Pet Shop Boys, 06.04.2026 r., Londyn, Electric Ballroom
Tomasz Beksiński twierdził, że marzenie spełnione to marzenie stracone. Obawiał się, że osiągnięcie celu zabije radość z dążenia do niego; że lepiej jest żyć marzeniami, niż ich brakiem. I chociaż doceniam poetykę tych stwierdzeń, to kompletnie się z nimi nie zgadzam. Marzenie spełnione to bateria energii dająca potężny mentalny kopniak, po którym nosimy w sobie poczucie spełnienia i szczęśliwości przez długi czas. Szczególnie gdy należy ono do marzeń ‘niemożliwych’, o które nawet w śmiałych snach nie prosiliśmy, a które jednak się spełniło.
Szóstego kwietnia udałem się do Londynu na koncert Pet Shop Boys. Nie był to jednak ‘zwyczajny’ występ w ramach trasy ‘Dreamworld’, lecz pierwszy z pięciu występów z cyklu ‘Obscure’. Zgodnie z zapowiedzią, program miały wypełniać wyłącznie mało znane numery zespołu: piosenki albumowe, strony B singli, rzeczy ukryte, a mimo to kochane przez ultra-fanów. I to właśnie oni wykupili wszystkie bilety, mimo iż cena przekraczała 100 funtów (połowa środków została przekazana organizacji charytatywnej War Child, wspieraną przez wielu artystów).
W moich zachowawczych marzeniach nigdy nie przypuszczałbym, że do takich koncertów może w ogóle dojść. PSB mają głęboki katalog, a ich płyty są warte poznawania w całości. Synth-pop lat 80. nie słynął z wielkich albumów; ‘ejtisy’ to porywające przeboje i nieśmiertelne MTV – na albumy nikt nie miał czasu. Takie zespoły jak Eurythmics, Duran Duran czy nawet New Order mają w dorobku ponadczasowe hity – ale słabe longplaye. Po drugiej stronie są tacy jak OMD, Tears For Fears, czy właśnie Pet Shop Boys, gdzie pod powierzchnią ukryte są same skarby.
I po te skarby ściągnęli tu fani z całego świata, czekając na wejście do klubu od bladego świtu. To wieczór, którego wypatrywali całe życie, a który nie sądzili, że może kiedykolwiek nastąpić. Tymczasem zespół ogłosił, że przećwiczył trzydzieści pięć piosenek, z których wiele nigdy wcześniej nie było wykonywanych na żywo; zatem, nie wszystkie numery powtórzą się każdego wieczoru. Dla zabawy wytypowałem dwanaście ‘prawdopodobnych’ numerów, które chciałem usłyszeć. Trafiłem sześć. Okazało się, że zespół popuścił wodze fantazji bardziej, niż ich długoletni fan z Warszawy.
To surrealistyczne, gdy najsłynniejszy duet w historii muzyki pop występuje w klubie na 1,5 tys. osób. Mało tego, repertuar nie zawiera hitów, lecz takie ‘klasyki’ jak „Jack the Lad” czy „Young Offender”. Znacie te kawałki? Tylko jeśli jesteście znawcami ich twórczości. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby podobny koncert urządzili Depeche Mode albo The Cure, których katalogi są równie bogate, a którzy działają pod ogromną presją grania hitów. A jednak pokusili się o to właśnie Neil Tennant i Chris Lowe, a euforia jaką wywołali towarzyszy mi w uszach do dziś.
Przepisem na udany koncert jest wzajemny układ dwóch sił – jakości wykonania i entuzjazmu publiczności. A ta wyśpiewała razem z Tennantem wszystkie numery. On sam musiał wspomagać się kartkami, co tylko wzmacniało wyrazistość koncertu. To była jedna z najmocniejszych stron tego wieczoru – PSB nie byli gwiazdami popu, nie było tancerzy, bogatej scenografii, ani wielokrotnych zmian kostiumów. Tennant wystąpił w szarym pulowerze i luźnej marynarce, a Lowe w swoim tradycyjnym dresie. To było spotkanie z muzykami, nie celebrytami.
