Nowe Sytuacje, Drekoty – Łódź, klub „Wytwórnia”, 08.11.2014 r.

Nowe Sytuacje, Drekoty – Łódź, klub „Wytwórnia”, 08.11.2014 r.

 Nowe Sytuacje to projekt, który powstał po to, żeby uświetnić 30-lecie wydania płyty „Nowe Sytuacje” Republiki. W skład grupy poza muzykami Republiki – Sławomirem Ciesielskim, Zbigniewem Krzywańskim i Leszkiem Biolikiem –  wchodzą: Bartłomiej Gasiul (fortepian) oraz wokaliści Tymon Tymański i Jacek „Budyń” Szymkiewicz, który gra również partie na flecie. Byli muzycy zespołu Republika postanowili przypomnieć tę płytę publiczności na Koncercie Pamięci Grzegorza Ciechowskiego w toruńskim klubie Od Nowa w grudniu 2013 roku. Jak mówi Zbigniew Krzywański: „- W związku z entuzjastycznym przyjęciem koncertu postanowiliśmy przypomnieć tę płytę szerszej publiczności (wzorując się na działaniach Petera Hooka and the Light, odtwarzającego po kolei płyty Joy Division).”

8 listopada Nowe Sytuacje gościły w łódzkim klubie „Wytwórnia”. Już przed 19. – zaplanowanym początkiem koncertu – w klubie gromadziła się publiczność zaopatrzona w biało-czarne krawaty, takież koszulki z nadrukami płyty „Nowe sytuacje” oraz nazwą Republika. Dla wszystkich było jasne, że za chwilę zagra w „Wytwórni” Republika a nie  Nowe Sytuacje. Niemal punktualnie o 19. zgasły światła i na ekranie wyświetlił się fragment koncertu Republiki. „Nieustanne tango” zaśpiewane przez Grzegorza Ciechowskiego wprowadziło nas w klimat wydarzenia. Po chwili na scenę wszedł konferansjer, który zapowiedział występ „tak naprawdę Republiki” oraz co dla wielu było niespodzianką, nieznanej szerzej grupy Drekoty, który poprzedził prezentację płyty „Nowe sytuacje”.

Drekoty to trzy energiczne dziewczyny, które za pomocą dwóch keyboardów, perskusji oraz śpiewu wprowadziły zgromadzoną publiczność w klimat nieco psychodeliczny. Występ mnie zaskoczył, ale bardzo pozytywnie. Energetyczne podrygiwania głównej wokalistki oraz dosyć różnorodne jak na tak skromną instrumentację kompozycje świadczą na pewno o tym, że panie są utalentowane. Nie wszystkim jednak podobał się ten występ. Para w średnim wieku plus, która była obok mnie z ulgą przyjmowała każdą przerwę między utworami komentując ten moment jako „kojącą ciszę”. Większa część publiczności nagrodziła jednak panie rzęsistymi brawami. Po półgodzinnym występie Drekotów nastąpiła piętnastominutowa przerwa, podczas której trwało rozłączanie sprzętu Drekotów i podłączanie zestawu Republiki.

Nowe Sytuacje rozpoczęły swój występ ok. 20. utworem tytułowym z płyty „Nowe Sytuacje”. W dalszej kolejności poszedł cały repertur z tego albumu w tej samej kolejności jak na płycie –  „System nerwowy”, „Prąd”, „Arktyka”, „Śmierć w bikini”, „Będzie plan”, „Mój imperializm”, „Halucynacje”, „Znak „=”” i na koniec  „My lunatycy”. Największy entuzjazm publiczności był, jak się można było spodziewać, przy „Arktyce” i „Śmierci w bikini”. Gdy wybrzmiał numer „My lunatycy” zgromadzoni w „Wytwórni” intensywnie nawoływali muzyków do ponownego wyjścia. W sali rozlegały się donośne okrzyki „Republika! Republika! Republika!”. Wśród  publiki powiewały biało-czarne flagi i nie było wątpliwości, że wszyscy przyszli na koncert Republiki a nie żadnych „Nowych Sytuacji”. Muzycy nie kazali na siebie długo czekać i na bis zagrali „Kombinat” oraz jeszcze raz „Śmierć w bikini”. Najdłużej wywoływano grupę na ostatni bis, którym okazał się numer „Moja krew”. Zbigniew Krzywański kilka raz stwierdził, że „warto było” i podziękował rozentuzjazmowanej publiczności za liczne przybycie do „Wytwórni”, która rzeczywiście była wypełniona w całkiem sporym stopniu. Parkiet głównej sali nie był może wypełniony po brzegi, było luźno, ale nie było pustek. Zajęte były też niemal w całości balkony.

Czy było warto? Było. Grupa zagrała repertuar „Nowych Sytuacji” porywająco. Zbigniew Krzywański kilka razy pozwalał sobie na gitarowe solówki. Sławomir Ciesielski włączył się do śpiewania „Mojej krwi”. Ale muszę wspomnieć o minusach. Zdecydowanym minusem, który przeszkadzał w odbiorze muzyki były błazeńskie zachowania sceniczne obu wokalistów – Tymona Tymańskiego i „Budynia”. Na scenie można było zaobserwować skąd musiała się wziąć ksywka Jacka Szymkiewicza. Ten człowiek-guma gibał się przez cały czas jakby był na koncercie Goombay Dance Band a nie grupy grającej zimnofalowy repertuar. W dodatku zakładał sobie co jakiś czas na głowę szmatę, co było równie denerwujące jak jego gibałki. Wprawdzie trzeba przyznać, że wokalnie poradził sobie dobrze i do jego gry na flecie również nie można mieć większych zastrzeżeń, ale jego image sceniczny jest dla mnie nie do przyjęcia a na pewno całkowicie nie pasował do Republiki. To samo można napisać o drugim błaźnie – Tymonie Tymańskim. Ten z kolei wymachiwał rękoma i wykonywał gesty, które być może pasowały do performance’u spod znaku projektu Kury, ale na pewno nie współgrały z muzyką Republiki. Po co położył się na scenie i leżał tam przez parę minut? Miałem wrażenie, że Leszek Biolik podszedł do niego w pewnym momencie, by sprawdzić czy Tymon jeszcze dycha i czy koncert będzie kontynuowany ;). Istniało zagrożenie, że nie będzie, bo Tymon zapomniał co zrobił z mikrofonem szukając go na podłodze. Na szczęście przypomniał sobie, że włożył go do statywu i jakoś dalej to poszło. Znowu muszę przyznac, że wokalnie Tymon poradził sobie, ale jakaś skaza jego osobowości powoduje, że jego zachowania sceniczne są zwyczajnie niepoważne. A w przypadku koncertu Republiki zakłócało to nieco odbiór występu. Na szczęście plusów koncertu jest więcej niż minusów. Chwilami miałem poczucie, że jestem naprawdę na koncercie Republiki. A w końcu po to znalazłem się tego wieczoru w klubie „Wytwórnia”.

Andrzej Korasiewicz
09.11.2014

Red Box, 23.03.2014 r., Klub Wytwórnia, Łódź

Red Box, 23.03.2014 r., Klub Wytwórnia, Łódź

 Red Box lubi Polskę a Polacy lubią Red Box. Ta niszowa dzisiaj grupa nie gromadzi tłumów, ale ma wielu oddanych fanów. Właśnie taka grupa wybrańców zgromadziła się w niedzielny wieczór, by obejrzeć i posłuchać Simona Toulsona Clarke’a wraz z zespołem. Później okazało się jeszcze, że oprócz słuchania i oglądania jest również możliwa rozmowa z zespołem i to nie tylko w czasie występu. Lider Red Box przed ostatnim bisem zachęcał do zostania w klubie i do rozmowy, bo to jest dla niego niezbędny element składowy bycia „Red Box Band”.

Wszystko zaczęło się prawie punktualnie parę minut po 19. Zgromadzoną w Łodzi publiczność przywitała kameralna, ciepła aranżacja sceny, profesjonalnie dobrane światła oraz pierwsze dźwięki „Hurricane”. Mimo skromności, wszystko zapowiadało olśniewający koncert. Początek został jednak zakłócony przez trudności techniczne, w wyniku których siadł dźwięk i przez chwilę mieliśmy koncert akustyczny, czego Simon wraz z zespołem nie do końca był świadom. Obsługa techniczna szybko jednak interweniowała i koncert rozpoczął się ponownie od „Hurricane”. Niestety, problemy techniczne powtórzyły się jeszcze. Po ich ostatecznym rozwiązaniu, koncert przebiegał już bez zakłóceń.

Red Box zaprezentował znaną wszystkim i lubianą mieszankę przebojów oraz nagrań z płyty „Plenty”. Usłyszeliśmy więc m.in.: „For America”, „Don’t Let Go”, „Let It Rain”, „Saskatchewan”, „Lean On Me (Ah-Li-Ayo)”,  „Brigher Blue”, „The Train”,  „The Sign” i na finał oczywiście „Chenko”. Simon Toulson Clark okazał się bardzo sympatycznym, gadatliwym i dowcipnym frontmanem. Zanim jednak naprawdę się rozgadał, przepytał widownię o zakres znajomości angielskiego (było podnoszenie rączek). Ponieważ większość ręce podniosła a Simon stwierdził, że widać „mamy dobry system edukacji” ;), już bez większego skrępowania konwersował z publicznością (na wszelki wypadek prosząc, aby tym, którzy nie znają mowy Szekspira tłumaczyć – wszyscy jesteśmy przecież „kumplami Red Box”). Simon opowiadał więc historię powstania utworu „Brigher Blue” oraz teledysku do niego a także co jego żona sądzi na temat tego, kiedy skończą i wydadzą nową płytę. No właśnie, oprócz nagrań z trzech dotychczasowych płyt Red Box, były również dwa numery z zapowiadanego na ten rok premierowego wydawnictwa. I brzmiały one bardzo zachęcająco.

Po „Chenko” były jeszcze oczywiście bisy a wszystko zakończyło się ponownie odegranym „Hurricane”. Po tym Simon zaprosił zgromodzaną publiczność do rozmowy. Podsumowując trzeba stwierdzić, że dzisiejsze wcielenie Red Box brzmi nieco inaczej niż ten Red Box, który niektórzy pamiętają z lat 80. Ale przecież po wydaniu płyty „Plenty” wszyscy już do tego przywykliśmy. Nagrania z lat 80. były zaaranżowane w duchu płyty „Plenty”, przez co były ze sobą kompatybilne. „Chenko” bez dwóch zdań zabrzmiało porywająco, mimo że to jednak nie jest dokładnie to samo „Chenko”, które znamy z lat 80. Ale głos Simona jest na pewno ten sam. I na pewno warto było się o tym przemonać na żywo oraz poznać frontmana wraz z towarzyszącym składem. Sympatyczny koncert i bardzo pozytywny zespół.

Andrzej Korasiewicz
24.03.2014

Depeche Mode, Łódź, Atlas Arena, 24.02.2014 r.

Depeche Mode, Łódź, Atlas Arena, 24.02.2014 r.

Depeche Mode w Łodzi – kilka subiektywnych uwag.

 To mój zaledwie trzeci koncert DM w życiu, ale z tych, które widziałem (2006 stadion Legii, 2010 Łódź) – najlepszy. Piszę „zaledwie”, bo dla fanów DM trzy koncerty to nic niezwykłego. „Depesze” w ciągu jednej trasy potrafią być na kilku-kilkunastu koncertach DM. A w samej Polsce DM byli już w 1985 roku (Warszawa), 2001 (Warszawa), 2006 (Katowice, Warszwa), 2010 (2 x Łódź), 2013 (Warszawa). Koncert w Atlas Arenie był zatem ósmym występem w Polsce (trzecim w Łodzi).

Depeche Mode stali się przez lata sprawnym, zawodowym zespołem koncertowym. Ich występy to gwarancja udanie spędzonego wieczoru i dobrze wydanych pieniędzy. Co ważne, Dave Gahan, Martin L. Gore, Andy Fletcher i muzycy towarzyszący to nie tylko profesjonaliści, którzy rzemieślniczo odgrywają swój show, ale również muzycy, którzy zostawiają serce na scenie. Oczywiście, raz jest trochę lepiej, raz trochę gorzej. Nie zawsze każdy ma „swój” dzień. Muzycy DM to tylko ludzie, którzy ulegają nastrojom, chorobom i zmagają się z różnymi przeciwnościami losu. Nie zawsze wszyskim będzie odpowiadać setlista. Czasami mamy również do czynienia z niedociągnięciami organizacyjnymi. Mimo że te ostatnie to „zasługa” organizatora, a nie zespołu, to również mogą wpływać na odbiór koncertu. Tym razem, organizator – firma Livenation – zafundowała odbiorcom prawdziwą saunę w Atlas Arenie. Nie wiemy z jakiej przyczyny nawiew powietrza nie funkcjonował prawie wcale. Widziałem przypadki, gdy ledwo żyli fani byli wyprowadzani przez służby medyczne z obiektu. Sam ledwo wytrzymywałem na widowni, mimo że znajdowałem się w sektorze T w dosyć wysokim rzędzie, gdzie fluktuacje powietrza były większe niż na płycie. Wśród fanów rodziły się różne przypuszczenia. Np. takie, że „sauny” zażyczył sobie sam zespół, gdyż Dave Gahan był przeziębiony. Brzmi trochę absurdalnie, ale nawet jeśli tak było, to ostatecznie Livenation ponosi odpowiedzialność za ukrop, który panował w Arenie. Na pewno jednak Depeche Mode mieli wczoraj swój dzień a zdecydowana większość odbiorców wyszła z Areny głęboko usatysfakcjonowana tym co zobaczyła i usłyszała.

Koncert rozpoczął się tak jak wszystkie inne na trasie promującej „Delta Machine”, czyli od intro oraz utworu „Welcome To My World” otwierającego również nowy album. Byłem bardzo ciekawy jak wypadną na żywo numery z tej płyty. Niestety, w praktyce okazało się, że zespół zagrał raczej „greatest hits” z całej swojej twórczości, bo nagrań z „Delta Machine” było jak na lekarstwo. A prawdziwym psikusem dla fanów był brak singlowego „Should Be Higher”, podczas któtego planowane było zaprezentowanie na trybunach napisu „LOVE” za pomocą włączonych wyświetlaczy telefonów. Akcja fanowska była dobrze przygotowana. Wydrukowano ulotki, w których opisane było kto ma świecić a kto nie, kiedy to ma nastąpić a nawet „jak świecić”. I tylko zabrakło „Should Be Higher”… Trochę szkoda, ale przecież na „greatest hits” też wszyscy czekali. Chyba gorzej byłoby, gdybyśmy usłyszali w całości „Delta Machine” i zabrakłoby starych hitów. Oprócz „Welcome To My World” z nowej płyty usłyszeliśmy jeszcze „Angel”, singlowy hit „Heaven” oraz „Slow” śpiewany przez Martrina L.Gore’a. Ten ostatni rozpoczął tradycyjny set Gore’a. Po „Slow” usłyszeliśmy jeszcze pięknie zaśpiewany „Blue Dress”. Nie jest tajemnicą, że Gore ma większe możliwości wokalne od Gahana. Z drugiej strony bez wokalu Gahana nie mielibyśmy Depeche Mode, więc obaj panowie są nieodzowni dla DM.

Moim zdaniem najlepiej wypadły: „Black Celebration”, „Policy Of Truth”, „Behind The Wheel”, „Personal Jesus” i finałowy, zagrany na bis „Never Let Me Down Again”. Niezbyt podobała mi się aranżacja innego numeru zaprezentowanego w ramach bisów „Just Can’t Get Enough”. Z drugiej strony Gahanowi udało się mocno rozkręcić przy tym numerze publiczność, dzięki czemu numer wydłużył się do rozmiarów chyba ponadplanowanych. Lubię numer „A Question Of Time”, ale ani razu nie udało mi się usłyszeć go na żywo w wersji, która byłaby dla mnie akceptowalna. Tym razem też nie. Przy utworze „Black Celebration” miała miejsce inna akcja fanowska – wypuszczenie czarnych baloników. W ferworze numeru nie zauważyłem ile tych balonów poleciało w skali całej areny. W moim sektorze balony były nieliczne.

Z mojego punktu widzenia koncert był genialny. Prawdziwe arcydzieło koncertowe sztuki pop. Genialne efekty wizualne, doskonale współgrające z muzyką. Świetna gra świateł i jedynie panujący w Arenie ukrop utrudniał nieco odbiór spektaklu. Dodam, że jestem w pełni zadowolony ze swojej miejscówki. Zupełnie nie przekonuje mnie stanie pod samą sceną przy barierkach. Miejsce miałem z samego brzegu trybuny, blisko wyjścia, więc droga ewakuacyjna była dobra. Na trybunach i tak wszyscy szybko wstali i gibali się w rytm muzyki. A jak się poczuło zmęczenie w nogach (starość nie radość ;]) można było elegancko usadowić się w fotelu. Widoczność była dobra, dźwięk dobry, detale można było zobaczyć na telebimach lub przy użyciu lornetki. Jeśli więc ktoś nie ma potrzeby bycia ściskanym przez wszystkich dookoła, by poczuć „wieź” z fanami, ale za to niewiele widząc (poza torsem Gahana rzecz jasna), to trybuna jest idealnym miejscem kontemplacji koncertu.

Dla Depeche Mode piątka z plusem za muzykę, zaangażowanie i cały spektakl. Dwója dla Livenation za saunę, którą zgotowała fanom no i za absurdalnie rozciągnięty „golden circle”, za który trzeba było płacić jak za zboże a który rozpościerał się do połowy płyty.

p.s. support – Choir of Young Believers. I to wszystko co mam do napisania na temat supportu. Na Off Festiwal „pasował”jak najbardziej. Ale wczoraj – nie ten dzień, nie ta muzyka, nie ten supoort.

Andrzej Korasiewicz
25.02.2014

setlista:

1. Intro
2. Welcome To My World
3. Angel
4. Walking In My Shoes
5. Precious
6. Black Celebration
7. In Your Room
8. Policy Of Truth
9. Slow (Martin)
10. Blue Dress (Martin)
11. Heaven
12. Behind The Wheel
13. A Pain That I’m Used To
14. A Question Of Time
15. Enjoy The Silence
16. Personal Jesus

bis:

17. But Not Tonight (Martin)
18. Halo
19. Just Can’t Get Enough
20. I Feel You
21. Never Let Me Down Again

Depeche Mode, Nitzer Ebb, Łódź, hala Arena, 10.02.2010 r.

Depeche Mode, Nitzer Ebb, Łódź, hala Arena, 10.02.2010 r.

To było prawdziwe święto. Nie tylko fanów Depeche Mode, ale także Nitzer Ebb. Na tej części trasy supportem dla DM jest bowiem klasyk electro-EBM, który po 15 latach przerwy wznowił działalnośc i wydał nową płytę pt. „Industrial Complex”. Występ Nitzer Ebb był dla wielu nie mniej ważny niz głównej gwiazdy.

I to właśnie Nitzer Ebb rozpoczęło ok. 19.40 łódzkie święto muzyki elektronicznej. Douglas Mccarthy wraz z kolegami jest w świetnej formie. „Industrial Complex” to płyta wprost nawiązującą do klasycznego brzmienia EBM. W łódzkiej Arenie Nitzer zagrał ok. 50-minutowy koncert, który przekonał, że mimo upływu ponad 20 lat od debiutu, panowie nadal mają siłę. Nitzer zagrał głównie swoje klasyki jak „Godhead” czy „Control I’m Here”. Ale były też numery z nowej płyty. Całość wbijała w ziemię. Werwy i energii panom z Nitzer Ebb mógłaby pozazdrościć niejedna młodzieżowa gwiazdka jednego sezonu. Gdy Nitzer Ebb skończyło grać, mnie jeszcze przez dobre kilkanaście minut dźwięczało w uszach: „Control! I’m Here!”.

Nie zawiodła też główna gwiazda, na której występ z utęsknieniem czekało tysiące fanów z całej Polski (i nie tylko Polski), którzy przybyli do hali Arena. Wszystko zaczęło się od utworów z nowej płyty „Sounds of the Universe”. Usłyszeliśmy kolejno: „In chains”, „Wrong”, „Hole to feed”.

Za muzykami  ustawiony był wielki telebim, nad sceną zawieszono olbrzymie głośniki oraz ruchome reflektory. Nie było przepychu na scenie. Wszystko jednak uzupełniało się i w sposób odpowiedni komponowało z muzyką. Na telebimie wyświetlane były różne zdjęcia i grafiki zarówno z historii DM, fragmenty teledysków jak i ujęcia z koncertu w Arenie.

Po numerach z nowej płyty posypały się starsze, znane i lubiane hity, które rozpaliły do czerwoności zgromadzoną w łódzkiej hali publikę. Repertuar sięgał aż do „Black Celebration”, z którego usłyszeliśmy trzy nagrania – „Stripped”, „Question of Time” i „Dressed in Black”. Festiwal hitów zaczął się jednak od „Walking in my shoes” z „Songs of Faith and Devotion”, z której prawdziwym killerem okazał się numer „I Feel You” wykonany z wielką pasją i mocą. To był dowód na to, że Depeche Mode jest cały czas w wielkiej formie. Z SOFAD było też świetne „In Your Room”

Z „Violatora” usłyszeliśmy wszystkie największe przeboje – „Wolrd in My Eyes”, „Policy of Truth”, „Personal Jesus” i „Enjoy the Silence”. Przy tym drugim cała hala zapełniła się balonikami, które fani przygotwali właśnie specjalnie z myślą o tym numerze. Z „Music for The Masses” było  „Never Let Me Down Again”, „Behind the Wheel”.  Z „Ultry” It’s No Good” i „Home”. Całość repertuaru była świetnie dobrana i trudno zgodzić się z malkontentami, którzy narzekają, że DM to już nie to, że panowie nie mają tyle siły, że nie było żadnych piosenek z czterech pierwszych płyt…

To prawda. Nie było ani „People Are People”, ani „Everything Counts”, ani „Leave in Silence”, ani „Shake The Disease”. Było przez chwilę „Master and Servant”, ale odśpiewane przez fanów, którzy wiedząc, że DM nie gra na tej trasie starszych piosenek, zorganizowali akcję polegającą na chóralnym odśpiewaniu rzeczonego utworu. Nie pomogło. Wprawdzie widać było zdziwienie po członkach DM a publicznośc dostała oklaski od zespołu, ale „Master and Servant” w wykonaniu Depeche Mode nie było.

Według mnie koncert był świetny i oby panowie częściej przyjeżdżali do Polski (szczególnie zapraszam ich do Łodzi ;)).

Andrzej Korasiewicz
11.02.2010

The Cure, 20.02.2008, Spodek, Katowice

The Cure, 65 Days of Stanic, 20.02.2008, Spodek, Katowice

Foto: Michał Dobrzański

The Cure to zespół szczególny w historii muzyki i wyjątkowy dla mnie. Trudno mi więc będzie zachować obiektywizm opisując wrażenia z koncertu. Proszę się więc nie denerwować i nie rzucać na mnie gromów, że jestem tendencyjny ;]. Po prostu inaczej się nie da. Ale nie znaczy to, że chcę The Cure postawić pomnik za show w Katowicach. Wprost przeciwnie, początkowo koncert mnie mocno rozczarował. Ale po kolei.

Widowisko rozpoczęło się od występu instrumentalnego zespołu 65 Days of Stanic. Usłyszeliśmy coś w rodzaju post rocka odwołującego się do tradycji post punkowej. Panowie zagrali 30-minutowy set, a następnie życzyli udanej zabawy podczas głównego dania wieczoru – The Cure. Zagrali całkiem sympatycznie, choć moim zdaniem nie jest to jeszcze pierwsza liga.

Punktualnie o godzinie 20. na scenę wyszedł Robert Smith wraz z kolegami. Rozpoczęło się. Przez pierwsze dwie godziny The Cure zagrali, według mnie, dosyć bezładną mieszankę utworów z ostatnich płyt oraz największych przebojów zespołu z „Lullaby”, „Lovesong”, „Just Like Heaven”, „Pictures of You” na czele. Siedziałem na trybunie i zastanawiałem się, co ja tutaj do cholery robię i dlaczego twierdzę, że tak bardzo lubię The Cure. Nowsze utwory wypadły bardzo blado i za każdym razem, gdy słyszałem któryś z numerów, zwłaszcza z ostatniej jak na razie płyty „The Cure”, na scenie wiało zwyczajnie nudą. A że The Cure nie składa się z rockowych wirtuozów i swój sukces zawdzięcza „klimatyczności”, początkowe wrażenie było przygnębiające. Niestety, nie z powodu dołujących nagrań The Cure, ale zawodu, jaki przeżywałem. Do tej przypadkowej mieszanki utworów dochodziła jeszcze gra świateł, która czasami robiła wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w remizie strażackiej. Na przemian błyskały światła czerwone, niebieskie, białe i bodaj zielone (albo żółte? – trzech pierwszych kolorów jestem pewien). Efekt czasami był dobry, ale niestety wrażenie ogólne kiepskie.

Główny mój zarzut jest taki, że przez pierwsze dwie godziny The Cure nie udało się stworzyć nastroju, za który kocham ten zespół. To nie był „mój” The Cure. Ludzie wprawdzie szaleli, bo usłyszeli wszystkie największe hity (na szczęście poza najbardziej obciachowym „Friday I’m in Love”). Były też takie utwory jak: „Hot, hot, hot”, „Never Enough”, „Let’s Go To Bed”, „Shake dog Shake”. Ale to nie było to…

Tymczasem minęły dwie godziny koncertu i wydawało mi się, że show dobiega końca. Bo ile można grać? Okazuje się, że The Cure na tej trasie ma niezłą parę i nie bierze pieniędzy za darmo ;]. Bo to właściwie była dopiero niemal połowa występu. I kiedy wybrzmiał utwór „One Hundred Years” z „Pornography”, wszystko się zmieniło dla mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Genialnie zagrany utwór. Do tego pulsujące bez opamiętania światła wreszcie uspokoiły się i zaczęły tworzyć klimat. Salę Spodka zalał mrok i zimna fala muzyki „mojego” The Cure. Ale atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Po wygraniu dźwięków „One Hundred Years”, The Cure kontynuował tkanie w Spodku tego klimatu, za który ich uwielbiam. To był Cure z czasów słynnej trylogii. Rozpoczął się koncert, na który przyszedłem. I mimo tego, że trwał krócej od części show, która mnie zawiodła, to jednak wybrzmiały m.in. takie utwory jak: „At Night”, „M”, „Play For today” i w końcu „A Forest”, na który wszyscy czekali. A potem The Cure wróciło do jeszcze starszego okresu i usłyszeliśmy: „Three Imaginary Boys”, „Fire In Cairo” (umarłem), „Jumping Someone Else’s Train”. Gdy zabrzmiało „Boys Don’t Cry” myślałem, że to już koniec i zacząłem kierować się do wyjścia, ale było jeszcze: „Grinding Halt”, „Killing an Arab”. Minęła już trzecia godzina koncertu! Musiałem się zbierać, żeby dotrzeć do Łodzi o jakiejś sensownej porze. Po dokładnie trzech godzinach i dziesięciu minutach grania (oraz dwóch bisach) zespołu, znalazłem się na zewnątrz Spodka (jako jeden z pierwszych). Niestety z hali zaczęło dobiegać dudnienie – znak, że The Cure zagrali jeszcze coś na pożegnanie.

To był mój drugi koncert The Cure w życiu. Pierwszy widziałem (i słyszałem) w Łodzi w roku 2000 w ramach trasy promującej „Bloodflowers”. Porównując oba stwierdzam, że ówczesny koncert miał od początku klimat. Był przemyślany i wzruszający. Jednak zabrakło wówczas wielu nagrań, które usłyszałem w Spodku. Wtedy The Cure zagrał prawie cały materiał z płyty „Bloodflowers”, a starsze nagrania były jedynie dodatkiem. Główna oś dramaturgii była zbudowana wokół „Bloodflowers”. I mimo że nie jest to najlepsza płyta w historii The Cure, to jednak w Spodku tej dramaturgii zabrakło. Pierwsze dwie godziny zupełnie mnie rozczarowały. I choć wszystko wynagrodziła mi ostatnia część widowiska, to jednak lekki niedosyt pozostał.

Moje wrażenia byłyby zupełnie inne, gdyby wszystko rozpoczęło się od „One Hundred Years” i pomiędzy nagrania z „Pornography”, „Faith” i „Seventeen Seconds” Robert Smith powtykałby „Lullaby”, „Pictures of You” czy „Lovesong”. Summa summarum jednak nie żałuję przyjazdu do Spodka, bo MAGIA była. Wprawdzie nie przez cały koncert, ale lepiej że była w ogóle niż gdyby jej nie było wcale.

Setlista (za forum.conservativepunk.net):

01. Tape
02. Open
03. Fascination Street
04. alt.end
05. The Walk
06. End Of The World
07. Lovesong
08. A Letter To Elise
09. To Wish Impossible Things
10. Pictures Of You
11. Lullaby
12. From The Edge Of The Deep Green Sea
13. Hot Hot Hot!!!
14. Please Project
15. Push
16. How Beautiful You Are
17. Inbetween Days
18. Just Like Heaven
19. A Boy I Never Knew
20. Shake Dog Shake
21. Never Enough
22. Wrong Number
23. Signal To Noise
24. One Hundred Years
25. End

Zespół zszedł ze sceny. Czekamy na BIS. Na koncercie brak wizualizacji.

BIS 1

26. At Night
27. M
28. Play For today
29. A Forest

BIS 2

30. Three Imaginary Boys
31. Fire In Cairo
32. Boys Don’t Cry
33. Jumping Someone Else’s Train
34. Grinding Halt
35. 10:15 Saturday Night
36. Killing an Arab

BIS 3

37. Why Can’t I Be You?

Andrzej Korasiewicz
20.02.2008

Alphaville, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 07.09.2007 r.

Alphaville, rynek w Manufakturze, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 07.09.2007 r.

foto: Brite, http://brite.madebymonkeys.net

Takie przeboje jak „Forever Young” trafiają się raz na ileś lat. Jeśli jednak komuś uda się napisać taką piosenkę ma zagwarantowaną muzyczną nieśmiertelność. Tej sztuki dokonał ponad 20 lat temu niemiecki zespół Alphaville, który wystąpił w Łodzi w ramach Festiwala Dialogu Czterech Kultur.

Na rynek w Manufakturze przybyli zarówno starzy fani, dla których przeboje Alphaville to wspomnienie młodości (lub dzieciństwa), ale było też sporo młodzieży. Niewątpliwie koncert Niemców był jednym z ważniejszych wydarzeń tegorocznego FD4K.

Alphaville wylansował w latach 80. kilka wielkich przebojów, a później słuch o nim zaginął. Hity niemieckiego klasyka synth pop do dzisiaj grane są w rozgłośniach radiowych, ale po wydaniu drugiej płyty w 1986 pt. „Afternoons In Utopia” Alphaville zniknął ze sceny podobnie jak inne gwiazdki lat 80. – Limahl, Kajagoogoo, Howard Jones, Sal Solo. Jednak grupa nie przestała nagrywać, ani występować a ich ostatnim studyjnym dokonaniem jest czteropłytowy album „CrazyShow” z 2003 roku. Co więcej, Alphaville ma nadal swoich oddanych fanów, którzy czekają z utęsknieniem na kolejne wydawnictwa zespołu. Faktem jest jednak, że band zniknął ze świadomości tzw. przeciętnego słuchacza i istnieje w niej jedynie jako autor kilku mega hitów z lat 80. W takiej też roli zapewne zaproszono grupę do Łodzi i w takiej roli oczekiwali występu zespołu łodzianie.

Niemiecka gwiazda synth pop nie zawiodła publiczności. Na rynku w Manufakturze usłyszeliśmy niemal wszystkie klasyczne hity Alphaville, przeplatane nowszymi piosenkami. Zaskoczeniem na pewno były bardziej rockowe aranżacje tych przebojów. Chwilami niemal hard rockowe riffy dodawały piosenkom niezwykłej mocy. Jeśli ktoś uważał dotychczas Alphaville za zespół podobny współczesnym boys  bandom, musiał zweryfikować swoją opinię. Alphaville to zespół z krwi i kości. Wokalista grupy Marian Gold ma dobry głos i umie śpiewać. Prawie każdy dźwięk, który usłyszeliśmy ze sceny w Manufakturze był zagrany na żywo. I nawet tak synth popowe utwory jak „Sounds Like A Melody” zawierały w sobie elementy improwizacji, charakterystyczne dla koncertów rockowych.

Ze sceny wybrzmiały takie utwory jak: „Dance With Me”, „Sounds Like A Melody”, „The Jet Set”, „Jerusalem”, „Big in Japan”, a w finale oczywiście nieśmiertelny „Forever Young”. Były też piosenki nowsze, które wzbudziły mniejszy entuzjazm, ale z pewnością koncert Alphaville wszystkim się podobał. Miło i sympatycznie było usłyszeć panów po pięćdziesiątce, którzy wyszli na scenę i zaśpiewali hity sprzed 20 lat. Możliwe, że troszkę zawiedzenie byli ci, którzy oczekiwali bardziej syntetycznego brzmienia grupy. Alphaville na żywo wypada zdecydowanie bardziej rockowo, a w chwilach bardziej balladowych zespół gra przeciętny pop rock. Mogły trochę rozczarowywać zmiany dokonane w znanych hitach. Nie zabrzmiały one tak jak na oryginalnych płytach (może z wyjątkiem „Forever Young”), ale z drugiej strony świadczy to o umiejętności interpretacji i improwizacji muzyków. No a poza tym czego można wymagać od gwiazd synth pop, którzy dzisiaj przekroczyli pięćdziestiątke? ;). Można im tylko pogratulować wytrwałości i życzyć utrzymania kondycji, którą zaprezentowali w Łodzi przez co najmniej kolejnych 20 lat. Czego i Państwu życzę!

Andrzej Korasiewicz
08.09.2007

Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Tegoroczne Castle Party zapowiadało się bardzo smakowicie. Co rok organizatorzy festiwalu zaskakują nas coraz lepszym składem wykonawców z pierwszej ligi dark independent (nie tylko zresztą „dark” independent). W tym roku zestaw wykonawców przyciągnął naprawdę dużą publikę. Gołym okiem było widać większą liczbę osób na dziedzińcu zamku niż w latach poprzednich. Nie wiem ile karnetów sprzedano i ile rozdano akredytacji, ale widziałem na zamku najwięcej osób w historii wszystkich moich pobytów w Bolkowie (a był to już mój 7. „raz” w Bolkowie). Na pewno największą atrakcją tegorocznej edycji festiwalu był występ Front Line Assembly (a właściwie, kiedy piszę te słowa, FLA ma dopiero zagrać). Niestety, z przyczyn obiektywnych mogłem być tylko w sobotę, więc występ FLA mnie ominął :(. Dlatego proszę te parę słów nie traktować jak solidnej i rzetelnej relacji z imprezy (taka, mam nadzieję, wkrótce pojawi się na stronie), ale kilka subiektywnych uwag na temat koncertów, które widziałem i ogólnej atmosfery Castle.

Bolków powitał mnie w sobotę około godziny 17 deszczem. Kiedy dotarłem na miejsce, za nami był już występ czeskiego Tear oraz japońskiego The Royal Dead. Na dobrą sprawę nie wiem w ogóle czy te koncerty doszły do skutku, ponieważ w tym czasie była ostra ulewa. Kiedy na zamku grał Catastrophe Ballet, kończyłem kwaterować się w szkole. Gdy w końcu dotarłem na zamek rozpoczynał grę polski Miguel and The Living Dead.

Nie wiem, może już jestem za stary, może nigdy nie miałem nic wspólnego z gotykiem, ale twórczość Migueala, a zwłaszcza image sceniczny muzyków, po prostu odrzuca mnie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie Miguel był w tym roku najbliższy klasycznie rozumianej odmianie gotyku. Ich występ spotkał się z owacją oddanych fanów i muszę przyznać, że zespół zasłużył na to energią, którą włożył w koncert. Inną sprawą jest to, że odgryzanie głów pluszakom, image sceniczny muzyków Miguela rodem z tanich horrorów wywoływały uśmiech na mojej twarzy i był to raczej uśmiech politowania niż porozumiewawcze „puszczenie” oka. Ciśnie mi się na usta słowo „obciach”. No, ale cóż poradzić, taka właśnie jest muzyka „gotycka” – obciachowa. Można ją lubić, albo nie. Wychodzi na to, że ja nie lubię…

Jedynym punktem występu Miguela, który mnie zainteresował było Siekiera medley zagrane na pożegnanie – „Idzie wojna” (Siekiera z Budzyńskim) oraz „Bez końca” z „Nowej Aleksandrii”. I to chyba jedyne moje punkty wspólne z Miguelem. Kocham starą Siekierę, a „Nową Aleksandrię” (już bez Budzyńskiego) uważam za jedną z najgenialniejszych płyt w historii polskiej muzyki, nie tylko rockowej. Jak to się więc dzieje, że muzycy inspirujący się m.in. Siekierą tworzą tanią podróbkę death rocka i muzyki rodem z Bat cave? Nie mam pojęcia. Z drugiej strony, nikt poza Miguelem tego w Polsce nie robi. Dlatego Miguel jest bezkonkurencyjny w swojej kategorii, bo jedyny…

Po tej frywolnej mieszance death rocka i gotyku rodem z Bat Cave, nastąpiły dźwięki znacznie przyjaźniejsze dla moich uszu, choć nie przeżyłem tego dnia muzycznego „orgazmu”. Najpierw zaprezentowała się niemiecka Diorama, czyli Diary of Dreams – bis. Panowie zabrzmieli jakby włączona była płyta Dioramy, a nie jakby występowali na żywo. Jeden z moich rozmówców w Bolkowie miał nawet wątpliwości, czy wokalistą śpiewa, czy leci wszystko z playbacku. Coż, Diorama to fajny elektroniczny dark wave, który lubię, więc z przyjemnością wysłuchałem całości. Ale trudno tutaj o zachwyty.

Po Niemcach zaprezentowali się Norwegowie z Pride and Fall. Hm… Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na krytykanta… Chyba będę musiał jednak okazać się krytykiem, który zasiadając przy klawiaturze rozładowuje swoje kompleksy (to naczelny argument wszystkich fanów, których idole zostali przez kogoś skrytykowani), bo występ Pride and Fall to była prymitywna sieka electro pop, bez polotu i inteligencji. Kolejne utwory były do siebie podobne, tak że nawet zatwardziałym fanom z pewnością trudno było odróżnić tytuły.

Kolejnym wykonawcą był Johan van Roy i jego Suicide Commando. Poprzedni występ Suicide Commando na Castle to żywa perkusja i kawał dobrej roboty. Tym razem było więcej syntetyki, ale tyle samo pasji i energii ze strony Johana. Ludziom się podobało, ale ja czuję przesyt taka prostą elektroniczną rąbanką, więc skorzystałem z okazji, by posilić się i nieco rozprostować kości.

Gdy wróciłem na zamek, na scenie był już Adrian Hates ze swoją kompanią z Diary of Dreams. Podobnie jak w przypadku belgijskiego Suicide Commando to już drugi występ Niemców w Bolkowie. Poprzedni nie powalił mnie z nóg (co nie znaczy, że był zły!), tym razem Diary of Dreams będę najmilej wspominał z tegorocznego Castle. Adriana Hatesa i Diary trzeba lubić, żeby móc o nim pozytywnie się wypowiadać. Manieryczny wokal, patetyczne klawisze i bit rodem z electro, to wszystko świadczy o specyfice Diary, którą nie jest łatwo zaakceptować. W dodatku w porównaniu z kopią Diary – czyli Dioramą – jest jeszcze bardziej smętnie i melancholijnie. Diary of Dreams można albo lubić, albo nie lubić. Trudno pozostać całkowicie obojętnym wobec tej muzyki. Ja miło spędziłem czas słuchając kolejnych utworów Diary – m.in. „O Brother Sleep”, „Giftraum”, „The Curse”. Wartości występu dodało to, że zespół występował z żywym perkusistą, który robił co mógł, żeby dać widzom wrażenie, że jak najwięcej dźwięków zagranych jest rzeczywiście na żywo. Oczywiście czego nie dało się zagrać „na żywo”, poleciało z kompa. Żywe granie nie wypaczyło jednak elektronicznego charakteru muzyki Diary, ale dodało autentyczności. Jednym słowem koncert Diary of Dreams uznaję za nadzwyczaj udany.

W roli największej gwiazdy pierwszego dnia koncertów na zamku wystąpił Chris Corner ze swoim IAMX. To cokolwiek dziwne, zważywszy na fakt, że IAMX ani nie jest zespołem z kręgu dark independent, ani nie jest… gwiazdą, co przyznają sami fani IAMX. Widać jednak, że Chris Corner czuje się gwiazdą i być może to tłumaczy występ IAMX w roli headlinera. Potwierdzeniem tej tezy może być również to, że zespół kazał na siebie czekać 40 minut a zagrał zaledwie 50 minut, z czego ja uświadczyłem 20 minut. Podczas oczekiwania na Gwiazdę troszkę zmarzłem, a jako że godzina była już późna (IAMX kończył grać o 1.30), a muzyka Gwiazdy nie na tyle ciekawa, żeby mnie przekonać do pozostania do końca występu, udałem się na spoczynek, żeby wypocząć przed podróżą następnego dnia rano do Łodzi.

O samym występie IAMX mogę napisać jedynie tyle, że to nie moja muzyka, choć pierwsze 4 nagrania były całkiem sympatyczne. Przy piątym zrobiło się jednak nieco nudno i to mnie ostatecznie przekonało, żeby dołączyć do grona osób, które opuściły zamek po wybrzmieniu ostatnich taktów muzyki Diary of Dreams. Warto podkreślić, że podczas występu Diary of Dreams, a nawet wcześniejszych (włącznie z Miguelem!) było znacznie więcej publiczności niż podczas koncertu IAMX i to mimo tego, że na występ IAMX przybyli fani IAMX, którzy nie uczestniczyli we wcześniejszych koncertach. To chyba najlepiej świadczy o tym, co myślą o gwiazdorstwie IAMX polscy fani.

IAMX to całkiem sympatyczna, indie rockowa muzyka młodzieżowa, ale czy zespół naprawdę zasłużył na rolę headlinera? Śmiem twierdzić, że nie. Nie ulega wątpliwości, że grupa byłaby znacznie lepiej przyjęta przez publiczność Castle (nie piszę o fanach IAMX), gdyby zagrała np. trzecia od końca. A tak, występ IAMX można traktować jedynie w kategoriach nieporozumienia, które ustępuje w tej kategorii jedynie występowi Sweet Noise jako headlinera, w którejś z poprzednich edycji Castle.

Na tym mój udział w Castle, niestety, zakończył się. Nie dane mi było zobaczyć Front Line Assembly i Legendary Pink Dots, na które czekałem. Ale cóż począć – siła wyższa.

Podsumowując, Casle Party 2007 to jak zwykle impreza bardzo udana. Jak zwykle bardziej jeśli chodzi o kwestie towarzyskie i możliwość spotkania się z dawno nie widzianymi znajomymi, niż o kwestie artystyczne. Ale i tych ostatnich atrakcji w tym roku nie brakowało. Dla każdego znalazło się coś interesującego. Dla mnie w tym roku było to Diary of Dreams. Dla wielu najbardziej interesującym występem był Miguel and The Living Dead. Z pewnością jednak kulminacją festiwalu będzie występ Front Line Assembly. Trzymam kciuki, żeby wszystko udało się i żeby w przyszłym roku zaproszeni zostali wykonawcy tej miary co FLA czy Diary!

Mam nadzieję, że nadzieje nie są płonne, bo tegoroczna edycja była chyba rekordowa jeśli chodzi o frekwencję.

Andrzej Korasiewicz
29.07.2007

Tak Tak Summer of Music Festival 2006

Tak Tak Summer of Music Festival 2006
9-10 września 2006, Tor Wyścigów Konnych „Służewiec”, Warszawa

Tak Tak Summer of Music Festival 2006 to 2 dni festiwalu, 4 sceny (główna, MTV, aktivna i klubowa) oraz całe zaplecze festiwalowe – strefa gastronomiczna, dla mediów, stoiska sponsorów i patronów. Wykonawcy zostali podzieleni między sceny, tak żeby można było zobaczyć jak najwięcej i żeby jak najmniej koncertów pokrywało się ze sobą. Niestety, nie było możliwe wszystko tak zgrać, żeby nic nie umknęło, a dodatkowo w niedzielę, ze względu na obsuwy czasowe, na scenie MTV trochę ciekawej muzyki przeleciało między palcami.

Największy minus festiwalu, to słaba frekwencja. Na tak wielkim terenie było to szczególnie widoczne. Nie mam danych ile sprzedało się biletów, ale na oko każdego dnia nie było więcej jak kilka tysięcy osób. Wysokie ceny biletów, koniec lata i bliskość czasowa innych wydarzeń muzycznych zrobiły swoje. Szkoda, bo pod względem muzycznym festiwal uważam za udany (w Polsce jest tak mało dobrych imprez, że trudno wybrzydzać).

Sobota, 9.09.2006

Wszystko zaczęło się w sobotę ok. 15. Na teren Służewca dotarłem przed 16., kiedy na Scenie Aktivnej kończył grać pierwszy artysta – polski Farel Gott. Nie za wiele udało mi się jednak usłyszeć. Następnie na scenie głównej zainstalowała się łódzka załoga Cool Kids of Death. Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na zgreda i nikogo nie obrazić. Ja nazywam ich twórczość muzyką dla zbuntowanych nastolatek. A jako że nie jestem już ani szczególnie zbuntowany, ani tym bardziej nie jestem nastolatką, to zwyczajnie ich muzyka mnie nie przekonuje. Moja diagnoza ich grania jest chyba dosyć trafna, bo pod sceną szalały właśnie głównie nastolatki, wyraźnie dobrze się bawiąc. I dobrze, nie mieszam się. Faktem jest jednak, że było to może ze 100 osób (bardzo optymistyczne szacunki). Czyli było pusto.

Gdy skończyły Kulki, na scenie Aktivnej zainstalowała się hiphopowo-alternatywna załoga z Afro Kolektywu. Poszedłem z ciekawości. Hip hop trudno przyswajam (chyba że w wydaniu Ninja Tune – czyli niezbyt ortodoksyjnym), ale alternatywność Kolektywu wlała we mnie nieco nadziei, że może być ciekawie. Na scenie zobaczyłem wijącego się wokalistę w szlafroku oraz innego muzyka ubranego w coś w rodzaju pasiaka więziennego. No nawet fajny pomysł, ale muzycznie mnie nie porwali. Muzyka była moim zdaniem zbyt prosta, żeby nie powiedzieć prostacka.Trzeba jednak przyznać, że kolektyw ma swoją publiczność, która dobrze bawiła się podczas występu grupy.

W tym samym czasie (godz. 17.00) pojawił się pierwszy wykonawca na scenie MTV – Mitch i Mitch. Panowie trochę się stroili, przygotowywali do grania, a ponieważ już parę minut to robili, a ja byłem głodny i spragniony, postanowiłem przenieść się do strefy gastronomicznej, aby zaspokoić te potrzeby. Mitchów więc w efekcie nie zobaczyłem.

O 18.00 na główną scenę miał wyjść El Presidente i pewnie tak było, ale nie mogę tego z całą pewnością stwierdzić, bo nadal zaspokajałem swoje pragnienie. Gdy już poczułem się nasycony, udałem się pod główną scenę, ale niestety Szkoci już kończyli grać.

 O 19.00 na scenie Aktivnej rozpoczął swój występ polski Dick4Dick. To był pierwszy wykonawca tego dnia, na którego zwróciłem uwagę. Panowie zaprezentowali się jedynie w majtkach. Zagrali dosyć wybuchową mieszankę postpunkowego rocka, rock’n’rolla okraszonego elektroniką (niektórzy nazywają takie połączenie „disco-punk”). Było naprawdę energetycznie, alternatywnie i fajnie, choć mało finezyjnie. O tej samej godzinie na Scenie MTV występował Mocky.

Mimo fajnych wrażeń na Dick4Dick, po wysłuchaniu kilku numerów przeniosłem się do budynku po lewej stronie sceny głównej *. Mocky przynależy do sceny elektronicznej, ale tej, która spogląda w stronę jazzu, hip hopu, neo-soulu, a nawet bluesa. Jego ensamble odgrywał wszystkie numery na żywych instrumentach co dodatkowo ociepliło brzmienie. Mnie się podobało. Może dlatego, że mam smaka na taki neo-soul, a może dlatego, że Mocky jest naprawdę ciekawym wykonawcą. A najpewniej dla jednego i drugiego.

O godz. 20.00 na główną scenę wyszedł brytyjski Maximo Park. Cóż by tu znowu napisać, żeby nikogo nie urazić (zwłaszcza fanów brytyjskiej muzyki). Wszystko zagrane było profesjonalnie, rzemieślniczo i prawdopodobnie lepiej się nie dało. Przebój „Apply Some Pressure” nawet mi się podoba, ale coż począć, że według mnie Maximo Park wykonuje cały czas ten sam numer. W dodatku wszystkie te brytyjskie zespoły są jakoś tak do siebie podobne. Coś w nich jest bezpłciowego i to je łączy. Poza tym większość z nich (najczęściej nieświadomie) kopiuje The Beatles, niestety bez choćby cienia talentu kompozycyjnego czwórki z Liverpoolu. Brzmieniowo przemielone jest to przez rewolucję punkową z lat 70-tych i tak wychodzą nam co chwila kolejne twory spod brytyjskiej matrycy (ostatnio Arctic Monkeys). Maximo Park to jeden z takich tworów i moim zdaniem nie wyróżnia się niczym szczególnie. Według mnie na scenie było nudno.

Godzina 21.00 to Scena MTV i słynna Peaches. No, tego to już byłem ciekawy na 100 proc. Sporo słyszałem o jej występach. Muzykę znałem dobrze i lubiłem. Ogólnie – mój klimat. I to, czego się spodziewałem – otrzymałem. Artystka szalała na scenie, zdejmując po każdym numerze elementy ubrania. Po jednym z numerów ukazał się oczom publiczność nadmuchiwany fallus, z którym następnie artystka prowadziła dialog ściągając kolejne części garderoby. Muzycznie było bardzo energetycznie, disco-punkowo i electro-clashowo. Usłyszeliśmy wybuchową mieszankę jazgotliwych gitar i agresywnej perkusji ubarwione klawiszami, elektroniką oraz wrzaskliwym wokalem samej Peaches. To był dobry show, zarówno pod względem muzyczno-zabawowym jak i wizualnym. Z zadania promocji najnowszego albumu „Impeach my Bush” Peaches wywiązała się bardzo dobrze.

Punktualnie o 22.00 przeniosłem się pod główną scenę, bo właśnie rozpoczynał się występ największej gwiazdy pierwszego dnia – Datf Punk. Duet Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter to chyba najlepszy produkt eksportowy Francji ostatnich lat. Uznawani są już dzisiaj za bogów światowej muzyki klubowej. Przyznam, że do niedawna pozostawałem dosyć nieczuły na ich wielkość. Zaklasyfikowane jako przełomowe płyty „Homework” i „Discovery” dla mnie mogły nie istnieć. Ich największe hity były dla mnie jedynie fajnymi zapełniaczami podczas podróży samochodem. No ale po występie w Warszawie muszę wszystko odszczekać i od dzisiaj uznaję wielkość Daft Punk. Toż to nowe wcielenie Kraftwerk! Do tego wywodzące się ze sceny house/dance, która w jakiś wyraźny sposób nie inspirowała się bezpośrednio Kraftwerk. Nie można więc mówić o żadnym naśladownictwe. W dodatku podejrzewam, że fanom Daft Punk skojarzenia z Kraftwerkiem raczej nie przyjdą do głowy. Dla nich Kraftwerk to jakaś stara muzyka, która może i była etapem rozwoju muzyki elektronicznej, ale dzisiaj liczy się Daft Punk. I jestem skłonny się z tym zgodzić!

Kraftwerk widziałem jedynie na płycie DVD. Na żywo widziałem Karla Bartosa w Płocku i byłem wtedy pod wrażeniem tego, co zaprezentował. Ale to, co zobaczyłem w wykonaniu Daft Punk to było dopiero coś. Show nie z tej ziemi! Duet francuskich didżejów kontrolował całość występu z trójkątnej bryły neonowej (czegoś w rodzaju piramidy), w której obaj się usadowili. Panowie ubrani byli w hełmy i ani przez chwilę nie pokazali swoich twarzy (kolejny motyw wymyślony przez Kraftwerk!). Image iście robotyczny. Wszystko zwieńczone było perfekcyjnie dobraną i zsynchronizowaną grą świateł, neonów i dymów. Oczywiście muzyka była z płyt CD (miksowana na żywo). Ale to jest właśnie ta bolączka występów live projektów elektronicznych. Żeby był sens takich „koncertów”, trzeba przede wszystkim zadbać o stronę wizualną, bo muzycznie mamy po prostu puszczoną muzykę z płyt CD (w najlepszym razie miksowaną jak na didżejów przystało). Może dlatego Daft Punk przez 10 lat nie odczuwali potrzeby występów „na żywo”.

Na Służewcu usłyszeliśmy mieszankę starych i nowych hitów projektu (m.in. „Around the World”, „One more Time”, „Technologic”) a wszystko zakończyło się numerem tytułowym z najnowszej płyty „Human after all”, który można było interpretować jako przesłanie Francuzów. Roboty, ale tak nie do końca… Mają coś z ludzi. Show Daft Punk to największe wizualno-muzyczne widowisko, jakie do tej pory widziałem na żywo. Krytykom, którzy nie tolerują takich „koncertów” proponuję jednak się przełamać i jeśli tylko będą mieć okazję zobaczyć występ Daft Punk niech z niej skorzystają. Bo nie wiadomo, kiedy taka możliwośc pojawi się następnym razem.

To był koniec występów na głównej scenie pierwszego dnia, ale nie koniec pierwszego dnia w ogóle. Po Daft Punk przeniosłem się do namiotu klubowego, gdzie przygrywał Gilles Peterson, któremu towarzyszył Earl Zinger na wokalu. Naprawdę nieźle się wkręciłem przy jego didżejce. Aż nawet zacząłem tańczyć ;). Gilles grał elektronicznie przetworzone jazzy, samby i bossanovy. Do tego wszystkiego bardzo klimatycznie podśpiewywał Earl Zinger. Było naprawdę fajnie.

Po północy przeniosłem się do budynku ze sceną MTV, gdzie grał już duet didżejski The Crystal Method. Był tylko stół mikserski oraz dwóch panów, którzy kręcili gałkami. I znowu się nieźle wkręciłem, przy okazji natykając się na ekipę depeszów z wawy ;), którzy nieźle tam podrygiwali. The Crystal Method to takie skrzyżowanie Prodigy i Chemical Brothers (dziennikarze ochrzcili ich nawet amerykańską odpowiedzią na The Chemical Brothers). Było więc trochę bitów i faktycznie osoby lubiące synth/EBM mogły znaleźć coś dla siebie. Ale żadna rewelacja to nie była. Pokręciłem się trochę pod sceną i około 1.00 udałem do wyjścia. Trzeba było przespać się i wypocząć przed nieźle zapowiadającym się dniem drugim festiwalu.

Niedziela, 10.09.2006

Drugi dzień zapowiadał się bardzo dobrze, ale w efekcie okazał się lekką porażką. Największą porażką okazała się scena MTV. Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy zagrali, którzy mieli zagrać, a po drugie dlatego, że jak już zagrali to z mocnym opóźnieniem. O 15.00 na scenie MTV miał grać Oszibarak, ale jak słyszałem z relacji znajomej nie zagrał. Tzn. próbował grać około godziny. Próbował i próbował. W końcu artyści z Oszibarak zaprezentowali jeden numer, puścili jakieś projekcje i zwinęli się. Tak przynajmniej wynikało z relacji mojej znajomej. Całe szczęście, że nie pofatygowałem się tak wcześnie na Służewiec (a takie miałem pierwotnie plany). Podobna sytuacja była z Miloopą. Ich próba trwała około 1,5 godziny i w końcu, gdy wyglądało na to, że już za chwilę naprawdę zaczną grać minęła godzina 18.00 i trzeba było iśc pod scenę główną, gdzie występ rozpoczęło Stereo MC’s. Choć Miloopa w końcu zagrała, to nie dane mi było jej usłyszeć (jeśli nie liczyć dudnienia jakie docierało pod scenę główną).

Z dziennikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze, że o 16.00 na scenie głównej zagrał Makowiecki Band, ale tego nie trzeba chyba za bardzo komentować? Występ czegoś takiego na porządnym festiwalu to po prostu nieporozumienie.

Zespół Stereo MC’s nie należy dzisiaj do muzycznej czołówki, ale płytą „Connected” z 1992 roku na trwałe wpisał się w historię muzyki nie tylko elektronicznej. Mimo że kiedy grupa nagrała tą przełomową płytę, kończyłem liceum i nadaję się pod względem wiekowym na „starego fana Stereo Mc’s”, to jednak ominęły mnie wówczas bliższe doznania emocjonalne związane z wydaniem albumu. Z dzisiejszej perspektywy trochę żałuję, ale wtedy interesowała mnie inna muzyka.

Stereo MC’s to specyficzne połączenie muzyki klubowej, jazzu, soulu i indie rocka. Trzeba przyznać, że zespół wypracował swój własny styl, a album „Connected” to płyta naprawdę ważna i naprawdę dobra. Utwór tytułowy oraz numer „Step it up” to już klasyki. Oba usłyszeliśmy w Warszawie. Występ Stereo MC’s uważam za bardzo udany. Cath Coffey wił się na scenie z energią, która niejednego Czarnego mogła wprawic w osłupienie. Towarzyszące mu na wokalu 2 Czekoladki nadawały muzyce charakterystycznego czarnego, soulowego feelingu. Godzina ze Stereo MC’s minęła bardzo przyjemnie. Szkoda tylko, że zespół byl zmuszony wystąpić przy dziennym świetle.

O godz. 19.00 na Scenie Aktivnej zagrały Komety. Zespół jest ciekawym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Wprawdzie nie jest jedyną grupą grającym psychobilly w Polsce, ale z pewnością jedną z najbardziej znanych. Na początek usłyszeliśmy numery z nowszej płyty. Moim zdaniem zabrzmiały jakoś mało przekonywająco, tak jakby czegoś im brakowało. Nie byłem tylko pewien czy chodzi o same kompozycje czy o konkretne wykonanie. Gdy zabrzmiał „Król flipperów” byłem już pewien, że czegoś brakuje w samym wykonaniu. To nie był ten sam dynamit jak na płycie. A to już jest poważny zarzut do rockowego składu. Jeśli zespół rockowy na żywo brzmi gorzej niż na płycie, to coś jest nie tak. A moim zdaniem zespół zabrzmiał gorzej niż na płycie.

O tej samej godzinie (19.00) na scenie MTV miał zagrać AMP Fiddler, ale że wszystko było opóźnione zagrał ok. pół godziny później. Dzięki temu zobaczyłem Komety, ale nie zobaczyłem całego Fiddlera. Czego żałuję, bo ostatnio mnie kręci taka muzyka, a AMP Fiddler to pierwsza liga sceny neo-soul i funk. Artysta może być znany szerszej publiczności przede wszystkim jako muzyk sesyjny. Wspierał takich twórców jak Prince, Jamiroquai, George Clinton a także Carl Craig. W swojej solowej twórczości łączy ze sobą elementy soul, jazzu, r’n’b i funk. Przede wszystkim jednak nad wszystkim króluje czarny feeling. Podobało mi się, ale po kilu numerach musiałem wracać, bo na głównej scenie miał wystąpić Ian Brown.

Ian Brown to wokalista legendarnego dla wielu zespołu The Stone Roses. Znowu będę chyba obrazoburczy, ale dla mnie ta legenda jest cokolwiek kontrowersyjna. Na pewno trzeba się zgodzić, że The Stone Roses to jeden z tych zespołów, który miał duży wpływ na dzisiejszą muzykę brytyjską. Do słuchania The Stone Roses przyznają się m.in. bracia Gallagher (brr…). Ale dla mnie to właśnie argument „przeciw”. Bo jeśli to oni w dużym stopniu ukształtowali współczesną brytyjską muzykę to naprawdę są bardzo kiepskim wzorem. Jeśli jakieś numery The Stone Roses można uznać za ciekawe to okazuje się, że jest to wariacja na jakiś temat znany skądinąd. Zresztą posłuchajcie sami numeru „I Wanna be Adored”, jednego z najbardziej znanych z twórczości The Stone Roses, od którego Ian Brown rozpoczął koncert. Czyż nie jest to taka spowolniona, bardziej transowa wersja numeru „I wanna be your dog” Iggy Popa?

Nic na to nie poradze, ale nie uznaję i nie rozumiem fenomenu takich zespołów jak The Stone Roses. Tzn. rozumiem, że Brytyjczykom to się podoba. Tak samo jak Polacy mają swoją muzykę, która się podoba tylko Polakom i nikomu więcej. Ale dlaczego na Boga ktoś próbuje nam wmówić, że muzyka pokroju The Stone Roses jest wielka, jak wielka nie jest? Poza Wyspami ta muzyka nigdy nie była wielka. Takie grupy jak The Stone Roses czy Happy Mondays mają swoje miejsce w historii muzyki, nie przeczę. Miały wpływ na rozwój sceny rave, ważnej dla rozwoju muzyki. To, co grały grupy „madchesterskie” (Brown zresztą odcina się od Madchesteru) było dosyć przyjemną muzyką i w miarę inteligentną. Ale co w niej było wielkiego?

Koncert Iana Browna tylko potwierdził moje zdanie na temat tej podobno genialnej muzyki brytyjskiej (koniecznie „indie”). Według mnie to był dosyć przyzwoity występ, dosyć przeciętnego indie rockowego składu. Artysta wprawdzie nieco fałszował, ale ogólnie całości miło się słuchało. Niech tylko nikt nie próbuje mi wmawiać, że Ian Brown to artysta na miarę Johna Lennona czy choćby Paula Wellera! Tak nie jest i nigdy nie będzie.

Gdy Ian Brown skończył przeniosłem się pod scenę MTV, gdzie o 21.00 miał zacząć grać Mercury Rev. Opóźnienie jednak nie zostało nadrobione i Amerykanie rozpoczęli prawie pół godziny później. Show zaczął się od projekcji wyświetlanych na ekranie za sceną oraz utworu Coctaeu Twins, który służył jako podkład. Później usłyszeliśmy zgiełk gitar oraz falset Jonathana Donahue. To znak, że Amerykanie zaczęli grać. Jonathan Donahue wił się na scenie i w wyjątkowo ekspresyjny sposób wyrażał wszystkie emocje, które nim targały. Mnie trochę raziła zbytnia homoseksualność tych popisów (kolega redakcyjny twierdzi, że Donahue był po prostu nawalony amfetaminą, ale efekt był taki, że zachowywał się jak „ciota”). Nie żebym miał coś przeciwko homoseksualności, ale w przypadku ostrej, rockowej muzyki, która jest czymś na przecięciu Sonic Youth oraz rocka progresywnego (art rocka) nie pasowało mi to. Muzycznie jednak i widowiskowo całość koncertu Mercury Rev była znakomita. Po usłyszeniu kilku numerów (m.in. „The Funny Bird” i „You’re My Queen”) udałem się jednak pod scenę główną, by zobaczyć co ma do zaoferowania Pet Shop Boys.

Po 22. weterani synth pop rozpoczęli. Ciekaw byłem tego, co zaprezentują, zwłaszcza w kontekście dzień wcześniejszego show Daft Punk. W porównaniu z Francuzami, Pet Shop Boys wypadło jednak słabo. Do Anglików mam spory sentyment, ale to, co zaprezentowali na scenie nie było szczególnie porywające. Neil Tennant śpiewał kolejne przeboje duetu („Suburbia”, „Left to my own Devices”, „Rent”, „West End Girls”, „Allways on My Mind”, „Opportunities (Let’s Make Lots Of Money)”, a na bis m.in. „It’s a sin”) przeplatane utworami z najnowszej płyty „Fundamental”. Chris Lowe stojąc nieruchomo przy klawiszach uderzał w nie co jakiś czas. Wszystko dopełnione było scenografią, na którą składały się 4 prostokątne bryły, z których w zależności od numeru były tworzone różne konstrukcje. Bryły były podświetlane, ale w porównaniu z tym, co zrobił wcześniej Daft Punk, scenografia nie powalała. Na scenie byli jeszcze tancerze oraz czarna wokalistka. Po wysłuchaniu i oberzjrzeniu kilku numerów poczułem się znudzony i stwierdziłem, że równie dobrze mogę posłuchać tego w strefie gastronomicznej, gdzie spędziłem ostatnie minuty występu duetu z Londynu.

I to był już finał festiwalu. Impreza według mnie bardzo udana. Zorganizowana z rozmachem i w stylu wielkich festiwali. Jedyne co szwankowało to brak publiczności. Miało to też swoje plusy, bo nie było tłoku pod sceną i zawsze można było się dopchać pod same barierki. Absolutnie nie żałuję spędzonego czasu i mam nadzieję, że ta kiepska frekwencja nie zniechęci organizatorów (a zwłaszcza sponsora) do drugiej edycji Tak Tak Summer of Music Festival.

p.s. pozdrowienia dla koleżanki redakcyjnej Ewy, którą spotkałem pracującą w innych barwach 😉

* scena Aktivna i główna scena były umiejscowione na otwartym powietrzu, scena klubowa w namiocie wewnątrz strefy gastronomicznej, a scena MTV w budynku przy strefie gastronomicznej

Tekst: Andrzej Korasiewicz
Foto: Mateusz „Karaluch” Rękawek
12.09.2006

Renata Przemyk, Raz Dwa Trzy – Festiwal Dialogu Czterech Kultur, Łódź, Manufaktura – Rynek, 05.09.2006

Renata Przemyk, Raz Dwa Trzy – Festiwal Dialogu Czterech Kultur, Łódź, Manufaktura – Rynek, 05.09.2006

Manufaktura ożyła! Ożyły nie tylko mury dawnej fabryki Izraela Poznańskiego, które dzięki francuskiemu inwestorowi przemieniły się w największe w Polsce centrum handlowo-rozrywkowe, ale dzięki Manufakturze ożyła również sztuka w Łodzi. Na razie wprawdzie tylko sztuka popularna, ale za to jaka! W kolejnym dniu Festiwalu Dialogu Czterech Kultur wystąpiła ze swoim recitalem najpierw Renata Przemyk, a na deser zespół Raz Dwa Trzy. Trudno wyobrazić sobie lepsze zestawienie!

Renata Przemyk to szczególna osobowość w polskiej muzyce (nie)popularnej, wymykająca się jednoznacznym klasyfikacjom. Debiutowała jako wokalistka wykonująca piosenkę studencką. Później zdążyła wystąpić podczas kabaretonu w Opolu, festiwalach w Jarocinie, Sopocie a także… Castle Party w Bolkowie. Tam właśnie zobaczyłem ją i usłyszałem po raz pierwszy na żywo. Wtedy jej występ mnie nieoczekiwanie oczarował. I do dzisiaj czar nie przestał działać. Występ Renaty Przemyk w Łodzi był olśniewająco piękny i powalający. Wspaniały głos, inteligentne teksty wyśpiewane z takim zaangażowaniem, jakby Renata Przemyk robiła to po raz pierwszy. Do tego nieodłączny akordeon, który nadaje zespołowi Renaty Przemyk niepowtarzalnego brzmienia. Ekspresja, z jaką artystka śpiewa oraz subtelny sposób nawiązywania kontaktu z publicznością, sprawiają, że ma ona oddanych i szczególnych fanów. I we wtorek rynek w Manufakturze był wypełniony po brzegi tą szczególną publicznością.

Muzyka Renaty Przemyk jest do niczego nie podobna, bo jest tak wspaniała, że nie da się jej skopiować. Nie do podrobienia jest ani brzmienie zespołu towarzyszącego Renacie Przemyk, ani wokal. W jej muzyce odnajdują się zarówno fani muzyki rockowej, piosenki studenckiej, ambitnego popu i folku. Wszystkie te elementy są obecne w piosenkach naszej, dosyć zdolnej jednak szansonistki. To jest muzyka, która nigdy się nie zestarzeje i zawsze będzie modna. Twórczość Renaty Przemyk jest po prostu uniwersalna.

Trudno ogarnąć cały półtoragodzinny koncert. Wszystko zaczęło się punktualnie o godz. 19.30 od utworu z najnowszej płyty „Unikat” pt. „Zona”. Kolejne numery wprowadzały w klimat twórczości Renaty Przemyk, a pomagał w tym zapadający nad łódzkim niebem zmrok. Na początek usłyszeliśmy spokojniejsze numery z gitarą akustyczną. Później gitarzysta zamienił akustyka na gitarę elektryczną i usłyszeliśmy bardziej rockowe wcielenie Renaty Przemyk, z przebojem „Nie mam żalu” na czele.

Półtorej godziny minęło tak szybko, że gdy Renata Przemyk na koniec zagrała utwór „Kochana”, wyczekiwany przez większość publiczności, trudno było uwierzyć, że to już koniec. A jednak, usłyszeliśmy jeszcze tylko na bis słynny numer „Babę zesłał Bóg” z pierwszej płyty „Ya Hozna”. Choć w całkiem nowej, niemal akustycznej aranżacji. Ale z takim głosem Renacie Przemyka na dobrą sprawę do niczego zespół muzyków nie jest potrzebny. Wokalistka potrafiłaby bez pomocy instrumentalistów stworzyć głosem, gestami i ekspresją cielesną półtoragodzinne widowisko, które tak samo chłonęłoby się, jak wtorkowy koncert w Łodzi.

Po tej artystycznej uczcie na scenę wyszedł równie ciekawy zespół Raz Dwa Trzy. Przyznam jednak, że nie należę do szczególnych wielbicieli grupy a co za tym idzie nie chcę recenzować ich występu. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że chwile spędzone przy ich muzyce były bardzo miłe i sympatyczne, choć nie tak ekscytujące jak w przypadku występu Renaty Przemyk.

Bardzo sympatyczny jest wokalista Raz Dwa Trzy, który w sposób inteligentny zapowiadał niemal każde kolejne nagranie zespołu, a następnie kwitował tę zapowiedź stwierdzeniem-podziękowaniem skierowanym do publiczności „Dziękuję za wypowiedź”. Wokalista tłumaczył też, że każdy ma swoje słabości, a jego słabością była nieśmiałość. Dzięki występom na scenie udało mu się pokonać tę barierę. To chyba należy potraktować jako bardzo optymistyczne przesłanie Raz Dwa Trzy. Taka też – radosna i pozytywna – była muzyka zespołu. Muzyka Raz Dwa Trzy spokojnie bujała publicznośc wprowadzając wszystkich w doskonały nastrój.

Udałem się w dobrym nastroju do domu, mając nadzieję, że na scenie w Manufakturze będę miał okazję brać udział w jeszcze nie jednej równie udanej imprezie. Duże brawa dla organizatorów Festiwalu Dialogu Czterech Kultur za zaproszenie tak ciekawych artystów jak Renata Przemyk i Raz Dwa Trzy. Oby tak dalej i proszę o więcej!

Tekst i foto: Andrzej Korasiewicz
06.09.2006

Rezerwat, Power of Trinity, D.Miśkiewicz – Festiwal Dialogu Czterech Kultur, Łódź, Manufaktura – Rynek, 03.09.2006 r.

Rezerwat, Power of Trinity, D.Miśkiewicz – Festiwal Dialogu Czterech Kultur, Łódź, Manufaktura – Rynek, 03.09.2006 r.

Do Manufaktury dotarłem przed 21, gdy zgodnie z rozkładem miała grać już grupa Power of Trinity. Tymczasem na scenie nadal śpiewała Dorota Miśkiewicz z zespołem. Wysłuchałem więc w spokoju kilku jazzowo-popowych, miłych dla ucha kompozycji i obejrzałem wijącą się na scenie Dorotę Miśkiewicz. Widok, jak i muzyka ensamble’u – bardzo przyjemny. Na kolejny dzień Festiwalu Dialogu Czterech Kultur ściągnął mnie jednak reaktywowany Rezerwat, a przede mną jeszcze był występ grupy Power of Trinity.

Power of Trinity okazał się być zespołem, który w największym stopniu rozgrzał łódzką publiczność. Pod sceną średnia wieku bawiących się ludzi była ok. 16-17 lat. Młodzież licealna doskonale bawiła się przy muzyce łączącej ciężkie rockowe riffy z rytmami reagge. I faktycznie muzyka zespołu skierowana chyba jest do tej grupy wiekowej. Mnie szczególnie nie porwała, ale to pewnie dlatego, że już jestem za stary ;). Nie powiem jednak, żebym się jakoś szczególnie wynudził. Power of Trinity to solidny kawałek ciężkiego rocka skrzyżowany z reggae. Chociaż miałem nieodparte wrażenie, że gdyby publiczności przyszło płacić za wstęp na koncert, to nie wiem czy aż tyle ludzi by się zgromadziło pod sceną. A tak młodzi mogli się wyżyć w ostatnim dniu wakacji.Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że to najlepszy, najbardziej energetyczny koncert zespołu w dotychczasowej historii. Fani reagowali bardzo spontanicznie. Było pogo, na rękach publiczności wędrowali co bardziej odważni fani. Wokalista – Kuba Koźba – chyba sam był zaskoczony aż tak żywiołową reakcją publiki. No cóż, ja trochę też ;). Ale rozumiem, że przed powrotem do szkoły trzeba się solidnie wykrzyczeć i wyszaleć, bo później może nie być po temu okazji.

W między czasie zaczęło padać. Z niepokojem więc patrzyłem w niebo na siąpiący deszcz. Na szczęście, gdy zaczął grać Rezerwat niebo nieco się uspokoiło i przestało padać.

Niestety, młodzież licealna po zakończeniu koncertu Power of Trinity, w większości opuściła rynek. Pod sceną została znacznie przerzedzona publiczność i to dało się odczuć. Mimo że Adamiak robił co mógł, by zachęcić publiczność do zabawy, nie odniósł na tym polu większych sukcesów, a im dłużej zespół grał, tym na rynku było mniej ludzi. Trochę to niesprawiedliwe, bo frontman Power of Trinity, w porównaniu z Adamiakiem, to jak uczeń w relacji z mistrzem. Sceniczna swoboda Adamiaka kontrastowała z nieco sztywnymi komentarzami Jakuba Koźby na temat własnych piosenek. A jednak to temu drugiemu udało się rozruszać publiczność tego dnia. A może zdolności muzyków i doświadczenie tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia? Przyszło nowe pokolenie, którego przedstawicieli, gdy Rezerwat występował na Rockowisku w 1982 roku, jeszcze nie było na świecie. Oni mają swoją muzykę i swoje zespoły. I Rezerwat nie jest po prostu ich zespołem. Natomiast starsza publika woli zapewne relaksować się w niedzielny wieczór przed telewizorem, niż stać pod sceną w deszczu.

Rezerwat to dzisiaj Andrzej Adamiak, założyciel i lider starego Rezerwatu oraz młodzi muzycy, którzy uzupełniają nowy skład zespołu. Na koncercie w Łodzi usłyszeliśmy przede wszystkim stare numery m.in. „Obserwator”, „Histeria”, „Parasolki”, „Paryż, miasto wymarzone”, „Zaopiekuj się mną”. Był także cover jednego z przebojów Piersi oraz nowe nagrania. Jedno z nich – „Fortepiany” – zagrane na bis, zakończyło występ łódzkiej formacji. Na rynku w Manufakturze znowu rozpadało się i zespół nie mógł kontynuować występu.

Rezerwat zawsze był dziwnym zespołem. Pierwsza płyta to rockowa klasyka o nieco nowofalowym charakterze. Wtedy mówiło się, że grupa wzoruje się na Republice. „Rezerwat” do dzisiaj zachowuje swoje walory, ale to nie była muzyka zajmująca czołowe miejsca na listach przebojów. Zespół Adamiaka nigdy nie miał takiego statusu jak Maanam, Republika, Lady Pank, Lombard czy TSA.

Płyta „Serce”, która zresztą ukazała się ze znacznym opóźnieniem w 1987, była po prostu kiepska. Poza dwoma przebojami („Zaopiekuj się mną”, „Parasolki”), które w końcu (choć chwilowo) wywindowały zespół do czołówki polskiego rocka, reszta utworów była przeciętna i również po latach wypada blado. Już w latach 80. grupa była nierówna. Niestety, trochę taki był występ w Manufakturze. Stare numery brzmiały nawet lepiej niż na płycie sprzed 23 lat. Te nowe jednak nie zachwycały. Określiłbym je jako rock dla ludzi w średnim wieku. Coś dla fanów „Brothers in Arms”. Tymczasem gołym okiem widać było, że garstka starszych fanów, która nawet uskuteczniła coś na kształt pogo przy numerze „Paryż, miasto wymarzone”, najbardziej pamięta i lubi zespół z tego „nowofalowego” okresu. No ale to Andrzej Adamiak decyduje o dalszym rozwoju grupy. Ja mu życzę wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim liczniejszej publiki na następnych koncertach. Mimo wszystko miło było zobaczyć Rezerwat na żywo w Łodzi.

Tekst i foto: Andrzej Korasiewicz
04.09.2006

Sławomir Łosowski – Zaczarowane miasto – Manufaktura – Rynek, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 01.09.2006 r.

Sławomir Łosowski – Zaczarowane miasto – Manufaktura – Rynek, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 01.09.2006 r.

Łódź gościła na rynku w Manufakturze ex lidera Kombi Sławomira Łosowskiego, który na początek Festiwalu Dialogu Czterech Kultur 2006 zaprezentował autorski koncert „ATLAS dla Łodzi – Zaczarowane Miasto”. Występ był reklamowany jako widowisko multimedialne, a w lokalnej prasie pisano o Łosowskim per „polski Jarre”. Rzadko w Łodzi dzieje się coś ciekawego, a akurat występ Łosowskiego interesowal mnie ze względu na porównanie jego dokonań z tym, co prezentują obecnie jego koledzy z Kombii. Kombii ze Skawińskim, Tkaczykiem i Plutą miałem okazję słuchać i oglądać w Łodzi podczas wieczoru sylwestrowego 2004/2005. Tym bardziej ciekawe było, który zestaw muzyków będzie bardziej przypominał oyginalne Kombi – czy sam Łosowski, kompozytor większości najbardziej znanego repertuaru Kombi, czy jego koledzy, którzy mają przecież przewagę liczebną 😉

Gdy usłyszałem o autorskim koncercie Łosowskiego czy wręcz multimedialnym widowsku, spodziewałem się dobrze przemyślanego koncertu, który będzie tworzył konceptualną całość. Okazało się, że nie do końca tak było…

W pierwszej części usłyszeliśmy instrumentalne kompozycje Łosowskiego, zarówno z czasów Kombi, jak i jego solowe utwory, znane tylko oddanym fanom. Ta część występu to indywidualne popisy Sławomira Łosowskiego, projekcje video na dwóch telebimach podwieszonych pod budynki Manufaktury i Tomasz Łosowski, syn artysty, towarzyszący tacie na instrumentach perkusyjnych. Muzycznie to był rodzaj klasycznej el-muzyki. Dla tych, którzy nie przepadają za takim brzmieniem, mogło to być nieco męczące. Kompozycje nie były jakoś szczególnie porywające, a popisy Łosowskiego seniora na instrumentach klawiszowych i całej aparaturze elektronicznej, którą był obstawiony, mogły być nowatorskie jakieś 20 lat temu. Dzisiaj taka muzyka trąci już niestety myszką. A i do Jean Michelle Jarre’a Łosowskiemu jeszcze trochę brakuje.

Po popisach Sławomira Łosowskiego, przyszła kolej na wykazanie się przez Tomasza Łosowskiego. Ojciec zszedł ze sceny, a Łosowski junior rozpoczął popis gry na perskusji (tzw. solówkę). No coż, nie mnie oceniać sprawność warsztatową Tomasza Łosowskiego, ale publiczności się podobało. Kilkunastominutowa solówka Łosowskiego, zastanowiła mnie tylko czy jestem na występie artysty reklamowanego jako polski Jarre, czy na koncercie jakiegoś rockowego składu.

Po tym perkusyjnym akcencie na scenę wrócił główny bohater widowiska, który zapowiedział, że za chwilę dołączy do nich ich serdeczny przyjaciel Zbigniew Fil, który zaśpiewa stare piosenki Łosowskiego, które „na pewno znacie”. Nie trudno było się domyśleć, że chodzi o stare hity Kombi. Nie zaskoczyło mnie też, że dało się słyszeć wśród fanów westchnienia „wreszcie”. Zgromadzona przed sceną publiczność zdążyła się już niestety nieco przerzedzić…

Usłyszeliśmy: „Nietykalni – skamieniałe zło’, „Czekam wciąż”, „Za ciosem cios”, „Kochać cię za późno”, „Słodkiego miłego życia” oraz na zakończenie „Zaczarowane miasto”, które zwieńczyły fajerwerki i atrakcje pirotechniczne nad Manufakturą. Łosowski dał się wyciągnąc na jeszcze jeden bis, by ponownie zagrać „Słodkiego miłego życia”.

Zbigniew Fil okazał się posiadać głos o zbliżonej barwie do Skawińskiego, dlatego jego śpiew nie raził. Osobowością sceniczną to on jednak nie jest. Próbował wprawdzie „wodzirejować”, ale moim zdaniem nie bardzo mu to wychodziło. Na tle doświadczonego Skawińskiego, okazał się postacą bezbarwną. Wszystko wynagrodził jednak Sławomir Łosowski, który dzięki grze na instrumentach klawiszowych, syntezatorach oraz użyciu oryginalnych sampli, przywrócił wspomnienie o brzmieniu starego Kombi. Dobrze sprawdził się też Tomasz Łosowski, który grą na elektronicznej perkusji z lat 80-tych, odtworzył dźwięki starego Kombi. A ponieważ,jak już wspomniałem, Zbigniew Fil barwą głosu przypominał Skawińskiego, mieliśmy poczucie, że na scenie gra oryginalny skład Kombi. W porównaniu z poprockową popeliną, którą prezentuje dzisiaj Kombii, Łosowski udowodnił, że bez niego nie można mówić o reaktywacji Kombi. Z drugiej strony, Zbigniew Fil wprawdzie udanie imitował Skawińskiego, ale właśnie tylko imitował. No i jednak trochę brakowało gitary Skawińskiego oraz basu Tkaczyka.

Mimo wszystko, z dwojga złego wolę solowy występ Łosowskiego niż panów z Kombii. Najlepiej jednak byłoby, gdyby panowie poszli po rozum do głowy i przyznali, że Kombi nie może istnieć bez Łosowskiego, ale i bez Skawińskiego i Tkaczyka to nie jest ten sam zespół. Co do perkusisty to zawsze można się dogadać…

O samym „widowisku” pt. „Zaczarowane miasto” mogę napisać, że według mnie nazywanie tego show „widowiskiem” to lekka przesada. Występ był niespójny i nie stanowił koncepcyjnej całości. Piosenki Kombi nie bardzo łączyły się z popisami perkusyjnymi Tomasza Łosowskiego, a pierwsza część nie tworzyła konceptualnej całości z piosenkami Kombi. Fajerwerki na zakończenie koncertu nie były ani jakoś szczególnie powiązane z muzyką, ani nie wiadomo w ogóle czemu miały służyć (poza tym, że ludzie lubią jak się błyska). Czas spędzony na rynku w Manufakturze nie był jednak stracony. Łosowski przywrócił w moich wspomnieniach brzmienie starego Kombi i za to należą mu się słowa podziękowania.

Andrzej Korasiewicz
02.09.2006

Castle Party 2006, Bolków, 28.07-30.07.2006

Castle Party 2006, Bolków, 28.07-30.07.2006

Piątek

Do Bolkowa przyjechałem już w piątek, by zobaczyć występ Job Karmy i poczuć atmosferę festiwalową od samego początku. Atmosfera mnie nie rozczarowała. Coraz kolorowiej ubrani ludzie, o coraz bardziej ekstrawaganckich strojach upodobniają Bolków do największych niemieckich festiwali „dark independent”. Nie używam słowa „gotyk”, ponieważ Castle Party od co najmniej kilku lat nie jest festiwalem gotyckim (cokolwiek słowo „gotycki” miałoby znaczyć).

Piątkowy występ Job Karmy nie powalił mnie na kolana, ale nie był to czas stracony. Transowo-postindustrialna muzyka, projekcje multimedialne, płonące pochodnie, mroczny nastrój. Dobry wstęp do całej imprezy.

Sobota

Właściwa część festiwalu rozpoczęła się od koncertu czeskiego, electro-industrialnego projektu No Name Desire. Panowie zaprezentowali kawałek tradycyjnego electro-industrialu, zakorzenionego w klimatach starego Skinny Puppy, nieznacznie skażonego współczesnością electro (i dobrze). Mnie się podobało.

Kolejnym wykonawcą był węgierski De Facto. Hm… Co by tu napisać, żeby nikogo nie urazić, ale w dosadny sposób określić co słyszały moje uszy. Znane powiedzenie brzmi „Polak, Węgier – dwa bratanki”. Całkiem prawdopodobne, ale w przypadku Węgrów z De Facto to porzekadło się nie sprawdziło. Węgrzy zaprezentowali skrajnie prymitywny (by nie rzec prostacki) rock gotycki, wtórny, na dodatek zagrany bez żadnego pomysłu, tragicznie kiepski kompozycyjnie. Rodzi się pytanie, czy organizatorzy słyszeli w ogóle ten zespół, zanim go zaprosili, czy też występ De Facto „zawdzięczamy” jakimś polskim promotorom gotyku z krajów byłego bloku wschodniego. Według mnie De Facto to najgorszy wykonawca, który grał tego roku w Bolkowie. Brr…

Polski Deathcamp Project jeszcze parę lat temu mógł pewnie pomarzyć tylko o graniu na Castle Party. Ale dzisiaj  występ Deathcamp Project w Bolkowie nie był szczególną nobilitacją dla zespołu, bo grupie udało się uzyskać status gwiazdy undergroundu gotyckiego w Polsce. O ile poprzedzający występ Polaków De Facto zaprezentował prostacką wersję rocka gotyckiego, o tyle Deathcamp Project przedstawił nowoczesny rock gotycki z aspiracjami. Jeśli kiedyś słyszałem w muzyce grupy jakieś naleciałości metalowe, to muszę przyznać, że dzisiaj za cholerę ich nie słyszę. Muzycznie pobrzmiewały mi tam nawet jakieś echa współczesnego wcielenia Clan of Xymox. Występ Deathcamp Project w Bolkowie był niewątpliwie udany. Wyczuwało się jednak tremę muzyków, a całości czegoś brakowało. Być może zabrakło pewności siebie, być może w repertuarze DP brakuje jakiegoś wyraźnego hitu, który dodałby koncertowi odrobiny dramaturgii.

O następnym wykonawcy – Hedone – niezręcznie mi pisać. Po pierwsze dlatego, że to pionier polskiego rocka industrialnego, jeden z tych nielicznych w Polsce zespołów, który kilkanaście lat temu próbował zaszczepić na polskim gruncie tą nietypową dla naszego narodu stylistykę. Po drugie z lokalnego patriotyzmu – Maciej Werk jest przecież łodzianinem. Ten wstęp może już sugerować, że to, co robi obecnie Hedone nie podoba mi się. Nie podoba mi się nie dlatego, że jestem jakimś ortodoksem rocka industrialnego i uważam, że Hedone powinnno do końca życia trwać w tej stylistyce. Rozumiem wypalenie artystyczne i próbę poszukiwania czegoś nowego. Podobną drogę podążała ostatnimi laty Agressiva 69. Nagrywała jednak muzykę, która ani nie zdobyła większej popularności, ani dzięki której grupa nie wzniosła się na wyżyny artyzmu. W tym roku panowie z Agressivy wrócili więc do korzeni. I to jest bardzo udany powrót. Uważam, że Hedone powinno zrobić to samo. Niestety, ale ze sceny w Bolkowie podczas koncertu Hedone wiało nudą. Nowy repertuar zespołu jest po prostu boleśnie przeciętną papką poprockową.

Po Hedone miała zagrać Agressiva 69, ale plany się zmieniły i zagrał duet Bończyk i Krzywański. Przyznam, że z nadzieją oczekiwałem tego występu. Krzywański to były muzyk Republiki, którą do dzisiaj darzę szacunkiem i sentymentem. Bończyk to zdecydowanie mniej mi znana postać, ale z informacji, do których dotarłem wynikało, że jest co całkiem interesującym artystą. Spodziewałem się więc czegoś na miarę koncertu Renaty Przemyk z poprzedniej edycji Castle Party. Niestety, koncert obu panów to był kolejny zawód tego dnia. Wprawdzie trudno odmówić obu artystom sprawności warsztatowej i dużej kultury muzycznej, ale o zaprezentowanych kompozycjach mogę napisać to samo, co o występie Hedone – wiało nudą. Repertuar przedstawiony przez Bończyka i Krzywańskiego był nijaki. Nawet zagrane republikańskie „Halucynacje” wypadły blado.

Następna wystąpiła Agressiva 69. Kolejny klasyk rocka industrialnego w Polsce, który na najnowszej płycie „In” wrócił do korzeni. Agressiva zaprezentowała się z jak najlepszej strony. W Bolkowie grali już niezliczoną ilość razy i za każdym razem ich przyjęcie było ciepłe. Tak było również w tym roku, mimo padającego deszczu. Usłyszeliśmy zarówno numery z nowej płyty jak i starsze. Podczas występu Agressivy rozpadał się deszcz, ale publiczność ani myślała opuszczać dziedziniec zamku. Ludzie powyjmowali parasole, płaszcze przeciwdeszczowe lub chronili się pod nielicznymi, ale niezwykle przydatnymi w tej sytuacji drzewami. Im mocniej padało, tym zespół mocniej zagrzewał publiczność do zabawy. Brawa należą się za to zarówno zespołowi, jak i publiczność, która pozostała na posterunku. Koncert Agressivy 69 to jeden z bardziej udanych momentów Castle Party 2006.

Większość występu niemieckiego Funker Vogt spędziłem w kwaterze w oczekiwaniu na klucze, żeby się przebrać. Na zamek wróciłem na trzy numery przed końcem. W między czasie przestało padać, a Niemcy zagrzewali ludzi do zabawy. Funker Vogt gra rodzaj siermiężnego electro-industrialu, bez polotu i szczególnej inteligencji, ale ma swoich oddanych fanów. Te kilka numerów, które usłyszałem w Bolkowie wypadły bardzo pozytywnie. Funker Vogt to muzyka przy której można się dobrze bawić i tak było w Bolkowie.

Po przerwie na scenie zainstalował się holenderski Clan of Xymox. CoX jest zespołem, którego muzyka polskim fanom się nigdy nie nudzi. Mogą występować w Polsce co roku, a i tak ich koncert zgromadzi wystarczającą liczbę publiki, żeby zwróciły się koszty organizacji koncertu. I nie ma się co dziwić. CoX to profesjonaliści, którzy dają publiczności to, co lubi. A ludzie lubią głównie stare, sprawdzone numery CoX. I tym razem Ronny Moorings z ekipą nie zawiódł polskich fanów. Usłyszeliśmy m.in. „Michelle”, „Louise”, „Muscoviet Mosquito” a także najnowszy „klasyk” – „There’s No Tomorrow”. Niektórzy narzekali na brak nowszych numerów (a także starszego „Stranger”), ale również oni z przyjemnością wysłuchali CoX.

Jako główna gwiazda pierwszego dnia zaprezentował się VNV Nation. To chyba właśnie chęć obejrzenie Ronana Harrisa i spółki ściągnęła mnie po raz kolejny do Bolkowa (klimat imprezy i fajne otoczenie też miały na to wpływ!). VNV Nation zagrał w Polsce po raz pierwszy. Ten klasyk future pop (wywodzący się ze sceny EBM) nie zawiódł moich oczekiwań, choć miałem nadzieję usłyszeć kilka numerów, których nie było (np. „Electronaut”, „Structure”). Ale był „Honour” oraz utwory z płyty „Matter and Form”. Ronan Harris wystrzelił na scenę jak kosmiczna kuleczka. Biegał po niej w te i wewte. Naprawde zademonstrował sporą kondycję. A przy tym musiał jeszcze śpiewać. To było bardzo miłe zwieńczenie dnia, choć dla niektórych główną gwiazdą okazał się Clan of Xymox. Więcej publiczności pod sceną było, gdy grali Holendrzy. Po koncercie CoX niektórzy po prostu opuścili mury zamku. Niech wiedzą, że sporo stracili. VNV Nation to zespół niezwykle energetyczny, który dał w Bolkowie bardzo dobry koncert.

Niedziela

Drugi dzień imprezy rozpoczął występ ukraińskiej kapeli gotyckiej Dust Heaven. Na scenie zobaczyliśmy pana za klawiszami oraz zwiewną blondynkę na wokalu. Usłyszeliśmy całkiem przyjemny (na pewno kilka razy lepszy niż De Facto) rock gotycki w wersji z automatem perkusyjnym. Wartość występu znacznie podniosły efekty wizualne (wokalistka) :).

Kolejny zespół – litewski Mano Juodoji Sesuo – zaprezentował się z jeszcze lepszej strony niż Ukraińcy. Usłyszeliśmy klasyczny rock gotycki wyraźnie inspirowany dokonaniami Sisters of Mercy. Był nawet cover SoM. Mimo mało oryginalnych wzorców Litwini pokazali, że nie tylko potrafią grać, ale mają pomysł na granie. Muzyka Mano Juodoji Sesuo nie jest prymitywnym odtwórstwem, ale trzymającą się kanonów kontynuacją. Występ Litwinów to jeden z lepszych koncertów tego dnia.

O koncercie dwóch następnych zespołów nie mam za wiele do napisania. Nie lubię takiej muzyki i nie zamierzam tego ukrywać. Batalion D’Amour kilka lat temu razem z Closterkellerem tworzył czołówkę „polskiego gotyku”. Dla mnie to symbol grania jakie na wiele lat ukształtowało wizję muzyki gotyckiej w Polsce (na szczęście dzisiaj to już przeszłość). Panienka na wokalu, metalowe riffy, „mroczny klimat” – czyli gotyk. Ja dziękuję, nie skorzystam.

W podobnym stylu zaczynał swoją karierę Delight. Jednak nowa płyta zespołu została wyprodukowana przez Rhysa Fulbera (Front Line Assembly). Rzeczywiście, ręka Fulbera była w muzyce Delight słyszalna. Sporo elektroniki, dobre brzmienie. Coż z tego, skoro wszystko połączone zostało z metalowymi riffami i śpiewającą kobietą (nie żebym miał coś przeciwko kobietom, zwłaszcza śpiewającym :)). Mnie to nie przekonało. Im dłużej grał Delight, tym miałem większą ochotę opuścić zamek, co w końcu uczyniłem nie dotrwawszy do końca występu. Po retuszu, Delight, jak ktoś trafnie stwierdził, jest kopią Evanescense.

Kanadyjski The Birthday Massacre mocno reklamował mi redakcyjny kolega Laurel. Ich występ jednak mnie nie porwał. Na pewno mają świetny image sceniczny (niektórzy członkowie grupy wizualnie przypominali nieco przebieranki w stylu Marylina Mansona) i gorącą laskę na wokalu, ale muzycznie moim zdanie nie prezentują nic wielkiego. Fajnie, że zagrali w Bolkowie, bo to dzisiaj jeden z czołowych zespołów falowo-gotyckich, a takie grupy w Polsce słabo się przebijają. Jednak muzyka, która grają jest moim zdaniem przeciętna. Mimo to, był to i tak jeden z ciekawszych momentów drugiego dnia w Bolkowie.

Po kilku latach przerwy na Castle Party wystąpił Fading Colours. To cieszy, bo po wydaniu płyty „I’m Scared of…” formacja była jedną z większych nadziei mrocznej elektroniki w Polsce. Później drogi De Coy, Leszka Rakowskiego i Daniela Kleczyńskiego jakoś się rozeszły. De Coy wydała solową płytę, a zapowiadana od 6 lat nowa płyta Fading Colours do dzisiaj nie ujrzała światła dziennego. Może więc teraz? Fading zagrał w Bolkowie utwory z „nowej” (nigdy nie wydanej) płyty oraz starsze numery m.in. z albumu „I’m Scared of…” – niektóre w unowocześnionych aranżacjach. „Nowe” brzmienie Fadingów jest bardziej „industrialne”, choć po kilku latach chyba potrzebny jest jeszcze większy lifting. Występ mógł się jednak podobać i podobał się. Jak się później okazało to był dla mnie ostatni interesujący koncert CP 2006.

Występ Riverside odpuściłem sobie w całości. Polski zespół zdążył zdobyć uznanie wśród fanów art rocka (vel rocka progresywnego) i obok Indukti jest dzisiaj głównym i najciekawszym przedstawicielem tego nurtu w Polscu. Coż począć jednak, że mnie ta stylistyka już od dawna nie przekonuje. Żeby skrócić męki (swoje i ewentualnych czytelników apopu) wróciłem do kwatery, by powoli przygotowywać się do odwrotu z Bolkowa. Muzyka Riverside dźwięczała z oddali. Gdy później wróciłem na zamek od napotkanych ludzi słyszałem takie określenia jak „cudowny” i „magiczny”. Pozostaje mi wierzyć, że taki, dla fanów art rocka, koncert Riverside rzeczywiście był.

Niestety, ale kolejnym zespołem na scenie bolkowskiego zamku był niemiecki projekt metalowo-gotycki Leaves’ Eyes. Możliwe, że zostanę uznany za marudę, ale coż zrobić, że grupa znowu nie trafiła w moje gusta. Wokalistką zespołu jest Norweżka Liv Kristine, znana wcześniej z występów w prawdziwej gwieździe sceny mroczno-metalowej Theatre of Tragedy. Niewątpliwie projekt Leaves’ Eyes był więc znaczący i jego zaproszenie do Bolkowa ma uzasadnienie (coś dla fanów mrocznego metalu musi przecież się znaleźć). Żeby żyć w zgodzie ze sobą wróciłem więc na zamek na ostatnie pół godziny grania Leaves’ Eyes. Miałem nadzieję, że a nuż mnie zespół przekona (lubię w końcu Tiamat, My Dying Bride i Moonspell). Jak się okazało to był duży błąd. Na zamku wynudziłem się setnie, a uszy mi więdły z każdym kolejnym numerem. Liv Kristine ma piękny głos i umie śpiewać. Jednak jej bajkowo-wieśniacki image w połączeniu z metalowym ąnturażem całego zespołu trudno zaakceptować. Chyba najbardziej podobał mi się najostrzejszy numer, zaśpiewany wspólnie z wokalistą (growling). Tylko że to był numer typowo metalowy i ciężko mi zrozumieć co taka muzyka robi w Bolkowie. W każdym razie znacznej części publiki koncert Leaves’ Eyes podobał się.

Żeby nie było, że jako stary elektronik krytykuję tylko zespoły rockowe, jestem zmuszony napisać kilka cierpkich słów o De/Vision, który wystąpił jako główna gwiazda drugiego dnia CP. Fenomen De/Vision jest dla mnie niezrozumiały od dawna. Tzn. rozumiałem, że ten synth popowy band może podobać się fanom Depeche Mode, bo głównie spośród nich rekrutowali się pierwsi słuchacze De/Vision, ale dzisiejszy status De/Vision na scenie dark independent jest dla mnie mało zrozumiały. Nie żeby jakoś szczególnie przeszkadzał mi ten zespół, ale jest on tak doskonale przeciętny i bez żadnego wyrazu, że nie potrafię zrozumieć jak można ekscytować się ich muzyką. Właściwie jedyną pozycją w dyskografii Niemców, którą uznaję za wartościową jest płyta „Void”. Wszystkie późniejsze i wcześniejsze albumy są moim zdaniem totalnym przeciętniactwem, nudnym jak flaki z olejem. Ciekaw byłem jak wypadają na żywo i dlatego ucieszyłem się, że przyjeżdzają do Bolkowa. Może dzięki koncertowi przekonają mnie do siebie? Niestety, jedyne spostrzeżenie jakie mam po usłyszeniu De/Vision w Bolkowie to, że na żywo wypadają znacznie bardziej rockowo niż na płycie (zupełnie jak Depeche Mode…). Są jednak tak samo nudni i bezbarwni jak na płycie…

I to już był finał tegorocznego Castle Party. Impreza jak zwykle została dobrze zorganizowana, okolica piękna. Ulewy nie zniweczyły planów organizatorów a na plus mogę zapisać występy: Clan of Xymox, VNV Nation, Agressiva 69, Deathcamp Project, Mano Juodoji Sesuo i Fading Colours. Pozostali wykonawcy przekonali mnie albo mniej, albo wcale. Do przyjazdu na następny Bolków jest w stanie przekonać moje stare kości chyba tylko ściągnięcie któregoś z wykonawców: Fields of The Nephilim, The Mission, Bauhaus, Front 242, Front Line Assembly, Nitzer Ebb (grali w tym roku na WGT!), Skinny Puppy, Ministry (ewentualnie zastanowię się nad Die Krupps);).

Pozdrowienia dla Krzycha, Dara, Chudego i reszty ekipy, z którą mieszkaliśmy.

Andrzej Korasiewicz
11.08.2006

Poza horyzont – 5 lat Alternativepop.pl

Poza horyzont – 5 lat Alternativepop.pl

26-27 maja 2006 r., Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych (dawny Teatr 77), ul. Zachodnia 54/56, Łódź

5 lat minęło. Za nami również impreza, która odbyła się w Łodzi pod hasłem „Poza horyzont – 5 lat alternativepop.pl”. Na wstępie dziękuję AOIA za możliwość zorganizowania tej imprezy w ramach cyklu „Poza horyzont”.  Dziękuję też wszystkim znajomym i publiczności, która przyszła w piątek i sobotę do AOIA w Łodzi. Było miło i sympatycznie, choć grono osób uczestniczących w imprezie było dosyć elitarne 😉 (ok. 40 osób każdego dnia). Może właśnie dlatego było tak miło i sympatycznie? A jak było muzycznie?

Impreza rozpoczęła się od zasadniczej części cyklu „Poza horyzont” czyli od krótkiej prezentacji wytwórni Monotype Records. Wystąpili Wolfram i Emiter. Artyści zaprezentowali za pomocą laptopów, zestaw szumów, trzasków oraz sprzężeń i rozstrojeń obcy mi, niestety, stylistycznie. Nie jestem więc w stanie nic więcej na ten temat napisać, poza tym że ich występ się odbył. Dodam jeszcze, że obaj artyści podobali się redaktorowi T.Włazińskiemu (zatem występ musiał być udany ;)) oraz, że koncerty wzbogacone były wizualizacjami.

Na koniec wystąpił C.H.District. Trzeba przyznać, że, mimo wszystko, niełatwa, elektroniczna muzyka Mirka, po eksperymentach panów z Monotype Records wypadła niemal jak „synth pop”. Mirosław Matyasik zaprezentował znaną z dwóch ostatnich płyt postindustrialną muzykę elektroniczną raz bardziej przypominającą „plumkających” artystów z kręgu IDM (płyta „Slides”), innym razem bliższych muzyce industrialnej (płyta „Continuance”). Odniosłem nawet wrażenie, że tych drugich elementów było podczas łódzkiego występu CH jakby więcej. Chwilami słychać było wręcz bity electro-industrialne (możliwe, że tylko w mojej wyobraźni ;)). Występ C.H. District miał oprawę wizualną przygotowaną przez członka grupy Suka Off. Dla mnie występ C.H.District to zdecydowanie najmocniejszy punkt piątkowego programu. Wiem, że nie jestem odosobniony w tej opinii.

Sobota rozpoczęła się od koncertu zespołu Interzone, stworzonego przez redaktora serwisu alternativepop – Adama Pawłowskiego. To musiały być ciężkie chwile dla zwolenników elektronicznych sprzężeń muzycznych, bo Interzone przedstawiło klasyczne granie falowo-gotyckie z kobietą na wokalu. Moim zdaniem Interzone wypadł bardzo obiecująco. I nie jest to tylko chwalenie redakcyjnego kolegi. Wiele grup gotyckich w Polsce z tzw. czołówki prezentuje zbliżony poziom artystyczny do Interzone. Zespołowi z Warszawy brakuje jedynie odpowiedniej promocji, żeby przebić się do szerszej publiczności gotyckiej. Interzone może spokojnie konkurować w kategorii grupa gotycka nawet z polskimi gwiazdami tego nurtu.

Po Interzone wróciliśmy do klimatów elektronicznych. Na scenie zainstalował się ze swoim komputerem [haven], kolejny współpracownik serwisu alternativepop.pl, który wystąpił tego dnia ;). Marcin przedstawił repertuar, który sam określa mianem „arabskiego disco”. Choć tak naprawdę z disco oczywiście jego twórczość wiele nie ma wspólnego, ale coś w tym określeniu jest. Na pewno słychać było motywy arabskie, a muzycznie było bliżej „disco” niż np. u Muslimgauze. Słuchało się tego bardzo dobrze, muzyka działała na podświadomość, z muzyką dobrze komponowały się wizualizacje. Choć ich zestaw nie był jakoś szczególnie przemyślany kompozycyjnie. To jednak z czasem przyjdzie. Na razie można o dokonaniach [haven] napisać: obiecujące.

Jako trzeci na scenę wyszedł postpunkowy DHM. To było najbardziej energetyczne granie na tym dwudniowym „festiwalu”. „Na full” odkręcone wzmacniacze i „power”, jaki zaprezentował wokalista Sanchez rozgrzał publikę na tyle, że pod sceną zgromadziła się grupka osób „pogujących”. I nawet jeśli wziąć pod uwagę, że większość z nich to „gruppies” podróżujący razem z zespołem fakt ten i tak zasługuje na odnotowanie. Wszyscy bawili się dobrze, włącznie z zespołem. Wokalista stwierdził nawet, że był to najlepszy koncert, jaki grali ostatnio. No coż, dzięki za tę opinię i dzięki, że uświetniliście 5-lecie alternativepop!

Na koniec imprezy usłyszeliśmy i zobaczyliśmy prezentację Rafała Sądeja, aka Moan. Moan to w pełni dojrzały artysta, którego muzyka grana z komputera w sposób przemyslany łączy się z kompozycjami wizualnymi prezentowanymi na ekranie. Moan to jest taka eksperymentalna elektronika, która do mnie trafia, intryguje i daje do myślenia. Rafał Sądej nie eksploruje „za wszelką cenę” przestrzeni dźwiękowej w poszukiwaniu nowych dźwięków i po ich znalezieniu prezentuje rzekomo nowe przestrzenie antymuzyczne, ale układa dźwięki w Muzykę. I dlatego, moim zdaniem, zasługuje w pełni na miano artysty. Tym się różni eksperymentalna elektronika, która poszukuje w chaosie dźwiękowym Muzyki, od eksperymentów elektronicznych, które mają za nic publiczność, a ich celem jest poszukiwanie dźwięków według jakiegoś pseudonaukowo-filozoficznego pomysłu. Brawo Rafał i dzięki, że zaszczyciłeś swoją obecnością nasz skromny jubileusz.

Andrzej Korasiewicz
28.05.2006

Castle Party 2005, Zamek w Bolkowie, 29 – 31 lipca 2005 r.

Castle Party 2005, Zamek w Bolkowie, 29 – 31 lipca 2005 r.

Pechowa. Taka była dla mnie tegoroczna edycja Castle Party. Zaczęło się od tego, że jadąc do Bolkowa skasowałem samochód we Wrocławiu. Na szczęście obyło się bez ofiar. Ale przez to moja obecność na CP 2005 stanęła pod znakiem zapytania. Spisywanie protokołów policyjnych, ubezpieczeniowych oraz poszukiwanie sposobu na dojechanie do Bolkowa – na tym minęły mi kolejne godziny w sobotę, podczas gdy na zamku w Bolkowie grali kolejno: Disharmony, Agonised By Love, Lahka Muza, The Last Days of Jesus i Attrition. Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie. Mój samochód przetransportowano do warsztatu we Wrocławiu, a ja dostałem zastępczy. Dzięki temu po 20. byłem na zamku.

Powoli na scenie instalowała się Epica. Zespół zagrał rodzaj klimatycznego metalu. Czyli coś, czego nie trawię i na czym się nie znam. Wysłuchałem koncertu w całości, ale jedyne co mogę o nim napisać to, że się odbył. Po Epice i przerwie technicznej na scenie pojawili się Amerykanie z The Cruxshadows. To pierwszy wykonawca, którego występ chciałem tego dnia naprawdę usłyszeć, a może nawet bardziej zobaczyć (choć żałuję, że ominęły mnie koncerty Agonised By Love, Lahka Muza, The Last Days of Jesus i Attrition). Niestety, nie było mi to dane.

W sobotę panował koszmarny upał. Pod wieczór niebo jednak zaszło chmurami i zaniosło się na deszcz. Ziemia domagała się schłodzenia. Niestety, przyroda w niezbyt dogodnym momencie postanowiła wypełnić swoje powinności. Już po pierwszym numerze The Cruxshadows zaczęło kropić. Podczas drugiego zerwał się wiatr i dosłownie lunęło. Czym prędzej poszukałem schronienia. Wraz z obywatelem Turkiewiczem Radkiem i Blachą schroniliśmy się w „pubie” na zamku. Disco goci z USA nie dawali jednak za wygraną. My wprawdzie nic nie słyszeliśmy, ale od uciekających przed deszczem gotów dowiedzieliśmy się, że bohaterscy Jankesi zagrali jeszcze kilka numerów. Błyski, pioruny i urwanie chmury jednak i ich w końcu wygoniły ze sceny.

Lać nie przestawało. Deszcz leciał z nieba równo, miarowo i bez nadziei na koniec. A gdy zgasło na dodatek światło i w całym Bolkowie zapanowały egipskie ciemności, jasne stało się, że to był koniec pierwszego dnia imprezy. Pech. Gwiazda wieczoru – Camouflage nie wystąpił w ogóle. Szczególnie wściekli byli fani DM. Niektórzy przyjechali specjalnie na Camouflage…

Drugi dzień okazał się bardziej szczęśliwy. Trochę kropiło, było chłodniej, ale cały program został zrealizowany. Na pierwszy ogień poszedł estoński Forgotten Sunrise. Połączenie gotyku, metalu i elektroniki nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia, ale następny zespół – ukraińskie Holodne Sonce – był jeszcze gorszy. Nudny, bezbarwny i słaby technicznie „mroczny rock” wypadł beznadziejnie. Nie pomogła ani sympatia publiczności do Ukrainy, która skandowała „Juszczenko, Juszczenko”, ani cover Depeche Mode („Stripped”). O tym występie należy jak najszybciej zapomnieć.

Po Ukraińcach zagrała polska Cytadela. Zespół powstał w drugiej połowie lat 80. w Warszawie, na fali popularności nurtu „cold wave”. W 1996 roku rozpadł się, by wznowić działalność w 2002 roku. Dzisiaj grają to samo, co kiedyś. Może to być zarówno komplementem, jak i zarzutem. Muzyka na pewno mogła spodobać się fanom Variete, Made in Poland, czy Madame. Na publiczności w Bolkowie nie zrobiła jednak piorunującego wrażenie. Szczerze pisząc mnie również nie powaliła. Było psychodelicznie, nieco awangardowo, ale nie pomogły nawet „stroje z epoki”, w których wystąpili muzycy. Lata 80., zimna fala też może się przejeść…

Po Cytadeli, która mimo wszystko była pierwszym wykonawcą, który mnie w ogóle zainteresował tego dnia, na scenie wyszli muzycy z polskiego Strommoussheld. Niewiele wiem o tym zespole, a tym bardziej nieznany mi jest powód, dlaczego zagrał np. po Cytadeli, a nie przed. Ale to z drugiej strony dobrze świadczy o warszawiakach. O Strommoussheld nie mogę napisać nic. Ekipa z Gliwic zaprezentowała rodzaj alternatywnego metalu, który zupełnie nie przypadł mi do gustu. Po pierwszym numerze udałem sie do „toitoia”, a następnie w poszukiwaniu pożywienia. Nie przekonało mnie nawet to, że zespół wspierał na scenie Mirek Matyasik (C.H. District). Podobno w dalszej części występu było mniej metalowo, a bardziej elektronicznie. Nic jednak na to nie poradzę, że to dla mnie żaden argument. Nie chodzi o to, żeby używać elektroniki, ale o to, jaki efekt się dzięki temu uzyskuje. Znam przykłady grup, grających beznadziejną muzykę, które w ogóle nie używają instrumentów akustycznych i wszystko tworzą za pomocą komputerowych cacek. Nie tędy droga…

Na zamek wróciłem, by usłyszeć niemiecki Final Selection. Niemcy zaprezentowali mieszankę nagrań z płyt „Antihero” oraz „Meridian”. Było więc i trochę future popu i trochę lajtowego synth popu. Mimo tego, że Final Selection nie tworzy nic nowego, trudno odmówić im uroku. Wprowadzili mnie w końcu w trochę lepszy nastrój.

Po Niemcach na scenie zainstalował się Grendel. Holenderski projekt zaprezentował mocne dark electro. Charczący, przesterowany wokal, zabójczy bit i pani za klawiszami to wizytówki zespołu. Trudno oceniać występ pod względem muzycznym. Cała muzyka leciała z laptopa, a jedynym żywym elementem na scenie były robiące tło klawisze. Po reakcjach publiki, która szczelnie wypełniła dziedziniec przed sceną, można wnioskować, że ten rodzaj muzyki przyjął się w Polsce.

Następnym wykonawcą było niemieckie Scream Silence. Kapela praktycznie całkowicie nieznana w Polsce i można by rzec, że nie bez powodu. To co zaprezentowali w Bolkowie było po prostu nudne. Muzyka Niemców mogła przypaść do gustu miłośnikom klasycznie gotyckich brzmień – Sisters of Mercy, The Mission, Love Like Blood – ale mnie przez cały ich występ cisnęło się pytanie. Co tak kiepska kapela robi, jako niemal jedna z głównych gwiazd, na Castle Party? Przecież ten przeciętny i nieciekawy zespół wystąpił jako trzeci od końca…

Pozostała jeszcze Renata Przemyk i Wolfsheim. Organizatorzy Castle Party co rok, w ramach eksperymentu, zapraszają wykonawcę, który nie całkiem pasuje do mrocznej konwencji festiwalu. Nie zawsze z dobrym skutkiem, ale często – tak. I chwała im za te próby! Dzięki temu mogłem usłyszeć świetne koncerty Armii, Ścianki czy Brygady Kryzys. Jakoś przebolałem te gorsze (mniejsza o to które). W tym roku zaproszono Renatę Przemyk i śmiem twierdzić, że był to jeden z jaśniejszych punktów festiwalu. Nie znam dobrze twórczości artystki, ale przyznam, że koncert zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Co więcej, Renata Przemyk doskonale zmieściła się w formule koncertów (mimo akordeonu, instrumentu średnio „darkowego”). Mocny głosy wokalistki, zaprogramowana perkusja, świetne kompozycje oraz rewelacyjna gra świateł. To wszysto sprawiło, że występ Renaty Przemyk na długo pozostanie w mojej pamięci.

