U2 – Songs Of Innocence

U2 – Songs Of Innocence
2014  iTunes

1.Miracle (Of Joey Ramone)
2.Every Breaking Vave
3.California (There Is No End To Love)
4.Songs For Someone
5.Iris (Hold Me Close)
6.Volcano
7.Raised By Wolves
8.Cedarwood Road
9.Sleep Like A Baby Tonight
10.The Story Of A Little White Deer
11. The Troubles

Dzisiaj jest moda, żeby pisać i mówić, że U2 wydało kolejną nudną i nieciekawą płytę powielającą patenty z poprzednich, ale bez potrzebnego ognia i „poweru”. Ogólnie to już nie to samo co za czasów „War”, „The Joshua Tree” czy „Achtung Baby”. Oczywiście, że nie to samo! Zwłaszcza, że każda z tych płyt to zupełnie inna bajka, którą łączy tylko jedno – nazwa U2. Po „Songs Of Innocence” nie powinni sięgać malkontenci, których denerwuje międzynarodowa kariera Irlandczyków, których irytują charytatywne szopki Bono i nie są w stanie zrozumieć jak to możliwe, że taki „bezbarwny pop” zapełnia stadiony na całym świecie. Skoro wcześniej nie zrozumieli na czym polega fenomen U2 to z pewnością nie stanie się to dzięki nowej płycie. Powinni się nad nią pochylić natomiast ci, którzy wiedzą na czym polega czar U2, bo „Songs Of Innocence” na to zasługuje. Jednego na pewno nie da się napisać – że nowemu wydawnictwu brakuje „poweru”. „Songs Of Innocence” jest naładowane energią!

Przyznaję, że w przeszłości też byłem krytyczny wobec kolejnych wydawnictw U2. Wielbiłem muzykę U2 w latach 80. i później miałem zbyt duże oczekiwania. Już wynoszona pod niebiosa płyta „Achtung Baby” była dla mnie „zdradą” takiego U2 jaki kochałem w latach 80. Dzisiaj jednak obniżyłem swoje wymagania i kolejne wydawnictwa cieszą mnie czasami mniej, czasami bardziej, ale cieszą. Podobnie jak kolejne wydawnictwa Depeche Mode. Wolę, żeby były niż, żeby ich nie było i żebym był skazany jedynie na nowe zespoły, które myślą, że grają coś nowego a naprawdę wyważają otwarte drzwi.  Zwłaszcza, że w przypadku „Songs Of Innocence” jest zdecydowanie lepiej niż gorzej. Album jest zrobiony całkiem jakby pod mój gust. Panowie z U2 postanowili wrócić do brzmień z pierwszej połowy lat 80. i nawet jeśli niecałkiem się to udaje a i sama produkcja jest nowoczesna, to jednak czuć w tej muzyce ducha wczesnego U2. Oczywiście, że trudno się tym zachwycić tak jak płytami „Boy”, „October” czy „War”. Wtedy U2 było czymś świeżym, dzisiaj stara się jedynie nawiązać do tamtej świeżości. A nawiązanie zawsze musi być czymś innym niż to do czego się nawiązuje. Ale jednak po pierwszym wysłuchaniu „Songs Of Innocence” czułem się niemal tak jak wtedy, gdy poznałem „The Unforgettable Fire”. Po którymś z kolei przesłuchań, „Songs Of Innocence” nieco spowszedniała, ale i tak mogę ją polecić tym, którzy lubią bardziej nowofalowe oblicze Irlandczyków.

Całość otwierda singlowy, dynamiczny „Miracle (Of Joey Ramone)”. Ballada „Every Breaking Vave” przypomina nieco „With or Without You”. Na plus zdecydowanie trzeba zapisać dynamiczny „Volcano” i mój ulubiony, nowofalowy „Raised By Wolves”. Nieco nudnawa jest kolejna ballada „Songs For Someone”, bardziej syntetyczne brzmienia słychać w „Sleep Like a Baby Tonight”. „The Story Of A Little White Deer” to typowe, przebojowe, popowe U2 jakie znamy z ostatnich lat. Na koniec otrzymujemy spokojnie bujający „The Troubles” z gościnnym udziałem Lykke Li.

„Songs Of Innocence” to bardzo przyzwoita propozycja dla tych, którzy lubią nowofalowe sentymenty w popowym sosie. Warto się zapoznać. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
16.09.2014

Midge Ure – Fragile

Midge Ure – Fragile
2014 Hypertension Music

1. I Survived
2. Are We Connected
3. Let It Rise
4. Become
5. Star Crossed
6. Wire And Wood
7. Dark Dark Night
8. For All You Know
9. Bridges
10. Fragile

Released 07.07.2014

Tegoroczna płyta Midge Ure‚a to pierwsze jego wydawnictwo z premierowym materiałem od 13 lat i pierwsze od 6 lat w ogóle. W 2008 roku ukazał się album „10”, na którym wokalista Ultravox zaprezentował własne interpretacje utworów innych wykonawców. W międzyczasie Midge Ure wraz z kolegami z Ultravox ucieszył fanów powrotem macierzystej grupy i premierowym wydawnictwem Ultravox w 2012 r., pierwszym od 26 lat. Ta wyliczanka wskazuje, że James Ure to już pan dosyć wiekowy jak na artystę tworzącego muzykę popularną a przy tym klasyk, którego każde kolejne wydawnictwo wzbudza zainteresowanie wielbicieli talentu Szkota. Dodajmy, że krąg wielbicieli jest raczej topniejący niż powiększający się. Nowe wydawnictwa Midge Ure’a czy Ultravox interesują głównie „starych” fanów, bo jakoś młodzieży ta muzyka nie obchodzi. Nie dziwi mnie to zresztą, bo Midge Ure nie odkrywa w muzyce niczego nowego, a z wiekiem ostrze jego muzyki wyraźnie osłabło. Kompozycje, które tworzy sam lub z kolegami zespołu napisane są według klasycznych wzorów, ale odarte z zadziorności i świeżości, którą posiadały na przełomie lat 70/80. I taką muzykę otrzymujemy też na albumie „Fragile”.

Gdy usłyszałem pierwszą w całości ujawnioną piosenkę pt. „Become” przygotowywałem się na dynamiczny, taneczny synth pop. Po pierwszym przesłuchaniu całego „Fragile” byłem rozczarowany. Zamiast chwytliwych, nowo-romantycznych utworów syntezatorowych, na płycie mamy dwa utwory instrumentalne oraz siedem leniwych, pastelowych nagrań pop, które nie mają szans stać się przebojami. No i jest wspomniany „Become”, przebojowy, choć nawet na liście Trójki radzi sobie słabo. Po kilkukrotnym przesłuchaniu „Fragile” moje rozczarowanie ustąpiło miejsca coraz większemu zachwytowi. Na płycie mamy do czynienia z wysmakowanym, nieco nudziarskim popem, ale wsłuchując się w każdy kolejny utwór słychać coraz więcej smaczków i nawiązań do noworomantycznej przeszłości Midge Ure’a. Jednym z najlepszych utworów jest „Dark Dark Night”, w którym gościnnie udziela się nie kto inny jak… Moby, który odpowiada za programowanie i grę na keyboardach. „Dark Dark Night” ma w sobie coś z monumentalności „Vienny” i klimatu „Fade to Grey”, choć nie jest tak przebojowy. Na uwagę zasługują również „Star Crossed” czy „Let It Rise”. Ten ostatni numer ma chyba najwięcej z klimatu dawnego Ultravox. Płyta kojarzy mi się trochę z powrotem Red Box i albumem „Plenty”. Na obu wydawnictwach króluje podobny nostalgiczny, sentymentalny klimat, choć „Fragile” jest zdecydowanie bliższa 80’s, dzięki zastosowaniu większej dawki elektroniki.

„Fragile” to płyta dobra, albo nawet bardzo dobra, ale wymaga większej uwagi i skupienia. Podejrzewam, że dla młodych Midge Ure może być kimś takim jak dla mojego pokolenia Jerzy Połomski ;). Ale nic to. Człowiek się starzeje i nic na to nie poradzimy. Dla fanów Ultravox i Midge Ure’a to pozycja obowiązkowa. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
07.08.2014

Classix Nouveaux – Secret

Classix Nouveaux – Secret
1983/2006 Liberty/Cherry Red
1. All Around The World
2. Manitou
3. Heart From The Start
4. The Fire Inside
5. Forever And A Day
6. Never Never Comes
7. The Unloved
8. When They All Have Gone
9. No Other Way

„Secret” to trzeci i ostatni album Classix Nouveaux. Po jego wydaniu zespół rozwiązał się z powodu braku zainteresowania w swojej ojczyźnie – Wielkiej Brytanii. Płyta przeszła tam bowiem bez echa. Ani album, ani żaden z singli („Forever And A Day”, „Never Never Comes”) nie został nawet odnotowany na brytyjskiej liście przebojów. Za to w Polsce, grupa była coraz bardziej popularna. Singiel „Forever and a Day” wspiął się na 5. miejsce LP3, „Never Never Comes” osiągnął 2. pozycję a wykrojony z płyty przez trójkowych didżejów „Heart from the Start” stał się megaprzebojem w 1984 roku. Nie tylko doszedł do 1. miejsca LP3, ale pozostał na nim przez cztery kolejne tygodnie. Na trójkowej liście znalazł się równiez utwór „When They All Have Gone”, ale nie został już takim przebojem. Sal Solo, żeby zdyskontować popularność w Polsce, reaktywował grupę specjalnie, by przyjechać do Polski na koncerty. W sumie grupa odwiedziła nasz kraj aż trzy razy. I tak zespół, który już nie istniał, stał się jedną z największych gwiazd w komunistycznej Polsce. Ten fenomen do dzisiaj zadziwia.

Co można powiedzieć o samej płycie? W porównaniu do dwóch wcześniejszych wydawnictw, brzmienie Classix Nouveax na „Secret” jest wyraźnie złagodzone i „upopowione”. Ten album został skrojony pod komercyjny sukces. Nie dziwi więc frustracja Brytyjczyków, że nie tylko tego sukcesu w Wielkiej Brytanii nie było, ale płyta okazała się najgorzej przyjętym albumem z wszystkich dotychczasowych. Po takim odbiorze, łatwo zrozumieć decyzję zespołu o samorozwiązaniu.

Z punktu widzenia komercyjnego płyta była klapą. Z punktu widzenia artystycznego, w porównaniu do „Night People” i „La Verité” płyta jest bezbarwna. Poza wymienionymi wcześniej „polskimi” przebojami, piosenki są nijakie i nie zwracają uwagi. Gdyby nie charakterystyczny wokal Sala Solo, trudno jest rozponać w nich brzmienie Classix Nouveaux.  O ile wcześniejsze dokonania CN mieściły się w kanonach „new romantic”, o tyle „Secret” to syntezatorowy pop zmierzający w stronę nijakiego pop rocka. Poszczególne utwory nie wzbudzają też zainteresowania pod względem kompozycyjnym. Płyta sprawia wrażenie jakby panom wyczerpały się pomysły, ale z drugiej strony za wszelką cenę chcieli odnieść komercyjny sukces. Przy takim podejściu i braku weny, otrzymaliśmy mało ciekawą płytę, którą ratują jedynie trzy wspomniane przeboje: „Heart From The Start”, „Forever And A Day”, „Never Never Comes”. Dziwi dlaczego nie zdobyły one popularności w Wielkiej Brytanii, ponieważ są to murowane hity. Dobrą kompozycją jest też „Manitou”, na niezłym poziomie jest „The Fire Inside”. Pozostałe utwory to już jednak mizeria.

