Dead Can Dance – Anastasis

Dead Can Dance – Anastasis
2012 PIAS

1. Children Of The Sun
2. Anabasis
3. Agape
4. Amnesia
5. Kiko
6. Opium
7. Return Of The She-King
8. All In Good Time

Cuda się zdarzają a powiedzenie „nigdy nie mów nigdy” ostatnio znajduje swoje potwierdzenie wyjątkowo często. Po niespodziewanej reaktywacji i nowych płytach Red Box i OMD w latach poprzednich, w tym roku ucieszyła nas nowa produkcja Ultravox. Dzisiaj, po 16 latach przerwy, ukazał się album duetu Dead Can Dance. Nie można powiedzieć, żeby przez te lata Brendan Perry i Lisa Gerard próżnowali. Brendan wydał w tym czasie dwie płyty solowe, bardzo zbliżone klimatem do Dead Can Dance, Lisa Gerrard nagrywała muzykę filmową i brała udział w wielu kolaboracjach (m.in. z Klausem Schulze). O ile płyty Brendana były gratką dla fanów DCD, choć brakowało na nich głosu Lisy i ukazywały się bardzo rzadko, o tyle solowe dokonania Lisy Gerrard mnie nie przekonywały. Jednak dla każdego miłośnika DCD solowa twórczość Lisy i Brendana pozostawiała niedosyt. Najwyraźniej ten niedosyt odczuwali nie tylko fani.

Mimo że DCD nie nagrał niczego nowego od 1996 roku oraz mimo zarzekań obu artystów, że Dead Can Dance to już etap zamknięty, już w 2005 roku Brendan i Lisa zatęsknili za sobą i wyruszyli na wspólną trasę koncertową. Od tego czasu fani DCD czekali z nadzieją na nowy materiał, puszczając mimo uszu zapewnienia Brendana i Lisy, że to tylko jednorazowa aktywność i raczej nie ma mowy o powrocie do wspólnego nagrywania. A jednak! „Nigdy nie mów nigdy”. Dead Can Dance powróciło i to w stylu, którego wszyscy oczekiwali.

Na „Anastasis” nie ma żadnych eksperymentów. Fani DCD dostają dokładnie to, na co czekali. Podniosłe, monumentalne pieśni etniczne podlane mrokiem i osadzone w nowoczesnej elektronice. Cztery numery melodeklamuje Brendann Perry, cztery śpiewa Lisa Gerrard. Czasami wokalizy się przenikają. Te Brendana budują nastrój mroczny i psychodeliczny, a czasami coś co określiłbym mianem „apokaliptycznego optymizmu” („All In Good Time”). Zaśpiewy Lisy są bardziej „etniczne” (mnie kojarzą się z klimatami indiańsko-szamańskimi – „Return Of The She-King”). Muzycznie całość osadzona jest w elektronicznych pejzażach, zabarwionych partiami skrzypiec, czasami sielską atmosferą („All In Good Time”), często spowita aurą tajemniczości („Agape”). Nie ma tutaj bardziej dynamicznych motywów znanych z wcześniejszych albumów (jak np. „Saltarello” z Aion), ale „Anastasis” nie rozczarowuje. Mimo pewnej monotonności i wykorzystywania znanych oraz ogranych patentów, Australijczykom udało się stworzyć dzieło, które nie nuży i w pełni satysfkacjonuje poszukiwaczy „nowej-starej” muzyki. Kolejna płyta grupy, która pozostaje wierna sobie i swoim fanom. [8.5/10]

p.s. Utwór „Amnesia” doszedł do pierwszego miejsca listy przebojów radiowej Trójki!

Andrzej Korasiewicz
13.08.2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *