The Cure, 20.02.2008, Spodek, Katowice

The Cure, 65 Days of Stanic, 20.02.2008, Spodek, Katowice

Foto: Michał Dobrzański

The Cure to zespół szczególny w historii muzyki i wyjątkowy dla mnie. Trudno mi więc będzie zachować obiektywizm opisując wrażenia z koncertu. Proszę się więc nie denerwować i nie rzucać na mnie gromów, że jestem tendencyjny ;]. Po prostu inaczej się nie da. Ale nie znaczy to, że chcę The Cure postawić pomnik za show w Katowicach. Wprost przeciwnie, początkowo koncert mnie mocno rozczarował. Ale po kolei.

Widowisko rozpoczęło się od występu instrumentalnego zespołu 65 Days of Stanic. Usłyszeliśmy coś w rodzaju post rocka odwołującego się do tradycji post punkowej. Panowie zagrali 30-minutowy set, a następnie życzyli udanej zabawy podczas głównego dania wieczoru – The Cure. Zagrali całkiem sympatycznie, choć moim zdaniem nie jest to jeszcze pierwsza liga.

Punktualnie o godzinie 20. na scenę wyszedł Robert Smith wraz z kolegami. Rozpoczęło się. Przez pierwsze dwie godziny The Cure zagrali, według mnie, dosyć bezładną mieszankę utworów z ostatnich płyt oraz największych przebojów zespołu z „Lullaby”, „Lovesong”, „Just Like Heaven”, „Pictures of You” na czele. Siedziałem na trybunie i zastanawiałem się, co ja tutaj do cholery robię i dlaczego twierdzę, że tak bardzo lubię The Cure. Nowsze utwory wypadły bardzo blado i za każdym razem, gdy słyszałem któryś z numerów, zwłaszcza z ostatniej jak na razie płyty „The Cure”, na scenie wiało zwyczajnie nudą. A że The Cure nie składa się z rockowych wirtuozów i swój sukces zawdzięcza „klimatyczności”, początkowe wrażenie było przygnębiające. Niestety, nie z powodu dołujących nagrań The Cure, ale zawodu, jaki przeżywałem. Do tej przypadkowej mieszanki utworów dochodziła jeszcze gra świateł, która czasami robiła wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w remizie strażackiej. Na przemian błyskały światła czerwone, niebieskie, białe i bodaj zielone (albo żółte? – trzech pierwszych kolorów jestem pewien). Efekt czasami był dobry, ale niestety wrażenie ogólne kiepskie.

Główny mój zarzut jest taki, że przez pierwsze dwie godziny The Cure nie udało się stworzyć nastroju, za który kocham ten zespół. To nie był „mój” The Cure. Ludzie wprawdzie szaleli, bo usłyszeli wszystkie największe hity (na szczęście poza najbardziej obciachowym „Friday I’m in Love”). Były też takie utwory jak: „Hot, hot, hot”, „Never Enough”, „Let’s Go To Bed”, „Shake dog Shake”. Ale to nie było to…

Tymczasem minęły dwie godziny koncertu i wydawało mi się, że show dobiega końca. Bo ile można grać? Okazuje się, że The Cure na tej trasie ma niezłą parę i nie bierze pieniędzy za darmo ;]. Bo to właściwie była dopiero niemal połowa występu. I kiedy wybrzmiał utwór „One Hundred Years” z „Pornography”, wszystko się zmieniło dla mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Genialnie zagrany utwór. Do tego pulsujące bez opamiętania światła wreszcie uspokoiły się i zaczęły tworzyć klimat. Salę Spodka zalał mrok i zimna fala muzyki „mojego” The Cure. Ale atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Po wygraniu dźwięków „One Hundred Years”, The Cure kontynuował tkanie w Spodku tego klimatu, za który ich uwielbiam. To był Cure z czasów słynnej trylogii. Rozpoczął się koncert, na który przyszedłem. I mimo tego, że trwał krócej od części show, która mnie zawiodła, to jednak wybrzmiały m.in. takie utwory jak: „At Night”, „M”, „Play For today” i w końcu „A Forest”, na który wszyscy czekali. A potem The Cure wróciło do jeszcze starszego okresu i usłyszeliśmy: „Three Imaginary Boys”, „Fire In Cairo” (umarłem), „Jumping Someone Else’s Train”. Gdy zabrzmiało „Boys Don’t Cry” myślałem, że to już koniec i zacząłem kierować się do wyjścia, ale było jeszcze: „Grinding Halt”, „Killing an Arab”. Minęła już trzecia godzina koncertu! Musiałem się zbierać, żeby dotrzeć do Łodzi o jakiejś sensownej porze. Po dokładnie trzech godzinach i dziesięciu minutach grania (oraz dwóch bisach) zespołu, znalazłem się na zewnątrz Spodka (jako jeden z pierwszych). Niestety z hali zaczęło dobiegać dudnienie – znak, że The Cure zagrali jeszcze coś na pożegnanie.

To był mój drugi koncert The Cure w życiu. Pierwszy widziałem (i słyszałem) w Łodzi w roku 2000 w ramach trasy promującej „Bloodflowers”. Porównując oba stwierdzam, że ówczesny koncert miał od początku klimat. Był przemyślany i wzruszający. Jednak zabrakło wówczas wielu nagrań, które usłyszałem w Spodku. Wtedy The Cure zagrał prawie cały materiał z płyty „Bloodflowers”, a starsze nagrania były jedynie dodatkiem. Główna oś dramaturgii była zbudowana wokół „Bloodflowers”. I mimo że nie jest to najlepsza płyta w historii The Cure, to jednak w Spodku tej dramaturgii zabrakło. Pierwsze dwie godziny zupełnie mnie rozczarowały. I choć wszystko wynagrodziła mi ostatnia część widowiska, to jednak lekki niedosyt pozostał.