Reasumując. „Secret” to płyta dziwna. Jako całość raczej słaba. Zawiera natomiast ponadczasowe przeboje: „Heart From The Start”, „Forever And A Day”, „Never Never Comes”, które osiągnęły popularnośc jedynie w Polsce. W ojczyźnie muzyków nie zostały nawet odnotowane. Pewnym uznaniem cieszyły się również w Portugalii, Finlandii i Izraelu. Dla polskiego fana 80’s płyta ma więc przede wszystkim wartość sentymentalną. Album „Secret” przez wiele lat dostępny był jedynie w wersji winylowej. Wznowienie na kompakcie ukazało się dopiero w 2006 roku staraniem wytwórni Cherry Red specjalizującej się w wydawania takich rarytasów. Minusem reedycji jest brak jakichkolwiek bonusów. (6/10)

Andrzej Korasiewicz
21.11.2013

The Fotoness – When I Die

The Fotoness – When I Die
1988/2013 Polskie Nagrania

1.What Comes First
2.Border Line
3.When I Die?
4.Another Man
5.Like A River
6.15 10 5
7.Again Again
8.Midnight In The City Of War
9.Too Far Run Away

bonusy:

10. Moje serce płonie
11. Foto
12. To co pierwsze
13. Another Man
14. 15 10 5
15. Border Line
16. Wiatr wieje nareszcie

The Fotoness to super-grupa założona w 1986 roku przez trzech muzyków: Tomasza Lipińskiego – śpiew, gitara; wcześniej Tilt i Brygada Kryzys, Marcina Ciempiela – gitara basowa; wcześniej Lady Pank i Oddział Zamknięty oraz Jarosława Szlagowskiego – perkusja; wcześniej Lady Pank i Oddział Zamknięty. Zespół zadebiutowali w warszawskim klubie Riviera-Remont na początku 1987 roku, wziął udział w festiwalach w Jarocinie i „Poza kontrolą”. W 1988 roku Lipiński reaktywował Tilt co zakończyło działalnośc Fotoness. Po formacji została jedna jedyna płyta oraz kilka nagrań radiowych. Mimo efemeryczności projektu i faktu, że płyta nigdy aż do teraz nie została wznowiona na CD, Fotoness pozostał w pamięci tych, którzy chłonęli muzykę w latach 80. Jak na tamte czasy zespół wyróżniał się chociażby tym, że prawie cały repertuar wykonywał w języku angielskim co wówczas nie było typowe.

The Fotoness w brzmieniu przypominał Tilt z pierwszej płyty z piosenek takich jak „Mówię ci że…”. Choć w latach 80. muzyka Fotoness wydawała się powiewem świeżości a płytę ‚When I Die” mozna było oceniać w samych superlatywach, to z dzisiejszej perspektywy już tak różowo nie jest. „When I Die” jest płytą nierówną. Obok świetnych, dynamicznych, „nowowalowych” killerów takich jak otwierający album „What Comes First” czy przebojów „Another Man”, „Again Again” są utwory niezbyt udane jak „Border Line”, który brzmi tandetnie i sztucznie przez plastikowe brzmienie klawiszy. Nie zachwyca też balladowy, rozleniowiony „When I Die?”. Po jego wysłuchaniu chciałoby się zapytać autorów „po co?”. I tak na krążku przeplatają się utwory lepsze („Like A River”) i gorsze („15 10 5”). Płyta nie jest też koncept albumem a to co jest jej największą wartością to wymiar historyczny. Dzięki „When I Die” można przenieść się w czasie i przypomnieć sobie „jak to było”. Tym, którzy nie wiedzą „jak to było” „When I Die” może posłużyć jako artefakt, który w tym pomoże.

Kompaktowego wydania albumu The Fotoness słucha się zdecydowanie przyjemniej niż winyla. Niestety, ale dźwięk na winylu był bardzo złej jakości. Prawdopodobnie była to wina tłoczenia. Ówczesne polskie produkcje winylowe często psuły jakość dźwięku przez zastosowane kiepskich materiałów albo błędy popełnione na etapie produkowania płyty. Klasycznym przykładem jest pierwsz płyta Armii, którą wytłoczono w oparciu o zdeformowane brzmienie z taśmy matki. Na CD Fotoness, dzięki remasteringowi, uzyskano soczyste, selektywne brzmienie, które sprawia, że do muzyki chętniej się wraca. Zaletą są też bonusy. Wśród nich utwór „To co pierwsze”, który okazał się największym przebojem Fotoness na Liście Przebojów Trójski, a który nie znalazł się na oryginalnej wersji winyla. Podobnie jak pierwszy w ogóle nagrany przez Fotoness utwór pt. „Moje serce płonie” oraz nagranie „Foto”, które ukazało się na winylowej składance „Radio nieprzemakalnych”. Pozostałe bonusy to inne wersje nagrań, które były na wersji winylowej.

The Fotoness to muzyka o korzeniach nowofalowych, ale będąca częścią mainstreamu. Piękna pamiątka z lat 80. i dobrze, że płytę w końcu wznowiono w wersji kompaktowej. [6.8/10]

Andrzej Korasiewicz
03.10.2013

Depeche Mode – Delta Machine

Depeche Mode – Delta Machine
2013 Columbia Records

1. Welcome To My World
2. Angel
3. Heaven
4. Secret To The End
5. My Little Universe
6. Slow
7. Broken
8. The Child Inside
9. Soft Touch / Raw Nerve
10. Should Be Higher
11. Alone
12. Soothe My Soul
13. Goodbye

Deluxe edition

1. Long Time Lie
2. Happens All The Time
3. Always
4. All That’s Mine

Od wydania nowej płyty DM minęły już trzy miesiące a ja nadal nie potrafię jednoznacznie ocenić „Delta Machine”. Od pierwszego wysłuchania wiedziałem, że jest to płyta co najmniej niezła. Ale nie potrafię do dzisiaj stwierdzić czy można ją ocenić wyżej – jako genialną czy wraz z upływem czasu traci na wartości a jej ocena się obniża. Na razie cały czas utrzymuję, że „Delta Machine” to płyta „niezła”.

Na pewno „Delta Machine” nie zawiera muzyki, która od razu wpada w ucho. Dla kogoś kto oczekuje łatwych przebojów, ta płyta może być rozczarowaniem. Na najnowszym albumie Depeche Mode znajdziemy przede wszystkim miks tłustej, „olskulowej” elektroniki syntezatorowej oraz niemal bluesowego feelingu. Zresztą sami muzycy mówią, że do tego wprost nawiązuje tytuł albumu. „Delta” to odwołanie do „delty Mississippi”, która jest źródłem bluesa a „machine” to zaznaczenie, że jeśli mamy do czynienia z bluesem to jest to blues mechaniczny, syntetyczny. Oczywiście z tym bluesem to trochę przesada. Tak naprawdę na płycie nie ma żadnego bluesa. Tutaj chodzi raczej o podkreślenie nieco mrocznego, ciężkiego klimatu jaki chwilami pojawia się w muzyce (np. „Slow”). W przeciwieństwie do mroku noworomantycznego znanego choćby z „Black Celebration”, tutaj mamy do czynienia rzeczywiście z czymś bliskim nastrojowo bluesowi, ale to może wychwycić tylko wprawne ucho. Dla postronnego słuchacza nawiązania do bluesa mogą być czymś mocno naciąganym.

Oprócz konstrowersji związanych z „bluesowością” „Delta Machine”, słyszymy jednak przede wszystkim na płycie dużo „oldskulowych” brzmień nawiązujących do klasycznego syntezatorowo-ekektronicznego image’u Depeche Mode. Utwór „Broken” jest chyba najbliższy takiemu klasycznemu DM. „The Child Inside” to z kolei klasyczny balladowo-akustyczny wtręt wokalny Martina Gore’a (coś jak „Somebody”). Natomiast singlowy „Heaven” to całkiem udana syntezatorowa ballada zaśpiewana przez Gahana. Równie udany, nieco w stylu „Personal Jesus” jest drugi singiel „Soothe My Soul”. Bardzo dobrym, dynamicznym numerem jest też „Soft Touch / Raw Nerve” (nieco w duchu stylistyki z „Playing The Angel”).

Trzeba też wspomnieć, że „Delta Machine” ma swój wstęp („Welcome To My World”) oraz zakończenie („Goodbye”). Depeche Mode postanowili poukładać nagrane utwory w pewną całość dlatego też na podstawową wersję płyty nie trafiły cztery bardzo dobre utwory, które umieszczono na dodatkowym dysku w wersji deluxe („Long Time Lie”, „Happens All The Time”, „Always”, „All That’s Mine”). Według wypowiedzi muzyków, nagrania te również oni uważali za dobre, ale nie pasowały im do koncepcji „Delta Machine”. Mam pewne wątpliwości czy rzeczywiście taki „All That’s Mine” zakłóciłbym koncepcję płyty, gdyby znalazł się na niej np. zamiast „Alone”. No ale stało się tak jak się stało i była to suwerenna dezycja Depeche Mode. Dobrze, że dodatkowe utwory ocalały i ukazały się jako bonusy.

Reasumując. „Delta Machine” to dobry album Depeche Mode. Nie odkrywa w muzyce niczego nowego, nie jest też próbą cofnięcia się w czasie. Na „Delta Machine” mamy do czynienia  raczej z solidnym rzemiosłem i próbą ukazania fanom DM nowych rejonów emocjonalnych przy użyciu tradycyjnego (dla DM) instrumentarium. Próbą  udaną, choć nie zwalającą z nóg. (8/10)

Andrzej Korasiewicz
14.06.2013

Visage – Hearts And Knives

Visage – Hearts And Knives
2013 Blitz Club Records

1. Never Enough
2. Shameless Fashion
3. She’s Electric (Coming Around)
4. Hidden Sign
5. On We Go
6. Dreamer I Know
7. Lost In Static
8. I Am Watching
9. Diaries Of A Madman
10. Breathe Life

„Hearts And Knives” to chyba najbardziej zaskakujący powrót nie tylko tego roku, ale w ogóle ostatnich kilku lat.  Steve Strange, lider Visage, od wielu lat nie miał zbyt wiele wspólnego z tworzeniem muzyki. Ten, dzisiaj 54-letni pan zajmował się natomiast organizacją imprez klubowych (czyli czymś od czego zaczynał). Ale Strange to przecież faktyczny kreator i inicjator stylistyki new romantic, która narodziła się w jego klubie Blitz. Visage, muzyczne „dziecko” Strange’a, wylansował utwór „Fade to Grey”, który obok „Vienna” Ultravox stał się sztandarowym nagraniem „new romantic”. Visage nagrał w sumie trzy płyty i w 1984 roku odszedł w otchłań historii muzyki rozrywkowej. Tak się przynajmniej wydawało. Nikt nie sądził, że Steve Strange będzie miał jeszcze coś muzycznie do zaproponowania. Visage był przecież projektem jednej stylistyki, w której nie chodziło o rozwijanie walorów artystycznych. Visage miał być tłem dla mody new romantic i taką rolę spełniały płyty „Visage” (1980) oraz „The Anvil” (1982). Gdy moda zaczęła się wypalać powstał album „Beat Boy”, na którym Strange próbował oderwać się od stylistyki syntezatorowej. Okazało się jednak, że nie jest zbyt utalentowanym twórcą, bo album był komercyjną i artystyczną klapą.

Płyta „Hearts And Knives” jest niejako potwierdzeniem tego, że Strange nie ma talentu a jego muzyki nie należy traktować jako przejawu działalności artystycznej. Mamy natomiast do czynienia z sentymentalnym powrotem do początku lat 80. i miłą dla ucha muzyczna rekonstrukcją new romantic. Tak jak niektórzy bawią się w historyczne rekonstrukcje, odtwarzając bitwy, które już się kiedyś odbyły, tak „Hearts And Knives” jest taką „Bitwą pod Grunwaldem” synth popu. Album jest więc skierowany do miłosników muzycznego sentymentalizmu i w takich kategoriach należy rozważać muzykę zawartą na „Hearts And Knives”.

Przyjrzyjmy się więc czy dochowano wierności szczegółom i czy czuć na płycie „ducha czasu”? Niewątpliwie odpowiedż na to pytanie musi być twierdząca. Już samo nagranie singlowe, które zapowiadało album „Shameless Fashion” wskazywało na to, że Strange cofnął się w czasie i potrafi odtworzyć klimat początku lat 80. To samo można powiedzieć o otwierającym album „Never Enough” oraz następnych nagraniach: „She’s Electric (Coming Around)”, „Hidden Sign”, „On We Go”. Soczyste, konkretne syntezatory z epoki, niezmienny, nieco niedbały i mechaniczny wokal Strange’a, dobre melodie, aura syntezatorowej dekadencji – to wszystko usłyszymy do połowy płyty. Coś zaczyna się psuć wraz z utworem numer sześć – „Dreamer I Know”. Nagle klimat zmienia się i słyszymy utwór do bólu banalny, tandentny, utworzony jakby na siłę. Podobnie jest z numerem siedem na płycie – „Lost In Static”. Dobra atmosfera powraca wraz z numerem osiem – „I Am Watching” i kontynuowana jest w numerze dziewięć – „Diaries Of A Madman”. Płytę kończy jednak dosyć przeciętny „Breathe Life”, trochę lepszy od wcześniej wymienionych najgorszych nagrań, ale nie dorówujący pięciu pierwszym z „”Hearts And Knives”.

