Podsumowanie 2012 roku

Podsumowanie 2012 roku

To był bardzo dobry rok dla muzyki, którą lubię. Po wielu latach przerwy z nowymi płytami powrócili giganci – Ultravox, Dead Can Dance. I dla mnie to był rok stojący pod znakiem tych dwóch wykonawców. Ich nowe płyty gościły w moim odtwarzaczu wielokrotnie i do dzisiaj nie znudziły się. Dlatego też obie pozycje są na czele zestawienia, mimo że w pierwszej dziesiątce są płyty wyżej ocenione. Dlaczego tak się stało? Bo oceny płyt nie zawsze są czymś bezwzględnym. Wiele płyt zyskuje wraz z kolejnym odsłuchem, wiele traci. Po kilku miesiącach pierwotna ocena może się zmienić (na korzyść lub in minus). Tak też stało się w tym przypadku. Zarówno Ultravox jak i Dead Can Dance po pierwszych odsłuchach oceniłem niżej niż zrobiłbym to dzisiaj. Nie chciałem jednak zmieniać pierwotnej oceny, która znalazła się w recenzjach sprzed kilku miesięcy. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie na dwóch pierwszych miejscach podsumowania innych płyt niż Ultravox i Dead Can Dance.

Inne warte podkreślenia powroty to pierwsza od 15 lat płyta gigantów grunge’u Soundgarden oraz powrót Van Halen z Davidem Lee Rothem jako wokalistą i pierwsza od 1984 roku płyta w tym składzie. Godne odnotowania są również albumy zapomnianych gwiazdek lat 80. – australijskiego aktora i wokalisty Ricka Springfielda oraz angielskiej grupy The Fixx. Obie płyty całkiem niezłe. Na scenę wróciła również gwiazdka disco – Sandra, która nagrała longplej z muzyką brzmiącą tak jakby czas stanął w miejscu w roku 1985. Dla tych, którzy lubią muzyczne podróże w czasie rok 2012 był niezwykle udany.

W zestawieniu są płyty z bardzo różnych działek stylistycznych. Nie ograniczam się gatunkowo, słucham bardzo rożnej muzyki, co znalazło swoje odzwierciedlenie w podsumowaniu. Dlatego nie jest to jakieś obiektywne podsumowanie roku w muzyce rozrywkowej, czy alternatywnej, ale mocno subiektywna lista moich ulubionych płyt tegorocznych. Oczywiście starałem się to nieco zobiektywizować, jednak decydującym czynnikiem przy wyborze takich a nie innych pozycji oraz ich ocenie był mój aktualny gust.

1. Ultravox – Brilliant (8/10)

Powrót giganta new romantic. Płyta może nie jest wybitna, ale muzykom udało się oddać ducha epoki sprzed 30 lat. Pierwsza płyta Ultravox w klasycznym zestawieniu od 1984 roku, pierwsza od ostatniej płyty „prawdziwego” Ultravox z 1986 roku i pierwsza od ostatniej płyty wydanej przez Billy Currie pod szyldem Ultravox w 1994 roku. Wydarzenie roku.

recenzja tutaj: http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=2665&Itemid=52

2. Dead Can Dance – Anastasis (8.5/10)

Na „Anastasis” nie ma żadnych eksperymentów. Fani DCD dostają dokładnie to, na co czekali. Podniosłe, monumentalne pieśni etniczne podlane mrokiem i osadzone w nowoczesnej elektronice.

Recenzja tutaj: http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=2671&Itemid=76

3. Soulsavers (& Dave Gahan) – The Light The Dead See (9/10)

 
Dla fanów głosu Gahana, dla miłośników Depeche Mode otwartych na inne brzmienia, pozycja obowiązkowa. Piękna i wzruszająca płyta, którą można słuchać po wielokroć.

Recenzja tutaj: http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=2669&Itemid=52

4. S.Hogarth & R.Barbieri – Not The Weapon But The Hand (9/10)

Dla fanów nastrojowej muzyki elektronicznej o dużej intensywności emocjonalnej konieczność. Piękna płyta.

