Depeche Mode – Delta Machine

Depeche Mode – Delta Machine
2013 Columbia Records

1. Welcome To My World
2. Angel
3. Heaven
4. Secret To The End
5. My Little Universe
6. Slow
7. Broken
8. The Child Inside
9. Soft Touch / Raw Nerve
10. Should Be Higher
11. Alone
12. Soothe My Soul
13. Goodbye

Deluxe edition

1. Long Time Lie
2. Happens All The Time
3. Always
4. All That’s Mine

Od wydania nowej płyty DM minęły już trzy miesiące a ja nadal nie potrafię jednoznacznie ocenić „Delta Machine”. Od pierwszego wysłuchania wiedziałem, że jest to płyta co najmniej niezła. Ale nie potrafię do dzisiaj stwierdzić czy można ją ocenić wyżej – jako genialną czy wraz z upływem czasu traci na wartości a jej ocena się obniża. Na razie cały czas utrzymuję, że „Delta Machine” to płyta „niezła”.

Na pewno „Delta Machine” nie zawiera muzyki, która od razu wpada w ucho. Dla kogoś kto oczekuje łatwych przebojów, ta płyta może być rozczarowaniem. Na najnowszym albumie Depeche Mode znajdziemy przede wszystkim miks tłustej, „olskulowej” elektroniki syntezatorowej oraz niemal bluesowego feelingu. Zresztą sami muzycy mówią, że do tego wprost nawiązuje tytuł albumu. „Delta” to odwołanie do „delty Mississippi”, która jest źródłem bluesa a „machine” to zaznaczenie, że jeśli mamy do czynienia z bluesem to jest to blues mechaniczny, syntetyczny. Oczywiście z tym bluesem to trochę przesada. Tak naprawdę na płycie nie ma żadnego bluesa. Tutaj chodzi raczej o podkreślenie nieco mrocznego, ciężkiego klimatu jaki chwilami pojawia się w muzyce (np. „Slow”). W przeciwieństwie do mroku noworomantycznego znanego choćby z „Black Celebration”, tutaj mamy do czynienia rzeczywiście z czymś bliskim nastrojowo bluesowi, ale to może wychwycić tylko wprawne ucho. Dla postronnego słuchacza nawiązania do bluesa mogą być czymś mocno naciąganym.

Oprócz konstrowersji związanych z „bluesowością” „Delta Machine”, słyszymy jednak przede wszystkim na płycie dużo „oldskulowych” brzmień nawiązujących do klasycznego syntezatorowo-ekektronicznego image’u Depeche Mode. Utwór „Broken” jest chyba najbliższy takiemu klasycznemu DM. „The Child Inside” to z kolei klasyczny balladowo-akustyczny wtręt wokalny Martina Gore’a (coś jak „Somebody”). Natomiast singlowy „Heaven” to całkiem udana syntezatorowa ballada zaśpiewana przez Gahana. Równie udany, nieco w stylu „Personal Jesus” jest drugi singiel „Soothe My Soul”. Bardzo dobrym, dynamicznym numerem jest też „Soft Touch / Raw Nerve” (nieco w duchu stylistyki z „Playing The Angel”).

Trzeba też wspomnieć, że „Delta Machine” ma swój wstęp („Welcome To My World”) oraz zakończenie („Goodbye”). Depeche Mode postanowili poukładać nagrane utwory w pewną całość dlatego też na podstawową wersję płyty nie trafiły cztery bardzo dobre utwory, które umieszczono na dodatkowym dysku w wersji deluxe („Long Time Lie”, „Happens All The Time”, „Always”, „All That’s Mine”). Według wypowiedzi muzyków, nagrania te również oni uważali za dobre, ale nie pasowały im do koncepcji „Delta Machine”. Mam pewne wątpliwości czy rzeczywiście taki „All That’s Mine” zakłóciłbym koncepcję płyty, gdyby znalazł się na niej np. zamiast „Alone”. No ale stało się tak jak się stało i była to suwerenna dezycja Depeche Mode. Dobrze, że dodatkowe utwory ocalały i ukazały się jako bonusy.

