i swój sukces zawdzięcza „klimatyczności”, początkowe wrażenie było przygnębiające. Niestety, nie z powodu dołujących nagrań The Cure, ale zawodu, jaki przeżywałem. Do tej przypadkowej mieszanki utworów dochodziła jeszcze gra świateł, która czasami robiła wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w remizie strażackiej. Na przemian błyskały światła czerwone, niebieskie, białe i bodaj zielone (albo żółte? – trzech pierwszych kolorów jestem pewien). Efekt czasami był dobry, ale niestety wrażenie ogólne kiepskie.

Główny mój zarzut jest taki, że przez pierwsze dwie godziny The Cure nie udało się stworzyć nastroju, za który kocham ten zespół. To nie był „mój” The Cure. Ludzie wprawdzie szaleli, bo usłyszeli wszystkie największe hity (na szczęście poza najbardziej obciachowym „Friday I’m in Love”). Były też takie utwory jak: „Hot, hot, hot”, „Never Enough”, „Let’s Go To Bed”, „Shake dog Shake”. Ale to nie było to…

Tymczasem minęły dwie godziny koncertu i wydawało mi się, że show dobiega końca. Bo ile można grać? Okazuje się, że The Cure na tej trasie ma niezłą parę i nie bierze pieniędzy za darmo ;]. Bo to właściwie była dopiero niemal połowa występu. I kiedy wybrzmiał utwór „One Hundred Years” z „Pornography”, wszystko się zmieniło dla mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Genialnie zagrany utwór. Do tego pulsujące bez opamiętania światła wreszcie uspokoiły się i zaczęły tworzyć klimat. Salę Spodka zalał mrok i zimna fala muzyki „mojego” The Cure. Ale atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Po wygraniu dźwięków „One Hundred Years”, The Cure kontynuował tkanie w Spodku tego klimatu, za który ich uwielbiam. To był Cure z czasów słynnej trylogii. Rozpoczął się koncert, na który przyszedłem. I mimo tego, że trwał krócej od części show, która mnie zawiodła, to jednak wybrzmiały m.in. takie utwory jak: „At Night”, „M”, „Play For today” i w końcu „A Forest”, na który wszyscy czekali. A potem The Cure wróciło do jeszcze starszego okresu i usłyszeliśmy: „Three Imaginary Boys”, „Fire In Cairo” (umarłem), „Jumping Someone Else’s Train”. Gdy zabrzmiało „Boys Don’t Cry” myślałem, że to już koniec i zacząłem kierować się do wyjścia, ale było jeszcze: „Grinding Halt”, „Killing an Arab”. Minęła już trzecia godzina koncertu! Musiałem się zbierać, żeby dotrzeć do Łodzi o jakiejś sensownej porze. Po dokładnie trzech godzinach i dziesięciu minutach grania (oraz dwóch bisach) zespołu, znalazłem się na zewnątrz Spodka (jako jeden z pierwszych). Niestety z hali zaczęło dobiegać dudnienie – znak, że The Cure zagrali jeszcze coś na pożegnanie.

To był mój drugi koncert The Cure w życiu. Pierwszy widziałem (i słyszałem) w Łodzi w roku 2000 w ramach trasy promującej „Bloodflowers”. Porównując oba stwierdzam, że ówczesny koncert miał od początku klimat. Był przemyślany i wzruszający. Jednak zabrakło wówczas wielu nagrań, które usłyszałem w Spodku. Wtedy The Cure zagrał prawie cały materiał z płyty „Bloodflowers”, a starsze nagrania były jedynie dodatkiem. Główna oś dramaturgii była zbudowana wokół „Bloodflowers”. I mimo że nie jest to najlepsza płyta w historii The Cure, to jednak w Spodku tej dramaturgii zabrakło. Pierwsze dwie godziny zupełnie mnie rozczarowały. I choć wszystko wynagrodziła mi ostatnia część widowiska, to jednak lekki niedosyt pozostał.

Moje wrażenia byłyby zupełnie inne, gdyby wszystko rozpoczęło się od „One Hundred Years” i pomiędzy nagrania z „Pornography”, „Faith” i „Seventeen Seconds” Robert Smith powtykałby „Lullaby”, „Pictures of You” czy „Lovesong”. Summa summarum jednak nie żałuję przyjazdu do Spodka, bo MAGIA była. Wprawdzie nie przez cały koncert, ale lepiej że była w ogóle niż gdyby jej nie było wcale.

Setlista (za forum.conservativepunk.net):

01. Tape
02. Open
03. Fascination Street
04. alt.end
05. The Walk
06. End Of The World
07. Lovesong
08. A Letter To Elise
09. To Wish Impossible Things
10. Pictures Of You
11. Lullaby
12. From The Edge Of The Deep Green Sea
13. Hot Hot Hot!!!
14. Please Project
15. Push
16. How Beautiful You Are
17. Inbetween Days
18. Just Like Heaven
19. A Boy I Never Knew
20. Shake Dog Shake
21. Never Enough
22. Wrong Number
23. Signal To Noise
24. One Hundred Years
25. End

Zespół zszedł ze sceny. Czekamy na BIS. Na koncercie brak wizualizacji.

BIS 1

26. At Night
27. M
28. Play For today
29. A Forest

BIS 2

30. Three Imaginary Boys
31. Fire In Cairo
32. Boys Don’t Cry
33. Jumping Someone Else’s Train
34. Grinding Halt
35. 10:15 Saturday Night
36. Killing an Arab

BIS 3

37. Why Can’t I Be You?

Andrzej Korasiewicz
20.02.2008