Recenzja tutaj: http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=2670&Itemid=52

5. John Foxx And The Maths – Evidence (8/10)

John Foxx, pierwszy wokalista Ultravox i jeden z czołowych twórców new romantic, po wieloletnim milczeniu wrócił do tworzenia muzyki w drugiej połowie lat 90. Wraz z Louisem Gordonem nagrywał rzeczy zahaczające brzmieniowo o scenę techno. W drugim nurcie wydawał płyty ambientowe. Byli entuzjaści jego nowej twórczości, ale mnie nie przekonywał ani jeden nurt, ani drugi. Oczekiwałem zintegrowania obu stylistyk i wyraźnego odwołania do klasycznej twórczości Foxxa z lat 80. Na szczęście to nastąpiło. Dwa lata temu powstał projekt John Foxx And The Maths, który w sposób wyraźny nawiązywał do klasycznych dokonań Foxxa. Przy tym muzyka John Foxx And The Maths brzmiała nowocześnie. Na dodatek Foxx okazał się bardzo płodny w ramach tego projektu. W zeszłym roku ukazały się aż dwie płyty pod tym szyldem. Ten rok przynosi kolejny, trzeci album John Foxx And The Maths. Początkowo miała to być epka, ale Foxx miał tyle pomysłów, że postanowił rozbudować ją do pełnej płyty. Dzięki temu cieszymy się kolejnym, niemal klasycznym wydawnictwem Foxxa. Niech nikt jednak nie spodziewa się archaicznego brzmienia. Za pomocą klasycznego instrumentarium udało się stworzyć nowoczesne kompozycje, które duchem i brzmieniem odwołują się do klasycznego synth popu, ale nie tchną stęchlizną. Ciekawostką jest cover Pink Floyd „Have A Cigar”. Rzecz jasna jeśli chodzi o brzmienie nie przypomina oryginału. Mimo że nowa płyta Foxxa nie jest muzycznym objawieniem, to jednak jest to pozycja solidna i na wysokim poziomie. Dla fanów klasycznego synth popu, Ultravox i Foxxa pozycja obowiązkowa.

6. Rush – Clockwork Angels (8/10)
Kanadyjskie trio multiinstrumentalistów z Rush od niemal 40 lat udowadnia, że można nagrywać płyty niemal cały czas w tym samym stylu i robić to ciekawie. Od chwili wydania debiutanckiego albumu „Rush” w 1974 roku, Kanadyjczycy podążają po tej samej ścieżce miksu progrocka, ciężkiego grania i elementów bardziej melodyjnych. Wszystko to razem daje specyficzny styl charakterystyczny tylko i wyłącznie dla Rush. Choć wielu progmetalowców powołuje się na wpływy Rush, Kanadyjczycy wyraźnie odcinają się od tej sceny umiejscawiając się w tradycji grania klasycznego rocka. Charakterystyczne elementy muzyki Rush widoczne były od początku, choć styl w pełni wykrystalizował się na płycie „2112” (1976). W latach 80. muzycy zaczęli używać więcej syntezatorów i brzmienie trochę złagodniało. Na początku lat 90. Rush powrócił do bardziej rockowego grania i od tej pory sukcesywnie co kilka lat wydaje kolejne albumy. Czasamu ciut lepsze, czasami ciut słabsze. „Clockwork Angels” jest dziewiętnastym studyjnym albumem w „stylu Rush” wydanym tym razem po pięciu latach przerwy. Ja zaliczyłbym go do kategorii „ciut lepszy”. Z pewnością wśród mizerii rynku muzycznego (przy jednoczesnej inflacji „nowej” muzyki), cieszy, że takie mastodonty sceny muzycznej jak Rush wciąż nagrywają i robią to w stylu, który dla młodych często jest niedostępny. Muzyka Rush jest jak drogowskaz, który pokazuje, że dobra muzyka w starym stylu ciągle powstaje. Wystarczy po nią sięgnąć i słuchać.