Na dziesięć nagrań mamy więc siedem dobrych rekonstrukcji, dwie beznadziejne i jedną przeciętną. Oceniając płytę w kategoriach sentymentalnych i „rekonstrukcyjnych” wystawiam siedem punktów na dziesięć możliwych. Mimo utworów wadliwych, płyta dobrze oddaje ducha epoki. Warto również podkreślić, że oprócz rekonstrukcji muzycznej, mamy również do czynienia z graficznym i wizerunkowym nawiązaniem do new romantic. Okładka „Hearts And Knives” to niemal kopia debiutanckiego „Visage”. Podobna kolorystyka, te same makijaże, to samo logo. Zaskakujący, ale bardzo sympatyczny powrót, który musi sprawić fanom 80’s sporo przyjemności. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
27.05.2013

OMD – English Electric

OMD – English Electric
2013 BMG/100% Records

1. Please Remain Seated
2. Metroland
3. Night Café
4. The Future Will Be Silent
5. Helen of Troy
6. Our System
7. Kissing The Machine
8. Decimal
9. Stay With Me
10. Dresden
11. Atomic Ranch
12. Final Song

Drugi album OMD, po reaktywacji w 2006 roku w oryginalnym składzie, przynosi brzmienie jeszcze bardziej nawiązujące do klasycznego synth pop/new romantic niż płyta „History of Modern”. Najbardziej kojarzy mi się z debiutanckim albumem „Orchestral Manoeuvres in the Dark” z 1980 roku. Nawet okładka z prostą grafiką geometryczną nawiązuje nieco do tej pozycji. Muzyka jaką odnajdujemy na „English Electric” to proste, syntezatorowe kompozycje, których autorzy nie silą się na poszukiwanie „nowych brzmień”. Po krótkim wstępie pt. „Please Remain Seated” mamy promowany jako singiel „Metroland”, do którego udostępniono w sieci miesiąc przed premierą teledysk. Słyszymy prosty, jednostajny bit okraszony syntezatorowymi melodyjkami rodem z Atari czy Commodore 64. I właśnie duch takiej pierwotnej, prymitywnej wręcz elektroniki unosi się nad całym albumem. „English Electric” nie jest więc płytą, która spodoba się każdemu. Mimo nieco odświeżonego brzmienia, muzyka OMD anno domini 2013 brzmi archaicznie i nienowocześnie. Z drugiej strony wielu poszukuje właśnie takich „oldskulowych” brzmień, bo ile można słuchać starych, znanych na pamięć płyt? Nowa propozycja OMD skierowana jest właśnie do takich słuchaczy. Tych, którzy nie szukają „nowych brzmień”, ale nowych płyt ze starymi brzmieniami. Z tego punktu widzenia płyta OMD jest doskonała. A jednak pozostawia we mnie pewien niedosyt. Po pierwsze czasami OMD „przesadza” z tym archaizmem, jak w utworze „Kissing The Machine”, który moim zdaniem brzmi jakby do syntezatora dorwało się dziecko, które tworzy jedynie dla zgrywy. Po drugie, na „English Electric” brakuje przynajmniej jednego numeru bardziej chwytliwego – przeboju. Mimo że właściwie wszystkie nagrania są rytmiczne, taneczne, „popowe”, to nie odnajdziemu tutaj czegoś na miarę „Electricity” czy „Messages”.

Reasumując. Mam wrażenie, że panowie Andy McCluskey, Paul Humphreys, Malcolm Holmes i Martin Cooper wrócili za pomocą maszyny czasu, którą najwyraźniej posiadają do przełomu lat 70/80, ale nie udało im się stworzyć choć jednego utworu klasy wspomnianych „Electricity” i „Messages”. Promujący płytę „Metroland” jest wprawdzie dosyć chwytliwy, ale ta chwytliwośc opiera się na jednostajnym bicie i rytmice a nie na melodii, przez co dla niektórych może być nieco nużący. I właśnie dobrych melodii trochę brakuje na „English Electric”. Mimo tego mankamentu pozycja obowiązkowa dla fanów 80’s. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
12.04.2013

Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty

Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty
1983 Polskie Nagrania

1. Odmienić Los
2. Party
3. Zabijać Siebie
4. Obudź Się
5. Jestem Zły
6. Andzia I Ja
7. Twój Każdy Krok
8. Ich Marzenia
9. Na To Nie Ma Ceny
10. Ten Wasz Świat

Oddział Zamknięty kojarzy się pewnie niektórym (którzy w ogóle kojarzą zespół) z dosyć typowym rockowym graniem do kotleta. Grupa do dzisiaj funkcjonuje na rynku muzycznym, choć niewiele ma wspólnego z Oddziałem, którego wokalistą był Krzysztof Jaryczewski. Ten charyzmatycznym lider ukształtował wizerunek zespołu i mimo że kariera Oddziału z Jaryczewskim trwała ledwie 3 lata (1982-85), trudno przejść obojętnie wobec tego fenomenu. Bo Oddział był w pierwszej połowie lat 80. fenomenem. Grupa zawojowała wtedy rynek muzyczny i niewiele ustępowała w popularności Republice czy zespołom Maanam, Perfect, Lady Pank. Zespół brzmiał chłopięco a przy tym zadziornie, rockowo, ale i melodyjnie, przebojowo. Oddział zasłynął też z typowo „rock’n’rollowego” stylu życia. Rozróby w hotelach wykreowały wizerunek „niegrzecznych chłopców”. Wówczas grupa grała koncerty niemal codziennie. W ciągu tych 2-3 lat Oddział był w permenentnej trasie koncertowej. Jak opowiada Jaryczewski, muzycy często nie wiedzieli w jakiej aktualnie znajdują się miejscowości. Odgrywali koncert, po występie balanga, trochę snu, a rano w drogę, by kolejnego dnia powtórzyć ten sam schemat. I tak codziennie. Nic dziwnego, że muzycy korzystali z używek i nic dziwnego, że organizm nie mógł tego wytrzymać. W takim trybie życia celował Krzysztof Jaryczewski.

W 1985 roku „Jary” stracił głos. Muzyk wpadł też w uzależnienie od alkoholu, z którym się borykał przez następne lata o czym dzisiaj chętnie opowiada, by przestrzec przed takim trybem życia innych. Dramat Jaryczewskiego nie tylko złamał jego karierę, przetrącił również kręgosłup zespołowi. Wokalista do dzisiaj nie odzyskał w pełni głosu. Mimo, że mózgiem muzycznym grupy był Wojciech Łuczaj Pogorzelski, to Jaryczewski był postrzegany jako lider i to dzięki niemu grupa był popularna i rozpoznawalna. Charakterystyczna chrypka Jarego i pasja z jaką wykrzykiwał kolejne manifesty Oddziału przyciągały do grupy fanów i budowały jej popularność. Gdy zabrakło Jarego, wypalił się również Oddział. Kolejni wokaliści, których brał do składu Wojciech Łuczaj Pogorzelski nie uratowali zespołu. W końcu w 1987 roku grupa zawiesiła działalność. Oddział wrócił w latach 90. Wówczas niewielką popularność udało się odbudować dzięki Jarosławowi Wajkowi, ale to nie był ten sam zespół co Oddział z Jarym. Wokal Jaryczewskiego nadawał grupie wyjątkowości. Oddział z Wajkiem to zwykła, przeciętne grupa rockowa. Ale i Wajk odszedł od Oddziału w 1996 roku. Od tej pory zespół funkcjonuje na marginesie muzyki, jako żywy dinozaur. Pogorzelski próbuje następnych wokalistów. W 2001 roku ukazał się nawet premierowy materiał. Ale to wszystko w niczym nie przypomina dni chwały Oddziału z lat 80.

Gdy w 1983 roku ukazała się debiutancka płyta „Oddział Zamknięty”, grupa miała już na koncie wiele hitów. Wówczas popularność zespołu była już ugruntowana a szaleństwo na jego punkcie przypominało lokalną wersję „bitlemani”. Do historii przeszło podpisywanie omawianej płyty w warszawskim EMPiKu. Z powodu tłumu fanów na ulicy Marszałkowskiej został zablokowany ruch. W salonie zostały powybijane szyby. Nie obyło się bez interwencji milicji, zespół zaś musiał uciekać tylnym wyjściem.

Żywiołowość Oddziału często porównywano do Rolling Stones. Stylistycznie grupa również mieściła się w kategorii klasycznego rocka, jednak był to rock oscylujący nieco w kierunku muzyki postnowofalowej. Punkową zadziorność można wyczuć np. w utworze „Ten Wasz Świat”, zresztą jednym z większym przebojów grupy. Z pewnościa najbardziej znanym nagraniem z tego okresu jest „Party”, które do dzisiaj jest stałym elementem wszystkich śpiewników ogniskowych. Dużym przebojem okazała się równiez ballada „Obudź Się” (numer 1 na Liście Trójki). Sporo zamieszania wiązało się z utworem „Andzia i ja”, który pierwotnie nosił tytuł „Gandzia i ja”. Z wiadomych względów (niepolitycznych bynajmniej) cenzura nie zgodziła się na taki tytuł. Jednak zmiana tytułu nie pomogła. Ten przebojowy numer nie dostał się na szczyt, bo wszyscy i tak wiedzieli o czym śpiewa (na swoją zgubę jak się później okazało) Jary. Starali się więc nie lansować przeboju. Cała płyta „Oddział Zamknięty” to kopalnia hitów. „Nowofalowość” słychać również w numerze „Twoj każdy krok”. „Ich marzenia” są nieco podobne do twórczości The Police. „Jestem Zły” brzmi hardrockowo. Niewątpliwie na płycie mamy do czynienia z muzyką prostą i nieskomplikowaną. Nieskomplikowane były też teksty Oddziału. Mówiły albo o miłości, albo o rozterkach dojrzewającego młodego człowieka. I właśnie to, w połączeniu ze zgrabnymi melodiami oraz charyzmatycznym wokalem Jarego wyniosło Oddział Zamknięty na szczyt. Może właśnie dzięki tej prostocie muzyka Oddziału z Jarym broni się również po latach? [8/10]

Andrzej Korasiewicz
27.02.2013

Depeche Mode – Heaven

Depeche Mode – Heaven
2013 Columbia/Sony
Single
1. Heaven (Album Version)
2. All That’s Mine (Deluxe Album Version)

Maxi

1. Heaven (Album Version)
2. Heaven (Owlle Remix)
3. Heaven (Steps To Heaven Rmx) – Thomas Fehlmann
4. Heaven (Blawan Remix)
5. Heaven (Matthew Dear Vs. Audion Vocal Mix)

„Heaven” jest pierwszym singlem zapowiadającym nową płytę Depeche Mode pt. „Delta Machine”, która ukaże się 26 marca. Depeche Mode to dzisiaj wielka machina marketingowa, która działa jak każda inna firma a jej działania ukierunkowane są na jedno – jak największy zysk. Wiadomo, że zysk będzie wtedy, kiedy fanom spodoba się muzyka na nowej płycie, dlatego jakość samej muzyki również ma znaczenie. Żeby było jasne. Ja nie krytykuję tego marketingowego podejścia Depeche, ale piszę o nim, żeby można było oddzielić sferę marketingu od twórczości.