Mimo to, fani celebrowali każdą chwilę, dźwięk i słowo. To kolejny element surrealizmu tej sytuacji, gdy największymi ‘bangerami’ wieczoru są „Two Divided by Zero”, „One in a Million” czy „Why Don't We Live Together?”. A obok nich ballady – ukochane przez fanów: „Hit and Miss”, „Do I Have To?”, no i „King’s Cross”, na które niżej podpisany czekał najbardziej. W trakcie koncertu przypominały mi się kolejne potencjalne numery, jakie z powodzeniem odnalazłyby się w secie. Pytanie tylko, czy Tennant i Lowe o nich pamiętają, a jeśli tak, czy odważą się je wyciągnąć?
Okazało się, że nie doceniłem poświęcenia, z jakim Chłopaki przestudiowali swój katalog. O ile „The Theatre” czy „King’s Cross” były pewniakami w secie, to co można powiedzieć o takich minerałach ziem rzadkich jak „Always” (nie mylić z „Always on my Mind”), czy cudowne „King of Rome”? A potem PSB zeszli jeszcze głębiej, prezentując nikomu nie znane „A Dream of a Better Tomorrow”, a także ‘numery z szuflady’ – „New Boy” (nie mylić z „New London Boy”), oraz „The Performance of My Life”. Tylko najwyższej rangi Petheads mogą w pełni docenić takie delikatesy.
Poczucie bycia w tłumie ludzi ogarniętych tą samą pasją to bezcenne doznanie i momenty wzruszenia. Gdy zagrali „Jack the Lad” wiedziałem już, że sięgamy do najgłębszych snów. Przy „King’s Cross” oczy same się zaszkliły. Ale gdy na scenie pojawiła się jako gość specjalny Sylvia Mason-James, dawna chórzystka zespołu, wieczór stał się wyjątkowy. Jej głos ma porywającą moc, co usłyszeliśmy choćby w „The Theatre”. A gdy wtrącili fragment hymnu muzyki eurodance „Mr. Vain”, jak podczas trasy Discovery w 1994 roku, euforia tłumu i moja była już kompletna.
Z dwudziestu trzech zaprezentowanych numerów aż dziesięć było wykonanych po raz pierwszy. Tennant wciąż potrafi sięgnąć wysokich tonów z jakich słynął całe życie, a lekkość wykonania mogłaby sugerować, że zespół ma te numery opanowane i umieszczone rutynowo w secie. Tennant sprawiał wrażenie, jakby ‘przepytywał’ publiczność ze znajomości ich katalogu, a która zdała ten test śpiewająco, całkiem dosłownie. Nawet zwyczajowo stoicki Lowe uśmiechał się pod nosem, gdyż wyszukany repertuar to jedno, ale entuzjazm widowni to żywioł, nad którym mało kto ma pełną kontrolę. Dawno nie przeżyłem tak wyjątkowego koncertu. Fanem PSB jestem od kiedy Wifon wydał „Actually” w latach 80., ale ich ostatnie trzy albumy zwyczajnie nie zachwycają. Wystarczyło jednak sięgnąć do głębokich kieszeni ich katalogu i wyciągnąć na powierzchnię skarby, abym od razu przypomniał sobie na czym polega magia. Ich muzyka jest w mojej głowie nierozerwalnie związana z latami dzieciństwa i niewinności, ale także czasem dorastania i odkrywania świata już w konkretnym wieku. To także brzmienie całego Londynu, nie tylko stacji King’s Cross.
Tekst: Jakub OślakFoto: Justyna Oślak (więcej zdjęć: https://www.instagram.com/justkowa/p/DW2C507DDOo )09.04.2026 r.
Setlista:
intro Music for Boys1. Will‐o‐the‐wisp (Live debut)2. Two Divided by Zero (First time since 2012)3. Jack the Lad (Live debut)4. To Face the Truth (First time since 1994)5. After the Event (Live debut)6. Hit and Miss (Live debut)7. Always (Live debut)8. Do I Have To? (First time since 2012)9. Sexy Northerner (First time since 2004)10. Young Offender (First time since 2000)11. Happiness Is an Option (with Sylvia Mason‐James) (First time since 2000)12. The Theatre (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1997)13. One in a Million / Mr. Vain (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1994)14. New Boy (Live debut)15. King of Rome (Live debut)16. King's Cross (First time since 2012)17. Love Is the Law (Live debut)18. Why Don't We Live Together? (First time since 2012)19. The Performance of My Life (Live debut)
bisy:20. Your Funny Uncle (Acoustic; Neil solo on piano; first time since 1991)21. The Way It Used to Be (First time since 2010)22. Later Tonight (First time since 2017)23. A Dream of a Better Tomorrow (Live debut, unreleased track from their musical "Naked")

Z okazji obchodów czterdziestolecia istnienia Alphaville, zespół wyruszył w trasę koncertową, a jednym z jej przystanków był występ w olsztyńskiej hali Urania. Koncert rozpoczął się kilka minut po godzinie 20. i trwał około dwóch godzin. Zanim o muzyce, najpierw kilka słów o miejscu, w którym koncert się odbył. Hala Urania jest nowoczesnym obiektem sportowym oddanym do użytku zaledwie dwa lata temu, dzięki czemu może pochwalić się wysoką estetyką, świetną logistyką i moim zdaniem dużym komfortem użytkowania. W porównaniu z większymi halami, takimi jak: Atlas Arena, Ergo Arena czy Tauron Arena, jest jednak miejscem bardziej kameralnym. Świetnie nadaje się więc na organizację koncertów wykonawców nie gromadzących kilkunastotysięcznej publiczności, takich jak np. Alphaville.
W Alphaville nieprzerwanie od 1982 roku śpiewa Marian Gold. Pozostali członkowie formacji dołączyli do niej na różnym etapie istnienia grupy. Klawiszowiec Carsten Brocker to wulkan energii, basistka Alexandra Merl, gitarzysta David Goodes i perkusista Jakob Kiersch świetnie uzupełniają zespół. Koncertowy skład tworzą również dwie panie w chórkach. Z uwagi na okoliczności trasy koncertowej zespół przeprowadził nas przez całą swoją muzyczną historię. Przyznaję, że na to właśnie liczyłem, ze szczególnym uwzględnieniem największych przebojów, jednak kapela sięgnęła także po utwory mniej znane, również te z ostatnich płyt.
Po dość monotonnym i moim zdaniem mało efektownym intro, będącym jednocześnie początkiem utworu "Golden Feeling", rozpoczął się wyczekiwany przez wszystkich występ. Pierwsze wrażenia - wokalista Marian Gold jest w świetnej formie i super kondycji fizycznej, do końca praktycznie „dawał radę”, mimo że kilka razy widać było u niego zadyszkę. Potem już słuchaliśmy koncertowych aranżacji kolejnych utworów. Szał na widowni rozpoczął się wraz z zaprezentowaniem "Dance With Me", a zaraz po nim "Big in Japan" ze świetną japońską wizualizacją. Należy zwrócić uwagę na doskonały kontakt wokalisty z publiką. Przed niektórymi utworami usłyszeliśmy krótką historię lub anegdotę z nim związaną. Przykładowo, przed utworem "Red Rose" dowiedzieliśmy się, że podczas nagrywania tej piosenki córka Mariana stwierdziła, że jak dorośnie, to bardzo chce zaśpiewać wspólnie z nim tę piosenkę. Nikt, kto nie znał scenariusza koncertu, nie domyślał się, że za chwilę marzenia z dzieciństwa ziszczą się na naszych oczach. Frontman zaprosił bowiem na scenę swoją latorośl i wspólnie, przy ogromnym aplauzie publiczności, wykonali wcześniej wspomniany kawałek. Swoją drogą młoda odziedziczyła talent po ojcu, ma bardzo ciekawy głos. Później usłyszeliśmy między innymi utwór "To Germany With Love" z płyty "Forever Young", z bardzo ciekawą projekcją wideo w tle, zawierającą archiwalne fragmenty występów oraz teledysków, a także ujęcia współczesne. Wisienką na torcie były moim zdaniem następujące po sobie: "A Victory of Love", "Sounds Like a Melody", z brawurową partią basistki Alexandry Merl i na zakończenie oczywiście "Forever Young". Szablonowo, po chwili przerwy, zespół po raz ostatni wyszedł na scenę i na zakończenie usłyszeliśmy "State of Dreams". Czy jest to odpowiedni numer na bis? Nie jestem pewien, ale moim zdaniem jednak nie. Nie znałem setlisty, bo nie śledzę tego w trakcie tras koncertowych zespołów, na których występ się wybieram. Dlatego na próżno wyczekiwałem "Summer In Berlin", "Song For No One" czy nawet "Jerusalem". Ale jak ktoś mądry kiedyś powiedział: "nie można mieć wszystkiego".