Moje wrażenia byłyby zupełnie inne, gdyby wszystko rozpoczęło się od „One Hundred Years” i pomiędzy nagrania z „Pornography”, „Faith” i „Seventeen Seconds” Robert Smith powtykałby „Lullaby”, „Pictures of You” czy „Lovesong”. Summa summarum jednak nie żałuję przyjazdu do Spodka, bo MAGIA była. Wprawdzie nie przez cały koncert, ale lepiej że była w ogóle niż gdyby jej nie było wcale.

Setlista (za forum.conservativepunk.net):

01. Tape
02. Open
03. Fascination Street
04. alt.end
05. The Walk
06. End Of The World
07. Lovesong
08. A Letter To Elise
09. To Wish Impossible Things
10. Pictures Of You
11. Lullaby
12. From The Edge Of The Deep Green Sea
13. Hot Hot Hot!!!
14. Please Project
15. Push
16. How Beautiful You Are
17. Inbetween Days
18. Just Like Heaven
19. A Boy I Never Knew
20. Shake Dog Shake
21. Never Enough
22. Wrong Number
23. Signal To Noise
24. One Hundred Years
25. End

Zespół zszedł ze sceny. Czekamy na BIS. Na koncercie brak wizualizacji.

BIS 1

26. At Night
27. M
28. Play For today
29. A Forest

BIS 2

30. Three Imaginary Boys
31. Fire In Cairo
32. Boys Don’t Cry
33. Jumping Someone Else’s Train
34. Grinding Halt
35. 10:15 Saturday Night
36. Killing an Arab

BIS 3

37. Why Can’t I Be You?

Andrzej Korasiewicz
20.02.2008

Alphaville, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 07.09.2007 r.

Alphaville, rynek w Manufakturze, Łódź, Festiwal Dialogu Czterech Kultur, 07.09.2007 r.

foto: Brite, http://brite.madebymonkeys.net

Takie przeboje jak „Forever Young” trafiają się raz na ileś lat. Jeśli jednak komuś uda się napisać taką piosenkę ma zagwarantowaną muzyczną nieśmiertelność. Tej sztuki dokonał ponad 20 lat temu niemiecki zespół Alphaville, który wystąpił w Łodzi w ramach Festiwala Dialogu Czterech Kultur.

Na rynek w Manufakturze przybyli zarówno starzy fani, dla których przeboje Alphaville to wspomnienie młodości (lub dzieciństwa), ale było też sporo młodzieży. Niewątpliwie koncert Niemców był jednym z ważniejszych wydarzeń tegorocznego FD4K.

Alphaville wylansował w latach 80. kilka wielkich przebojów, a później słuch o nim zaginął. Hity niemieckiego klasyka synth pop do dzisiaj grane są w rozgłośniach radiowych, ale po wydaniu drugiej płyty w 1986 pt. „Afternoons In Utopia” Alphaville zniknął ze sceny podobnie jak inne gwiazdki lat 80. – Limahl, Kajagoogoo, Howard Jones, Sal Solo. Jednak grupa nie przestała nagrywać, ani występować a ich ostatnim studyjnym dokonaniem jest czteropłytowy album „CrazyShow” z 2003 roku. Co więcej, Alphaville ma nadal swoich oddanych fanów, którzy czekają z utęsknieniem na kolejne wydawnictwa zespołu. Faktem jest jednak, że band zniknął ze świadomości tzw. przeciętnego słuchacza i istnieje w niej jedynie jako autor kilku mega hitów z lat 80. W takiej też roli zapewne zaproszono grupę do Łodzi i w takiej roli oczekiwali występu zespołu łodzianie.

Niemiecka gwiazda synth pop nie zawiodła publiczności. Na rynku w Manufakturze usłyszeliśmy niemal wszystkie klasyczne hity Alphaville, przeplatane nowszymi piosenkami. Zaskoczeniem na pewno były bardziej rockowe aranżacje tych przebojów. Chwilami niemal hard rockowe riffy dodawały piosenkom niezwykłej mocy. Jeśli ktoś uważał dotychczas Alphaville za zespół podobny współczesnym boys  bandom, musiał zweryfikować swoją opinię. Alphaville to zespół z krwi i kości. Wokalista grupy Marian Gold ma dobry głos i umie śpiewać. Prawie każdy dźwięk, który usłyszeliśmy ze sceny w Manufakturze był zagrany na żywo. I nawet tak synth popowe utwory jak „Sounds Like A Melody” zawierały w sobie elementy improwizacji, charakterystyczne dla koncertów rockowych.

Ze sceny wybrzmiały takie utwory jak: „Dance With Me”, „Sounds Like A Melody”, „The Jet Set”, „Jerusalem”, „Big in Japan”, a w finale oczywiście nieśmiertelny „Forever Young”. Były też piosenki nowsze, które wzbudziły mniejszy entuzjazm, ale z pewnością koncert Alphaville wszystkim się podobał. Miło i sympatycznie było usłyszeć panów po pięćdziesiątce, którzy wyszli na scenę i zaśpiewali hity sprzed 20 lat. Możliwe, że troszkę zawiedzenie byli ci, którzy oczekiwali bardziej syntetycznego brzmienia grupy. Alphaville na żywo wypada zdecydowanie bardziej rockowo, a w chwilach bardziej balladowych zespół gra przeciętny pop rock. Mogły trochę rozczarowywać zmiany dokonane w znanych hitach. Nie zabrzmiały one tak jak na oryginalnych płytach (może z wyjątkiem „Forever Young”), ale z drugiej strony świadczy to o umiejętności interpretacji i improwizacji muzyków. No a poza tym czego można wymagać od gwiazd synth pop, którzy dzisiaj przekroczyli pięćdziestiątke? ;). Można im tylko pogratulować wytrwałości i życzyć utrzymania kondycji, którą zaprezentowali w Łodzi przez co najmniej kolejnych 20 lat. Czego i Państwu życzę!

