Nowe Sytuacje, Drekoty – Łódź, klub „Wytwórnia”, 08.11.2014 r.

Nowe Sytuacje, Drekoty – Łódź, klub „Wytwórnia”, 08.11.2014 r.

 Nowe Sytuacje to projekt, który powstał po to, żeby uświetnić 30-lecie wydania płyty „Nowe Sytuacje” Republiki. W skład grupy poza muzykami Republiki – Sławomirem Ciesielskim, Zbigniewem Krzywańskim i Leszkiem Biolikiem –  wchodzą: Bartłomiej Gasiul (fortepian) oraz wokaliści Tymon Tymański i Jacek „Budyń” Szymkiewicz, który gra również partie na flecie. Byli muzycy zespołu Republika postanowili przypomnieć tę płytę publiczności na Koncercie Pamięci Grzegorza Ciechowskiego w toruńskim klubie Od Nowa w grudniu 2013 roku. Jak mówi Zbigniew Krzywański: „- W związku z entuzjastycznym przyjęciem koncertu postanowiliśmy przypomnieć tę płytę szerszej publiczności (wzorując się na działaniach Petera Hooka and the Light, odtwarzającego po kolei płyty Joy Division).”

8 listopada Nowe Sytuacje gościły w łódzkim klubie „Wytwórnia”. Już przed 19. – zaplanowanym początkiem koncertu – w klubie gromadziła się publiczność zaopatrzona w biało-czarne krawaty, takież koszulki z nadrukami płyty „Nowe sytuacje” oraz nazwą Republika. Dla wszystkich było jasne, że za chwilę zagra w „Wytwórni” Republika a nie  Nowe Sytuacje. Niemal punktualnie o 19. zgasły światła i na ekranie wyświetlił się fragment koncertu Republiki. „Nieustanne tango” zaśpiewane przez Grzegorza Ciechowskiego wprowadziło nas w klimat wydarzenia. Po chwili na scenę wszedł konferansjer, który zapowiedział występ „tak naprawdę Republiki” oraz co dla wielu było niespodzianką, nieznanej szerzej grupy Drekoty, który poprzedził prezentację płyty „Nowe sytuacje”.

Drekoty to trzy energiczne dziewczyny, które za pomocą dwóch keyboardów, perskusji oraz śpiewu wprowadziły zgromadzoną publiczność w klimat nieco psychodeliczny. Występ mnie zaskoczył, ale bardzo pozytywnie. Energetyczne podrygiwania głównej wokalistki oraz dosyć różnorodne jak na tak skromną instrumentację kompozycje świadczą na pewno o tym, że panie są utalentowane. Nie wszystkim jednak podobał się ten występ. Para w średnim wieku plus, która była obok mnie z ulgą przyjmowała każdą przerwę między utworami komentując ten moment jako „kojącą ciszę”. Większa część publiczności nagrodziła jednak panie rzęsistymi brawami. Po półgodzinnym występie Drekotów nastąpiła piętnastominutowa przerwa, podczas której trwało rozłączanie sprzętu Drekotów i podłączanie zestawu Republiki.

Nowe Sytuacje rozpoczęły swój występ ok. 20. utworem tytułowym z płyty „Nowe Sytuacje”. W dalszej kolejności poszedł cały repertur z tego albumu w tej samej kolejności jak na płycie –  „System nerwowy”, „Prąd”, „Arktyka”, „Śmierć w bikini”, „Będzie plan”, „Mój imperializm”, „Halucynacje”, „Znak „=”” i na koniec  „My lunatycy”. Największy entuzjazm publiczności był, jak się można było spodziewać, przy „Arktyce” i „Śmierci w bikini”. Gdy wybrzmiał numer „My lunatycy” zgromadzoni w „Wytwórni” intensywnie nawoływali muzyków do ponownego wyjścia. W sali rozlegały się donośne okrzyki „Republika! Republika! Republika!”. Wśród  publiki powiewały biało-czarne flagi i nie było wątpliwości, że wszyscy przyszli na koncert Republiki a nie żadnych „Nowych Sytuacji”. Muzycy nie kazali na siebie długo czekać i na bis zagrali „Kombinat” oraz jeszcze raz „Śmierć w bikini”. Najdłużej wywoływano grupę na ostatni bis, którym okazał się numer „Moja krew”. Zbigniew Krzywański kilka raz stwierdził, że „warto było” i podziękował rozentuzjazmowanej publiczności za liczne przybycie do „Wytwórni”, która rzeczywiście była wypełniona w całkiem sporym stopniu. Parkiet głównej sali nie był może wypełniony po brzegi, było luźno, ale nie było pustek. Zajęte były też niemal w całości balkony.

Czy było warto? Było. Grupa zagrała repertuar „Nowych Sytuacji” porywająco. Zbigniew Krzywański kilka razy pozwalał sobie na gitarowe solówki. Sławomir Ciesielski włączył się do śpiewania „Mojej krwi”. Ale muszę wspomnieć o minusach. Zdecydowanym minusem, który przeszkadzał w odbiorze muzyki były błazeńskie zachowania sceniczne obu wokalistów – Tymona Tymańskiego i „Budynia”. Na scenie można było zaobserwować skąd musiała się wziąć ksywka Jacka Szymkiewicza. Ten człowiek-guma gibał się przez cały czas jakby był na koncercie Goombay Dance Band a nie grupy grającej zimnofalowy repertuar. W dodatku zakładał sobie co jakiś czas na głowę szmatę, co było równie denerwujące jak jego gibałki. Wprawdzie trzeba przyznać, że wokalnie poradził sobie dobrze i do jego gry na flecie również nie można mieć większych zastrzeżeń, ale jego image sceniczny jest dla mnie nie do przyjęcia a na pewno całkowicie nie pasował do Republiki. To samo można napisać o drugim błaźnie – Tymonie Tymańskim. Ten z kolei wymachiwał rękoma i wykonywał gesty, które być może pasowały do performance’u spod znaku projektu Kury, ale na pewno nie współgrały z muzyką Republiki. Po co położył się na scenie i leżał tam przez parę minut? Miałem wrażenie, że Leszek Biolik podszedł do niego w pewnym momencie, by sprawdzić czy Tymon jeszcze dycha i czy koncert będzie kontynuowany ;). Istniało zagrożenie, że nie będzie, bo Tymon zapomniał co zrobił z mikrofonem szukając go na podłodze. Na szczęście przypomniał sobie, że włożył go do statywu i jakoś dalej to poszło. Znowu muszę przyznac, że wokalnie Tymon poradził sobie, ale jakaś skaza jego osobowości powoduje, że jego zachowania sceniczne są zwyczajnie niepoważne. A w przypadku koncertu Republiki zakłócało to nieco odbiór występu. Na szczęście plusów koncertu jest więcej niż minusów. Chwilami miałem poczucie, że jestem naprawdę na koncercie Republiki. A w końcu po to znalazłem się tego wieczoru w klubie „Wytwórnia”.

Andrzej Korasiewicz
09.11.2014

Red Box, 23.03.2014 r., Klub Wytwórnia, Łódź

Red Box, 23.03.2014 r., Klub Wytwórnia, Łódź

 Red Box lubi Polskę a Polacy lubią Red Box. Ta niszowa dzisiaj grupa nie gromadzi tłumów, ale ma wielu oddanych fanów. Właśnie taka grupa wybrańców zgromadziła się w niedzielny wieczór, by obejrzeć i posłuchać Simona Toulsona Clarke’a wraz z zespołem. Później okazało się jeszcze, że oprócz słuchania i oglądania jest również możliwa rozmowa z zespołem i to nie tylko w czasie występu. Lider Red Box przed ostatnim bisem zachęcał do zostania w klubie i do rozmowy, bo to jest dla niego niezbędny element składowy bycia „Red Box Band”.