Na koncercie zabrakło mi klasycznego brzmienia zespołu oraz całej oprawy, jaka towarzyszyła ich występom nawet jeszcze na początku lat XXI wieku, typowych dla grup synthpopowych. Zamiast tego było więcej gitary, basu i obecny był chórek. Na pytanie czy powtórzyłbym udział w koncercie, odpowiem mimo wszystko: tak. Na pytanie czy podobało mi się, odpowiem: bardzo. Moim zdaniem warto wybrać się na kolejny koncert Alphaville w Polsce, który tym razem będzie miał miejsce we Wrocławiu w październiku tego roku.
Tekst: Marcin Ogrodowczyk/red. APFoto: Marcin Ogrodowczyk01.04.2025 r.
Setlista:
1. Golden Feeling2. Wishful Thinking3. Dance With Me4. Big in Japan5. Romeos6. Call Me7. Sensations8. Heaven on Earth (The Things We've Got to Do)9. Carry Your Flag10. I Die for You Today11. The Mysteries Of Love12. Universal Daddy13. To Germany With Love14. Red Rose15. Fools16. A Victory of Love17. Sounds Like a Melody18. Forever Young
bis
19. State of Dreams
Rewind To The Future And Goodbye
Camouflage na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako obiekt żartu Tomasza Beksińskiego, który zapowiadając w jednej z audycji z cyklu "Romantycy muzycki rockowej" utwory z płyty "Voices And Images" (1988), na czele z "The Great Commandment", zasugerował, że mamy do czynienia z nowymi nagraniami Depeche Mode. Rzeczywiście, pewne podobieństwa w warstwie muzycznej były, ale trochę nie zgadzał się wokal i jednak w 1988 roku Depeche Mode brzmiał już nieco inaczej. Podobno niektórzy się nabrali, mnie od początku coś nie pasowało. Debiutancki album Camouflage wysłuchałem, ale nazbyt zachwycony nie byłem. Podobało mi się, ale na muzykę Camouflage patrzyłem przez pryzmat naśladowców Depeche Mode i nie traktowałem jej nadmiernie poważnie. W dodatku w tym okresie zaczynałem słuchać muzyki bardziej "alternatywnej". Z tego powodu nie śledziłem dalszych dokonań Camouflage. Do mojej świadomości dotarła jeszcze płyta "Methods Of Silence" oraz drugi znaczący hit „Love Is A Shield”, ale w latach 90. zupełnie nie interesowałem się dalszą drogą zespołu. Na przełomie lat 90. i 00. ponownie zainteresowałem się muzyką z kręgu synth-pop oraz electro i przy tej okazji nadrobiłem płyty Camouflage z lat 90. Okazało się, że grupa całkiem dobrze sobie radzi. Spodobał mi się też album "Sensor" i od tego momentu z sympatią śledziłem dalsze kroki formacji, choć nie było ich za wiele, bo od albumu "Sensor" ukazały się tylko dwie płyty z premierowym materiałem. Ostatnia pt. "Greyscale" została wydana dziesięć lat temu. Trzeba przyznać, że Camouflage wypracował coś w rodzaju własnego stylu. Tkwi on wprawdzie cały czas silnie w synthpopowych korzeniach lat 80., ze szczególnym uwzględnieniem Depeche Mode, ale dzisiaj uważam to raczej za zaletę niż wadę. W muzyce cały czas słychać tę swoistą synthpopową naiwność i radość, połączoną przy tym z melancholią, co tworzy miks klasycznego synth-popu, czego brakuje dzisiaj Depeche Mode. Twórczość Camouflage nie ma ambicji wykraczania poza światek sympatyków synth-popu. I bardzo dobrze! To Niemcy pozostawiają innym.