Depeche Mode atmosferę zaczęło podgrzewać już w 2012 roku. Przecieki o wydaniu nowej płyty oraz trasie koncertowej zaczęły rozpalać serca fanów wiele miesięcy temu. W końcu odbyła konferencja prasowa w październiku, na której zaprezentowano fragmenty filmowo-muzyczne z pracy w studio oraz podano daty koncertów. W styczniu dowiedzieliśmy się jaki będzie tytuł nowej płyty oraz promującego singla. Drugiego lutego ukazał się singiel „Heaven” – od razu w dwóch wersjach. Singiel podstawowy zawiera albumową wersję utworu „Heaven” oraz nagranie „All That’s Mine”, które znajdzie się na dodatkowym dysku wersji deluxe „Delta Machine”. Druga wersja singla to tzw. „maxisingiel”, na którym znajdziemy ponownie albumową wersję „Heaven” oraz cztery remiksy tego utworu. Ponieważ do wydania „Delta Machine” jeszcze niemal dwa miesiące, z pewnością sporo osób kupiło oba single (to wyczekiwanie…). Ja równiez należę do tej grupy. Należy więc stwierdzić, że fani zostali świetnie rozegrani, tak by wyciągnąć od nich jak najwięcej pieniędzy. Nie żebym się skarżył. To raczej podziw profesjonalizmu biznesowego Depeche Mode.

Tak to wygląda z marketingowego punktu widzenia. A jak jest muzycznie? Ponieważ to właściwie tylko dwa nowe utwory, to trudno przewidzieć w jakim kierunku ostatecznie wyewoluuje płyta. Skrawki muzyczne z konferencji prasowej w 2012 roku wskazywały na brzmienie wręcz industrialne. Singlowy „Heaven” jest natomiast lekko zakwaszoną balladą, bliską tego co Gahan robił ostatnio z Soulsavers. „All That’s Mine” jest utworem bardziej dynamicznym i wielu osobom podoba się bardziej niż „Heaven”. Ponieważ jednak Depeche Mode postanowili nie umieszczać go na podstawowej wersji albumu powstaje pytanie, czy pozostałe utwory są tak dobre, że szkoda im było miejsca na „All That’s Mine”, czy może muzycy DM stracili busolę i nie bardzo potrafą odróżnić dobre utwory od tych gorszych? Czas pokaże. Tymczasem stwierdzę tylko, że należę do osób, którym „Heaven” podoba się i to w podstawowej wersji. Same remiksy nie ruszają mnie specjalnie. Ot, miłe dodatki. Najbardziej przekonuje mnie „Heaven (Blawan Remix)”. Dobry jest też numer „All That’s Mine”. W związku z tym, że nie znajdzie się na „Delta Machine” pozostaję z nadzieją, że płyta będzie naprawdę dobra. Niedługo wszystko się okaże. [8/10]

Andrzej Korasiewicz
11.02.2013

Sal Solo – Heart & Soul

Sal Solo – Heart & Soul
1985/2006 MCA/Cherry Red

1. Heartbeat
2. Poland (Your Spirit Won’t Die)
3. Shout! Shout!
4. San Damiano
5. Music + You
6. Contact
7. Go Now
8. Forever Be

bonus 2006 edition

9. Adoramus Te
10. Just A Feeling
11. How Was I To Know?
12. Metanoia
13. Drift Away

Sal Solo, czyli wokalista niezwykle popularnego w Polsce w latach 80. syntezatorowego zespołu Classix Nouveaux (http://apop.pl/strona/index.php?option=com_content&task=view&id=101&Itemid=52), wydał w 1985 roku debiutancką i zarazem pożegnalną płytę „Heart & Soul”. Nie żeby Sal nie nagrywał później muzyki, ale po nawróceniu na chrześcijaństwo przestał wydawać płyty nastawione na zysk i zdobycie popularności. Głównym celem jego twórczości stał się przekaz chrześcijański. Muzyka jaką od tego czasu tworzy Sal Solo jest różnorodna, choć głównie utrzymuje charakter zwykłego popu z elementami gospel i wtrętami innych stylistyk, ale przede wszystkim jest dodatkiem do słów niosących chrześcijańskie przesłanie.

W latach 1984-85 Sal Solo wraz z kolegami z właściwie już nie istniejącego Classix Nouveaux (grupa reaktywowała się specjalnie, żeby wystąpić w Polsce) znajdował się na szczycie popularności. Najpierw listę przebojów Trójki opanował numer „Heart From The Start” CN (cztery razy na pierwszym miejscu) a na przełomie 1984 i 85 roku na pierwsze miejsce trafił solowy numer wokalisty pt. „San Damiano” (również cztery razy na szczycie LP3). Pomiędzy tymi numerami wylansowano utwór pt. „Poland (Your Spirit Won’t Die)” (doszedł do piątego miejsca LP3) nagrany w hołdzie Polsce. Na liście występował jako numer Classix Nouveaux, choć ukazał się później na solowej płycie Sala.

W 1985 roku, kiedy wydawało się, że Classix Nouveaux definitywnie przestał istnieć, Sal Solo wydał omawianą płytę „Heart & Soul”, która okazała się kopalnią przebojów. Po pierwsze, znalazły się na niej znane już wcześniej utwory „San Damiano” i „Poland (Your Spirit Won’t Die)”. Kiedy zmalała popularność „San Damiano” w charakterze singla promującego solowy album wokalisty CN ukazał się „Music + You” (2. pozycja na LP3). Co dziwne, kolejne numery, które lansowała Trójka z solowej płyty wokalisty nie istniejącego Classix Nouveaux, trafiały na listę jako nagrania… Classix Nouveaux. Zatem „Heartbeat” w połowie 1985 roku doszedł do 3. miejsca LP3 a „Shout! Shout!” 14 września 1985 roku był nawet liderem zestawienia! Oczywiście oba jako numery Classix Nouveaux. Pokazuje to pokrętność tamtych czasów, specyfikę popularności Classix Nouveaux oraz Sala Solo w Polsce no i przede wszystkim nonszalancję i dowolnośc w podejściu do rzeczywistości ówczesnych radiowych macherów. A bezpośrednią przyczyną była czasowa reaktywacja Classix Nouveaux, który przybył wtedy do Polski na koncerty i podczas trasy grał również solowe numery wokalisty. Sal Solo i Classix Nouveaux karierę na liście zakończyli w grudniu 1985 roku, kiedy numer „Forever Be” doszedł do 5. miejsca LP3. Tym razem utwór „występował” jako nagranie Sala Solo.

O silnych związkach Sala Solo z Polską może świadczyć również to, że na okładce płyty „Heart And Soul” widnieje reprodukcja fragmentu obrazu z jasnogórskiej Sali Rycerskiej, przedstawiającego oblężenie klasztoru. Poza tym w teledysku do „San Damiano” nakręconym w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie brali udział chórzyści z chóru Lutnia.

„Heart And Soul” to w istocie pożegnanie z noworomantyczna twórczością Classix Nouveaux i poprzez delikatne akcenty chrześcijańskie pokazanie drogi, którą Sal Solo wtedy zaczął wtedy podążać i robi to konsekwentnie do dzisiaj. Muzycznie jest to kontynuacja albumu „Secret” Classix Nouveaux i z tego punktu widzenia rzeczywiście płyta „Heart And Soul” mogłaby być firmowana nazwą Classix Nouveaux. Pod względem jakości kompozycji jest nawet lepiej niż na „Secret”. Osiem utworów nie tworzy wprawdzie zwartej całości, ale przeciętnie poszczególne utwory są bardziej udane niż na płycie „Secret”. „Heart And Soul” robi wrażenie nieco nieskładnej zbieraniny kończącej pewien etap twórczości. Obok niekwestionowanego hitu „San Damiano” , niezwykle zgrabnego i udanego przeboju „Music + You” oraz pięknej ballady „Forever Be”, nieco przypominającej „San Damiano” na płycie znalazł się równiez numer „Contact”, który wcześniej Sal Solo zaśpiewał na płycie franckuskiego zespołu Rockets, z którym również występował.

„Heart & Soul” na swoją kompaktową premierę czekał aż do 2006 roku. Na reedycji, oprócz ośmiu kompozycji z oryginalnego winyla, znalazło się pięć bonusów. „Adoramus Te” to singiel wydany w 1987 roku już w pełni chrześcijańskiej fazie życia Sala Solo. Muzycznie bardzo jeszcze zbliżony do klimatu „San Damiano”.  Z tego samego 1987 roku pochodzi „How Was I To Know?” – numer zdecydowanie słabszy. „Just A Feeling” to druga strona 12′ „Forever Be” z 1985 roku. Z kolei „Metanoia” i „Drift Away” to nagrania pochodzace oryginalnie z limitowanego wydania kasety magnetofonowanej pt. „Metanoia” z 1992 roku, choć nagrane jeszcze w latach 80. Oba już trochę w innym klimacie niż syntezatorowy pop. Moim zdaniem słabe. Jedyne co jest dobre i klimatyczne to głos Sala Solo. Muzyka nieco koszmarkowata.

Podsumowując. Dla fanów 80’s pozycja obowiązkowa. Dla innych niekoniecznie. Mimo że płyta wielkim osiągnięciem artystycznym nigdy nie była to w kolekcji maniaka 80’s musi być :). [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
13.12.2012

Limahl – Don’t Suppose

Limahl – Don’t Suppose
1984/2012 EMI/Gold Legion1. Don’t Suppose     4:19
2. That Special Something  4:16
3. Your Love     4:27
4. Too Much Trouble     3:57
5. Never Ending Story    3:31
6. Only For Love     3:56
7. I Was A Fool     4:45
8. The Waiting Game     4:03
9. Tar Beach     3:46
10. Oh Girl     4:39

bonus

11. Never Ending Story (12″ Dance Mix)    5:20
12. Only For Love (Dance Mix)     6:35

Limahl miał w połowie lat 80. status megagwiazdy. Dziewczynki wieszały sobie zdjęcia Limahla na ścianie i kochały się w nim „na zabój” a niektórzy chłopcy starali się naśladować charakterystyczną fryzurę Christophera Hamilla, bo tak naprawdę nazywa się Limahl. Ten brytyjski wokalista popularność zdobył dołączając do nowofalowej grupy Art Nouveau, która zmieniła nazwę na Kajagoogoo i styl na modny wówczas synth pop. Utwór „Too Shy” z 1982 r. wyniósł w 1983 roku Kajagoogoo na szczyt list przebojów a z samego  Limahla uczynił gwiazdę światowego formatu. Ukoronowaniem sukcesu była debiutancka płyta pt. „White Feathers”, która dotarła do 5. miejsca brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się albumów w 1983 roku. Zaraz po tym fakcie, niesiony popularnością Limahl odszedł z Kajagoogoo i nagrał debiutancki, solowy singiel „Only For Love”, który zdobył sporą popularność. Rokiem Limahla był niewątpliwie rok następny – 1984. Wtedy Brytyjczyk wydał debiutancką płytę solową „Don’t Suppose” oraz odniósł sukces jednym z najbardziej rozpoznawalnych do dzisiaj utworów 80’s „Never Ending Story”. Ten motyw przewodni baśniowego filmu fantasy Wolfganga Petersena pt. „Niekończąca się opowieść” zapewnił Limahlowi nieśmiertelność muzyczną. Oprócz tego sukces, choć mniejszy odniósł jeszcze singiel „Too Much Trouble”. Potem jednak solowa kariera wokalisty zaczęła zwalniać. Czasy zmieniały się i syntezatorowy pop tracił na popularności. Wydana w 1986 roku druga płyta pt. „Colour All My Days” była komercyjną porażką, choć singlowy „Love In Your Eyes” został jesze odnotowany na listach przebojów. Ale to właściwie łabędzie śpiew Limahla. Wokalista popadał w zapomnienie. Wydany w 1992 roku trzeci album „Love Is Blind” przeszedł całkowicie bez echa. Od tego czasu Limahl właściwie przestał nagrywać. Dodatkowym smaczkiem stało się ujawnienie Limahla jako …geja. Dla wielu była to informacja szokująca, bo Limahl był kreowany w latach 80. na męski wzór i obiekt westchnień nastoletnich panienek. A tutaj taki numer…

Limahl próbował powrócić w 2006 roku singlem „Tell Me Why”, ale ten został zauważony jedynie w Niemczech. W tym samym mniej więcej czasie zszedł się z resztą Kajagoogoo, ale reunion nie odbiło się szerszym echem. Poza nielicznymi wspólnymi koncertami, które wzbudziły zainteresowanie jedynie z przyczyn sentymentalnych wśród osób pamiętających kultowy status Limahla i Kajagoogoo w latach 80., powrót Limahla nie zainteresował nikogo. O skali obojętności na twórczość Limahla najlepiej niech świadczy fakt, że debiutancka, solowa płyta wokalisty aż do tego roku nigdy nie ukazała się na CD. Dopiero w tym roku, amerykańska wytwórnia Gold Legion postanowiła nadrobić zaległości i wypuściła „Don’t Suppose” w formie CD. I choć płyta jest dostępna tylko na rynku USA, to dzisiaj na szczęście nie jest już przeszkodą, by do niej dotrzeć.

Co można napisać o samej muzyce na „Don’t Suppose”? Mamy do czynienia z popem skrojonym na modłę lat 80.. Wydaje się, że płytę można słuchać niemal wyłącznie z przyczyn sentymentalnych. Nie jest i nigdy nie było to żadne osiągnięcie artystyczne. Płyta była nagrana wyłącznie z przyczyn komercyjnych – miała wykreować Limahla na gwiazdę pop i wtedy to się udało. Mimo wszystko trudno odmówić piosenkom, które znalazły się na płycie przebojowości. No i przede wszystkim krążek utrzymany jest w charakterystycznym dla pierwszej połowy 80’s duchu syntezatorowego popu. Z pewnością dla fanów 80’s kompaktowe wydanie „Don’t Suppose” jest wydarzeniem. Trudno mi ocenić czy płyta się zestarzała. Ja należę do tej grupy słuchaczy, która wielkim sentymentem darzy „Don’t Suppose” i nic tego nie zmieni :). W porównaniu do współczesnej popowej sieczki „Don’t Suppose” wydaje się być mistrzostwem świata w kategorii komercyjnego popu. A biorąc pod uwagę fakt, że Limahl jest dzisiaj kompletnie zapomniany, to można go nawet podciągnąć pod underground ;). [6.5/10]

Andrzej Korasiewicz
04.12.2012

Arcadia – So Red the Rose

Arcadia – So Red the Rose
1985/2010 Parlophone/EMI

CD 1

1. Election Day (5:30)
2. Keep Me in the Dark (4:32)
3. Goodbye Is Forever (3:49)
4. The Flame (4:24)
5. Missing (3:40)
6. Rose Arcana (0:51)
7. The Promise (7:30)
8. El Diablo (6:05)
9. Lady Ice (7:32)

Bonus tracks:

10. Say The Word (Theme from Playing For Keeps) – 7″ Edit (4:29)
11. She’s Moody And Grey, She’s Mean And She’s Restless (4:28)
12. Election Day – Single Version (4:30)
13. Goodbye Is Forever – Single Remix (4:16)
14. The Promise – 7″ Mix (4:45)
15. The Flame – 7″ Remix (4:05)
16. Say The Word – (Theme from Playing For Keeps) – Soundtrack Version (5:06)

CD 2

1. Election Day – Consensus Mix (8:39)
2. Goodbye Is Forever – 12″ Extended Vocal Mix (6:37)
3. The Promise – Extended Version (5:35)
4. Rose Arcana – Extended (5:37)
5. The Flame – Extended Remix (7:20)
6. Say The Word (Theme from Playing For Keeps) – Extended Vocal Remix (6:30)
7. Election Day – Cryptic Cut (9:06)
8. The Promise – 12″ Mix (7:02)
9. Goodbye Is Forever – Dub Mix (5:13)
10. Say The Word (Theme from Playing For Keeps) – Extended Instrumental Remix (5:46)
11. Election Day – Early Rough Mix (8:41)
12. Flame Game – Yo Homeboy Mix (2:05)

DVD

1. Filming „Election Day” – Paris, France, September 1985
2. Election Day (7:47)
3. Filming „The Promise” – Cote D’Azur, France, December 1985
4. The Promise (4:46)
5. Filming „Goodbye Is Forever” – London, UK, January 1986
6. Goodbye Is Forever (4:11)
7. Filming „The Flame” – London, UK, April 1986
8. The Flame (4:00)
9. Filming „Missing” – London, UK, December 1986
10. Missing (3:40)

W 1985 roku zespół Duran Duran w praktyce zawiesił dzaiałalność. Muzycy Durans najwyraźniej byli sobą znużeni i postanowili spróbować sił w innych projektach. John Taylor i Andy Taylor wzięli udział w nagraniach Power Station, grupie utworzonej przez nich wraz z Robertem Palmerem i Tony Thompsonen (byłym perkusistą Chic). Pozostali muzycy Durans – Simon LeBon, Nick Rhodes i Roger Taylor – powołali do życia formację Arcadia. Wydana w tym samym roku płyta „So Red The Rose” pokryła się w USA platyną a muzycy do współpracy zaprosili m.in. Grace Jones, Stinga oraz gitarzystę Pink Floyd Davida Gilmoura. To najlepiej świadczy o ówczesnym statusie Duran Duran.

„So Red the Rose” ma brzmienie bardzo zbliżone do starego Duran Duran, choć jest bardziej subtelne i wysmakowane, przesuwając tym samym muzyków Durans z kręgu new romantic w stronę inteligentnego 80’s pop. Płyta rozpoczyna się od singlowego „Election Day”, który mimo że nie stał się wielkim przebojem, urzeka swoją motoryką i transowością. Po bardzo udanym wstępię mamy dosyć przeciętny „Keep Me in the Dark”, który stylistycznie lokuje się między noworomantycznym Duran Duran a twórczością po „Notorious”. Kolejnym jest bardzo zgrabny „Goodbye Is Forever”, który brzmi jak klasyczny numer Duran Duran. „The Flame” to już czasy „Notorious”. Klimatyczny, balladowy „Missing” wprowadza nas w drugą częśc albumu. Po krótkiej przejściówce „Rose Arcana” słyszymy „The Promise” z udziałem Stinga oraz dwa wieńczące dzieło nagrania „El Diablo” i „Lady Ice”. Już „The Promise” udowadnia, że Arcadia to dojrzalsza wersja Duran Duran. Piękny refren z wokalizą Stinga w tle buduje niepowtarzalny klimat. Mimo użycia instrumentów dętych i zastosowania innych rozwiązań charakterystycznych dla grup popowych wyraźnie słychać i czuć w Arcadii korzenie noworomantyczne. Prawdziwymi majstersztykami są natomiast wspomniane „El Diablo” i „Lady Ice”. Oba utrzymane w spokojnym tempie mają w sobie transowość i klimat noworomantycznej ballady przywołując na myśl najlepsze momenty Duran Duran – „The Chauffeur”, „Save a Prayer”. Wokal Simona LeBona daje poczucie, że Arcadia to właściwie inna nazwa dla Duran Duran. Bo faktycznie tak jest. Płyta Arcadii ma więcej wspólnego z klasycznym Duran Duran niż niektóre płyty wydane pod tym szyldem po 1986 roku.

„So Red the Rose” to z jednej strony płyta przejściowa między klasycznym syntezatorowym okresem twórczości Duran Duran a tym co nastąpiło po wydaniu w 1986 roku płyty „Notorious”. Z drugiej strony jest to opus magnum klasycznego Duran Duran, mimo że w składzie brakuje dwóch Taylorów a płyta ukazała się pod nazwą Arcadia. Choć są tutaj nagrania słabsze, to wszystko rekompensuje genialna końcówka. Jako całośc album zasługuje na wysoką ocenę i można go nazwać bez przesady jednym z majstersztyków popu lat 80.

Rok 2010 przyniósł kolekcjonerską reedycję albumu. Płyta podstawowa została wzbogacona o utwór „Say The Word”, który ukazał się na singlu w 1986 r. a oryginalnie pochodził z filmu „Playing for Keeps”. To był ostatni akt twórczy Arcadii. Po tym nagraniu muzycy postanowili przegrupować się i również w okrojonym składzie, ale innym niż Arcadia, działać jako Duran Duran, czego efektem było wydanie płyty „Notorious”. Oprócz „Say The Word” pierwszy dysk omawianej reedycji wzbogacony jest jeszcze singlową wersją „Election Day” oraz innymi nagraniami z drugich stron singlii i ep. Edycja zawiera również drugi dysk CD z kolejnymi dwunastoma wersjami singlowymi i wydłużonymi nagrań z „So Red the Rose” oraz dysk DVD, na którym znalazło się pięć klipów oraz pięć filmików o tym jak powstawały. Warto zaznaczyć, że klipy to osobne dziełka sztuki pop. Do reżyserowania video do numeru „Missing” zaproszono fotografa Deana Chamberlaina, który zasłynął jako twórca efektów specjalnych z użyciem wydłużonego czasu ekspozycji. W 1988 roku muzycy Duran Duran zaprosili go ponownie do współpracy przy realizacji teledysku do „All She Wants Is”, który potem zdobył nagrodę MTV w kategorii “najbardziej innowacyjne wideo”.

Dla fanów Duran Duran oraz innych miłośników brzmień 80’s „So Red the Rose” to pozycja obowiązkowa. (8/10)

Andrzej Korasiewicz
03.10.2012

Howard Jones – Human’s Lib

Howard Jones – Human’s Lib
1984 – WEA

1. Conditioning        4:32
2. What Is Love? (Extended Version)     6:32
3. Pearl In The Shell     4:03
4. Hide And Seek     5:34
5. Hunt The Self     3:42
6. New Song             4:15
7. Don’t Always Look At The Rain     4:13
8. Equality     4:26
9. Natural     4:25
10. Human’s Lib     4:03
11. China Dance          3:49

Howard Jones urodził się 23 lutego 1955 roku w Southampton, w Anglii. Dzisiaj jest więc niemal 60-letnim starszym panem, który znajduje się na obrzeżach brytyjskiej muzyki pop. W Polsce jest niemal zupełnie zapomniany, choć przeboje z lat 80. regularnie trafiają do playlist największych komercyjnych rozgłośni radiowych. Prawie nikt już nie pamięta, a młodzież nie wie, że w pierwszej połowie lat 80. ten brytyjski wokalista był ikoną synth popu i jedną ze wschodzących gwiazd new romantic. Zadebiutował singlem „New song” w 1983 roku. Na video clipie nakręconym do tego utworu widać wokalistę w powyciąganym białym swetrze z typową dla lat 80. bujną fryzurą, w której lakierowane włosy znajdowały się w dobrze zaplanowanym „nieładzie”. Video do tej piosenki wyniosło singiel na trzecie miejsce brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się singli oraz do pierwszej trzydziestki U.S. Billboard Hot 100. Kolejny singiel pt. „What Is Love?” wydany w tym samym 1983 roku, dotarał do 2. miejsca UK Singles Chart. To było potwierdzenie miejsca Jonesa w mainstreamie opanowanym wówczas przez gwiazdy new romantic i synth pop.

W 1984 roku Howard Jones ugruntował swoją pozyję wydając debiutancki album „Human’s Lib”. Znalazły się na nim wspomniane dwa single oraz kolejne utwory utrzymane w tym samym, syntezatorowym duchu. Zdecydowanie wyróżnia się w tym towarzystwie przepiękna, syntetyczna ballada „Hide And Seek”, która stała się trzecim singlem z tej płyty. Według mnie to najlepszy utwór Howarda Jonesa w ogóle i absolutny klasyk syntezatorowego popu. W moim przekonaniu „Hide And Seek” może nawet konkurować ze słynną „Vienna” Ultravox, choć jednak ustępuje Midge Ure’owi i spółce. Czwartym i ostatnim singlem, moim zdaniem najsłabszym, był numer „Pearl in the Shell”. Mimo mojej opinii, „Pearl in the Shell” doszedł do 7. miejsca UK Singles Chart a „Hide And Seek” zaledwie do 12. Sam album „Human’s Lib” był jednak jedną z najlepiej sprzedających się płyt w 1984 roku. Osiągnął na Wyspach podwójną platynę i doszedł do 1. miejsca listy najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii. W USA nie poradził sobie już tak dobrze. Polska jest osobna planetą w tym towarzystwie, bo w PRL w ogóle nie ukazywały się zachodnie płyty. Skazani byliśmy na zgrywanie płyt z państwowego radia (legalne piractwo). Jednak i w Polsce Howard Jones zaznaczył swoją popularność. Trzy z wymienionych singli (oprócz „New song”) grane były w radiowej Trójce, czego efektem była ich obecności w zestawieniach Listy Przebojów Programu Trzeciego. Z kolei video do „New song” można było zobaczyć czasami w Videotece. Dzięki temu Polacy wychowani muzycznie w siermiężnych latach 80. również mieli dostęp do radosnej twórczości Howarda Jonesa i z pewnością wszyscy go wspominamy z sentymentem.

O pozycji Howarda Jonesa na brytyjskiej scenie pop w połowie lat 80., najlepiej może świadczyć fakt, że w 1985 roku artysta wystąpił na słynnym Live Aid. A do tego przedsięwzięcia zaproszono tylko śmietankę najlepszych i najpopularniejszych wówczas. Kariera Jonesa nie trwała jednak długo i zaczęła gasnąć wraz ze zmierzchem epoki new romantic. Dobry był jeszcze rok 1985, w którym muzyk nie tylko wystąpił na Live Aid, ale i wydał drugi album „Dream into Action”, który sprzedał się tylko nieco gorzej od debiutu. Trzecia płyta pt. „One to One” z 1986 roku, mimo zastosowania tych samych patentów muzycznych co na wcześniejszych wydawnictwach, zaczęła zwiastować jednak upadek Howarda. Mimo że osiągnęła 10. miejsce najlepiej sprzedających się płyt w 1986 roku na Wyspach, wówczas odebrano to jak porażkę. Single z tego wydawnictwa dotarły zaledwie do trzeciej i czwartej dziesiątki UK Singles Chart. O dziwo, jeden z singli lepiej poradził sobie w USA.

Wtedy Howard Jones postanowił zrezygnowac z syntezarorowego popu, który właśnie wyszedł z mody i poszukać nowego stylu. Zaprowadziło go to do grania całkowicie bezbarwnego popu. W tym bezpłciowym stylu muzyk wydaje od ponad 20 lat kolejne wydawnictwa, które przechodzą bez echa. W 2005 roku próbował wrócić do synth popu wydając płytę „Revolution of the Heart”. Wyszło bardzo dobrze, ale nie poprawiło sprzedaży płyt. Wydawnictwa Jonesa od dawna nie są nawet odnotowywane w pierwszej 100. najlepiej sprzedawnych płyt i singli. Ale Howard Jones cały czas jest aktywny. W tym miesiącu (w tym roku!) odbyła się trasa koncertowa po Australii, podczas której muzyk w całości wykonuje swoje dwie pierwsze płyty „Human’s Lib” i „Dream into Action”. Sukcesywnie ukazują się też wznowienia starych płyt Howarda.

Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z twórczością Howarda Jonesa to powinien zacząć właśnie od „Human’s Lib”. Jest tutaj najlepszy utwór Jonesa w ogóle („Hide And Seek”), są największe jego przeboje („What Is Love?”, „New Song’). Cała płyta to zgrabny, przebojowy i skoczny syntezatorowy pop. Dzisiaj chwilami brzmi może nieco archaicznie, ale dla poszukiwaczy prawdziwych brzmień z lat 80. jest to pozycja obowiązkowa. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
21.09.2012

Classix Nouveaux – Night People

Classix Nouveaux – Night People
1981/2003 Cherry Red

1. Foreward     3:22
2. Guilty     4:39
3. Run Away     2:39
4. No Sympathy, No Violins     4:04
5. Inside Outside     4:18
6. 623     2:27
7. Every Home Should Have One     3:54
8. Tokyo     2:38
9. Or A Movie     4:28
10. Soldier     3:43
11. The Protector Of Night     5:20

Bonus Tracks (Remaster 2003 edition):

12. The Robot’s Dance     3:53
13. Nasty Little Green Men     3:13
14. Test Tube Babies     2:44
15. Night People     3:51
16. Old World For Sale     2:34
17. 627     2:28
18. We Don’t Bite     3:23

„Night People” to debiut Brytyjczyków. Wtedy jeszcze pełni zapału i energii młodzieńcy wierzyli w sukces, który jednak nie nadszedł. Może to dziwić, bo Classix Nouveaux nie tylko nagrywał dobre płyty, zawierające potencjalne przeboje, ale i wyróżniał się na tle innych grup new romantic wizerunkiem (łysizna Sala Solo). Tymczasem potencjał grupy został doceniony głównie w Polsce i to dzięki nagraniom z pożegnalnej, trzeciej płyty „Secret” z 1983 roku.

Debiutanckie „Night People” nosiło wszelkie znamiona sukcesu. Grupa doskonale wpasowała sie w obowiązującą w 1981 roku stylistykę new romantic a przy tym nie była podobna do żadnego innego zespołu. Utwory zgromadzone na „Night People” z jednej strony ociekają syntezatorowym sosem, z drugiej mają w sobie postpunkowo-nowofalową zadziorność. To nie jest ten Classix Nouveaux kojarzony z przebojowymi, ale nieco rozmarzonymi „Never, Never Comes” i „Heart From The Star”. W muzyce na „Night People” słychać agresję i moc („Inside Outside”). Instrumentalny „623” to już numer typowo syntezatorowy, niemal „kraftwerkowy”. Nawet jeśli któryś z utworów rozpoczyna się delikatnie, to szybko rozwija się w bardzo dynamiczny i rytmiczny kawałek („Every Home Should Have One”). Trudno powiedzieć dlaczego takie potencjalne hity jak „Tokyo”, „Guilty” czy pierwszy singiel z 1980 r. „The Robots Dance” (tutaj w charakterze bonusu) nie porwały publiczności. „Night People” nie jest może płytą szczególnie wybitną, ale jak na debiut była pozycją bardzo obiecującą a poszczególne utwory mogły osiągnąć status przebojów. Tak się jednak nie stało.

Po latach albumu słucha się nadal z przyjemnością i zadziwia dlaczego historia grupy potoczyła się tak a nie inczej. Trudno powiedzieć choćby, dlaczego większą popularnością na Wyspach cieszył się np. Blancmange? Albo dlaczego status megagwiazdy osiągnął w tym czasie Duran Duran a nie właśnie CN? Classix Nouveaux to dowód na to, że ścieżki popularności są niezbadane. Można odnieść niespodziewany sukces, kiedy niewiele go zapowiada i można przejść niemal zupełnie niezauważonym mimo posiadania potencjału predystynującego do osiągnięcia sukcesu. Na szczęście dla CN, grupa tak całkiem bez echa nie przeszła, bo cieszyła się niezwykłą popularnością w Polsce. I do dzisiaj wielu nie zapomniało o grupie. W tym niżej podpisany. Możliwe jednak, że nie tylko polscy fani pamiętają o Classix Nouveaux. Mimo że grupa ostatecznie rozwiązała się w 1985 roku i nic nie wskazuje na możliwośc reaktywacji, to w 2003 roku wznowiono wszystkie trzy płyty Classix Nouveaux na kompaktach. Do tego z bonusowym materiałem, na który składają się utwory ze strony B singli oraz te ze stron A (pierwsze single CN z 1980 roku – „The Robots Dance”, „Nasty Little Green Men”), które nie znalazły się na regularnych płytach. Dla fanów new romantić „Night People” to rzecz nieodzowna. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
30.08.2012

Dead Can Dance – Anastasis

Dead Can Dance – Anastasis
2012 PIAS

1. Children Of The Sun
2. Anabasis
3. Agape
4. Amnesia
5. Kiko
6. Opium
7. Return Of The She-King
8. All In Good Time

Cuda się zdarzają a powiedzenie „nigdy nie mów nigdy” ostatnio znajduje swoje potwierdzenie wyjątkowo często. Po niespodziewanej reaktywacji i nowych płytach Red Box i OMD w latach poprzednich, w tym roku ucieszyła nas nowa produkcja Ultravox. Dzisiaj, po 16 latach przerwy, ukazał się album duetu Dead Can Dance. Nie można powiedzieć, żeby przez te lata Brendan Perry i Lisa Gerard próżnowali. Brendan wydał w tym czasie dwie płyty solowe, bardzo zbliżone klimatem do Dead Can Dance, Lisa Gerrard nagrywała muzykę filmową i brała udział w wielu kolaboracjach (m.in. z Klausem Schulze). O ile płyty Brendana były gratką dla fanów DCD, choć brakowało na nich głosu Lisy i ukazywały się bardzo rzadko, o tyle solowe dokonania Lisy Gerrard mnie nie przekonywały. Jednak dla każdego miłośnika DCD solowa twórczość Lisy i Brendana pozostawiała niedosyt. Najwyraźniej ten niedosyt odczuwali nie tylko fani.

Mimo że DCD nie nagrał niczego nowego od 1996 roku oraz mimo zarzekań obu artystów, że Dead Can Dance to już etap zamknięty, już w 2005 roku Brendan i Lisa zatęsknili za sobą i wyruszyli na wspólną trasę koncertową. Od tego czasu fani DCD czekali z nadzieją na nowy materiał, puszczając mimo uszu zapewnienia Brendana i Lisy, że to tylko jednorazowa aktywność i raczej nie ma mowy o powrocie do wspólnego nagrywania. A jednak! „Nigdy nie mów nigdy”. Dead Can Dance powróciło i to w stylu, którego wszyscy oczekiwali.

Na „Anastasis” nie ma żadnych eksperymentów. Fani DCD dostają dokładnie to, na co czekali. Podniosłe, monumentalne pieśni etniczne podlane mrokiem i osadzone w nowoczesnej elektronice. Cztery numery melodeklamuje Brendann Perry, cztery śpiewa Lisa Gerrard. Czasami wokalizy się przenikają. Te Brendana budują nastrój mroczny i psychodeliczny, a czasami coś co określiłbym mianem „apokaliptycznego optymizmu” („All In Good Time”). Zaśpiewy Lisy są bardziej „etniczne” (mnie kojarzą się z klimatami indiańsko-szamańskimi – „Return Of The She-King”). Muzycznie całość osadzona jest w elektronicznych pejzażach, zabarwionych partiami skrzypiec, czasami sielską atmosferą („All In Good Time”), często spowita aurą tajemniczości („Agape”). Nie ma tutaj bardziej dynamicznych motywów znanych z wcześniejszych albumów (jak np. „Saltarello” z Aion), ale „Anastasis” nie rozczarowuje. Mimo pewnej monotonności i wykorzystywania znanych oraz ogranych patentów, Australijczykom udało się stworzyć dzieło, które nie nuży i w pełni satysfkacjonuje poszukiwaczy „nowej-starej” muzyki. Kolejna płyta grupy, która pozostaje wierna sobie i swoim fanom. [8.5/10]

p.s. Utwór „Amnesia” doszedł do pierwszego miejsca listy przebojów radiowej Trójki!

Andrzej Korasiewicz
13.08.2012

Hogarth & Barbieri – Not The Weapon But The Hand

Hogarth & Barbieri – Not The Weapon But The Hand
2012 K Scope
1. Red Kite
2. A Cat With Seven Souls
3. Naked
4. Crack
5. Your Beautiful Face
6. Only Love Will Set You Free
7. Lifting The Lid
8. Not The Weapon But The Hand

Dla większości odbiorców to płyta Steve’a Hogartha z Marillion i Richarda Barbieri z Porcupine Tree. Z punktu widzenia fanów art rocka, „Not The Weapon But The Hand” może być jednak nie przekonywająca, bo zamiast muzyki progrockowej otrzymaliśmy elektroniczne, nastrojowe ballady nawiązujące bardziej do twórczości nowofalowo-syntezatorowego Japan, którego Richard Barbieri był członkiem. I dla mnie Barbieri to właśnie przede wszystkim Japan a nie Porcupine Tree, którego wielkim fanem nie jestem. Płyta nawiązuje moim zdaniem do tradycji Japan, choć oczywiście nie bezpośrednio.