Andrzej Korasiewicz
08.09.2007

Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Castle Party 2007, Bolków, 27-29.07.2007 r.

Tegoroczne Castle Party zapowiadało się bardzo smakowicie. Co rok organizatorzy festiwalu zaskakują nas coraz lepszym składem wykonawców z pierwszej ligi dark independent (nie tylko zresztą „dark” independent). W tym roku zestaw wykonawców przyciągnął naprawdę dużą publikę. Gołym okiem było widać większą liczbę osób na dziedzińcu zamku niż w latach poprzednich. Nie wiem ile karnetów sprzedano i ile rozdano akredytacji, ale widziałem na zamku najwięcej osób w historii wszystkich moich pobytów w Bolkowie (a był to już mój 7. „raz” w Bolkowie). Na pewno największą atrakcją tegorocznej edycji festiwalu był występ Front Line Assembly (a właściwie, kiedy piszę te słowa, FLA ma dopiero zagrać). Niestety, z przyczyn obiektywnych mogłem być tylko w sobotę, więc występ FLA mnie ominął :(. Dlatego proszę te parę słów nie traktować jak solidnej i rzetelnej relacji z imprezy (taka, mam nadzieję, wkrótce pojawi się na stronie), ale kilka subiektywnych uwag na temat koncertów, które widziałem i ogólnej atmosfery Castle.

Bolków powitał mnie w sobotę około godziny 17 deszczem. Kiedy dotarłem na miejsce, za nami był już występ czeskiego Tear oraz japońskiego The Royal Dead. Na dobrą sprawę nie wiem w ogóle czy te koncerty doszły do skutku, ponieważ w tym czasie była ostra ulewa. Kiedy na zamku grał Catastrophe Ballet, kończyłem kwaterować się w szkole. Gdy w końcu dotarłem na zamek rozpoczynał grę polski Miguel and The Living Dead.

Nie wiem, może już jestem za stary, może nigdy nie miałem nic wspólnego z gotykiem, ale twórczość Migueala, a zwłaszcza image sceniczny muzyków, po prostu odrzuca mnie. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie Miguel był w tym roku najbliższy klasycznie rozumianej odmianie gotyku. Ich występ spotkał się z owacją oddanych fanów i muszę przyznać, że zespół zasłużył na to energią, którą włożył w koncert. Inną sprawą jest to, że odgryzanie głów pluszakom, image sceniczny muzyków Miguela rodem z tanich horrorów wywoływały uśmiech na mojej twarzy i był to raczej uśmiech politowania niż porozumiewawcze „puszczenie” oka. Ciśnie mi się na usta słowo „obciach”. No, ale cóż poradzić, taka właśnie jest muzyka „gotycka” – obciachowa. Można ją lubić, albo nie. Wychodzi na to, że ja nie lubię…

Jedynym punktem występu Miguela, który mnie zainteresował było Siekiera medley zagrane na pożegnanie – „Idzie wojna” (Siekiera z Budzyńskim) oraz „Bez końca” z „Nowej Aleksandrii”. I to chyba jedyne moje punkty wspólne z Miguelem. Kocham starą Siekierę, a „Nową Aleksandrię” (już bez Budzyńskiego) uważam za jedną z najgenialniejszych płyt w historii polskiej muzyki, nie tylko rockowej. Jak to się więc dzieje, że muzycy inspirujący się m.in. Siekierą tworzą tanią podróbkę death rocka i muzyki rodem z Bat cave? Nie mam pojęcia. Z drugiej strony, nikt poza Miguelem tego w Polsce nie robi. Dlatego Miguel jest bezkonkurencyjny w swojej kategorii, bo jedyny…

Po tej frywolnej mieszance death rocka i gotyku rodem z Bat Cave, nastąpiły dźwięki znacznie przyjaźniejsze dla moich uszu, choć nie przeżyłem tego dnia muzycznego „orgazmu”. Najpierw zaprezentowała się niemiecka Diorama, czyli Diary of Dreams – bis. Panowie zabrzmieli jakby włączona była płyta Dioramy, a nie jakby występowali na żywo. Jeden z moich rozmówców w Bolkowie miał nawet wątpliwości, czy wokalistą śpiewa, czy leci wszystko z playbacku. Coż, Diorama to fajny elektroniczny dark wave, który lubię, więc z przyjemnością wysłuchałem całości. Ale trudno tutaj o zachwyty.

Po Niemcach zaprezentowali się Norwegowie z Pride and Fall. Hm… Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na krytykanta… Chyba będę musiał jednak okazać się krytykiem, który zasiadając przy klawiaturze rozładowuje swoje kompleksy (to naczelny argument wszystkich fanów, których idole zostali przez kogoś skrytykowani), bo występ Pride and Fall to była prymitywna sieka electro pop, bez polotu i inteligencji. Kolejne utwory były do siebie podobne, tak że nawet zatwardziałym fanom z pewnością trudno było odróżnić tytuły.

Kolejnym wykonawcą był Johan van Roy i jego Suicide Commando. Poprzedni występ Suicide Commando na Castle to żywa perkusja i kawał dobrej roboty. Tym razem było więcej syntetyki, ale tyle samo pasji i energii ze strony Johana. Ludziom się podobało, ale ja czuję przesyt taka prostą elektroniczną rąbanką, więc skorzystałem z okazji, by posilić się i nieco rozprostować kości.

Gdy wróciłem na zamek, na scenie był już Adrian Hates ze swoją kompanią z Diary of Dreams. Podobnie jak w przypadku belgijskiego Suicide Commando to już drugi występ Niemców w Bolkowie. Poprzedni nie powalił mnie z nóg (co nie znaczy, że był zły!), tym razem Diary of Dreams będę najmilej wspominał z tegorocznego Castle. Adriana Hatesa i Diary trzeba lubić, żeby móc o nim pozytywnie się wypowiadać. Manieryczny wokal, patetyczne klawisze i bit rodem z electro, to wszystko świadczy o specyfice Diary, którą nie jest łatwo zaakceptować. W dodatku w porównaniu z kopią Diary – czyli Dioramą – jest jeszcze bardziej smętnie i melancholijnie. Diary of Dreams można albo lubić, albo nie lubić. Trudno pozostać całkowicie obojętnym wobec tej muzyki. Ja miło spędziłem czas słuchając kolejnych utworów Diary – m.in. „O Brother Sleep”, „Giftraum”, „The Curse”. Wartości występu dodało to, że zespół występował z żywym perkusistą, który robił co mógł, żeby dać widzom wrażenie, że jak najwięcej dźwięków zagranych jest rzeczywiście na żywo. Oczywiście czego nie dało się zagrać „na żywo”, poleciało z kompa. Żywe granie nie wypaczyło jednak elektronicznego charakteru muzyki Diary, ale dodało autentyczności. Jednym słowem koncert Diary of Dreams uznaję za nadzwyczaj udany.

W roli największej gwiazdy pierwszego dnia koncertów na zamku wystąpił Chris Corner ze swoim IAMX. To cokolwiek dziwne, zważywszy na fakt, że IAMX ani nie jest zespołem z kręgu dark independent, ani nie jest… gwiazdą, co przyznają sami fani IAMX. Widać jednak, że Chris Corner czuje się gwiazdą i być może to tłumaczy występ IAMX w roli headlinera. Potwierdzeniem tej tezy może być również to, że zespół kazał na siebie czekać 40 minut a zagrał zaledwie 50 minut, z czego ja uświadczyłem 20 minut. Podczas oczekiwania na Gwiazdę troszkę zmarzłem, a jako że godzina była już późna (IAMX kończył grać o 1.30), a muzyka Gwiazdy nie na tyle ciekawa, żeby mnie przekonać do pozostania do końca występu, udałem się na spoczynek, żeby wypocząć przed podróżą następnego dnia rano do Łodzi.

O samym występie IAMX mogę napisać jedynie tyle, że to nie moja muzyka, choć pierwsze 4 nagrania były całkiem sympatyczne. Przy piątym zrobiło się jednak nieco nudno i to mnie ostatecznie przekonało, żeby dołączyć do grona osób, które opuściły zamek po wybrzmieniu ostatnich taktów muzyki Diary of Dreams. Warto podkreślić, że podczas występu Diary of Dreams, a nawet wcześniejszych (włącznie z Miguelem!) było znacznie więcej publiczności niż podczas koncertu IAMX i to mimo tego, że na występ IAMX przybyli fani IAMX, którzy nie uczestniczyli we wcześniejszych koncertach. To chyba najlepiej świadczy o tym, co myślą o gwiazdorstwie IAMX polscy fani.

IAMX to całkiem sympatyczna, indie rockowa muzyka młodzieżowa, ale czy zespół naprawdę zasłużył na rolę headlinera? Śmiem twierdzić, że nie. Nie ulega wątpliwości, że grupa byłaby znacznie lepiej przyjęta przez publiczność Castle (nie piszę o fanach IAMX), gdyby zagrała np. trzecia od końca. A tak, występ IAMX można traktować jedynie w kategoriach nieporozumienia, które ustępuje w tej kategorii jedynie występowi Sweet Noise jako headlinera, w którejś z poprzednich edycji Castle.

Na tym mój udział w Castle, niestety, zakończył się. Nie dane mi było zobaczyć Front Line Assembly i Legendary Pink Dots, na które czekałem. Ale cóż począć – siła wyższa.

Podsumowując, Casle Party 2007 to jak zwykle impreza bardzo udana. Jak zwykle bardziej jeśli chodzi o kwestie towarzyskie i możliwość spotkania się z dawno nie widzianymi znajomymi, niż o kwestie artystyczne. Ale i tych ostatnich atrakcji w tym roku nie brakowało. Dla każdego znalazło się coś interesującego. Dla mnie w tym roku było to Diary of Dreams. Dla wielu najbardziej interesującym występem był Miguel and The Living Dead. Z pewnością jednak kulminacją festiwalu będzie występ Front Line Assembly. Trzymam kciuki, żeby wszystko udało się i żeby w przyszłym roku zaproszeni zostali wykonawcy tej miary co FLA czy Diary!

Mam nadzieję, że nadzieje nie są płonne, bo tegoroczna edycja była chyba rekordowa jeśli chodzi o frekwencję.

