OMD – English Electric

OMD – English Electric
2013 BMG/100% Records

1. Please Remain Seated
2. Metroland
3. Night Café
4. The Future Will Be Silent
5. Helen of Troy
6. Our System
7. Kissing The Machine
8. Decimal
9. Stay With Me
10. Dresden
11. Atomic Ranch
12. Final Song

Drugi album OMD, po reaktywacji w 2006 roku w oryginalnym składzie, przynosi brzmienie jeszcze bardziej nawiązujące do klasycznego synth pop/new romantic niż płyta „History of Modern”. Najbardziej kojarzy mi się z debiutanckim albumem „Orchestral Manoeuvres in the Dark” z 1980 roku. Nawet okładka z prostą grafiką geometryczną nawiązuje nieco do tej pozycji. Muzyka jaką odnajdujemy na „English Electric” to proste, syntezatorowe kompozycje, których autorzy nie silą się na poszukiwanie „nowych brzmień”. Po krótkim wstępie pt. „Please Remain Seated” mamy promowany jako singiel „Metroland”, do którego udostępniono w sieci miesiąc przed premierą teledysk. Słyszymy prosty, jednostajny bit okraszony syntezatorowymi melodyjkami rodem z Atari czy Commodore 64. I właśnie duch takiej pierwotnej, prymitywnej wręcz elektroniki unosi się nad całym albumem. „English Electric” nie jest więc płytą, która spodoba się każdemu. Mimo nieco odświeżonego brzmienia, muzyka OMD anno domini 2013 brzmi archaicznie i nienowocześnie. Z drugiej strony wielu poszukuje właśnie takich „oldskulowych” brzmień, bo ile można słuchać starych, znanych na pamięć płyt? Nowa propozycja OMD skierowana jest właśnie do takich słuchaczy. Tych, którzy nie szukają „nowych brzmień”, ale nowych płyt ze starymi brzmieniami. Z tego punktu widzenia płyta OMD jest doskonała. A jednak pozostawia we mnie pewien niedosyt. Po pierwsze czasami OMD „przesadza” z tym archaizmem, jak w utworze „Kissing The Machine”, który moim zdaniem brzmi jakby do syntezatora dorwało się dziecko, które tworzy jedynie dla zgrywy. Po drugie, na „English Electric” brakuje przynajmniej jednego numeru bardziej chwytliwego – przeboju. Mimo że właściwie wszystkie nagrania są rytmiczne, taneczne, „popowe”, to nie odnajdziemu tutaj czegoś na miarę „Electricity” czy „Messages”.

Reasumując. Mam wrażenie, że panowie Andy McCluskey, Paul Humphreys, Malcolm Holmes i Martin Cooper wrócili za pomocą maszyny czasu, którą najwyraźniej posiadają do przełomu lat 70/80, ale nie udało im się stworzyć choć jednego utworu klasy wspomnianych „Electricity” i „Messages”. Promujący płytę „Metroland” jest wprawdzie dosyć chwytliwy, ale ta chwytliwośc opiera się na jednostajnym bicie i rytmice a nie na melodii, przez co dla niektórych może być nieco nużący. I właśnie dobrych melodii trochę brakuje na „English Electric”. Mimo tego mankamentu pozycja obowiązkowa dla fanów 80’s. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
12.04.2013