„Not The Weapon But The Hand” to zbiór pięknych plam akustyczno-syntezatorowych, na tle których śpiewa Steve Hogarth. O dziwo jego dosyć monotonny a według niektórych denerwujący głos pasuje idealnie do muzyki zawartej na płycie. Wokal Hogartha i muzyka Barbieriego tworzą spójną całość. Album rozkręca się powoli, nabierając intensywności. „Red Kite” to piękny, epicki wstęp. Następny „A Cat With Seven Souls” powala pulsującym basem i transowością. To mój „numer jeden” na płycie. „Naked” jest stonowaną balladą przetykaną podniosłymi, ale nie pretensjonalnymi wokalizami Hogartha. „Crack” jest z kolei znacznie bardziej agresywny, okraszony transową motorycznością i niemal industrialnym pazurem. Później jest spokojniejszy „Your Beautiful Face” oraz przepiękny, przejmujący „Only Love Will Make You Free”. „Lifting The Lid” pobrzmienia gdzieś echem Future Sound Of London. Całość kończy melodeklamacyjna sekwencja tytułowa „Not The Weapon But The Hand”. Wszystko razem to zaledwie osiem kompozycji, ale za to, poza utworem tytułowym, dłuższych. W sumie jednak płyta nie jest za długa. To zaleta, bo dzięki skondensowanej formie, muzyka intensyfikuje emocjonalność, która jest jej cechą charakterystyczną.

Solowa twórczość Barbieriego jest dla mnie w większości nużąca. W Porcupine Tree jakoś nie potrafię się zakochać. Marillion z Hogarthem nie lubię. Japan lubię bardzo. Duet Barbieriego z Hogarthem powalił mnie na kolana. Wnioski?  „Not The Weapon But The Hand” to nowa jakość, która przypadnie go gustu ludziom skłaniającym się w stronę elektroniki i/lub wychowanym na brzmieniach nowofalowo-syntezatorowych. Propozycję duetu Hogarth & Barbieri nazwałbym transowym ambientem osadzonym w tradycji falowej, przetworzonym przez doświadczenia progrockowe. Efekt jest urzekający. Z pewnością nie każdego. Ale jeśli ktoś zostanie „trafiony” tą muzyką, to szybko się nie pozbiera. Dla fanów nastrojowej muzyki elektronicznej o dużej intensywności emocjonalnej konieczność. Piękna płyta. [9/10]

Andrzej Korasiewicz
20.06.2012

Soulsavers (& Dave Gahan) – The Light The Dead See

Soulsavers (& Dave Gahan) – The Light The Dead See
2012 V2 Records

1. La Ribera
2. In The Morning
3. Longest Day
4. Presence of God
5. Just Try
6. Gone Too Far
7. Point Sur Pt.1
8. Take Me Back Home
9. Bitterman
10. I Can’t Stay
11. Take
12. Tonight

Soulsavers to duet producencki Richa Machina i Iana Glovera. „The Light the Dead See” jest czwartą płytą projektu. Na dwóch poprzednich głównym wokalistą był Mark Lanegan. Na ostatniej trasie koncertowej Depeche Mode, Soulsavers supportował Depeche. Podobno Gahan był fanem Soulsavers od dawna. Nic więc dziwnego, że wspólne występy zbliżyły ich do siebie. Efektem jest kolaboracja przy najnowszym albumie projektu.

Muzykę na płytę stworzyli panowie z Soulsavers (choć na okładce Dave Gahan podany jest jako współautor). Wszystkie teksty napisał i zaśpiewał Dave Gahan. Z wyjątkiem dwóch utworów instrumentalnych mamy więc wrażenie, że słuchamy kolejnej solowej propozycji Dave’a Gahana. Ale muzyka nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi solowymi dokonaniami Gahana, ani tym bardziej z twórczością Depeche Mode. Zresztą również Soulsavers gra inaczej niż na swoich wcześniejszych płytach, na których można było znaleźć mroczną i nastrojową elektronikę. Na „The Light The Dead See” mamy do czynienia z muzyką nastrojową i akustyczną, niemal folkową. W połączeniu z przejmującym, nostalgicznym, pełnym zadumy i powagi wokalem Gahana propozycja Solusavers robi oszałamiające wrażenie. Muzyka jest jak płynąca rzeka. Idąc obok można w ogóle nie zwrócić na nią uwagi. Dopiero z upływem czasu wyłania się szum wody i intensywność emocjonalna „The Light The Dead See”. Śpiew Gahana nabiera wtedy pasji i mocy. Muzyka pełni rolę  służebną wobec wokaliz Gahana, ale nie drugoplanową, świetnie pomagając wokaliście DM w budowaniu nastroju.

Wielu chce widzieć w tym  odskoku Gahana, próbę wyrażenia emocji związanych z ostatnimi problemami zdrowotnymi wokalisty. Pewnie tak jest. Mimo że to nie jest płyta ani elektroniczna, ani synthpopowa pewne jest jedno. Dla fanów głosu Gahana, dla miłośników Depeche Mode otwartych na dobrą muzykę, pozycja obowiązkowa. Piękna i wzruszająca płyta, którą można słuchać po wielokroć. Jak na razie dla mnie jedna z płyt roku. [9/10]

Andrzej Korasiewicz
18.06.2012

Ultravox – Brilliant

Ultravox – Brilliant
2012 EMI Records Ltd

1. Live 4:11
2. Flow 4:24
3. Brilliant 4:22
4. Change 4:30
5. Rise 4:04
6. Remembering 3:43
7. Hello 5:40
8. One 4:43
9. Fall 4:07
10. Lie 4:35
11. Satellite 3:58
12. Contact 4:31

Ta płyta miała się nigdy nie ukazać. Midge Ure porzucił ideę tworzenia muzyki pod szyldem Ultravox w 1986 roku i bardzo długo nic nie wskazywało na to, żeby miał zmienić zdanie. Dwie płyty wydane przez Billy Currie w latach 90. pod szyldem Ultravox były rozczarowaniem. Po tym niepowodzeniu nazwa Ultravox, wydawało się, przeszła ostatecznie do historii muzyki elektronicznej. A jednak! Po 18 latach od ostatniej studyjnej płyty wydanej pod nazwą Ultravox („Ingenuity”) i 26 lat od „U-Vox” uznawanej za ostatnią płytę „prawdziwego” Ultravox, ukazuje się premierowy materiał odrodzonego w 2010 roku klasycznego składu angielskiego klasyka new romantic.
Panowie rozkręcali się powoli. Wszystko zaczęło się od reedycji klasycznych płyt Ultravox jako „remaster definitive edition”, które sukcesywnie od 2008 roku ukazywały się na rynku. W 2009 roku muzycy oficjalnie ogłosili reaktywację i ruszyli na krótką trasę koncertową „Return to Eden”. W kolejnym roku – 2010 – ukazuje się materiał zarejestrowany podczas trasy w formie płyt CD i DVD pt. „Return to Eden: Live at the Roundhouse”. W końcu odrodzony Ultravox ogłasza, że rozpoczęły się prace nad nowym materiałem. Czym zelektryzował wszystkich starych fanów Ultravox. Przyznam, że nie wierzyłem, iż ta płyta się ukaże. Gdyby jednak miała się ukazać, obawiałem się, że panowie nie spełnią nadziei, jakie pokładali w nazwę Ultravox fani grupy.

I w końcu jest. Premierowy materiał emerytowanych „nowych romantyków”. Jaki jest? Genialny? A może kiepski? Gdy usłyszałem tytułowy „Brilliant”, który jako pierwszy dotarł do naszych uszu miałem bardzo mieszane uczucia. Z pewnością nagranie brzmiało jak stare Ultravox, ale wokal Midge Ure’a nie miał już tej energii co kiedyś. Nie ma się co dziwić, bo Midge w tym roku kończy 59 lat, więc młodzieńcem już nie jest, choć starcem jeszcze też nie. To nie jest wypominanie wieku, ale obiektywne stwierdzenie, że każdy się starzeje i nawet nowe płyty dziadków z Rolling Stones nie brzmią tak samo jak te z lat 60. Patrząc z tej perspektywy nowa płyta Ultravox jest genialna.

Czy „Brilliant” dotrze do młodzieży? czego szuka młody człowiek nasto- i dwudziesto- letni słuchający muzyki? Przypomnijmy sobie jak to było, kiedy miało się te 15-20 lat lub kilka więcej. Muzyka musiała być „energetyczna” (nawet jeśli to był ambient) i nowatorska. Gdy posłuchać propozycji współczesnych młodzieżowych zespolików indie, nie można im zarzucić braku energetyczności. Są młodzi, więc mają siłę. Jednak to, co sami uważają za nowatorstwo to najczęściej epigońska kompilacja tego, co było. No choćby nie wiem jak bardzo chcieli, to żaden współczesny zespolik czy projekt młodzieżowy – elektroniczny, „niezależny”, popowy, rockowy czy jakikolwiek inny – nie jest w stanie wznieść się ponad ideę kompilatorstwa, epigoństwa i w najlepszym razie dooskonalenia rzemiosła. Problemem tych młodych zespołów jest najczęściej to, że oni o tym nie wiedzą sądząc w swojej naiwności, że właśnie wynaleźli proch. A przecież wyważają jedynie otwarte drzwi.

„Brilliant” też nie jest płytą nowatorską. Nie jest też zbytnio energetyczna. Nowa płyta Ultravox jest albumem DOSTOJNYM. To jest powrót do przeszłości i kontynuacja stylu, którego rozwój zboczył po wydaniu płyty „Lament”. „Brilliant” brzmi jak następca „Lament” (1984), ale z powodu upływu niemal 30 lat brzmi inaczej, niż gdyby ukazał się w 1986 roku zamiast „U-vox”. W 1986 roku połączenie pomysłów z „Brilliant”, „U-vox” i solowych poszukiwań Midge Ure’a możliwe, że dałoby płytę wbijającą w fotel, będącą opus magnum Ultravox. Ale tak się nie stało a moje dywagacje to swoiste „musical fiction”. Bo „Brilliant” świadczy o geniuszu Ultravox. Nagrać po niemal trzydziestu latach płytę w stylu, za który kochali ten zespół wszyscy w latach 80. tego nie umie nawet Depeche Mode. Z drugiej strony po wysłuchaniu nowego dzieła Mistrzów ze trzydzieści razy cały czas odczuwam niedosyt. Czegoś mi tutaj brakuje. Prawdopodobnie czasu, który upłynął od wydania „Lament”. Ale tego nie da się nadrobić.

Dla kogo jest ta płyta? Dla tych, dla których czas muzyczny zatrzymał się w latach 80. i którym brakuje nowych płyt (bo lata 80. już się skończyły i dzisiaj nikt już tak nie gra). Dla tych, którzy kochają synth pop z lat 80., którzy urodzili się za późno, by posmakowac tej muzyki jako teraźniejszej. „Brilliant” jest teraźniejszą muzyką z lat 80. Co więcej nie mamy tutaj do czynienia z jakimiś młodzieżowymi epigonami, którzy usilnie starają się odtworzyć tamten styl, siłą rzeczy nie mogąc tego zrobić, bo muszą przede wszystkim wypracować własny styl, a ten musi być stylem odmiennym od muzyki tworzonej w latach 80. Mamy do czynienia z zespołem, który kreował styl lat 80. i powraca z muzyką dokładnie w tamtym duchu. Czego nie udało się dokonać, mimo szumnych zapowiedzi, nawet Depeche Mode, że się powtórzę.

Zarzuty do płyty? Jest trochę zbyt mdło. Zalatuje chwilami miałkim pop rockiem, ale tylko trochę, nie w każdym miejscu i można udać, że się tego nie słyszy. Słucham „Brilliant” od dwóch tygodni po kilka razy dziennie i cały czas waham się. Bardzo mi się podoba, ale… A może coś więcej o samej muzyce? Niedoczekanie wasze. Sami posłuchajcie! [8/10]

Andrzej Korasiewicz
10.06.2012

Ultravox – Lament (Remastered Definitive Edition)

Ultravox – Lament (Remastered Definitive Edition)
1984/2009 Chrysalis/EMI

CD1: Lament

1. White China
2. One Small Day
3. Dancing With Tears In My Eyes
4. Lament
5. Man of Two Worlds
6. Heart of the Country
7. When the Time Comes
8. A Friend I Call Desire

CD2: Further Listening

1. One Small Day (Special 12″ Remix)
2. Easterly (B-side of One Small Day)
3. Lament (Extended 12″ version)
4. One Small Day (Limited Edition Remix)
5. Dancing With Tears In My Eyes (Special 12″ Remix)
6. Building (B-side of Dancing With Tears In My Eyes)
7. White China (Special Mix, original CD version)
8. Heart of the Country (Instrumental) (B-side of Lament)
9. One Small Day (Final Mix)
10. A Friend I Call Desire (Work In Progress Mix)
11. Lament (Work In Progress Mix)

• Track 10, 11 previously unreleased.