Andrzej Korasiewicz
29.07.2007

Tak Tak Summer of Music Festival 2006

Tak Tak Summer of Music Festival 2006
9-10 września 2006, Tor Wyścigów Konnych „Służewiec”, Warszawa

Tak Tak Summer of Music Festival 2006 to 2 dni festiwalu, 4 sceny (główna, MTV, aktivna i klubowa) oraz całe zaplecze festiwalowe – strefa gastronomiczna, dla mediów, stoiska sponsorów i patronów. Wykonawcy zostali podzieleni między sceny, tak żeby można było zobaczyć jak najwięcej i żeby jak najmniej koncertów pokrywało się ze sobą. Niestety, nie było możliwe wszystko tak zgrać, żeby nic nie umknęło, a dodatkowo w niedzielę, ze względu na obsuwy czasowe, na scenie MTV trochę ciekawej muzyki przeleciało między palcami.

Największy minus festiwalu, to słaba frekwencja. Na tak wielkim terenie było to szczególnie widoczne. Nie mam danych ile sprzedało się biletów, ale na oko każdego dnia nie było więcej jak kilka tysięcy osób. Wysokie ceny biletów, koniec lata i bliskość czasowa innych wydarzeń muzycznych zrobiły swoje. Szkoda, bo pod względem muzycznym festiwal uważam za udany (w Polsce jest tak mało dobrych imprez, że trudno wybrzydzać).

Sobota, 9.09.2006

Wszystko zaczęło się w sobotę ok. 15. Na teren Służewca dotarłem przed 16., kiedy na Scenie Aktivnej kończył grać pierwszy artysta – polski Farel Gott. Nie za wiele udało mi się jednak usłyszeć. Następnie na scenie głównej zainstalowała się łódzka załoga Cool Kids of Death. Cóż by tu napisać, żeby nie wyjść na zgreda i nikogo nie obrazić. Ja nazywam ich twórczość muzyką dla zbuntowanych nastolatek. A jako że nie jestem już ani szczególnie zbuntowany, ani tym bardziej nie jestem nastolatką, to zwyczajnie ich muzyka mnie nie przekonuje. Moja diagnoza ich grania jest chyba dosyć trafna, bo pod sceną szalały właśnie głównie nastolatki, wyraźnie dobrze się bawiąc. I dobrze, nie mieszam się. Faktem jest jednak, że było to może ze 100 osób (bardzo optymistyczne szacunki). Czyli było pusto.

Gdy skończyły Kulki, na scenie Aktivnej zainstalowała się hiphopowo-alternatywna załoga z Afro Kolektywu. Poszedłem z ciekawości. Hip hop trudno przyswajam (chyba że w wydaniu Ninja Tune – czyli niezbyt ortodoksyjnym), ale alternatywność Kolektywu wlała we mnie nieco nadziei, że może być ciekawie. Na scenie zobaczyłem wijącego się wokalistę w szlafroku oraz innego muzyka ubranego w coś w rodzaju pasiaka więziennego. No nawet fajny pomysł, ale muzycznie mnie nie porwali. Muzyka była moim zdaniem zbyt prosta, żeby nie powiedzieć prostacka.Trzeba jednak przyznać, że kolektyw ma swoją publiczność, która dobrze bawiła się podczas występu grupy.

W tym samym czasie (godz. 17.00) pojawił się pierwszy wykonawca na scenie MTV – Mitch i Mitch. Panowie trochę się stroili, przygotowywali do grania, a ponieważ już parę minut to robili, a ja byłem głodny i spragniony, postanowiłem przenieść się do strefy gastronomicznej, aby zaspokoić te potrzeby. Mitchów więc w efekcie nie zobaczyłem.

O 18.00 na główną scenę miał wyjść El Presidente i pewnie tak było, ale nie mogę tego z całą pewnością stwierdzić, bo nadal zaspokajałem swoje pragnienie. Gdy już poczułem się nasycony, udałem się pod główną scenę, ale niestety Szkoci już kończyli grać.

 O 19.00 na scenie Aktivnej rozpoczął swój występ polski Dick4Dick. To był pierwszy wykonawca tego dnia, na którego zwróciłem uwagę. Panowie zaprezentowali się jedynie w majtkach. Zagrali dosyć wybuchową mieszankę postpunkowego rocka, rock’n’rolla okraszonego elektroniką (niektórzy nazywają takie połączenie „disco-punk”). Było naprawdę energetycznie, alternatywnie i fajnie, choć mało finezyjnie. O tej samej godzinie na Scenie MTV występował Mocky.

Mimo fajnych wrażeń na Dick4Dick, po wysłuchaniu kilku numerów przeniosłem się do budynku po lewej stronie sceny głównej *. Mocky przynależy do sceny elektronicznej, ale tej, która spogląda w stronę jazzu, hip hopu, neo-soulu, a nawet bluesa. Jego ensamble odgrywał wszystkie numery na żywych instrumentach co dodatkowo ociepliło brzmienie. Mnie się podobało. Może dlatego, że mam smaka na taki neo-soul, a może dlatego, że Mocky jest naprawdę ciekawym wykonawcą. A najpewniej dla jednego i drugiego.

O godz. 20.00 na główną scenę wyszedł brytyjski Maximo Park. Cóż by tu znowu napisać, żeby nikogo nie urazić (zwłaszcza fanów brytyjskiej muzyki). Wszystko zagrane było profesjonalnie, rzemieślniczo i prawdopodobnie lepiej się nie dało. Przebój „Apply Some Pressure” nawet mi się podoba, ale coż począć, że według mnie Maximo Park wykonuje cały czas ten sam numer. W dodatku wszystkie te brytyjskie zespoły są jakoś tak do siebie podobne. Coś w nich jest bezpłciowego i to je łączy. Poza tym większość z nich (najczęściej nieświadomie) kopiuje The Beatles, niestety bez choćby cienia talentu kompozycyjnego czwórki z Liverpoolu. Brzmieniowo przemielone jest to przez rewolucję punkową z lat 70-tych i tak wychodzą nam co chwila kolejne twory spod brytyjskiej matrycy (ostatnio Arctic Monkeys). Maximo Park to jeden z takich tworów i moim zdaniem nie wyróżnia się niczym szczególnie. Według mnie na scenie było nudno.