Reasumując. „Delta Machine” to dobry album Depeche Mode. Nie odkrywa w muzyce niczego nowego, nie jest też próbą cofnięcia się w czasie. Na „Delta Machine” mamy do czynienia  raczej z solidnym rzemiosłem i próbą ukazania fanom DM nowych rejonów emocjonalnych przy użyciu tradycyjnego (dla DM) instrumentarium. Próbą  udaną, choć nie zwalającą z nóg. (8/10)

Andrzej Korasiewicz
14.06.2013

Visage – Hearts And Knives

Visage – Hearts And Knives
2013 Blitz Club Records

1. Never Enough
2. Shameless Fashion
3. She’s Electric (Coming Around)
4. Hidden Sign
5. On We Go
6. Dreamer I Know
7. Lost In Static
8. I Am Watching
9. Diaries Of A Madman
10. Breathe Life

„Hearts And Knives” to chyba najbardziej zaskakujący powrót nie tylko tego roku, ale w ogóle ostatnich kilku lat.  Steve Strange, lider Visage, od wielu lat nie miał zbyt wiele wspólnego z tworzeniem muzyki. Ten, dzisiaj 54-letni pan zajmował się natomiast organizacją imprez klubowych (czyli czymś od czego zaczynał). Ale Strange to przecież faktyczny kreator i inicjator stylistyki new romantic, która narodziła się w jego klubie Blitz. Visage, muzyczne „dziecko” Strange’a, wylansował utwór „Fade to Grey”, który obok „Vienna” Ultravox stał się sztandarowym nagraniem „new romantic”. Visage nagrał w sumie trzy płyty i w 1984 roku odszedł w otchłań historii muzyki rozrywkowej. Tak się przynajmniej wydawało. Nikt nie sądził, że Steve Strange będzie miał jeszcze coś muzycznie do zaproponowania. Visage był przecież projektem jednej stylistyki, w której nie chodziło o rozwijanie walorów artystycznych. Visage miał być tłem dla mody new romantic i taką rolę spełniały płyty „Visage” (1980) oraz „The Anvil” (1982). Gdy moda zaczęła się wypalać powstał album „Beat Boy”, na którym Strange próbował oderwać się od stylistyki syntezatorowej. Okazało się jednak, że nie jest zbyt utalentowanym twórcą, bo album był komercyjną i artystyczną klapą.

Płyta „Hearts And Knives” jest niejako potwierdzeniem tego, że Strange nie ma talentu a jego muzyki nie należy traktować jako przejawu działalności artystycznej. Mamy natomiast do czynienia z sentymentalnym powrotem do początku lat 80. i miłą dla ucha muzyczna rekonstrukcją new romantic. Tak jak niektórzy bawią się w historyczne rekonstrukcje, odtwarzając bitwy, które już się kiedyś odbyły, tak „Hearts And Knives” jest taką „Bitwą pod Grunwaldem” synth popu. Album jest więc skierowany do miłosników muzycznego sentymentalizmu i w takich kategoriach należy rozważać muzykę zawartą na „Hearts And Knives”.

Przyjrzyjmy się więc czy dochowano wierności szczegółom i czy czuć na płycie „ducha czasu”? Niewątpliwie odpowiedż na to pytanie musi być twierdząca. Już samo nagranie singlowe, które zapowiadało album „Shameless Fashion” wskazywało na to, że Strange cofnął się w czasie i potrafi odtworzyć klimat początku lat 80. To samo można powiedzieć o otwierającym album „Never Enough” oraz następnych nagraniach: „She’s Electric (Coming Around)”, „Hidden Sign”, „On We Go”. Soczyste, konkretne syntezatory z epoki, niezmienny, nieco niedbały i mechaniczny wokal Strange’a, dobre melodie, aura syntezatorowej dekadencji – to wszystko usłyszymy do połowy płyty. Coś zaczyna się psuć wraz z utworem numer sześć – „Dreamer I Know”. Nagle klimat zmienia się i słyszymy utwór do bólu banalny, tandentny, utworzony jakby na siłę. Podobnie jest z numerem siedem na płycie – „Lost In Static”. Dobra atmosfera powraca wraz z numerem osiem – „I Am Watching” i kontynuowana jest w numerze dziewięć – „Diaries Of A Madman”. Płytę kończy jednak dosyć przeciętny „Breathe Life”, trochę lepszy od wcześniej wymienionych najgorszych nagrań, ale nie dorówujący pięciu pierwszym z „”Hearts And Knives”.

Na dziesięć nagrań mamy więc siedem dobrych rekonstrukcji, dwie beznadziejne i jedną przeciętną. Oceniając płytę w kategoriach sentymentalnych i „rekonstrukcyjnych” wystawiam siedem punktów na dziesięć możliwych. Mimo utworów wadliwych, płyta dobrze oddaje ducha epoki. Warto również podkreślić, że oprócz rekonstrukcji muzycznej, mamy również do czynienia z graficznym i wizerunkowym nawiązaniem do new romantic. Okładka „Hearts And Knives” to niemal kopia debiutanckiego „Visage”. Podobna kolorystyka, te same makijaże, to samo logo. Zaskakujący, ale bardzo sympatyczny powrót, który musi sprawić fanom 80’s sporo przyjemności. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
27.05.2013