7. The Mars Volta – Noctourniquet (8/10)

 
Długo nie mogłem przekonać się do tego zespołu. Teoretycznie wiedziałem, że to jest dobra muzyka, ale nie trafiała do mnie. Przełamanie nastąpiło wraz z „Noctourniquet”. Przez kilka dni słuchałem jej w zapętleniu. Owszem, nie jest to gigant na miarę klasyków rocka. Nie jest to też nic zniewalająco nowatorskiego. Ale mieszanka alternatywnego rocka, proga i szczypty psychodelii dobrze ze sobą współgra. Większość krytyków uważa, że The Mars Volta odkryła już wszystko, co można było odkryć w muzyce i teraz powiela i miesza schematy znane i ograne w rocku. Z pewnością, ale robi to dobrze a „Noctourniquet” jest tego najlepszym świadectwem.

8. 7JK – Anthems Flesh (9/10)
 
Czy wy też należycie do tej kategorii ludzi, którzy w chwili największego zdołowania słuchają „Pornography” albo „Closer”? Bo jeśli tak, to „Anthems Flesh” musi wam przypaść do gustu.

recenzja tutaj: http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=2668&Itemid=52

9. Cat Power – Sun (8/10)

Świetna najnowsza płyta amerykańskiej wokalistki Chan Marshall. Jest tutaj wszystko czego chcieć od inteligentnego albumu indie. Piosenkowa transowość, melancholia, dekadencka melodyjność. Muzykę podsumowałbym określeniem apokaliptyczny pop. Oszczędny, minimalistyczny styl Cat Power robi wrażenie. A nowa płyta jest zdecydowanie zwyżką formy Amerykanki.

10. The Smashing Pumpkins – Oceania (7.5/10)

To druga płyta Smashing Pumpkins po reaktywacji. Na pierwszej Billy Corgan starał się udowodnić, że drzemie w nim duży potencjał rockmana. „Oceania” jest płytą spokojniejszą, ale i trudniejszą. Całość ma charakter lekko psychodeliczno-progresywny. Oczywiście płyta utrzymana jest w duchu twórczości Smashing Pumpkins. Nowa muzyka wciąga i z każdym kolejnym przesłuchaniem „Oceania” wydaje się ciekawsza. Nie ma tutaj przebojowych numerów, ale za to jest intrygujący klimat. Płyta do wielokrotnego odsłuchu.

11. Pet Shop Boys – Elysium (7/10)
12. Swans – The Seer (7/10)
13. Soundgarden – King Animal (7/10)
14. Led Zeppelin – Celebration Day (7/10)
15. Archive – With Us Until You’re Dead (7/10)
16. Anathema – Weather Systems (7/10)
17. Testament – Dark Roots Of Earth (7/10)
18. Mark Knopfler – Privateering (7/10)
19. Madness – Oui, Oui, Si, Si, Ja, Ja, Da, Da (7/10)
20. Morten Harket – Out Of My Hands (7/10)

21. Jack White – Blunderbuss (7/10)
22. Ulver – Childhood’s End (7/10)
23. The Cult – Choice of Weapon (7/10)
24. Katatonia – Dead End Kings (7/10)
25. Lacrimosa – Revolution (7/10)
26. Overkill – The Electric Age (7/10)
27. Killing Joke – MMXII (7/10)
28. The Cranberries – Roses (7/10)
29. The Stranglers – Giants (7/10)
30. Peter Hammill – Consequences (7/10)

31. Animal Collective – Centipede Hz (7/10)
32. Gotye – Making Mirrors (7/10)
33. Van Halen – A Different Kind of Truth (7/10)
34. Leonard Cohen – Old Ideas (7/10)
35. Bruce Springsteen – Wrecking Ball (7/10)
36. Mumford & Sons – Babel (7/10)
37. Skunk Anansie – Black Traffic (7/10)
38. The Killers – Battle Born (7/10)
39. The The – Moonbug (7/10)
40. The Fixx – Beautiful Friction (6.5/10)