„Lament” to czwarty studyjny album Ultravox z Midge Urem oraz siódmy w ogóle, licząc pierwsze trzy płyty z Johnem Foxxem. Wydany w 1984 roku był jedną z oznak, że epoka „new romantic” odchodzi definitywnie do przeszłości. Wydana w tym samym roku co „Lament”, płyta „Beat Boy” Visage (już bez Midge Ure’a w składzie) była odejściem od syntetycznego romantyzmu w stronę miałkiego popu. Podobne ewolucje przeszły inne grupy kojarzone z estetyką „new romantic” (A Flock Of Seagulls, Duran Duran, Spandau Ballet). Z jednej strony w muzyce pop upowszechniło się zastosowanie syntezatorów i elektronicznej perkusji, z drugiej strony projekty z kręgu „new romantic” przestały być w tym zakresie progresywne. Wypaliły sie pomysły, ale i instrumentarium charakterystyczne dla nowych romantyków spowszedniało. Przestało być więc dla publiczności novum i by utrzymać się w show-biznesie trzeba było szukać nowych rozwiązań. Ten proces dotknął też Ultravox. Jak pokazał czas, tylko nieliczni potrafili sobie z tym poradzić. Większość grup syntezatorowych i noworomantycznych do końca lat 80. albo rozwiązała się (np. Blancmange, A Flock Of Seagulls, Spandau Ballet, Ultravox) albo zmieniła stylistykę z większym lub mniejszym powodzeniem (Tears For Fears, Talk Talk, Duran Duran), albo kontynuowała działalność na marginesie show-biznesu i z przerwami (OMD, The Human League). Jedynym zespołem, który wywodzi się z tego kręgu i wszedł do pierwszej ligi show-biznesu był Depeche Mode.

Właśnie w takim kontekście historyczno-muzycznym ukazała się płyta „Lament”. Muzyka zawarta na niej tkwiła jeszcze w syntezatorowym nowym romantyźmie, ale stała się mniej chropawa, bardziej dostojna, choć również bliższa estetyce pop. W 1984 roku przyjęta została jako bardziej „komercyjna”, choć w rzeczywistości poza singlowym hitem „Dancing With Tears In My Eyes”, potencjał komercyjny pozostałych siedmiu utworów jest moim zdaniem nikły. Takie utwory jak „When the Time Comes” czy tytułowy „Lament” (choć ten drugi został wydany na singlu) są mało przebojowe. Mają za to w sobie dostojeństwo i monumentalizm, ale takiego rodzaju, który rzadko gości na listach przebojów. Dynamiczny utwór kończący oryginalny album „A Friend I Call Desire” również nie jest hitem. Z pewnością natomiast jest najbliższy tradycji „Vienny” czy „Rage In Eden”. Właśnie takich utworów zabrakło, moim zdaniem, na tym wydawnictwie.

Dużym przebojem został wspomniany „Dancing With Tears In My Eyes”. Dzisiaj to chyba najbardziej rozpoznawalny utwór Ultravox (klasyczna „Vienna” jednak rzadziej gości w rozgłosniach radiowych). Na liście najlepiej sprzedawanych singli w Wielkiej Brytanii osiągnął w 1984 roku 3. pozycję. To drugi największy przebój brytyjski Ultravox (największy to „Vienna” z 1980 r.). Na polskiej LP3 dotarł do 6. miejsca, ale za to był najdłużej goszczącym utworem Ultravox w pierwszej dwudziestce trójkowego zestawienia. Na pewno jest to dobry numer, ale w porównaniu z wcześniejszą twórczością Ultravox jest zbyt uładzony. Ci którzy znają tylko „Dancing With Tears In My Eyes” mają mylne wyobrażenie jaką muzykę gra Ultravox. O ile „Dancing…” jest mimo wszystko udanym numerem, z przebojowym refrenem i udaną rytmiką ozdobioną intrygującym pulsem syntezatorowym, o tyle pierwszy singiel z tej płyty „One Small Day” jest bardzo błahym utworem poprockowym, który rozczarowuje. Numerowi niestety brakuje zarówno polotu jak i dobrego pomysłu na kompozycje. Okraszony jest za to solówką gitarową. Brrr…

Małym rozczarowaniem jest też dla mnie dwupłytowe „Remastered Definitive Edition” z 2009 roku. Już 10 lat wcześniej w 1999 roku ukazało się zremasterowane jednopłytowe wydanie „Lament”, na którym znalazło się 7 bonusów. Mimo że „Remastered Definitive Edition” ukazało się na dwóch krążkach, nie zawiera wszystkich bonusów z poprzedniego remasteru (brakuje instrumentalnej wersji „Man of Two Worlds”). Jest wprawdzie w sumie 11 bonusów (cały drugi krążek), w tym dwa wcześniej niepublikowane, ale pominięcie „Man of Two Worlds (Instrumental)” jest zabiegiem niezrozumiałym z punktu widzenia kolekcjonera.

„Lament” nie jest moim zdaniem płytą wybitną, ani nie jest sztandarowym dziełem Ultravox. Po latach zyskała jednak na szlachetności i z wyjątkiem utworu „One Small Day”, który brzmi koszmarkowato oraz przesłodzonego, ale ogólnie udanego „Dancing With Tears In My Eyes”, to bardzo solidna i niezła płyta, która z każdym kolejnym przesłuchaniem zyskuje. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
28.03.2012

Nik Kershaw – Human Racing (2CD Expanded Edition)

Nik Kershaw – Human Racing (2CD Expanded Edition)
1984/2012 MCA Records/Universal

CD1: The Album

1. Dancing Girls     3:48
2. Wouldn’t It Be Good    4:37
3. Drum Talk     3:10
4. Bogart    4:37
5. Gone To Pieces     3:13
6. Shame On You     3:37
7. Cloak And Dagger     4:55
8. Faces    4:05
9. I Won’t Let The Sun Go Down On Me    3:23
10. Human Racing     4:34

CD2: The B-Sides And 12″ Mixes

1. Dancing Girls (Extended 12″ Remix)     8:05
2. Bogart (Extended 12″ Remix)    4:29
3. Monkey Business     3:31
4. Shame On You (Additional Brass Mix)     3:41
5. Drum Talk (Extended 12″ Remix)     5:00
6. Faces (Extended 12″ Remix)    4:41
7. Dark Glasses     4:16
8. Wouldn’t It Be Good (Extended 12″ Remix)    6:52
9. Human Racing (Extended 12″ Remix)     5:52
10. She Cries     3:48
11. I Won’t Let The Sun Go Down On Me (Extended 12″ Remix)    6:33
12. Cloak And Dagger (Live At Hammersmith Odeon 1984)     5:07

Nik Kershaw to nieco już dzisiaj zapomniana gwiazdka lat 80. poruszająca się wokół estetyki synth pop. Ten angielski gentleman odniósł w 1984 roku gigantyczny sukces przebojem „Wouldn’t It Be Good”, którego skalę popularności można chyba porównać tylko do dzisiejszego szaleństwa na punkcie „Somebody That I Used to Know” Gotye. Nik, idąc za ciosem, wydał w 1984 roku album „Human Racing” (nagrany w 1983 roku) oraz po kilku miesiącach kolejny – „The Riddle”, z którego wylansował utwór tytułowy. O tym, że był wówczas niezwykle popularny najlepiej świadczy fakt, że w 1985 roku został zaproszony do zaśpiewania kilku piosenek w czasie Live Aid. Z każdym kolejnym rokiem jednak popularność słabła. Wydany w 1986 roku album pt. „Radio Musicola” został jeszcze zauważony, ale poniósł komercyjną klapę (47. miejsce na liście najlepiej sprzedawanych płyt w UK, tytułowy singiel dotarł do 43. pozycji w UK). Kolejna płyta pt. „The Works” z 1989 nie została nawet odnotowana w pierwszej setce najlepiej sprzedawanych płyt na Wyspach. Nik Kershaw po tym niepowodzeniu zamilkł wydając przez następnych 10 lat jedynie składanki. Wrócił w 1999 roku albumem pt. „15 Minutes”. Od tego czasu wypuszcza co kilka lat kolejne premierowe wydawnictwa, ale niewiele mają one wspólnego z dokonaniami Nika z lat 80.

Okazją do przypomnienie o Niku jest tegoroczna, specjalna reedycja debiutu płytowego. Na pierwszym krążku znajdziemy oryginalny album, na drugim utwory z drugich stron singli oraz miksy z maksisingli. Muzyka jest oczywiście starannie zremasterowana. Jest lepsza selekcja dźwięków, więcej basów i ogólnie dżwięk jest podgłośniony. Choć nie każdy lubi takie sztuczne zwiększanie dynamiki, to jednak brzmi to według mnie dobrze.

Z czym mamy do czynienia muzycznie? Już na omawianej, debiutanckiej płycie, słychać, że Nik Kershaw nie należy mentalnie do głównego nurtu synth pop i jakościowa odbiega od stylistyki „new romantic”. Wprawdzie płyta jest mocno nasycona syntetycznymi dźwiękami a otwierający płytę „Dancing Girls” jest bardzo interesującym numerem electro, z pulsującym, nerwowym rytmem wybijanym na perkusji elektronicznej oraz szarpanym, chropawym brzmieniem syntezatora. Również w drugim numerze, słynnym „Wouldn’t It Be Good” słyszalne są partie syntezatora, ale numer jest o wiele bardziej konwencjonalny i bliższy zwykłego pop rocka. „Drum Talk” zabarwiony jest nieco funkowym rytmem a czwarty utwór pt. „Bogart” to już prosty pop zabarwiony jedynie brzmieniem syntezatora. Dosyć charakterystyczny i pasujący do synth popu jest nosowy wokal Nika, ale jako całość płytę trudno zaliczyć do nurtu new romantic. W połowie lat 80. używanie elektronicznej perkusji i syntezatorów było tak powszechne, że modzie ulegli nawet przedstawiciele rocka progresywnego (Genesis) oraz gwiazdy wywodzące się z tradycji soul (Tina Turner). Niewątpliwie „Human Racing” wpisuje się w tę modę i choć muzycznie bliski jest synth popu/new romantic, to faktycznie Nik Kershaw jest raczej gwiazdą głównego nurtu pop. Świadczyć o tym może drugi, bardzo już konwencjonalny przebój pop Nika pt. „I Won’t Let The Sun Go Down On Me”. Za numer „Dancing Girls” należą się mu jednak prawdziwe owacje, no a hit „Wouldn’t It Be Good” jest klasą samą dla siebie, do dzisiaj intensywnie granym przez radiowe stacje.

Ciekawostką jest utwór „Monkey Business”. Oryginalnie ukazał się na drugiej stronie singla „Wouldn’t It Be Good”. Został więc potraktowany jak odpad i w wersji kompaktowej był dotychczas dostępny jedynie na wydawnictwie „The Best Of Nik Kershaw” z 1993 roku, zawierającym oprócz największych przebojów drugie strony singli i miksy z maksisingli. To co dla Nika było odpadem, w Polsce stało się przebojem. Radiowa Trójka po sukcesie „Wouldn’t It Be Good” (numer 1 na Liście Trójki w 1984 roku) postanowiła wylansować inny utwór Anglika. Wybór padł właśnie na „Monkey Business”. I tak druga strona singla „Wouldn’t It Be Good” okazała się drugim, największym polskiem przebojem Nika Kershaw. Utwór „Monkey Business” doszedł do 2. miejsca LP3. Dzięki tej reedycji możemy więc kontemplować w komplecie przeboje z płyty „Human Racing” i wydawnictw powiązanych.

Dla fanów brzmień 80’s to bardzo cenne wydawnictwo. Choć spodoba się raczej tym, którzy są otwarci również na brzmienie bliższe popu. Bardziej „alternatywni” powinni płytę omijać. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
27.03.2012