Na koniec wystąpił niemiecki Wolfsheim. Mam mieszane uczucia w stosunku do tego synthpopowego bandu. Wiem, że cieszy się wielką popularnością w środowisku „depeszy”. Ja bardzo lubię Depeche Mode. A jednak… Coś mi nie pasuje w tej kapeli. Na domiar złego po czwartym numerze zdałem sobie sprawę, że jestem tak zmęczony, iż praktycznie śpię na stojąco. Zbliżała się powoli 1. w nocy, a rano trzeba było wracać do Łodzi. Musiałem trochę wypocząć, żeby nie skasować auta zastępczego. Kłopot byłby większy, bo dostałem go bez ubezpieczenia autocasco…

Reasumując. Na Castle Party 2005 nie dopisały gwiazdy oraz pogoda. Mówiąc brutalnie skład był kiepski, a aura jeszcze pogorszyła sytuację. Trzeba jednak pochwalić Castle Party Production za organizację festiwalu. Worki na śmieci na zamku, duża liczba „toitoi” i tanie piwo pod zamkiem to na pewno plusy imprezy.

Tradycyjnie najbardziej pozytywnie zapiszą się w pamięci spotkania ze znajomymi. Pozdrowienia należą się: ekipie z Sosnowaca, z którą mieszkałem w jednym pokoju, chłopakom z Płocka oraz koledze Ergo z Łodzi (wraz z dziewczyną), którego dotychczas znałem jedynie przez internet (co to się porobiło – żeby spotkać na żywo kolegę z tego samego miasta, trzeba przejechać pół Polski – signum temporis ;)).

Andrzej Korasiewicz
01.08.2005

U2, 5 lipca 2005 r., Stadion Śląski w Chorzowie

U2, 5 lipca 2005 r., Stadion Śląski w Chorzowie

Wspaniały, fenomenalny, wyjątkowy – tymi słowami rozpoczynam i tymi słowami mógłbym zakończyć relację z koncertu U2 na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Niewiele więcej mam do dodania. To było dla mnie wyjątkowe przeżycie. Zobaczyłem ukochany zespół z dzieciństwa w wymarzonym reperturze sprzed 20 lat. Bono, The Edge, Adam Clayton, Larry Mullen Jr w większości zaprezentowali najlepsze nagrania z lat 80. Na to czekałem, choć początkowo nie wierzyłem, że będzie mi dane zobaczyć to i usłyszeć.

Ale po kolei. Do Chorzowa przyjechałem ok. godziny 17. Ludzie powoli gromadzili się już na stadionie. O godzinie 18.30 na scenę wszedł brytyjski kwartet The Magic Numbers. Ten występ powinienem pominąć milczeniem, ale nie mogę się oprzeć komentarzowi, że występ tej szmiry przed U2 to jakieś nieporozumienie. Panowie i panie przypominali z wyglądu podtatusiały The Kelly Family a i muzycznie zaprezentowali się nie lepiej. To połączenie folku, country i poprockowej popeliny mogło wywołać u mnie tylko jedno – torsje. Na szczęście nie jadłem przed koncertem nic niestrawnego.

Po chwili przerwy na scenie zainstalowała się amerykańska ekipa The Killers. I tutaj było już znacznie lepiej. Amerykanie zaprezentowali fajny, trochę zakręcony „alternatywny” rock, przypominający nieco U2 z pierwszej połowy lat 80. Niestety, ze sceny wygonił ich padający deszcz. Szkoda, bo mogli pograć jeszcze trochę, a tak zmuszony byłem chować się przed deszczem wraz z kilkoma tysiącami fanów w jednym z dwóch tuneli. Stojąc godzinę w potwornym ścisku kontemplowałem możliwości integracji jednostki z tłumem oraz konsekwencje z tego wynikające, posiłkując się tym, co pamiętałem z pracy Gustava Le Bona „Psychologia tłumu”. Filozoficzne rozmyślania urozmaicały przejazdy ambulansów między, ściśniętymi jak sardynki, fanami. Powiem szczerze, nie wiem jak one przejechały, nie wiem jak to przeżyłem, ale niewątpliwie była to główna atrakcja tej części imprezy.

Deszcz przestawał powoli padać. Wróciłem na płytę stadionu. Rozejrzałem się. Na szczelnie wypełnionych trybunach były tysiące fanów. Wokół mnie tłum narastał. Zbliżała się godzina 21. I nagle zaczęło się! Na scenie pojawił się Bono, za bębnami siedział już Larry Mullen Jr, na gitarach grali: The Edge i Adam Clayton. Za muzykami były ustawione rusztowania, na których później wyświetlały się prezentacje multimedialne. Stałem w okolicach sektora 7, przy pierwszej bramie, mniej więcej w połowie drogi między sceną, a tunelem wyjściowym. Niewiele widziałem bezpośrednio z występu. Na szczęście wszystko można było oglądać na czterech telebimach, zainstalowanych u szczytu sceny.

„Hey”, krzyknął Bono i już słychać było pierwsze takty „Vertigo” z „How To Dismantle an Atomic Bomb”. Potem „I Will Follow” i „The Electric Co” z debiutanckiego „Boy” (1980). Już wiedziałem, że to nie będzie stracony wieczór. Dalej były: „Elevation” z „All That You Can’t Leave Behind” i kolejne perełki z klasycznych płyt – „New Year’s Day”, „Pride (In The Name of Love)”, „I Still Haven’t Found What I’m Looking For”, „Where the Streets Have No Name”, „All I Want is You”, „Sunday Bloody Sunday”, „Bullet the Blue Sky”, „With or Without You”. Wszystko przeplatane utworami z ostatniej płyty oraz nowszymi przebojami – „Beautiful Day”, „Fly”, „One”. Nie było ani jednego utworu z płyty „Pop”! Od piosenki „Sunday Bloody Sunday” całkowicie pochłonął mnie koncert i nie jestem w stanie odróżnić co było bisem, a co nie oraz kiedy skończyła się właściwa część występu. Wiem tylko jedno, to był najlepszy koncert, na którym w życiu byłem. Bono z kolegami bisował kilka razy, ale kiedy po raz drugi wykonał „Vertigo”, a na telebimach pojawił się napis „the end”, wiadomo było, że to naprawdę koniec.

U2 i Bono od wielu lat włączają do swoich występów przekaz dotyczący spraw społecznych i politycznych. Tak było również w Chorzowie. Podczas jednego z utworów na ścianie wyświetlała się deklaracja praw człowieka. Pojawiły się też razem znaki – krzyża, półksiężyca i gwiazdy Dawida – jako symbole pojednania. Bono apeluje nie od dziś o pokój na świecie.

W Chorzowie był również ukłon w stronę polskich fanów. Bono kilka razy mówił po polsku „dziękuję”, a występ zakończył życząc dobrej nocy. Podczas jednego z numerów (chyba „Sunday Bloody Sunday”) wyciągnął flagę „Solidarnośći” (po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, Bono napisał w hołdzie NSZZ „Solidarność” utwór „New Year’s Day”). Opowiadał też o papieżu i dwukrotnie brał na scenę fanki z tłumu. Z pierwszą odśpiewał „All I Want is You”, druga, niestety, nie sprawdziła się w roli tłumaczki. Ale i tak wszyscy byli zadowoleni. Polscy fani odwdzięczyli się Irlandczykom tworząc z przyniesionych czerwonych i białych chust, podczas wykonania „New Year’s Day”, polską flagę narodową.

U2 to dzisiaj wielka machina medialna. Na koncercie w Chorzowie było coś zarówno dla starych fanów (hity z lat 80.), jak i dla miłośników multimedialnego show. Prezentacje wyświetlane na ścianie za muzykami oszałamiały widowiskowością. Nie było chyba nikogo, kto by wychodził ze Stadiunu Śląskiego w Chorzowie niezadowolony. Dla mnie najważniejsze było to, że mogłem usłyszeć U2 taki, jaki kochałem w latach 80.

Andrzej Korasiewicz
06.07.2005

Setlista:

1. Vertigo (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
2. I Will Follow (Boy, 1980 r.)
3. Electric Co. (Boy, 1980 r.)
4. Elevation (All That You Can’t Leave Behind, 2000 r.)
5. New Year’s Day (War, 1983 r.)
6. Beautiful Day (All That You Can’t Leave Behind, 2000 r.)
7. I Still Haven’t Found What I’m Looking For (The Joshua Tree, 1987 r.)
8. All I Want is You (Rattle And Hum, 1988 r.)
9. City of Blinding Lights (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
10. Miracle Drug (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
11. Sometimes You Can t Make it On Your Own (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
12. Love and Peace or Else (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
13. Sunday Bloody Sunday (War, 1983 r.)
14. Bullet The Blue Sky (The Joshua Tree, 1987 r.)
15. Running to Standstill (The Joshua Tree, 1987 r.)
16. Pride in the Name of Love (The Unforgettable Fire, 1984 r.)
17. Where the Streets Have No Name (The Joshua Tree, 1987 r.)
18. One (Achtung Baby, 1991 r.)

bisy

19. Zoo Station (Achtung Baby, 1991 r.)
20. The Fly (Achtung Baby, 1991 r.)
21. With or Without You (The Joshua Tree, 1987 r.)
22. All Because of You (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
23. Yahweh (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)
24. Vertigo (How To Dismantle An Atomic Bomb, 2004 r.)

Castle Party 2004, Zamek w Bolkowie, 30 lipca – 1 sierpnia 2004 r.

Castle Party 2004, Zamek w Bolkowie, 30 lipca – 1 sierpnia 2004 r.

Jedenasta edycja największej „darkowej” imprezy w Europie Środkowo-Wschodniej zakończona. Do Bolkowa przybyli miłośnicy różnych odmian gotyku, electro, industrialu i niezależnego rocka. Impreza trwała trzy dni. Zgromadziła kilka tysięcy młodych ludzi z Niemiec, Czech, Rosji, Ukrainy, Litwy i Polski. Na zamku w Bolkowie zagrało kilkanaście zespołów.

W piątek bawiono się przy muzyce miksowanej przez Leszka Rakowskiego z Fading Colours i Ronny Moringsa, frontmana Clan of Xymox. Zwieńczeniem był występ na zamku dark ambientowej Arcany ze Szwecji. Niestety, nie było mi dane ich zobaczyć. Do Bolkowa przyjechałem w sobotę, pierwszy „właściwy” dzień, formalnie dwudniowego, festiwalu (a faktycznie trzydniowego).

Po męczącej podróży z Łodzi musiałem trochę odpocząć i na zamek dotarłem dopiero na Cool Kids of Death. Przyznaję, że występu CKOD obawiałem się. Jak się okazało, nie bez podstaw. Publiczność w Bolkowie przyjęła koncert „kulek” z dezaprobatą. Nie dość, że zespół niezbyt „pasował” do formuły festiwalu, to muzycy z Łodzi robili wszystko, by pokazać gdzie mają fanów gotyku. Gdyby przynajmniej spróbowali jakoś zaskarbić sobie względy publiczności. Ale zaczęli występ od tekstu „Wyglądacie jak zlot fanów Harry’ego Pottera”, a skończyli słowami: „Teraz zagramy najmniej gotycki numer, czyli najlepszy” (chodziło o „Generacja NIC”). Trudno z takim podejściem o przychylność. Chyba że o to chodziło CKOD. Spośród koncertów, które widziałem w Bolkowie, występ CKOD był jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, bez bisów. Pseudozbuntowany rock „kulek”, mimo lokalnego patriotyzmu, nie przekonał również mnie.

Po CKOD miał zagrać niemiecki Blutengel. Miał, bo nie zagrał. Christian Pohl, który wystąpił w zeszłym roku jako Terminal Choice, tym razem poczuł się tak wielką gwiazdą, że uznał, iż może śpiewać jedynie z mikrofonem bezprzewodowym zakontraktowanym przez Project Pitchfork (ale nie Blutengel!). Ponieważ organizatorzy nie byli w stanie spełnić zachcianki niemieckiej gwiazdki, koncert nie odbył się. Warto dodać, że Blutengel dostał, zgodnie z kontraktem, pieniądze za występ. Trudno więc winić organizatorów CP 2004 za kaprysy Niemców.

Po tym przykrym incydencie na scenie zainstalował się belgijski projekt Suicide Commando. Na ich występ czekało wiele osób. SC rozpoczęło od pierwszego numeru z ostatniej płyty pt. „Axis of Evil”. „Cause of Death Suicide” wgniótł w ziemię i pozwolił zapomnieć o aferze z Blugengelem. Po tym mocnym akcencie usłyszeliśmy następne numery z „Axis of Evil”: „Face of Death”, „Consume Your Vengeance”, „One Nation Under God”, „Evildoer”, „Neuro Suspension”. Na telebimie wyświetlano filmy ilustrujące muzykę. Johan Van Roy szalał na scenie, koncert był dobrze nagłośniony. Choć ci, dla których występ SC w Bolkowie nie był pierwszym, twierdzili, że słyszeli już lepiej nagłośnione SC. Publiczność nie miała dość. Johan Van Roy, po energetyzującej godzinie i kilku bisach (bodaj trzech), wykonał upragnionego przez wszystkich „Hellraisera”. Po tak masakrycznej dawce electro trudno było otrząsnąć się. Apokaliptyczne obrazy wyświetlane na telebimie skłaniały do refleksji, muzyka masakrowała myśli. Czy electro-industrial w wykonaniu Suicide Commando, to świat w krzywym zwierciadle, czy może odbicie życia, które stworzyliśmy i którego nie chcemy dostrzec?

Brutalne electro Suicide Commando skłoniło mnie bardziej do refleksji, niż akustyczny koncert Deine Lakaien. Aleksander Veljanow, z towarzyszeniem spreparowanego fortepianu, zaprezentował coś co można określić skrzyżowaniem muzyki rodem z festiwalu szopenowskiego i warszawskiej jesieni z elementami operetki. Patetyczne zawodzenia Veljanowa i raz bardziej liryczny, innym razem bardziej aleatoryczny, akompaniament fortepianu, nie zachwyciły mnie. Deine Lakaien wykonało kombinację starszych i nowszych numerów. Usłyszaliśmy m.in.: „Love Me To The End”, „Down Down Down”, „Dark Star” oraz „Where You Are” i „Generators” z ostatniej „regularnej” płyty „White Lies”. Występ utrzymany był w konwencji znanej z albumu „Acoustic” z 1995 roku. Dla kogoś kto pierwszy raz zetknął się z twórczością Deine Lakaien koncert mógł być objawieniem. Ja czuję już przesyt muzyką spółki Veljanow-Horn. Po występie Suicide Commando Deine Lakaien nie mogło mnie przekonać. Ból nóg narastał i myśłałem głownie o tym, żeby znaleźć się już w wygodnym łóżku w hotelu w Strzegomiu, gdzie nocowałem.

Dzień drugi

Koncerty rozpoczął występ rosyjskiego zespołu The Unholy Guests. Rosjanie zaprezentowali klasyczny, gitarowy gotyk, ale bez większego polotu. Moją uwagę zwrócił cover The Cure „Fascination Street”. Wykonanie The Unholy Guests nie odbiegało zbytnio od oryginału, ale moją uwagę można zwrócić zawsze gdy gra się numer The Cure ;).

Po rosyjskich gotach zaprezentowała się polska Eva. Dużo szumu jest wokół tej formacji w polskim światku „gotyckim”, ale zespół ma „możnych” protektorów ;). Evę widziałem w akcji kilka lat temu, gdy grali podczas warszawskiej imprezy „Sounds of Cathedral”. Nie słyszałem późniejszych dokonań, więc to co zobaczyłem i usłyszałem w Bolkowie, było dla mnie dużym zaskoczeniem. Na plus. Wprawdzie śpiew Moniki wyraźnie przypomina Anje Huwe z X-Mal Deutschland, a przez to Anje Orthodox, ale użycie automatu perkusyjnego nadaje muzyce fajnej motoryki. I przypomina Sisters of Mercy. Połączenie X-Mal Deutschland i SoM? Bardzo chętnie, poproszę o więcej. Jeśli mógłbym coś zaproponować zespołowi, to żeby na stałe wprowadzić do składu „doktora Avalancha” i pozbyć się perkusisty.

Po udanym koncercie Evy zrobiłem przerwę. W tym czasie zagrała Desdemona, po niej Sui Generis Umbra. Jako kolejna zaprezentowała się Agressiva 69. Weterani polskiego rocka industrialnego zostali bardzo dobrze przyjęci przez publiczność. Rozpoczęli od kilku klasycznych nagrań, na czele z „Mrówki atakują las”. Dynamiczne numery „starej” Agressivy rozruszały ludzi pod sceną, a cover „Personal Jesus” rozgrzał do czerwoności wszystkich fanów Depeche Mode (a było ich sporo w Bolkowie). Wtedy Agressiva zagrała kilka „zakwaszonych” numerów z ostatniej płyty. Tripowo-popowa muzyczka uspokoiłam publiczność. Sztandarowy numer z tego okresu A69 pt. „Koniec sztuki” dał mi sporo do myślenia. Na scenie ta muzyka wypada bardzo blado. Na płycie również nie powala oryginalnością. Może panowie z Agressivy powinni zastanowić się, czy ścieżka rozwoju, którą wybrali jest na pewno właściwa? Na koniec Agressiva wróciła do starszych rzeczy i wszystko wróciło do normy. Kulminacją był cover Frankie Goes to Hollywood „Relax”. Później jeszcze kilka bisów i do koncertu zaczęła przygotowywać się Armia.

Występ Armii wzbudzał równie wiele kontrowersji wśród gotyckiej publiczności, co Cool Kids of Death. Moim zdaniem niesłusznie. Armia to klasyka polskiej muzyki postpunkowej, a czym innym jest gotyk, jeśli nie muzyką postpunkową właśnie? Porównywanie Armii do „kulek” to duży nietakt. Koncert Armii rozpoczął się od przypomnienia przez Budzyńskiego tego, że w tym roku minęło 20 lat od słynnego występu Siekiery w Jarocinie. A wspomniał o tym nieprzypadkowo, bo publiczność w Bolkowie domagała się bardziej Siekiery, niż Armii. I Budzyński dostroił się do tych oczekiwań. Najpierw wykonał wraz z zespołem utwór „Misiowie puszyści”, a później trzy inne numery „pierwszej Siekiery”. Pod sceną zawrzało, a zespół grał kolejne piosenki: „Niezwyciężony”, „Jeżeli”, „Buraki, kapusta i sól”. Repertuar stanowił mieszankę „starej” i „nowej” Armii. Publiczność domagała się bisów. Ich zwieńczeniem była „Opowieść zimowa” z, nomen omen, legendarnej płyty „Legenda”. Armia to kiedyś jeden z moich ulubionych zespołów, ale występ w Bolkowie nie pozostanie na długo w mojej pamięci. Muzykę Armii określano dawniej mianem „magicznego punka”, „punka z duszą”. Niestety, mimo waltorni Banana i bajkowej czapki Budzyńskiego magii w muzyce Armii już nie ma.