41. Dinosaur Jr. – I Bet On Sky (6.5/10)
42. Various – Spirit of Talk Talk (6.5/10)
43. Tanita Tikaram – Can’t Go Back (6.5/10)
44. Flying Colors – Flying Colors (6.5/10)
45. Deftones – Koi No Yokan (6.5/10)
46. Kiss – Monster (6.5/10)
47. Saga – 20/20 (6.5/10)
48. Muse – The 2nd Law (6.5/10)
49. Lana Del Rey – Born To Die (6.5/10)
50. Bat For Lashes – The Haunted Man (6.5/10)

51. Deacon Blue – The Hipsters (6.5/10)
52. Godspeed You! Black Emperor – Allelujah! Don’t Bend! Ascend! (6.5/10)
53. Bob Dylan – Tempest (6/10)
54. Neil Young & Crazy Horse – Psychedelic Pill (6/10)
55. Antimatter – Fear of a Unique Identity (6/10)
56. Heart – Fanatic (6/10)
57. Duran Duran – A Diamond in the Mind: Live 2011 (6/10)
58. Rick Springfield – Songs For The End Of The World (6/10)
59. RPWL – Beyond Man and Time (6/10)
60. In Strict Confidence – Utopia (6/10)

61. Madonna – MDNA (6/10)
62. Paradise Lost – Tragic Idol (6/10)
63. Neurosis – Honor Found In Decay (6/10)
64. Donald Fagen – Sunken Condos (6/10)
65. Europe – Bag of Bones (6/10)
66. Tiamat – The Scarred People (6/10)
67. Luxtorpeda – Robaki (6/10)
68. Bloc Party – Four (6/10)
69. UFO – Seven Deadly (6/10)
70. Hey – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan (6/10)

71. Ian Anderson – Thick as a Brick 2 (6/10)
72. Paul McCartney – Kisses On The Bottom (6/10)
73. ZZ Top – La Futura (6/10)
74. Of Montreal – Paralytic Stalks (6/10)
75. Marillion – Sounds That Can’t Be Made (6/10)
76. Clan of Xymox – Kindred Spirits (6/10)
77. Marina and the Diamonds – Electra Heart (6/10)
78. Garbage – Not Your Kind of People (6/10)
79. Paweł Kukiz – Siła i honor (6/10)
80. Lao Che – Soundtrack (6/10)

81. Devin Townsend Project – Epicloud (6/10)
82. Jeff Lynne – Long Wave (6/10)
83. Dave Matthews Band – Away From the World (6/10)
84. Steve Hackett – Genesis Revisited (6/10)
85. Ringo Starr – Ringo 2012 (6/10)
86. Mela Koteluk – Spadochron (6/10)
87. Steve Harris – British Lion (6/10)
88. Joe Bonamassa – Driving Towards The Daylight (6/10)
89. Tori Amos – Gold Dust (6/10)
90. Afro Kolektyw – Piosenki po polsku (6/10)

91. The Beach Boys – That’s Why God Made The Radio (6/10)
92. Sigur Ros – Valtari (6/10)
93. Men Without Hats – Love In The Age Of War (6/10)
94. Mark Lanegan Band – Blues Funeral (6/10)
95. Sylvan – Sceneries (5.5/10)
96. Air – Le Voyage Dans La Lune (5.5/10)
97. Kaiser Chiefs – Start The Revolution Without Me (5.5/10)
98. Muchy – chcecicospowiedziec (5.5/10)
99. X-Marks the Pedwalk – The Sun, The Cold And My Underwater Fear (5.5/10)
100. Va – Re-Machined A Tribute To Deep Purple’s Machine Head (5.5/10)