Wszystko zaczęło się prawie punktualnie parę minut po 19. Zgromadzoną w Łodzi publiczność przywitała kameralna, ciepła aranżacja sceny, profesjonalnie dobrane światła oraz pierwsze dźwięki „Hurricane”. Mimo skromności, wszystko zapowiadało olśniewający koncert. Początek został jednak zakłócony przez trudności techniczne, w wyniku których siadł dźwięk i przez chwilę mieliśmy koncert akustyczny, czego Simon wraz z zespołem nie do końca był świadom. Obsługa techniczna szybko jednak interweniowała i koncert rozpoczął się ponownie od „Hurricane”. Niestety, problemy techniczne powtórzyły się jeszcze. Po ich ostatecznym rozwiązaniu, koncert przebiegał już bez zakłóceń.

Red Box zaprezentował znaną wszystkim i lubianą mieszankę przebojów oraz nagrań z płyty „Plenty”. Usłyszeliśmy więc m.in.: „For America”, „Don’t Let Go”, „Let It Rain”, „Saskatchewan”, „Lean On Me (Ah-Li-Ayo)”,  „Brigher Blue”, „The Train”,  „The Sign” i na finał oczywiście „Chenko”. Simon Toulson Clark okazał się bardzo sympatycznym, gadatliwym i dowcipnym frontmanem. Zanim jednak naprawdę się rozgadał, przepytał widownię o zakres znajomości angielskiego (było podnoszenie rączek). Ponieważ większość ręce podniosła a Simon stwierdził, że widać „mamy dobry system edukacji” ;), już bez większego skrępowania konwersował z publicznością (na wszelki wypadek prosząc, aby tym, którzy nie znają mowy Szekspira tłumaczyć – wszyscy jesteśmy przecież „kumplami Red Box”). Simon opowiadał więc historię powstania utworu „Brigher Blue” oraz teledysku do niego a także co jego żona sądzi na temat tego, kiedy skończą i wydadzą nową płytę. No właśnie, oprócz nagrań z trzech dotychczasowych płyt Red Box, były również dwa numery z zapowiadanego na ten rok premierowego wydawnictwa. I brzmiały one bardzo zachęcająco.

Po „Chenko” były jeszcze oczywiście bisy a wszystko zakończyło się ponownie odegranym „Hurricane”. Po tym Simon zaprosił zgromodzaną publiczność do rozmowy. Podsumowując trzeba stwierdzić, że dzisiejsze wcielenie Red Box brzmi nieco inaczej niż ten Red Box, który niektórzy pamiętają z lat 80. Ale przecież po wydaniu płyty „Plenty” wszyscy już do tego przywykliśmy. Nagrania z lat 80. były zaaranżowane w duchu płyty „Plenty”, przez co były ze sobą kompatybilne. „Chenko” bez dwóch zdań zabrzmiało porywająco, mimo że to jednak nie jest dokładnie to samo „Chenko”, które znamy z lat 80. Ale głos Simona jest na pewno ten sam. I na pewno warto było się o tym przemonać na żywo oraz poznać frontmana wraz z towarzyszącym składem. Sympatyczny koncert i bardzo pozytywny zespół.

Andrzej Korasiewicz
24.03.2014

Depeche Mode, Łódź, Atlas Arena, 24.02.2014 r.

Depeche Mode, Łódź, Atlas Arena, 24.02.2014 r.

Depeche Mode w Łodzi – kilka subiektywnych uwag.

 To mój zaledwie trzeci koncert DM w życiu, ale z tych, które widziałem (2006 stadion Legii, 2010 Łódź) – najlepszy. Piszę „zaledwie”, bo dla fanów DM trzy koncerty to nic niezwykłego. „Depesze” w ciągu jednej trasy potrafią być na kilku-kilkunastu koncertach DM. A w samej Polsce DM byli już w 1985 roku (Warszawa), 2001 (Warszawa), 2006 (Katowice, Warszwa), 2010 (2 x Łódź), 2013 (Warszawa). Koncert w Atlas Arenie był zatem ósmym występem w Polsce (trzecim w Łodzi).