OMD – English Electric

OMD – English Electric
2013 BMG/100% Records

1. Please Remain Seated
2. Metroland
3. Night Café
4. The Future Will Be Silent
5. Helen of Troy
6. Our System
7. Kissing The Machine
8. Decimal
9. Stay With Me
10. Dresden
11. Atomic Ranch
12. Final Song

Drugi album OMD, po reaktywacji w 2006 roku w oryginalnym składzie, przynosi brzmienie jeszcze bardziej nawiązujące do klasycznego synth pop/new romantic niż płyta „History of Modern”. Najbardziej kojarzy mi się z debiutanckim albumem „Orchestral Manoeuvres in the Dark” z 1980 roku. Nawet okładka z prostą grafiką geometryczną nawiązuje nieco do tej pozycji. Muzyka jaką odnajdujemy na „English Electric” to proste, syntezatorowe kompozycje, których autorzy nie silą się na poszukiwanie „nowych brzmień”. Po krótkim wstępie pt. „Please Remain Seated” mamy promowany jako singiel „Metroland”, do którego udostępniono w sieci miesiąc przed premierą teledysk. Słyszymy prosty, jednostajny bit okraszony syntezatorowymi melodyjkami rodem z Atari czy Commodore 64. I właśnie duch takiej pierwotnej, prymitywnej wręcz elektroniki unosi się nad całym albumem. „English Electric” nie jest więc płytą, która spodoba się każdemu. Mimo nieco odświeżonego brzmienia, muzyka OMD anno domini 2013 brzmi archaicznie i nienowocześnie. Z drugiej strony wielu poszukuje właśnie takich „oldskulowych” brzmień, bo ile można słuchać starych, znanych na pamięć płyt? Nowa propozycja OMD skierowana jest właśnie do takich słuchaczy. Tych, którzy nie szukają „nowych brzmień”, ale nowych płyt ze starymi brzmieniami. Z tego punktu widzenia płyta OMD jest doskonała. A jednak pozostawia we mnie pewien niedosyt. Po pierwsze czasami OMD „przesadza” z tym archaizmem, jak w utworze „Kissing The Machine”, który moim zdaniem brzmi jakby do syntezatora dorwało się dziecko, które tworzy jedynie dla zgrywy. Po drugie, na „English Electric” brakuje przynajmniej jednego numeru bardziej chwytliwego – przeboju. Mimo że właściwie wszystkie nagrania są rytmiczne, taneczne, „popowe”, to nie odnajdziemu tutaj czegoś na miarę „Electricity” czy „Messages”.

Reasumując. Mam wrażenie, że panowie Andy McCluskey, Paul Humphreys, Malcolm Holmes i Martin Cooper wrócili za pomocą maszyny czasu, którą najwyraźniej posiadają do przełomu lat 70/80, ale nie udało im się stworzyć choć jednego utworu klasy wspomnianych „Electricity” i „Messages”. Promujący płytę „Metroland” jest wprawdzie dosyć chwytliwy, ale ta chwytliwośc opiera się na jednostajnym bicie i rytmice a nie na melodii, przez co dla niektórych może być nieco nużący. I właśnie dobrych melodii trochę brakuje na „English Electric”. Mimo tego mankamentu pozycja obowiązkowa dla fanów 80’s. [7/10]

Andrzej Korasiewicz
12.04.2013

Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty

Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty
1983 Polskie Nagrania

1. Odmienić Los
2. Party
3. Zabijać Siebie
4. Obudź Się
5. Jestem Zły
6. Andzia I Ja
7. Twój Każdy Krok
8. Ich Marzenia
9. Na To Nie Ma Ceny
10. Ten Wasz Świat

Oddział Zamknięty kojarzy się pewnie niektórym (którzy w ogóle kojarzą zespół) z dosyć typowym rockowym graniem do kotleta. Grupa do dzisiaj funkcjonuje na rynku muzycznym, choć niewiele ma wspólnego z Oddziałem, którego wokalistą był Krzysztof Jaryczewski. Ten charyzmatycznym lider ukształtował wizerunek zespołu i mimo że kariera Oddziału z Jaryczewskim trwała ledwie 3 lata (1982-85), trudno przejść obojętnie wobec tego fenomenu. Bo Oddział był w pierwszej połowie lat 80. fenomenem. Grupa zawojowała wtedy rynek muzyczny i niewiele ustępowała w popularności Republice czy zespołom Maanam, Perfect, Lady Pank. Zespół brzmiał chłopięco a przy tym zadziornie, rockowo, ale i melodyjnie, przebojowo. Oddział zasłynął też z typowo „rock’n’rollowego” stylu życia. Rozróby w hotelach wykreowały wizerunek „niegrzecznych chłopców”. Wówczas grupa grała koncerty niemal codziennie. W ciągu tych 2-3 lat Oddział był w permenentnej trasie koncertowej. Jak opowiada Jaryczewski, muzycy często nie wiedzieli w jakiej aktualnie znajdują się miejscowości. Odgrywali koncert, po występie balanga, trochę snu, a rano w drogę, by kolejnego dnia powtórzyć ten sam schemat. I tak codziennie. Nic dziwnego, że muzycy korzystali z używek i nic dziwnego, że organizm nie mógł tego wytrzymać. W takim trybie życia celował Krzysztof Jaryczewski.

