
Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality1981 Dindisc 1. The New Stone Age 3:202. She's Leaving 3:293. Souvenir 3:384. Sealand 7:455. Joan Of Arc 3:506. Joan Of Arc (Maid Of Orleans) 4:137. Architecture And Morality 3:418. Georgia 3:229. The Beginning And The End 3:45 Po wydaniu "Orchestral Manoeuvres in the Dark" [czytaj recenzję >>] i "Organisation" formacja OMD postanowiła coś zmienić w swoim podejściu do muzyki. W 1980 roku nagrali dwie płyty, na których dopiero uczyli się syntezatorów, bawili się nimi, odkrywając nowe dźwięki, tworząc zarówno chwytliwe melodie, jak i eksperymentalne zestawy brzmień, które wydały im się ciekawe. W efekcie odbiorcy otrzymali albumy, które mogli uznać za nierówne. Obok wciągających przebojów znalazły się nagrania, które nieprzygotowani słuchacze odbierali jako "dziwne". Syntezator służył OMD zarówno do pisania chwytliwych przebojów, jak i eksperymentów dźwiękowych. Przy okazji nagrywania "Architecture & Morality" OMD postanowił dodać do tego coś nowego. Zamiast skupiać się wyłącznie na możliwościach syntezatora i tego, co wyniknie z zabawy nowym instrumentem, panowie z OMD zwrócili uwagę na ogólny nastrój i klimat muzyki. Inspiracją dla tego stała się muzyka religijna, która posłużyła OMD do wykreowania szerszej palety dźwięków. Dzięki wykorzystaniu melotronu a także próbek śpiewu chóralnego, uzyskano efekt cieplejszego, bardziej emocjonalnego brzmienia. Muzyka stała się bardziej "romantyczna", naturalistyczna, nie gubiąc przy tym efektu futurystycznego. OMD nie zrezygnowało z eksperymentowania z brzmieniem syntezatorów, ale dzięki nowemu podejściu, "Architecture & Morality" zaprezentowała się jako album bardziej całościowy, niemal koncepcyjny. Przy okazji płyta wpisała się w zyskujący właśnie popularność nurt "new romantic". Płytę rozpoczyna jednak twardy "The New Stone Age". Po kilkunastu sekundach zakłóceń elektronicznych, wchodzi miarowy bit automatu perkusyjnego, następnie przykryty zgrzytliwymi riffami gitarowymi, na które po chwili nakładają się przestrzenne partie klawiszowe oraz wokal Andy McCluskeya. Z czasem dominujące stają się intensywne, przestrzenne akordy syntezatorowe, na koniec wzmocnione buczącym basem syntezatorowym. W finale słyszymy w tle basu, plumkające syntezatory (melodica?), które wraz z wyciszonym bitem gasną i kończą kompozycję. Drugi utwór pt. "She's Leaving" jest bardziej miękki, melodyjny i przebojowy. Śpiew Andy McCluskey jest łagodniejszy a delikatniejszy refren "She's Leaving" i wyższe, przestrzenne partie syntezatorów wskazują na bardziej romantyczny kierunek muzyki. Utwór był planowany przez Dindisc jako singiel, ale OMD odmówiło. W efekcie nagranie ukazało się na singlu w czerwcu 1982 roku jedynie w krajach Beneluksu. "Souvenir" to jeden ze znaków rozpoznawczych nie tylko tej płyty, ale w ogóle wczesnego OMD. To największy brytyjski przebój OMD, który dotarł do trzeciego miejsca listy sprzedaży singli. W Hiszpanii był na samym szczycie tamtejszej listy, przyzwoicie radząc sobie również w innych krajach (w Belgii był na 16. miejscu). To niezwykle chwytliwy numer, który w całości opiera się na syntezatorowym akordzie pełniącym rolę swoistego instrumentalnego "refrenu" kompozycji. To właśnie ten syntezatorowy motyw jest tym, co słuchacz nuci i dzięki czemu nagranie jest przebojowe. "Souvenir" w pełni pokazuje siłę i moc syntezatora, jako nowego instrumentu, dzięki któremu można osiągnąć brzmienie wcześniej nieznane a przy tym nadal być muzyką rozrywkową. W utworze