Depeche Mode stali się przez lata sprawnym, zawodowym zespołem koncertowym. Ich występy to gwarancja udanie spędzonego wieczoru i dobrze wydanych pieniędzy. Co ważne, Dave Gahan, Martin L. Gore, Andy Fletcher i muzycy towarzyszący to nie tylko profesjonaliści, którzy rzemieślniczo odgrywają swój show, ale również muzycy, którzy zostawiają serce na scenie. Oczywiście, raz jest trochę lepiej, raz trochę gorzej. Nie zawsze każdy ma „swój” dzień. Muzycy DM to tylko ludzie, którzy ulegają nastrojom, chorobom i zmagają się z różnymi przeciwnościami losu. Nie zawsze wszyskim będzie odpowiadać setlista. Czasami mamy również do czynienia z niedociągnięciami organizacyjnymi. Mimo że te ostatnie to „zasługa” organizatora, a nie zespołu, to również mogą wpływać na odbiór koncertu. Tym razem, organizator – firma Livenation – zafundowała odbiorcom prawdziwą saunę w Atlas Arenie. Nie wiemy z jakiej przyczyny nawiew powietrza nie funkcjonował prawie wcale. Widziałem przypadki, gdy ledwo żyli fani byli wyprowadzani przez służby medyczne z obiektu. Sam ledwo wytrzymywałem na widowni, mimo że znajdowałem się w sektorze T w dosyć wysokim rzędzie, gdzie fluktuacje powietrza były większe niż na płycie. Wśród fanów rodziły się różne przypuszczenia. Np. takie, że „sauny” zażyczył sobie sam zespół, gdyż Dave Gahan był przeziębiony. Brzmi trochę absurdalnie, ale nawet jeśli tak było, to ostatecznie Livenation ponosi odpowiedzialność za ukrop, który panował w Arenie. Na pewno jednak Depeche Mode mieli wczoraj swój dzień a zdecydowana większość odbiorców wyszła z Areny głęboko usatysfakcjonowana tym co zobaczyła i usłyszała.

Koncert rozpoczął się tak jak wszystkie inne na trasie promującej „Delta Machine”, czyli od intro oraz utworu „Welcome To My World” otwierającego również nowy album. Byłem bardzo ciekawy jak wypadną na żywo numery z tej płyty. Niestety, w praktyce okazało się, że zespół zagrał raczej „greatest hits” z całej swojej twórczości, bo nagrań z „Delta Machine” było jak na lekarstwo. A prawdziwym psikusem dla fanów był brak singlowego „Should Be Higher”, podczas któtego planowane było zaprezentowanie na trybunach napisu „LOVE” za pomocą włączonych wyświetlaczy telefonów. Akcja fanowska była dobrze przygotowana. Wydrukowano ulotki, w których opisane było kto ma świecić a kto nie, kiedy to ma nastąpić a nawet „jak świecić”. I tylko zabrakło „Should Be Higher”… Trochę szkoda, ale przecież na „greatest hits” też wszyscy czekali. Chyba gorzej byłoby, gdybyśmy usłyszali w całości „Delta Machine” i zabrakłoby starych hitów. Oprócz „Welcome To My World” z nowej płyty usłyszeliśmy jeszcze „Angel”, singlowy hit „Heaven” oraz „Slow” śpiewany przez Martrina L.Gore’a. Ten ostatni rozpoczął tradycyjny set Gore’a. Po „Slow” usłyszeliśmy jeszcze pięknie zaśpiewany „Blue Dress”. Nie jest tajemnicą, że Gore ma większe możliwości wokalne od Gahana. Z drugiej strony bez wokalu Gahana nie mielibyśmy Depeche Mode, więc obaj panowie są nieodzowni dla DM.