Rozczarowany występem Armii czekałem na Clan of Xymox. Po kilkunastu minutach przygotowań, na scenie pojawił się Ronny Morings z zespołem. Rozpoczęli od „There’s No Tomorrow” z płyty pt. „Farewell”. Później był jeszcze tytułowy „Farewell” oraz kilka starszych numerów. Soczyste brzmienie, czysty wokal Moringsa. Clan of Xymox nie zawodzi. To profesjonaliści. Wychodzą i grają. Zawsze dobrze. CoX grał przez około godzinę. Wykonał m.in. jeden z numerów z czasów Xymox, zapowiedziany jako „cover”. To daje do myślenia, w jaki sposób CoX traktuje okres grania jako Xymox ;). Po godzinie publiczność nie miała dość. Domagała się najstarszych piosenek. I w końcu doczekaliśmy się. CoX zagrał słynną „Michelle” z drugiego albumu pt. „Medusa” oraz „Muscoviet Mosquito” ze składanki 4AD „Lonely Is An Eyesore”.

Największą gwiazdą tegorocznego Castle Party, obok Deine Lakaien, miał być Project Pitchfork. Niemcy szybko uporali się ze sprzętem i rozpoczęli. Nigdy nie byłem ich wielkim fanem, a ostatnie produkcje PP rozczarowały mnie. Project Pitchfork to jeden z pionierów electro-industrialu. Jednak to co prezentuje od płyty „Daimonion” trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Po tym co zobaczyłem i usłyszałem w Bolkowie pokuszę się o nazwanie tego krzyżówką Duran Duran i Rammsteina. Ze wskazaniem na Rammsteina. Przynajmniej w wydaniu koncertowym. Pierwsze skojarzenie prowadziło też w stronę Fields of The Nephilim, ale to ze względu na kapelusz. Gdy wokalista go zdjął, czar prysnął. Krótko pisząc występ Niemców nie podobał mi się. Project Pitchfork zaprezentował mieszankę starszych i nowszych numerów, ale publiczność rozruszała się naprawdę dopiero przy nagraniach z płyty „Daimonion” – „Timekiller”, „Existence”. Zdziwiony byłem entuzjastycznym przyjęciem zespołu przez publiczność w Bolkowie. Nie wiedziałem, że mają w Polsce tylu fanów. Nie wiem, czy ich przybędzie po występie na Castle Party. Na pewno ja nim się nie stanę. Brak spontaniczności i żywiołowości to nie jedyne wady występu PP. Po kilku bisach Niemcy zeszli ze sceny. Dla najbardziej wytrwałych pozostały jeszcze afterparty w klubach „Hacjenda” i „Blue Ice”, ale ja w tym roku odpuściłem sobie imprezy klubowe. Najwyższy czas wracać do domu.

Najlepsze występy Castle Party 2004 to moim zdaniem Suicide Commnado i Clan of Xymox. Największe rozczarowanie – Blutengel. Publiczność w Bolkowie dopisała. Wprawdzie początkowo optycznie wyglądało na nieco mniejszą frekwencję, niż w roku poprzednim, ale organizatorzy zapewniali, że sprzedano więcej biletów. Nieprzebrane tłumy podczas koncertu Clan of Xymox przekonały mnie, że to może być prawda.

Jak zwykle CP stało się miejscem towarzyskich spotkań dawno nie widzianych znajomych. Pozdrawiam wszystkich znajomych i nieznajomych, których spotkałem, a zwłaszcza Hiacynta i ekipę z Łodzi (Olę, Bartka, Marcina), z którymi „noclegowałem” pierwszego dnia oraz Laurela i Przemka, dzięki którym miałem gdzie wypocząć przed podróżą powrotną do Łodzi :). Koniec tej prywaty i do zobaczenia w przyszłym roku :).

Andrzej Korasiewicz
03.08.2004

Decoded Feedback, God Module, Skon, 13 marca 2004 r., klub Piwnica 21, Poznań

Decoded Feedback, God Module, Skon, 13 marca 2004 r., klub Piwnica 21, Poznań

Koncert Decoded Feedback i God Module zapowiadał się smakowicie. Niestety wszystko zaczęło się od falstartu. Impreza zaplanowana na godzinę 19, tak naprawdę rozpoczęła się po 23. Muzycy DF i GD dotarli do poznańskiego klubu dopiero po 22 i zanim rozłożyli sprzęt i zainstalowali się na scenie minęła kolejna godzina. A wszystko dlatego, że zostali zatrzymani na granicy i mieli kłopoty z jej przekroczeniem. Na szczęście na miejscu byli ludzie z WFE (Wrocławski Front Electro), którzy próbowali ratować sytuację, co udało im się jednak ze średnim skutkiem. Wszyscy czekali na gwiazdy wieczoru, trudno się więc dziwić, że niewielu kwapiło się do zabawy przy muzyce prezentowanej z płyt.

Poznański klub, zazwyczaj miejsce koncertów jazzowych, zapełniony był najwierniejszymi fanami electro z całej Polski. Przyjechały ekipy z Warszawy, Wrocławia, Łodzi i innych miast. Byli też oczywiście miejscowi fani EBM. Trudno się jednak nie oprzeć wrażeniu, że na koncerty przychodzą ciągle ci sami ludzie. Twarze jakby znajome, przeważnie wszyscy się nawzajem znają. W sumie w klubie było trochę ponad 100 osób.

Około 20 na scenie zainstalował się Skon. Jego debiutanckie demo – „Nic realnego” – zostało dobrze przyjęte przez większość miłośników electro w Polsce. Można było mieć zastrzeżenia do brzmienia płyty, ale nie do samej muzyki. W Poznaniu Skon zagrał materiał z debiutu, ale na scenie ostrze jego muzyki jakby stępiło się. Fatalny image artysty, a raczej jego brak, również nie poprawiał odbioru koncertu. Dość powiedzieć, że po kilku nagraniach miejsce pod sceną opustoszało, ludzie rozsiedli się przy stolikach i zajęli rozmową, tudzież spożywaniem trunków. Na scenie pozostał miotający się i machający „piórami” Daniel Cichoński, który wystukiwał dźwięki na syntezatorze. Wiało nudą. Znajomy określił muzykę zaprezentowaną przez Skona mianem „symfonicznego death metalu”.

Około 21 skończył grać Skon, a tych na których czekaliśmy nadal nie było. Organizator zapewniał jednak, że Decoded i God Module wkrótce dotrą. Czekaliśmy więc dalej. I rzeczywiście, po godzinie 23 na scenie pojawił się God Module. Zaczęło się właściwe show. Amerykanie zaprezentowali materiał z debiutanckiej płyty „Artificial”, epki „Perception” i ostatniego albumu „Empath”. Na scenie dwóch panów i jedna pani. Panowie na zmianę śpiewali i regulowali pokrętłami.

Rozczarowaniem dla mnie była oprawa koncertu. Na zamontowanym ekranie prezentowano fragmenty filmów i impresji filmowych. W trakcie występu nawalił jednak odtwarzacz i przez dobre kilka minut technicy starali się „odwiesić” dvd. Praktycznie nie istniała oprawa świetlna. Na panią przy klawiszach przez cały czas padało światło zielonkawe, na panów czerwonawe. I to wszystko. Oprawa sceniczna w stopniu szczątkowym. Muzycznie również nie byłem zachwycony. Brzmienie wydało mi się początkowo za mało soczyste i płaskie. Później albo jakby uległo poprawie, albo po prostu przyzwyczaiłem się do niego. God Module grali trochę ponad godzinę. Zakończyli wykonanym na bis numerem „Perception”. Występ nie pozostawił u mnie głębszych przeżyć, ale nie był zły.

O wiele lepiej wspominam występ Decoded Feedback. Mimo, że nie spodziewałem się po nim niczego ciekawego i bardziej nastawiony byłem na God Module, to właśnie koncert Decoded Feedback zrobił na mnie lepsze wrażenie. Zespół zaprezentował głównie materiał z ostatniej płyty pt. „Shockwave”. Usłyszeliśmy m.in. takie numery jak: „Heaven”, „Do You See” czy „Phoenix”. Ku mojemu zaskoczeniu publiczność doskonale znała teksty i śpiewała razem z wokalistą. Kanadyjsko-włoski duet kilkakrotnie bisował, w tym dwa razy wespół z God Module.

Dzięki poznańskiemu koncertowi ostatnio często słucham płyt Decoded Feedback. Wcześniej uważałem DF za formację bardzo przeciętną, grającą mało ciekawą i monotonną formę electro. Poznański występ zmienił moje poglądy. Na pewno Decoded nie tworzy nic odkrywczego, ale na scenie prezentuje się bardzo dobrze. Sama muzyka zaś jest kwintesencją klasycznego electro.

W Piwnicy 21 usłyszeliśmy dawkę solidnego electro na światowym poziomie i mimo obsuwy z początkiem koncertu, trudno nie być zadowolonym z „Electro Beat Invasion”. Czekam na kolejną edycję!

Andrzej Korasiewicz
16.03.2004

Castle Party 2003, 26-27 lipca 2003 r., Zamek Bolków

Castle Party 2003, 26-27 lipca 2003 r., Zamek Bolków

Dziesiąta edycja największego festiwalu dark independent w środkowo-wschodniej Europie już za nami. Wkrótce, na łamach alternativepop.pl, obszerna relacja wraz ze zdjęciami, ale już dziś kilka uwag „na gorąco”. Z różnych względów nie widziałem wszystkich koncertów, nie byłem też w piątek na „Before show party”, ale to na czym mi najbardziej zależało – obejrzałem.

Przede wszystkim, pierwszego dnia, rewelacyjny koncert dała reaktywowana niedawno Brygada Kryzys. Świetnie zagrane stare numery zabrzmiały tego dnia zaskakująco świeżo. Pełen profesjonalizm Roberta Brylewskiego oraz Tomka Lipińskiego powalił mnie. Byłem zaskoczony żywiołową reakcją fanów gotyku. Gdy rozmawiałem w czasie festiwalu z młodymi gotami, pytając się o zespół, z przykrością odnotowywałem, że niewiele osób wiedziało cokolwiek na temat zespołu. Mam nadzieję, że show jaki dali panowie w Bolkowie, choć trochę pozwoli przybliżyć dokonania klasyka polskiej nowej fali. W czasie koncertu „poleciała” słynna „Centrala” a Tomek Lipiński skandując w innym numerze: „Gandzia, gandzia, gandzia, gandzia” kończył tradycyjnym „legalize, not criticize”. Przyznać jednak muszę, że nie wszystkim młodym gotom występ się podobał. Mnie natomiast wcześniej rozczarował występ Terminal Choice. Christian Pohl wyraźnie nie stanął na wysokości zadania. Ze sceny wiało nudą a bardziej gitarowe numery, pochodzące z tegorocznej płyty, irytowały.

Niedzielne koncerty rozpoczęła czeska kapela Immunology. Ponieważ utwór, ściągniety przed festiwalem z oficjalnej strony zespołu, przypadł mi do gustu, mimo panującego na zamku w Bolkowie skwaru, udałem się tam, by zobaczyć jak Czesi zaprezentują się na żywo. Kawałek, który usłyszałem wcześniej, sugerował, że Immunology gra coś w rodzaju dark electro – stąd moje nim zainteresowanie. Niestety okazało się, że napotkani w drodze na zamek znajomi mieli rację, klasyfikując muzykę Immunology jako rock industrialny, zbliżony do dokonań Nine Inch Nails. W istocie Czesi zaprezentowali się bardziej rockowo, niż electro-industrialnie. Do tego, od początku występu, byli źle nagłośnieni, a w pewnym momencie mieli w ogóle kłopoty ze sprzętem i nastąpiła mała przerwa techniczna. Występu nie uratowały nawet iskrzące się opiłki metalu z piły tarczowej – względnie innego ustrojstwa przytaszczonego przez muzyków na scenę.

Kolejnym zespołem, na którego występ oczekiwałem, była Ścianka. Muzycy Ścianki zaprezentowali się w repertuarze znanym zarówno z płyt wcześniejszych, jak i z ostatniego albumu – „Białe wakacje”. Nowsze, bardziej psychodeliczne i oniryczne kompozycje nieco uśpiły publiczność. Starsze, przypomniały, że Ścianka zaczynała jako zespół rockowy. O dziwo, Ścianka spodobała się gotyckiej publiczności. Zespół dwa razy był wywoływany na scenę i jako pierwszy tego dnia bisował. Muzycy zagrali dwa covery: „Strawbbery fields forever” The Beatles oraz „Smoke on the Water” Deep Purple. Zwłaszcza tym ostatnim numerem, mocno zresztą odbiegającym od oryginału, Ścianka wywołała prawdziwą euforię. Występ Ścianki był bardzo udany. Zespół dobrze nagłośniony a muzycy udowodnili, że wiedzą co robić z instrumentami. Ścianka niewątpliwie potrafi bawić się muzyką. Pewnym zgrzytem były jedynie – w zamyśle zabawne – odzywki o „rycerzach gotyckich”. Panom chyba nieco pomyliły się gotyki. Ale nic to, dla mnie i tak, występ Ścianki, to jeden z trzech najważniejszych i najbardziej udanych koncertów tegorocznego Castle Party.

Po Ściance na scenie zainstalował się austriacki L’Ame Immortelle. To kolejny koncert, na który czekałem w Bolkowie. Wprawdzie nie spodziewałem się wielkich rewelacji, ale liczyłem na ciekawy występ. Nigdy wcześniej nie widziałem Austriaków w akcji, tym bardziej byłem zainteresowany, tym co zaprezentują w Bolkowie. Niestety, występ Sonji Kraushofer i Thomasa Rainera rozczarował mnie. W czasie koncertu, na niebie w Bolkowie, pojawiły się gęste, ciemne chmury a nad sceną zerwał wiatr. Atmosfera wywołana tymi zjawiskami meteorologcznymi wprowadziła odjechany klimat, a nadciągająca burza niepokoiła. Na szczęście burza nie nadciągnęła ostatecznie i austriacki duet mógł spokojnie zaprezentować się w Bolkowie. Operowe, romantyczne i spokojne „pieśni” Sonji przeplatały się z ebm-owymi numerami śpiewanymi przez Thomasa. Był hit „Life will never be the same again”. Były nagrania z nowej płyty. Publiczność przyjęła Austriaków życzliwie. Ale wbrew życzeniom Thomasa Rainera, występ w Bolkowie nie stał się czymś wyjątkowym i wątpie, by ktoś z obecnych zapamiętał go na dłużej. Było przeciętnie, by nie rzec, nudno. Na szczęście tego dnia miała jeszcze zabrzmieć prawdziwa gwiazda na firmamencie bolkowskiego nieba. Tymczasem jednak przyszedł czas na odpoczynek, spożycie posiłku oraz wypicie czegoś. Na scenie instalował się polski Closterkeller, więc ze spokojnym sumieniem udałem się w stronę rynku.

Gdy koncert Clostekellera zaczynał dobiegać końca, powoli, wraz ze znajomymi zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku zamku. Wkrótce miał wystąpić najbardziej oczekiwany gość festiwalu – Diary of Dreams. I rzeczywiście – było na co czekać. Adrian Hates wraz z kolegami zagrali chyba najlepszy koncert tegorocznego Castle Party. Na pewno, to najlepszy występ, jaki widziałem. Sądząc po reakcjach publiczności, wielu podzielało moje zdanie. Niemiecki zespół zaprezentował się w repertuarze znanym i lubianym. Usłyszeliśmy utwory starsze, takie jak „Ex-ile”, nagrania z ostatniej pełnej płyty – „Freak perfume” – „The Curse”, „Amok”, a także z ostatniej epki – „Panik Manifesto” – „Panik”. Ponieważ koncert w Bolkowie, to mój pierwszy kontakt z Diary of Dreams na żywo, trudno mi powiedzieć jak muzycy „wypadli” w porównaniu z innymi swoimi występami. Z całą pewnością jednak koncert na zamku w Bolkowie oceniam jako bardzo dobry. Zespół został owacyjnie przyjętu przez publiczność a Adrian Hates wyraźnie sprawiał wrażenie zaskoczonego odbiorem muzyki i samego zespołu. Jeśli wierzyć w to co mówił, to nie ostatni występ Diary of Dreams w naszym kraju. Miejmy nadzieję, że Adrian Hates dotrzyma słowa.

Po pięknym występie Diary of Dreams mieliśmy do czynienia z największym nieporozumieniem festiwalu. Polski Sweet Noise, który wystąpił jako headliner, tym co zaprezentował potwierdził jedynie, że nie powinien grać w Bolkowie. Żenujące odzywki muzyków, prostackie teksty i prymitywizm mentalny Glacy. Do tego scenografia w stylu Ich Troje. Tak krótko można podsumować występ Sweet Noise. Muzycznie nie zamierzam oceniać występu. To co usłyszałem można określić mianem „nu metalu” i było zbliżone do tego co tworzą Korn lub Linkin Park. Nie moja bajka. Wielu zostało na koncercie z ciekawości, by zobaczyć co ma do zaprezentowania zespół. Jednak odzywki Glacy, który mentalnie jest na poziomie trzeciej klasy szkoły podstawowej sprawiły, że nawet najbardziej wytrwali zaczęli powoli opuszczać zamek. Gdy wychodziłem z koncertu czułem prawdziwą ulgę. W końcu ile można słuchać o „skurwysynach, którzy mną manipulują” – BTW, słowa: „skurwiele, skurwysyni”, to chyba ulubione wyrazy ze słownika wyrazów pana Glacy.

Po tym, przykrym dla mnie, doświadczeniu udałem się do klubów na after party. Musiałem zatrzeć niemiłe wrażenie po występie Sweet Noise. Najpierw poszedłem do Hacjendy, ale panujący tam zaduch spowodował, że wycofałem się na z góry upatrzone pozycje do klubu Blue Ice. I był to strzał w dziesiątkę. W klubie grali Francuzi z DJ Squad. Francuzcy dj’s prezentowali electro o industrialnym odcieniu. Usłyszeliśmy m.in. :Wumpscut:, Hocico a także Monolith i bardziej noisowe rzeczy, ale też np. Miss Kittin czy Apoptygme Berzerk z „Harmonizera”. Przy tych dźwiękach bawiłem się świetnie do samego rana. Z klubu wyszliśmy po 6.00 już w poniedziałek. Jeszcze tylko piwo w knajpie przed rynkiem, frytki i można uznać X Festiwal dark independent za zakończony.

Podsumowując – X edycja Castle Party była bardzo udana. Publiczność dopisała – w sumie przyjechało około 5-6 tysięcy ludzi, choć biletów pewnie sprzedało się mniej. Bardzo dobra organizacja festiwalu. Nie zauważyłem żadnych wpadek, nie słyszałem też narzekań u publiczności. Atmosfera bardzo dobra, zabawa również. Na rynku w Bolkowie spokojnie – choć zdarzały się niemiłe sytuacje – m.in. wybita szyba jednej z witryn sklepowych drugiego dnia. Na koniec przekazuję pozdrowienia towarzyszowi r@ z bratniego postindustry.org oraz koledze Pawłowi z krakowskiego KB Music za pozytywne fluidy, a także wszystkim innym znajomym i nieznajomym, których spotkałem lub poznałem tego roku.

Andrzej Korasiewicz
28.07.2003