Godzina 21.00 to Scena MTV i słynna Peaches. No, tego to już byłem ciekawy na 100 proc. Sporo słyszałem o jej występach. Muzykę znałem dobrze i lubiłem. Ogólnie – mój klimat. I to, czego się spodziewałem – otrzymałem. Artystka szalała na scenie, zdejmując po każdym numerze elementy ubrania. Po jednym z numerów ukazał się oczom publiczność nadmuchiwany fallus, z którym następnie artystka prowadziła dialog ściągając kolejne części garderoby. Muzycznie było bardzo energetycznie, disco-punkowo i electro-clashowo. Usłyszeliśmy wybuchową mieszankę jazgotliwych gitar i agresywnej perkusji ubarwione klawiszami, elektroniką oraz wrzaskliwym wokalem samej Peaches. To był dobry show, zarówno pod względem muzyczno-zabawowym jak i wizualnym. Z zadania promocji najnowszego albumu „Impeach my Bush” Peaches wywiązała się bardzo dobrze.

Punktualnie o 22.00 przeniosłem się pod główną scenę, bo właśnie rozpoczynał się występ największej gwiazdy pierwszego dnia – Datf Punk. Duet Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter to chyba najlepszy produkt eksportowy Francji ostatnich lat. Uznawani są już dzisiaj za bogów światowej muzyki klubowej. Przyznam, że do niedawna pozostawałem dosyć nieczuły na ich wielkość. Zaklasyfikowane jako przełomowe płyty „Homework” i „Discovery” dla mnie mogły nie istnieć. Ich największe hity były dla mnie jedynie fajnymi zapełniaczami podczas podróży samochodem. No ale po występie w Warszawie muszę wszystko odszczekać i od dzisiaj uznaję wielkość Daft Punk. Toż to nowe wcielenie Kraftwerk! Do tego wywodzące się ze sceny house/dance, która w jakiś wyraźny sposób nie inspirowała się bezpośrednio Kraftwerk. Nie można więc mówić o żadnym naśladownictwe. W dodatku podejrzewam, że fanom Daft Punk skojarzenia z Kraftwerkiem raczej nie przyjdą do głowy. Dla nich Kraftwerk to jakaś stara muzyka, która może i była etapem rozwoju muzyki elektronicznej, ale dzisiaj liczy się Daft Punk. I jestem skłonny się z tym zgodzić!

Kraftwerk widziałem jedynie na płycie DVD. Na żywo widziałem Karla Bartosa w Płocku i byłem wtedy pod wrażeniem tego, co zaprezentował. Ale to, co zobaczyłem w wykonaniu Daft Punk to było dopiero coś. Show nie z tej ziemi! Duet francuskich didżejów kontrolował całość występu z trójkątnej bryły neonowej (czegoś w rodzaju piramidy), w której obaj się usadowili. Panowie ubrani byli w hełmy i ani przez chwilę nie pokazali swoich twarzy (kolejny motyw wymyślony przez Kraftwerk!). Image iście robotyczny. Wszystko zwieńczone było perfekcyjnie dobraną i zsynchronizowaną grą świateł, neonów i dymów. Oczywiście muzyka była z płyt CD (miksowana na żywo). Ale to jest właśnie ta bolączka występów live projektów elektronicznych. Żeby był sens takich „koncertów”, trzeba przede wszystkim zadbać o stronę wizualną, bo muzycznie mamy po prostu puszczoną muzykę z płyt CD (w najlepszym razie miksowaną jak na didżejów przystało). Może dlatego Daft Punk przez 10 lat nie odczuwali potrzeby występów „na żywo”.

Na Służewcu usłyszeliśmy mieszankę starych i nowych hitów projektu (m.in. „Around the World”, „One more Time”, „Technologic”) a wszystko zakończyło się numerem tytułowym z najnowszej płyty „Human after all”, który można było interpretować jako przesłanie Francuzów. Roboty, ale tak nie do końca… Mają coś z ludzi. Show Daft Punk to największe wizualno-muzyczne widowisko, jakie do tej pory widziałem na żywo. Krytykom, którzy nie tolerują takich „koncertów” proponuję jednak się przełamać i jeśli tylko będą mieć okazję zobaczyć występ Daft Punk niech z niej skorzystają. Bo nie wiadomo, kiedy taka możliwośc pojawi się następnym razem.

To był koniec występów na głównej scenie pierwszego dnia, ale nie koniec pierwszego dnia w ogóle. Po Daft Punk przeniosłem się do namiotu klubowego, gdzie przygrywał Gilles Peterson, któremu towarzyszył Earl Zinger na wokalu. Naprawdę nieźle się wkręciłem przy jego didżejce. Aż nawet zacząłem tańczyć ;). Gilles grał elektronicznie przetworzone jazzy, samby i bossanovy. Do tego wszystkiego bardzo klimatycznie podśpiewywał Earl Zinger. Było naprawdę fajnie.

Po północy przeniosłem się do budynku ze sceną MTV, gdzie grał już duet didżejski The Crystal Method. Był tylko stół mikserski oraz dwóch panów, którzy kręcili gałkami. I znowu się nieźle wkręciłem, przy okazji natykając się na ekipę depeszów z wawy ;), którzy nieźle tam podrygiwali. The Crystal Method to takie skrzyżowanie Prodigy i Chemical Brothers (dziennikarze ochrzcili ich nawet amerykańską odpowiedzią na The Chemical Brothers). Było więc trochę bitów i faktycznie osoby lubiące synth/EBM mogły znaleźć coś dla siebie. Ale żadna rewelacja to nie była. Pokręciłem się trochę pod sceną i około 1.00 udałem do wyjścia. Trzeba było przespać się i wypocząć przed nieźle zapowiadającym się dniem drugim festiwalu.