wykorzystano również chóralne próbki, które słychać w tle. "Sealand" to najdłuższa kompozycja na płycie, na której OMD realizuje swoje bardziej eksperymentalne inklinacje, ale nie wyłamuje się przy tym z ogólnego nastroju "Architecture & Morality". Na prawie ośmiominutowy, ambientowy utwór składają się delikatne, przestrzenne partie syntezatorów, wsparte subtelnym, syntetycznym basem. W połowie nagrania rytm staje się bardziej miarowy, przypominając bicie serca, syntezatory cichną i wchodzi delikatny śpiew Andy McCluskeya. W szóstej minucie rytm spowalnia i cichnie całkiem, w zamian pojawiają się rytmiczne dźwięki około industrialne, przypominające walenie w blachę, ale i one szybko kończą się. Zamiast nich słyszymy delikatne, rozwklekłe melodie syntezatorowe, które kończą nagranie. "Sealand" choć z przerwą między nagraniami, doskonale łączy się z utworem "Joan Of Arc", który rozpoczyna się delikatnie, ale okazuje się kolejnym przebojem z płyty. To drugi po "Souvenir" singiel z "Architecture & Morality". Po premierze w październiku 1981 roku dotarł do piątego miejsca brytyjskiej listy singli. W innych krajach, poza Irlandią, nie odniósł jednak sukcesu. Przeciwnie niż kolejny singiel, również odwołujący się do Joanny D'Arc. "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" na singlu ukazało się pt. "Maid of Orleans (The Waltz Joan of Arc)", żeby nie pomylić go z poprzednim nagraniem. Choć utwór nie jest tak prosty i jednoznacznie chwytliwy jak "Souvenir", to właśnie on stał się większym przebojem poza Wielką Brytanią niż "Souvenir". W Wielkiej Brytanii dotarł do 4. miejsca listy najlepiej sprzedających się singli, ale szczyt podobnych zestawień osiągnął w Belgii, Niemczech, Holandii i Hiszpanii. Choć OMD w tamtym czasie nie udało się przebić do USA, to sukces w kontynentalnej Europie, ale i poza nią (w Nowej Zelandii singiel dotarł do 7. miejsca!) był niewątpliwy. W istocie "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" jest prawdziwą wizytówką "Architecture & Morality". Znajdziemy w nim wszystkie charakterystyczne dla płyty elementy. Kompozycja nawiązuje do tematów religijnych i średniowiecznych, jest przy tym bardzo ciepła, naturalistyczna, obficie wykorzystując próbki chóralne, umiejętnie wplatając w to futurystyczne brzmienie syntezatora. Po tym pełnym emocji i romantyzmu momencie, OMD ponownie udowadnia, że nie zamierza rezygnować ze swoich ciągot eksperymentalnych. Dowodem na to jest instrumenalna kompozycja tytułowa "Architecture And Morality". O ile "Sealand", choć odwoływał się do mniej przebojowych aspektów twórczości OMD, doskonale wpisywał się w charakter płyty, to jej tytułowy fragment, paradoksalnie, robi to z trudem. Na kompozycję składają się mroczne szumy, delikatne partie syntezatorowe w tle, dudniący sekwencyjnie syntezator basowy, brak rytmu perkusyjnego, złowieszcze pulsowanie połączone z rozstrojonymi dźwiękami syntezatorowymi i równie mroczno zaprogramowanymi próbkami chóralnymi. Te narastające dźwięki nagle urywają się pod koniec trzeciej minuty i po chwili ciszy powracają subtelne syntezatorowe tła, które rozmywają się na końcu zamykając kompozycję. Po nagraniu tytułowym wita nas miarowy rytm automatu perkusyjnego i nieco infantylna sekwencja syntezatorowa. Niewiele ponad trzyminutowy utwór "Georgia" to skoczny synth pop, który przywraca do równowagi, choć mnie nie zachwyca. W nagraniu wykorzystano w kilku miejscach intensywne próbki chóralne a utwór kończy się wyrazistym motywem syntezatorowym i finałowym uderzeniem, jakby