Andrzej Korasiewicz
18.12.2012

Sal Solo – Heart & Soul

Sal Solo – Heart & Soul
1985/2006 MCA/Cherry Red

1. Heartbeat
2. Poland (Your Spirit Won’t Die)
3. Shout! Shout!
4. San Damiano
5. Music + You
6. Contact
7. Go Now
8. Forever Be

bonus 2006 edition

9. Adoramus Te
10. Just A Feeling
11. How Was I To Know?
12. Metanoia
13. Drift Away

Sal Solo, czyli wokalista niezwykle popularnego w Polsce w latach 80. syntezatorowego zespołu Classix Nouveaux (http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=101&Itemid=52), wydał w 1985 roku debiutancką i zarazem pożegnalną płytę „Heart & Soul”. Nie żeby Sal nie nagrywał później muzyki, ale po nawróceniu na chrześcijaństwo przestał wydawać płyty nastawione na zysk i zdobycie popularności. Głównym celem jego twórczości stał się przekaz chrześcijański. Muzyka jaką od tego czasu tworzy Sal Solo jest różnorodna, choć głównie utrzymuje charakter zwykłego popu z elementami gospel i wtrętami innych stylistyk, ale przede wszystkim jest dodatkiem do słów niosących chrześcijańskie przesłanie.

W latach 1984-85 Sal Solo wraz z kolegami z właściwie już nie istniejącego Classix Nouveaux (grupa reaktywowała się specjalnie, żeby wystąpić w Polsce) znajdował się na szczycie popularności. Najpierw listę przebojów Trójki opanował numer „Heart From The Start” CN (cztery razy na pierwszym miejscu) a na przełomie 1984 i 85 roku na pierwsze miejsce trafił solowy numer wokalisty pt. „San Damiano” (również cztery razy na szczycie LP3). Pomiędzy tymi numerami wylansowano utwór pt. „Poland (Your Spirit Won’t Die)” (doszedł do piątego miejsca LP3) nagrany w hołdzie Polsce. Na liście występował jako numer Classix Nouveaux, choć ukazał się później na solowej płycie Sala.

W 1985 roku, kiedy wydawało się, że Classix Nouveaux definitywnie przestał istnieć, Sal Solo wydał omawianą płytę „Heart & Soul”, która okazała się kopalnią przebojów. Po pierwsze, znalazły się na niej znane już wcześniej utwory „San Damiano” i „Poland (Your Spirit Won’t Die)”. Kiedy zmalała popularność „San Damiano” w charakterze singla promującego solowy album wokalisty CN ukazał się „Music + You” (2. pozycja na LP3). Co dziwne, kolejne numery, które lansowała Trójka z solowej płyty wokalisty nie istniejącego Classix Nouveaux, trafiały na listę jako nagrania… Classix Nouveaux. Zatem „Heartbeat” w połowie 1985 roku doszedł do 3. miejsca LP3 a „Shout! Shout!” 14 września 1985 roku był nawet liderem zestawienia! Oczywiście oba jako numery Classix Nouveaux. Pokazuje to pokrętność tamtych czasów, specyfikę popularności Classix Nouveaux oraz Sala Solo w Polsce no i przede wszystkim nonszalancję i dowolnośc w podejściu do rzeczywistości ówczesnych radiowych macherów. A bezpośrednią przyczyną była czasowa reaktywacja Classix Nouveaux, który przybył wtedy do Polski na koncerty i podczas trasy grał również solowe numery wokalisty. Sal Solo i Classix Nouveaux karierę na liście zakończyli w grudniu 1985 roku, kiedy numer „Forever Be” doszedł do 5. miejsca LP3. Tym razem utwór „występował” jako nagranie Sala Solo.

O silnych związkach Sala Solo z Polską może świadczyć również to, że na okładce płyty „Heart And Soul” widnieje reprodukcja fragmentu obrazu z jasnogórskiej Sali Rycerskiej, przedstawiającego oblężenie klasztoru. Poza tym w teledysku do „San Damiano” nakręconym w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie brali udział chórzyści z chóru Lutnia.