Niedziela, 10.09.2006

Drugi dzień zapowiadał się bardzo dobrze, ale w efekcie okazał się lekką porażką. Największą porażką okazała się scena MTV. Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy zagrali, którzy mieli zagrać, a po drugie dlatego, że jak już zagrali to z mocnym opóźnieniem. O 15.00 na scenie MTV miał grać Oszibarak, ale jak słyszałem z relacji znajomej nie zagrał. Tzn. próbował grać około godziny. Próbował i próbował. W końcu artyści z Oszibarak zaprezentowali jeden numer, puścili jakieś projekcje i zwinęli się. Tak przynajmniej wynikało z relacji mojej znajomej. Całe szczęście, że nie pofatygowałem się tak wcześnie na Służewiec (a takie miałem pierwotnie plany). Podobna sytuacja była z Miloopą. Ich próba trwała około 1,5 godziny i w końcu, gdy wyglądało na to, że już za chwilę naprawdę zaczną grać minęła godzina 18.00 i trzeba było iśc pod scenę główną, gdzie występ rozpoczęło Stereo MC’s. Choć Miloopa w końcu zagrała, to nie dane mi było jej usłyszeć (jeśli nie liczyć dudnienia jakie docierało pod scenę główną).

Z dziennikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze, że o 16.00 na scenie głównej zagrał Makowiecki Band, ale tego nie trzeba chyba za bardzo komentować? Występ czegoś takiego na porządnym festiwalu to po prostu nieporozumienie.

Zespół Stereo MC’s nie należy dzisiaj do muzycznej czołówki, ale płytą „Connected” z 1992 roku na trwałe wpisał się w historię muzyki nie tylko elektronicznej. Mimo że kiedy grupa nagrała tą przełomową płytę, kończyłem liceum i nadaję się pod względem wiekowym na „starego fana Stereo Mc’s”, to jednak ominęły mnie wówczas bliższe doznania emocjonalne związane z wydaniem albumu. Z dzisiejszej perspektywy trochę żałuję, ale wtedy interesowała mnie inna muzyka.

Stereo MC’s to specyficzne połączenie muzyki klubowej, jazzu, soulu i indie rocka. Trzeba przyznać, że zespół wypracował swój własny styl, a album „Connected” to płyta naprawdę ważna i naprawdę dobra. Utwór tytułowy oraz numer „Step it up” to już klasyki. Oba usłyszeliśmy w Warszawie. Występ Stereo MC’s uważam za bardzo udany. Cath Coffey wił się na scenie z energią, która niejednego Czarnego mogła wprawic w osłupienie. Towarzyszące mu na wokalu 2 Czekoladki nadawały muzyce charakterystycznego czarnego, soulowego feelingu. Godzina ze Stereo MC’s minęła bardzo przyjemnie. Szkoda tylko, że zespół byl zmuszony wystąpić przy dziennym świetle.

O godz. 19.00 na Scenie Aktivnej zagrały Komety. Zespół jest ciekawym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Wprawdzie nie jest jedyną grupą grającym psychobilly w Polsce, ale z pewnością jedną z najbardziej znanych. Na początek usłyszeliśmy numery z nowszej płyty. Moim zdaniem zabrzmiały jakoś mało przekonywająco, tak jakby czegoś im brakowało. Nie byłem tylko pewien czy chodzi o same kompozycje czy o konkretne wykonanie. Gdy zabrzmiał „Król flipperów” byłem już pewien, że czegoś brakuje w samym wykonaniu. To nie był ten sam dynamit jak na płycie. A to już jest poważny zarzut do rockowego składu. Jeśli zespół rockowy na żywo brzmi gorzej niż na płycie, to coś jest nie tak. A moim zdaniem zespół zabrzmiał gorzej niż na płycie.

O tej samej godzinie (19.00) na scenie MTV miał zagrać AMP Fiddler, ale że wszystko było opóźnione zagrał ok. pół godziny później. Dzięki temu zobaczyłem Komety, ale nie zobaczyłem całego Fiddlera. Czego żałuję, bo ostatnio mnie kręci taka muzyka, a AMP Fiddler to pierwsza liga sceny neo-soul i funk. Artysta może być znany szerszej publiczności przede wszystkim jako muzyk sesyjny. Wspierał takich twórców jak Prince, Jamiroquai, George Clinton a także Carl Craig. W swojej solowej twórczości łączy ze sobą elementy soul, jazzu, r’n’b i funk. Przede wszystkim jednak nad wszystkim króluje czarny feeling. Podobało mi się, ale po kilu numerach musiałem wracać, bo na głównej scenie miał wystąpić Ian Brown.

Ian Brown to wokalista legendarnego dla wielu zespołu The Stone Roses. Znowu będę chyba obrazoburczy, ale dla mnie ta legenda jest cokolwiek kontrowersyjna. Na pewno trzeba się zgodzić, że The Stone Roses to jeden z tych zespołów, który miał duży wpływ na dzisiejszą muzykę brytyjską. Do słuchania The Stone Roses przyznają się m.in. bracia Gallagher (brr…). Ale dla mnie to właśnie argument „przeciw”. Bo jeśli to oni w dużym stopniu ukształtowali współczesną brytyjską muzykę to naprawdę są bardzo kiepskim wzorem. Jeśli jakieś numery The Stone Roses można uznać za ciekawe to okazuje się, że jest to wariacja na jakiś temat znany skądinąd. Zresztą posłuchajcie sami numeru „I Wanna be Adored”, jednego z najbardziej znanych z twórczości The Stone Roses, od którego Ian Brown rozpoczął koncert. Czyż nie jest to taka spowolniona, bardziej transowa wersja numeru „I wanna be your dog” Iggy Popa?

