Zasada inżyniera Mamonia czyli muzyczna Brzytwa Ockhama

W filmie „Rejs” inżynier Mamoń, grany przez Zbigniewa Maklakiewicza, stwierdza: „mnie się podobają te melodie, które już raz słyszałem”. Nie ukrywam, że wdrażam tę zasadę z sukcesem (dla siebie) od wielu lat. Nie szukam nowych twórców, bo nie jestem w stanie przesłuchać wszystkich starych nagrań znanych mi twórców, których jeszcze nie słyszałem a których jest masa i które potencjalnie są bardziej wartościowe od nowości. Nowymi zespołami nadal dla mnie są te, które debiutowały przed kilkunastu a nawet i dwudziestu laty. Dlatego słucham nowości od twórców mi doskonale znanych lub tych „nowych”, których włączyłem do swojego „panteonu” twórców, którymi się interesuję. Dodam dla przykładu, ze ci „nowi”, których twórczością interesuję się tak jak artystami „moimi” starymi to m.in.: Muse, Editors, Interpol, White Lies czy Hurts. Taki Muse obecny jest na scenie od 20 lat. Muszę więc przyznać, że bardzo opornie przychodzi mi przyswajanie „nowości” :). Ale jak już przyswoję, to śledzę ich twórczość zgodnie ze wspomnianą zasadą inżyniera Mamonia, czyli słucham wszystkich nowości i starości pochodzących od akceptowalnych przeze mnie wykonawców niezależnie od tego czy płyta jest dobra czy zła. Pewnie gdzieś tam istnieje nowy zespół, który wydał płytę lepszą od nowych propozycji „moich” wykonawców. Tylko czy naprawdę taka płyta wnosi coś nowego? Moim zdaniem nie może się to zdarzyć, gdyż we współczesnej muzyce szeroko rozumianego POP-u i alternatywy wymyślono już wszystko. Nowi twórcy może i nagrywają ciekawe i wartościowe albumy, ale wszystko co są w stanie stworzyć to jedynie kompilacja tego, co już powstało wcześniej. Oczywiście nie chcę deprecjonować ich twórczości. Tylko każdy musi przyjąć jakąś metodę ograniczenia inflacji muzyki, która współcześnie występuje. Zasada inżyniera Mamonia jest moją muzyczną Brzytwą Ockhama, którą stosuję.