Moim zdaniem najlepiej wypadły: „Black Celebration”, „Policy Of Truth”, „Behind The Wheel”, „Personal Jesus” i finałowy, zagrany na bis „Never Let Me Down Again”. Niezbyt podobała mi się aranżacja innego numeru zaprezentowanego w ramach bisów „Just Can’t Get Enough”. Z drugiej strony Gahanowi udało się mocno rozkręcić przy tym numerze publiczność, dzięki czemu numer wydłużył się do rozmiarów chyba ponadplanowanych. Lubię numer „A Question Of Time”, ale ani razu nie udało mi się usłyszeć go na żywo w wersji, która byłaby dla mnie akceptowalna. Tym razem też nie. Przy utworze „Black Celebration” miała miejsce inna akcja fanowska – wypuszczenie czarnych baloników. W ferworze numeru nie zauważyłem ile tych balonów poleciało w skali całej areny. W moim sektorze balony były nieliczne.

Z mojego punktu widzenia koncert był genialny. Prawdziwe arcydzieło koncertowe sztuki pop. Genialne efekty wizualne, doskonale współgrające z muzyką. Świetna gra świateł i jedynie panujący w Arenie ukrop utrudniał nieco odbiór spektaklu. Dodam, że jestem w pełni zadowolony ze swojej miejscówki. Zupełnie nie przekonuje mnie stanie pod samą sceną przy barierkach. Miejsce miałem z samego brzegu trybuny, blisko wyjścia, więc droga ewakuacyjna była dobra. Na trybunach i tak wszyscy szybko wstali i gibali się w rytm muzyki. A jak się poczuło zmęczenie w nogach (starość nie radość ;]) można było elegancko usadowić się w fotelu. Widoczność była dobra, dźwięk dobry, detale można było zobaczyć na telebimach lub przy użyciu lornetki. Jeśli więc ktoś nie ma potrzeby bycia ściskanym przez wszystkich dookoła, by poczuć „wieź” z fanami, ale za to niewiele widząc (poza torsem Gahana rzecz jasna), to trybuna jest idealnym miejscem kontemplacji koncertu.

Dla Depeche Mode piątka z plusem za muzykę, zaangażowanie i cały spektakl. Dwója dla Livenation za saunę, którą zgotowała fanom no i za absurdalnie rozciągnięty „golden circle”, za który trzeba było płacić jak za zboże a który rozpościerał się do połowy płyty.

p.s. support – Choir of Young Believers. I to wszystko co mam do napisania na temat supportu. Na Off Festiwal „pasował”jak najbardziej. Ale wczoraj – nie ten dzień, nie ta muzyka, nie ten supoort.

Andrzej Korasiewicz
25.02.2014

setlista:

1. Intro
2. Welcome To My World
3. Angel
4. Walking In My Shoes
5. Precious
6. Black Celebration
7. In Your Room
8. Policy Of Truth
9. Slow (Martin)
10. Blue Dress (Martin)
11. Heaven
12. Behind The Wheel
13. A Pain That I’m Used To
14. A Question Of Time
15. Enjoy The Silence
16. Personal Jesus

bis:

17. But Not Tonight (Martin)
18. Halo
19. Just Can’t Get Enough
20. I Feel You
21. Never Let Me Down Again

Depeche Mode, Nitzer Ebb, Łódź, hala Arena, 10.02.2010 r.

Depeche Mode, Nitzer Ebb, Łódź, hala Arena, 10.02.2010 r.

To było prawdziwe święto. Nie tylko fanów Depeche Mode, ale także Nitzer Ebb. Na tej części trasy supportem dla DM jest bowiem klasyk electro-EBM, który po 15 latach przerwy wznowił działalnośc i wydał nową płytę pt. „Industrial Complex”. Występ Nitzer Ebb był dla wielu nie mniej ważny niz głównej gwiazdy.