W 1985 roku „Jary” stracił głos. Muzyk wpadł też w uzależnienie od alkoholu, z którym się borykał przez następne lata o czym dzisiaj chętnie opowiada, by przestrzec przed takim trybem życia innych. Dramat Jaryczewskiego nie tylko złamał jego karierę, przetrącił również kręgosłup zespołowi. Wokalista do dzisiaj nie odzyskał w pełni głosu. Mimo, że mózgiem muzycznym grupy był Wojciech Łuczaj Pogorzelski, to Jaryczewski był postrzegany jako lider i to dzięki niemu grupa był popularna i rozpoznawalna. Charakterystyczna chrypka Jarego i pasja z jaką wykrzykiwał kolejne manifesty Oddziału przyciągały do grupy fanów i budowały jej popularność. Gdy zabrakło Jarego, wypalił się również Oddział. Kolejni wokaliści, których brał do składu Wojciech Łuczaj Pogorzelski nie uratowali zespołu. W końcu w 1987 roku grupa zawiesiła działalność. Oddział wrócił w latach 90. Wówczas niewielką popularność udało się odbudować dzięki Jarosławowi Wajkowi, ale to nie był ten sam zespół co Oddział z Jarym. Wokal Jaryczewskiego nadawał grupie wyjątkowości. Oddział z Wajkiem to zwykła, przeciętne grupa rockowa. Ale i Wajk odszedł od Oddziału w 1996 roku. Od tej pory zespół funkcjonuje na marginesie muzyki, jako żywy dinozaur. Pogorzelski próbuje następnych wokalistów. W 2001 roku ukazał się nawet premierowy materiał. Ale to wszystko w niczym nie przypomina dni chwały Oddziału z lat 80.

Gdy w 1983 roku ukazała się debiutancka płyta „Oddział Zamknięty”, grupa miała już na koncie wiele hitów. Wówczas popularność zespołu była już ugruntowana a szaleństwo na jego punkcie przypominało lokalną wersję „bitlemani”. Do historii przeszło podpisywanie omawianej płyty w warszawskim EMPiKu. Z powodu tłumu fanów na ulicy Marszałkowskiej został zablokowany ruch. W salonie zostały powybijane szyby. Nie obyło się bez interwencji milicji, zespół zaś musiał uciekać tylnym wyjściem.

Żywiołowość Oddziału często porównywano do Rolling Stones. Stylistycznie grupa również mieściła się w kategorii klasycznego rocka, jednak był to rock oscylujący nieco w kierunku muzyki postnowofalowej. Punkową zadziorność można wyczuć np. w utworze „Ten Wasz Świat”, zresztą jednym z większym przebojów grupy. Z pewnościa najbardziej znanym nagraniem z tego okresu jest „Party”, które do dzisiaj jest stałym elementem wszystkich śpiewników ogniskowych. Dużym przebojem okazała się równiez ballada „Obudź Się” (numer 1 na Liście Trójki). Sporo zamieszania wiązało się z utworem „Andzia i ja”, który pierwotnie nosił tytuł „Gandzia i ja”. Z wiadomych względów (niepolitycznych bynajmniej) cenzura nie zgodziła się na taki tytuł. Jednak zmiana tytułu nie pomogła. Ten przebojowy numer nie dostał się na szczyt, bo wszyscy i tak wiedzieli o czym śpiewa (na swoją zgubę jak się później okazało) Jary. Starali się więc nie lansować przeboju. Cała płyta „Oddział Zamknięty” to kopalnia hitów. „Nowofalowość” słychać również w numerze „Twoj każdy krok”. „Ich marzenia” są nieco podobne do twórczości The Police. „Jestem Zły” brzmi hardrockowo. Niewątpliwie na płycie mamy do czynienia z muzyką prostą i nieskomplikowaną. Nieskomplikowane były też teksty Oddziału. Mówiły albo o miłości, albo o rozterkach dojrzewającego młodego człowieka. I właśnie to, w połączeniu ze zgrabnymi melodiami oraz charyzmatycznym wokalem Jarego wyniosło Oddział Zamknięty na szczyt. Może właśnie dzięki tej prostocie muzyka Oddziału z Jarym broni się również po latach? [8/10]

Andrzej Korasiewicz
27.02.2013