Nic na to nie poradze, ale nie uznaję i nie rozumiem fenomenu takich zespołów jak The Stone Roses. Tzn. rozumiem, że Brytyjczykom to się podoba. Tak samo jak Polacy mają swoją muzykę, która się podoba tylko Polakom i nikomu więcej. Ale dlaczego na Boga ktoś próbuje nam wmówić, że muzyka pokroju The Stone Roses jest wielka, jak wielka nie jest? Poza Wyspami ta muzyka nigdy nie była wielka. Takie grupy jak The Stone Roses czy Happy Mondays mają swoje miejsce w historii muzyki, nie przeczę. Miały wpływ na rozwój sceny rave, ważnej dla rozwoju muzyki. To, co grały grupy „madchesterskie” (Brown zresztą odcina się od Madchesteru) było dosyć przyjemną muzyką i w miarę inteligentną. Ale co w niej było wielkiego?

Koncert Iana Browna tylko potwierdził moje zdanie na temat tej podobno genialnej muzyki brytyjskiej (koniecznie „indie”). Według mnie to był dosyć przyzwoity występ, dosyć przeciętnego indie rockowego składu. Artysta wprawdzie nieco fałszował, ale ogólnie całości miło się słuchało. Niech tylko nikt nie próbuje mi wmawiać, że Ian Brown to artysta na miarę Johna Lennona czy choćby Paula Wellera! Tak nie jest i nigdy nie będzie.

Gdy Ian Brown skończył przeniosłem się pod scenę MTV, gdzie o 21.00 miał zacząć grać Mercury Rev. Opóźnienie jednak nie zostało nadrobione i Amerykanie rozpoczęli prawie pół godziny później. Show zaczął się od projekcji wyświetlanych na ekranie za sceną oraz utworu Coctaeu Twins, który służył jako podkład. Później usłyszeliśmy zgiełk gitar oraz falset Jonathana Donahue. To znak, że Amerykanie zaczęli grać. Jonathan Donahue wił się na scenie i w wyjątkowo ekspresyjny sposób wyrażał wszystkie emocje, które nim targały. Mnie trochę raziła zbytnia homoseksualność tych popisów (kolega redakcyjny twierdzi, że Donahue był po prostu nawalony amfetaminą, ale efekt był taki, że zachowywał się jak „ciota”). Nie żebym miał coś przeciwko homoseksualności, ale w przypadku ostrej, rockowej muzyki, która jest czymś na przecięciu Sonic Youth oraz rocka progresywnego (art rocka) nie pasowało mi to. Muzycznie jednak i widowiskowo całość koncertu Mercury Rev była znakomita. Po usłyszeniu kilku numerów (m.in. „The Funny Bird” i „You’re My Queen”) udałem się jednak pod scenę główną, by zobaczyć co ma do zaoferowania Pet Shop Boys.

Po 22. weterani synth pop rozpoczęli. Ciekaw byłem tego, co zaprezentują, zwłaszcza w kontekście dzień wcześniejszego show Daft Punk. W porównaniu z Francuzami, Pet Shop Boys wypadło jednak słabo. Do Anglików mam spory sentyment, ale to, co zaprezentowali na scenie nie było szczególnie porywające. Neil Tennant śpiewał kolejne przeboje duetu („Suburbia”, „Left to my own Devices”, „Rent”, „West End Girls”, „Allways on My Mind”, „Opportunities (Let’s Make Lots Of Money)”, a na bis m.in. „It’s a sin”) przeplatane utworami z najnowszej płyty „Fundamental”. Chris Lowe stojąc nieruchomo przy klawiszach uderzał w nie co jakiś czas. Wszystko dopełnione było scenografią, na którą składały się 4 prostokątne bryły, z których w zależności od numeru były tworzone różne konstrukcje. Bryły były podświetlane, ale w porównaniu z tym, co zrobił wcześniej Daft Punk, scenografia nie powalała. Na scenie byli jeszcze tancerze oraz czarna wokalistka. Po wysłuchaniu i oberzjrzeniu kilku numerów poczułem się znudzony i stwierdziłem, że równie dobrze mogę posłuchać tego w strefie gastronomicznej, gdzie spędziłem ostatnie minuty występu duetu z Londynu.

I to był już finał festiwalu. Impreza według mnie bardzo udana. Zorganizowana z rozmachem i w stylu wielkich festiwali. Jedyne co szwankowało to brak publiczności. Miało to też swoje plusy, bo nie było tłoku pod sceną i zawsze można było się dopchać pod same barierki. Absolutnie nie żałuję spędzonego czasu i mam nadzieję, że ta kiepska frekwencja nie zniechęci organizatorów (a zwłaszcza sponsora) do drugiej edycji Tak Tak Summer of Music Festival.

p.s. pozdrowienia dla koleżanki redakcyjnej Ewy, którą spotkałem pracującą w innych barwach 😉

* scena Aktivna i główna scena były umiejscowione na otwartym powietrzu, scena klubowa w namiocie wewnątrz strefy gastronomicznej, a scena MTV w budynku przy strefie gastronomicznej

Tekst: Andrzej Korasiewicz
Foto: Mateusz „Karaluch” Rękawek
12.09.2006