„Heart And Soul” to w istocie pożegnanie z noworomantyczna twórczością Classix Nouveaux i poprzez delikatne akcenty chrześcijańskie pokazanie drogi, którą Sal Solo wtedy zaczął wtedy podążać i robi to konsekwentnie do dzisiaj. Muzycznie jest to kontynuacja albumu „Secret” Classix Nouveaux i z tego punktu widzenia rzeczywiście płyta „Heart And Soul” mogłaby być firmowana nazwą Classix Nouveaux. Pod względem jakości kompozycji jest nawet lepiej niż na „Secret”. Osiem utworów nie tworzy wprawdzie zwartej całości, ale przeciętnie poszczególne utwory są bardziej udane niż na płycie „Secret”. „Heart And Soul” robi wrażenie nieco nieskładnej zbieraniny kończącej pewien etap twórczości. Obok niekwestionowanego hitu „San Damiano” , niezwykle zgrabnego i udanego przeboju „Music + You” oraz pięknej ballady „Forever Be”, nieco przypominającej „San Damiano” na płycie znalazł się równiez numer „Contact”, który wcześniej Sal Solo zaśpiewał na płycie franckuskiego zespołu Rockets, z którym również występował.

„Heart & Soul” na swoją kompaktową premierę czekał aż do 2006 roku. Na reedycji, oprócz ośmiu kompozycji z oryginalnego winyla, znalazło się pięć bonusów. „Adoramus Te” to singiel wydany w 1987 roku już w pełni chrześcijańskiej fazie życia Sala Solo. Muzycznie bardzo jeszcze zbliżony do klimatu „San Damiano”.  Z tego samego 1987 roku pochodzi „How Was I To Know?” – numer zdecydowanie słabszy. „Just A Feeling” to druga strona 12′ „Forever Be” z 1985 roku. Z kolei „Metanoia” i „Drift Away” to nagrania pochodzace oryginalnie z limitowanego wydania kasety magnetofonowanej pt. „Metanoia” z 1992 roku, choć nagrane jeszcze w latach 80. Oba już trochę w innym klimacie niż syntezatorowy pop. Moim zdaniem słabe. Jedyne co jest dobre i klimatyczne to głos Sala Solo. Muzyka nieco koszmarkowata.

Podsumowując. Dla fanów 80’s pozycja obowiązkowa. Dla innych niekoniecznie. Mimo że płyta wielkim osiągnięciem artystycznym nigdy nie była to w kolekcji maniaka 80’s musi być :). [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
13.12.2012

Limahl – Don’t Suppose

Limahl – Don’t Suppose
1984/2012 EMI/Gold Legion1. Don’t Suppose     4:19
2. That Special Something  4:16
3. Your Love     4:27
4. Too Much Trouble     3:57
5. Never Ending Story    3:31
6. Only For Love     3:56
7. I Was A Fool     4:45
8. The Waiting Game     4:03
9. Tar Beach     3:46
10. Oh Girl     4:39