zamknięciem drzwi. Płytę kończy "The Beginning And The End", który przywraca pod względem instrumentalnym równowagę i przypomina co jest esencją albumu. Utwór rozpoczyna piękna, przestrzenna partia syntezatorowa, która wzbogacona jest równoległym brzmieniem fortepianowym. W dalszej kolejności utwór rozwija się dzięki delikatnym, rytmicznym zagrywkom przypominającym gitarę, ciepłemu śpiewowi McCluskeya i zaprogramowanym chóralnym próbkom w tle, które finalnie kończą album. Warto też wspomnieć skąd wziął się tytuł płyty. Zasugerowała go zespołowi Martha Ladly (ex-Martha and the Muffins ), która w tym czasie była dziewczyną Petera Saville'a, projektanta okładki płyty zespołu. Ladly przeczytała książkę Davida Watkina z 1977 roku pt. "Morality and Architecture". Gdy dowiedział się o tym McCluskey, uznał że to doskonała metafora tego, czym ma być nowa propozycja OMD. Tytuł "Architecture & Morality" odzwierciedla według niego wzajemne oddziaływanie ludzkich i mechanicznych aspektów OMD: „Mieliśmy «architekturę», która była technologią, automatami perkusyjnymi, sztywną grą, próbą wyjścia poza schemat poprzez granie specjalnie stworzonych dźwięków, i «moralność», organiczną, ludzką, emocjonalną [...]”. Tytuł okazał się idealnym opisem tego, czym płyta "Architecture & Morality" miała być - połączeniem futurystycznego brzmienia i emocji, które niosła muzyka religijna i moralność. Dla wielu "Architecture & Morality" jest szczytowym osiągnięciem OMD. Na pewno wydawnictwo okazało się wielkim sukcesem komercyjnym. To najlepiej sprzedająca się płyta zespołu w Wielkiej Brytanii, choć dotarła jedynie do trzeciego miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów. Mimo to zdobyła certyfikat platynowej płyty. Album dobrze radził sobie również poza Wielką Brytania. Osiągnął szczyt listy sprzedaży albumów w Holandii, gdzie zdobył status złotej płyty. W Hiszpanii osiągnął, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, trzecie miejsce, ale również zdobył status płyty platynowej. To była też pierwsza w historii OMD płyta długogrająca notowana na amerykańskiej liście Billboardu, choć jedynie na... 144 miejscu. W USA lepiej później sprzedawały się albumy "Crush" (38. miejsce) i "The Pacific Age" (47. miejsce), ale można spokojnie napisać, że OMD to kolejny zespół złotej ery brytyjskiego synth popu, który w swoim czasie nie podbił USA. W Polsce album cieszył się w latach 80. również szczególnym statusem, choć nie przekładało się to, z wiadomych względów, na osiągnięcia komercyjne. Tomasz Beksiński wylansował płytę na największe osiągniecie artystyczne zespołu. Trudno odmówić mu w tym względzie racji, choć niedoceniona przez niektórych kolejna płyta pt. "Dazzle Ships" (1983) z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się ważniejsza dla synth popu. "Architecture & Morality" jest najbliższa stylistyce "new romantic", w takim rozumieniu, jakie nadał temu terminowi Beksiński. Z pewnością to bardzo udana płyta, koherentna stylistycznie i przyjemna w odbiorze. Nawet te bardziej chropawe i eksperymentalne fragmenty są dobrze wyważone i nie psują swoistej "noworomantycznej" atmosfery albumu. Dlatego szczególnie lubią ją ci, którzy szukają ciepłego, "romantycznego" brzmienia syntezatorowego. Po latach płyta nie tylko nie straciła nic ze swojego uroku, ale nawet go zyskała. Na pewno tak jest w moich oczach, bo kiedyś nie byłem wielkim fanem "Architecture & Morality" a dzisiaj słucham jej z wielką przyjemnością. [10/10] Andrzej Korasiewicz09.02.2026 r.