I to właśnie Nitzer Ebb rozpoczęło ok. 19.40 łódzkie święto muzyki elektronicznej. Douglas Mccarthy wraz z kolegami jest w świetnej formie. „Industrial Complex” to płyta wprost nawiązującą do klasycznego brzmienia EBM. W łódzkiej Arenie Nitzer zagrał ok. 50-minutowy koncert, który przekonał, że mimo upływu ponad 20 lat od debiutu, panowie nadal mają siłę. Nitzer zagrał głównie swoje klasyki jak „Godhead” czy „Control I’m Here”. Ale były też numery z nowej płyty. Całość wbijała w ziemię. Werwy i energii panom z Nitzer Ebb mógłaby pozazdrościć niejedna młodzieżowa gwiazdka jednego sezonu. Gdy Nitzer Ebb skończyło grać, mnie jeszcze przez dobre kilkanaście minut dźwięczało w uszach: „Control! I’m Here!”.

Nie zawiodła też główna gwiazda, na której występ z utęsknieniem czekało tysiące fanów z całej Polski (i nie tylko Polski), którzy przybyli do hali Arena. Wszystko zaczęło się od utworów z nowej płyty „Sounds of the Universe”. Usłyszeliśmy kolejno: „In chains”, „Wrong”, „Hole to feed”.

Za muzykami  ustawiony był wielki telebim, nad sceną zawieszono olbrzymie głośniki oraz ruchome reflektory. Nie było przepychu na scenie. Wszystko jednak uzupełniało się i w sposób odpowiedni komponowało z muzyką. Na telebimie wyświetlane były różne zdjęcia i grafiki zarówno z historii DM, fragmenty teledysków jak i ujęcia z koncertu w Arenie.

Po numerach z nowej płyty posypały się starsze, znane i lubiane hity, które rozpaliły do czerwoności zgromadzoną w łódzkiej hali publikę. Repertuar sięgał aż do „Black Celebration”, z którego usłyszeliśmy trzy nagrania – „Stripped”, „Question of Time” i „Dressed in Black”. Festiwal hitów zaczął się jednak od „Walking in my shoes” z „Songs of Faith and Devotion”, z której prawdziwym killerem okazał się numer „I Feel You” wykonany z wielką pasją i mocą. To był dowód na to, że Depeche Mode jest cały czas w wielkiej formie. Z SOFAD było też świetne „In Your Room”

Z „Violatora” usłyszeliśmy wszystkie największe przeboje – „Wolrd in My Eyes”, „Policy of Truth”, „Personal Jesus” i „Enjoy the Silence”. Przy tym drugim cała hala zapełniła się balonikami, które fani przygotwali właśnie specjalnie z myślą o tym numerze. Z „Music for The Masses” było  „Never Let Me Down Again”, „Behind the Wheel”.  Z „Ultry” It’s No Good” i „Home”. Całość repertuaru była świetnie dobrana i trudno zgodzić się z malkontentami, którzy narzekają, że DM to już nie to, że panowie nie mają tyle siły, że nie było żadnych piosenek z czterech pierwszych płyt…

To prawda. Nie było ani „People Are People”, ani „Everything Counts”, ani „Leave in Silence”, ani „Shake The Disease”. Było przez chwilę „Master and Servant”, ale odśpiewane przez fanów, którzy wiedząc, że DM nie gra na tej trasie starszych piosenek, zorganizowali akcję polegającą na chóralnym odśpiewaniu rzeczonego utworu. Nie pomogło. Wprawdzie widać było zdziwienie po członkach DM a publicznośc dostała oklaski od zespołu, ale „Master and Servant” w wykonaniu Depeche Mode nie było.

Według mnie koncert był świetny i oby panowie częściej przyjeżdżali do Polski (szczególnie zapraszam ich do Łodzi ;)).

Andrzej Korasiewicz
11.02.2010