bonus

11. Never Ending Story (12″ Dance Mix)    5:20
12. Only For Love (Dance Mix)     6:35

Limahl miał w połowie lat 80. status megagwiazdy. Dziewczynki wieszały sobie zdjęcia Limahla na ścianie i kochały się w nim „na zabój” a niektórzy chłopcy starali się naśladować charakterystyczną fryzurę Christophera Hamilla, bo tak naprawdę nazywa się Limahl. Ten brytyjski wokalista popularność zdobył dołączając do nowofalowej grupy Art Nouveau, która zmieniła nazwę na Kajagoogoo i styl na modny wówczas synth pop. Utwór „Too Shy” z 1982 r. wyniósł w 1983 roku Kajagoogoo na szczyt list przebojów a z samego  Limahla uczynił gwiazdę światowego formatu. Ukoronowaniem sukcesu była debiutancka płyta pt. „White Feathers”, która dotarła do 5. miejsca brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się albumów w 1983 roku. Zaraz po tym fakcie, niesiony popularnością Limahl odszedł z Kajagoogoo i nagrał debiutancki, solowy singiel „Only For Love”, który zdobył sporą popularność. Rokiem Limahla był niewątpliwie rok następny – 1984. Wtedy Brytyjczyk wydał debiutancką płytę solową „Don’t Suppose” oraz odniósł sukces jednym z najbardziej rozpoznawalnych do dzisiaj utworów 80’s „Never Ending Story”. Ten motyw przewodni baśniowego filmu fantasy Wolfganga Petersena pt. „Niekończąca się opowieść” zapewnił Limahlowi nieśmiertelność muzyczną. Oprócz tego sukces, choć mniejszy odniósł jeszcze singiel „Too Much Trouble”. Potem jednak solowa kariera wokalisty zaczęła zwalniać. Czasy zmieniały się i syntezatorowy pop tracił na popularności. Wydana w 1986 roku druga płyta pt. „Colour All My Days” była komercyjną porażką, choć singlowy „Love In Your Eyes” został jesze odnotowany na listach przebojów. Ale to właściwie łabędzie śpiew Limahla. Wokalista popadał w zapomnienie. Wydany w 1992 roku trzeci album „Love Is Blind” przeszedł całkowicie bez echa. Od tego czasu Limahl właściwie przestał nagrywać. Dodatkowym smaczkiem stało się ujawnienie Limahla jako …geja. Dla wielu była to informacja szokująca, bo Limahl był kreowany w latach 80. na męski wzór i obiekt westchnień nastoletnich panienek. A tutaj taki numer…

Limahl próbował powrócić w 2006 roku singlem „Tell Me Why”, ale ten został zauważony jedynie w Niemczech. W tym samym mniej więcej czasie zszedł się z resztą Kajagoogoo, ale reunion nie odbiło się szerszym echem. Poza nielicznymi wspólnymi koncertami, które wzbudziły zainteresowanie jedynie z przyczyn sentymentalnych wśród osób pamiętających kultowy status Limahla i Kajagoogoo w latach 80., powrót Limahla nie zainteresował nikogo. O skali obojętności na twórczość Limahla najlepiej niech świadczy fakt, że debiutancka, solowa płyta wokalisty aż do tego roku nigdy nie ukazała się na CD. Dopiero w tym roku, amerykańska wytwórnia Gold Legion postanowiła nadrobić zaległości i wypuściła „Don’t Suppose” w formie CD. I choć płyta jest dostępna tylko na rynku USA, to dzisiaj na szczęście nie jest już przeszkodą, by do niej dotrzeć.

Co można napisać o samej muzyce na „Don’t Suppose”? Mamy do czynienia z popem skrojonym na modłę lat 80.. Wydaje się, że płytę można słuchać niemal wyłącznie z przyczyn sentymentalnych. Nie jest i nigdy nie było to żadne osiągnięcie artystyczne. Płyta była nagrana wyłącznie z przyczyn komercyjnych – miała wykreować Limahla na gwiazdę pop i wtedy to się udało. Mimo wszystko trudno odmówić piosenkom, które znalazły się na płycie przebojowości. No i przede wszystkim krążek utrzymany jest w charakterystycznym dla pierwszej połowy 80’s duchu syntezatorowego popu. Z pewnością dla fanów 80’s kompaktowe wydanie „Don’t Suppose” jest wydarzeniem. Trudno mi ocenić czy płyta się zestarzała. Ja należę do tej grupy słuchaczy, która wielkim sentymentem darzy „Don’t Suppose” i nic tego nie zmieni :). W porównaniu do współczesnej popowej sieczki „Don’t Suppose” wydaje się być mistrzostwem świata w kategorii komercyjnego popu. A biorąc pod uwagę fakt, że Limahl jest dzisiaj kompletnie zapomniany, to można go nawet podciągnąć pod underground ;). [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
04.12.2012