Pet Shop Boys, 06.04.2026 r., Londyn, Electric Ballroom

Tomasz Beksiński twierdził, że marzenie spełnione to marzenie stracone. Obawiał się, że osiągnięcie celu zabije radość z dążenia do niego; że lepiej jest żyć marzeniami, niż ich brakiem. I chociaż doceniam poetykę tych stwierdzeń, to kompletnie się z nimi nie zgadzam. Marzenie spełnione to bateria energii dająca potężny mentalny kopniak, po którym nosimy w sobie poczucie spełnienia i szczęśliwości przez długi czas. Szczególnie gdy należy ono do marzeń ‘niemożliwych’, o które nawet w śmiałych snach nie prosiliśmy, a które jednak się spełniło.
Szóstego kwietnia udałem się do Londynu na koncert Pet Shop Boys. Nie był to jednak ‘zwyczajny’ występ w ramach trasy ‘Dreamworld’, lecz pierwszy z pięciu występów z cyklu ‘Obscure’. Zgodnie z zapowiedzią, program miały wypełniać wyłącznie mało znane numery zespołu: piosenki albumowe, strony B singli, rzeczy ukryte, a mimo to kochane przez ultra-fanów. I to właśnie oni wykupili wszystkie bilety, mimo iż cena przekraczała 100 funtów (połowa środków została przekazana organizacji charytatywnej War Child, wspieraną przez wielu artystów).
W moich zachowawczych marzeniach nigdy nie przypuszczałbym, że do takich koncertów może w ogóle dojść. PSB mają głęboki katalog, a ich płyty są warte poznawania w całości. Synth-pop lat 80. nie słynął z wielkich albumów; ‘ejtisy’ to porywające przeboje i nieśmiertelne MTV – na albumy nikt nie miał czasu. Takie zespoły jak Eurythmics, Duran Duran czy nawet New Order mają w dorobku ponadczasowe hity – ale słabe longplaye. Po drugiej stronie są tacy jak OMD, Tears For Fears, czy właśnie Pet Shop Boys, gdzie pod powierzchnią ukryte są same skarby.
I po te skarby ściągnęli tu fani z całego świata, czekając na wejście do klubu od bladego świtu. To wieczór, którego wypatrywali całe życie, a który nie sądzili, że może kiedykolwiek nastąpić. Tymczasem zespół ogłosił, że przećwiczył trzydzieści pięć piosenek, z których wiele nigdy wcześniej nie było wykonywanych na żywo; zatem, nie wszystkie numery powtórzą się każdego wieczoru. Dla zabawy wytypowałem dwanaście ‘prawdopodobnych’ numerów, które chciałem usłyszeć. Trafiłem sześć. Okazało się, że zespół popuścił wodze fantazji bardziej, niż ich długoletni fan z Warszawy.
To surrealistyczne, gdy najsłynniejszy duet w historii muzyki pop występuje w klubie na 1,5 tys. osób. Mało tego, repertuar nie zawiera hitów, lecz takie ‘klasyki’ jak „Jack the Lad” czy „Young Offender”. Znacie te kawałki? Tylko jeśli jesteście znawcami ich twórczości. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby podobny koncert urządzili Depeche Mode albo The Cure, których katalogi są równie bogate, a którzy działają pod ogromną presją grania hitów. A jednak pokusili się o to właśnie Neil Tennant i Chris Lowe, a euforia jaką wywołali towarzyszy mi w uszach do dziś.
Przepisem na udany koncert jest wzajemny układ dwóch sił – jakości wykonania i entuzjazmu publiczności. A ta wyśpiewała razem z Tennantem wszystkie numery. On sam musiał wspomagać się kartkami, co tylko wzmacniało wyrazistość koncertu. To była jedna z najmocniejszych stron tego wieczoru – PSB nie byli gwiazdami popu, nie było tancerzy, bogatej scenografii, ani wielokrotnych zmian kostiumów. Tennant wystąpił w szarym pulowerze i luźnej marynarce, a Lowe w swoim tradycyjnym dresie. To było spotkanie z muzykami, nie celebrytami.

Mimo to, fani celebrowali każdą chwilę, dźwięk i słowo. To kolejny element surrealizmu tej sytuacji, gdy największymi ‘bangerami’ wieczoru są „Two Divided by Zero”, „One in a Million” czy „Why Don't We Live Together?”. A obok nich ballady – ukochane przez fanów: „Hit and Miss”, „Do I Have To?”, no i „King’s Cross”, na które niżej podpisany czekał najbardziej. W trakcie koncertu przypominały mi się kolejne potencjalne numery, jakie z powodzeniem odnalazłyby się w secie. Pytanie tylko, czy Tennant i Lowe o nich pamiętają, a jeśli tak, czy odważą się je wyciągnąć?
Okazało się, że nie doceniłem poświęcenia, z jakim Chłopaki przestudiowali swój katalog. O ile „The Theatre” czy „King’s Cross” były pewniakami w secie, to co można powiedzieć o takich minerałach ziem rzadkich jak „Always” (nie mylić z „Always on my Mind”), czy cudowne „King of Rome”? A potem PSB zeszli jeszcze głębiej, prezentując nikomu nie znane „A Dream of a Better Tomorrow”, a także ‘numery z szuflady’ – „New Boy” (nie mylić z „New London Boy”), oraz „The Performance of My Life”. Tylko najwyższej rangi Petheads mogą w pełni docenić takie delikatesy.
Poczucie bycia w tłumie ludzi ogarniętych tą samą pasją to bezcenne doznanie i momenty wzruszenia. Gdy zagrali „Jack the Lad” wiedziałem już, że sięgamy do najgłębszych snów. Przy „King’s Cross” oczy same się zaszkliły. Ale gdy na scenie pojawiła się jako gość specjalny Sylvia Mason-James, dawna chórzystka zespołu, wieczór stał się wyjątkowy. Jej głos ma porywającą moc, co usłyszeliśmy choćby w „The Theatre”. A gdy wtrącili fragment hymnu muzyki eurodance „Mr. Vain”, jak podczas trasy Discovery w 1994 roku, euforia tłumu i moja była już kompletna.
Z dwudziestu trzech zaprezentowanych numerów aż dziesięć było wykonanych po raz pierwszy. Tennant wciąż potrafi sięgnąć wysokich tonów z jakich słynął całe życie, a lekkość wykonania mogłaby sugerować, że zespół ma te numery opanowane i umieszczone rutynowo w secie. Tennant sprawiał wrażenie, jakby ‘przepytywał’ publiczność ze znajomości ich katalogu, a która zdała ten test śpiewająco, całkiem dosłownie. Nawet zwyczajowo stoicki Lowe uśmiechał się pod nosem, gdyż wyszukany repertuar to jedno, ale entuzjazm widowni to żywioł, nad którym mało kto ma pełną kontrolę.
Dawno nie przeżyłem tak wyjątkowego koncertu. Fanem PSB jestem od kiedy Wifon wydał „Actually” w latach 80., ale ich ostatnie trzy albumy zwyczajnie nie zachwycają. Wystarczyło jednak sięgnąć do głębokich kieszeni ich katalogu i wyciągnąć na powierzchnię skarby, abym od razu przypomniał sobie na czym polega magia. Ich muzyka jest w mojej głowie nierozerwalnie związana z latami dzieciństwa i niewinności, ale także czasem dorastania i odkrywania świata już w konkretnym wieku. To także brzmienie całego Londynu, nie tylko stacji King’s Cross.
Tekst: Jakub Oślak
Foto: Justyna Oślak (więcej zdjęć: https://www.instagram.com/justkowa/p/DW2C507DDOo )
09.04.2026 r.
Setlista:
intro Music for Boys
1. Will‐o‐the‐wisp (Live debut)
2. Two Divided by Zero (First time since 2012)
3. Jack the Lad (Live debut)
4. To Face the Truth (First time since 1994)
5. After the Event (Live debut)
6. Hit and Miss (Live debut)
7. Always (Live debut)
8. Do I Have To? (First time since 2012)
9. Sexy Northerner (First time since 2004)
10. Young Offender (First time since 2000)
11. Happiness Is an Option (with Sylvia Mason‐James) (First time since 2000)
12. The Theatre (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1997)
13. One in a Million / Mr. Vain (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1994)
14. New Boy (Live debut)
15. King of Rome (Live debut)
16. King's Cross (First time since 2012)
17. Love Is the Law (Live debut)
18. Why Don't We Live Together? (First time since 2012)
19. The Performance of My Life (Live debut)
bisy:
20. Your Funny Uncle (Acoustic; Neil solo on piano; first time since 1991)
21. The Way It Used to Be (First time since 2010)
22. Later Tonight (First time since 2017)
23. A Dream of a Better Tomorrow (Live debut, unreleased track from their musical "Naked")