Choć Camouflage nie odniósł sukcesu w muzycznym mainstreamie, to dorobił się grupy wiernych sympatyków, którzy przybyli do warszawskiego Palladium, by celebrować kolejną część trasy "Rewind To The Future And Goodbye". Panowie prezentują na niej przekrój swojej twórczości, nie omijając najbardziej rozpoznawalnych utworów. Pierwszy raz dane mi było zobaczyć Camaouflage na żywo, nie mam więc porównania z tym, jak prezentowali się kiedyś. Ale to, co zobaczyłem i usłyszałem upewnia mnie, że nawet jeśli obecnie są w słabszej formie niż dawniej, to znaczy, że wtedy forma była mistrzowska a dzisiaj "jedynie" znakomita, co nie znaczy, że jestem całkiem bezkrytyczny wobec tego, co usłyszałem i zobaczyłem.
W Warszawie na scenie pojawili się dwaj muzycy tworzący oryginalny skład Camouflage: Heiko Maile, obsługujący elektronikę i wokalista Marcus Meyn. Towarzyszyli im perkusista oraz gitarzysta, który grał również na dodatkowym syntezatorze. W Palladium usłyszeliśmy mieszankę żywego grania i zaprogramowanego setu w proporcjach, które powinny być akceptowalne dla każdego krytyka muzyki elektronicznej zarzucającego, że "to nie jest prawdziwy koncert". Mnie na pewno ta proporcja zadowoliła.
Najwięcej utworów, bo aż pięć usłyszeliśmy z płyty "Sensor" (2003), na drugim miejscu był debiutancki album "Voices & Images" (1988), z której zespół zaprezentował cztery nagrania, z "The Great Commandment", kończącym podstawowy zestaw, na czele. Poza "The Great Commandment" i "Love Is a Shield", zagranym na pożegnanie w ramach drugiego bisu, najwięcej radości sprawiło mi wykonanie: "Me and You", "Suspicious Love", połączonych "We Are Lovers"/"Blue Monday" (New Order cover) oraz "Shine". Sam cover "Blue Monday" nie wypadł według mnie zbyt przekonywująco, ale to jest taki samograj, że nawet słabsze wykonanie sprawia przyjemność. O wiele bardziej jednak ekscytujące było dla mnie usłyszenie tego nagrania w wykonaniu samego Petera Hooka podczas koncertu Peter Hook & the Light we wrocławskich Zaklętych Rewirach. [czytaj relację >>]
Jeszcze gorzej wypadł według mnie cover The Cure "Cold", pochodzący z płyty Areu Areu zagrany na bis. Nie żeby panowie jakoś źle go wykonali, ale zupełnie nie pasuje mi ten numer ani do repertuaru tego koncertu, ani w ogóle do Camouflage. Rozumiem, że Camouflage pokazują w ten sposób, jakie mają inspiracje i chwała im za takie inspiracje, ale utwór nie zabrzmiał moim zdaniem wiarygodnie w wykonaniu Camouflage. Do wykonań własnych kompozycji nie można się jednak w niczym "przyczepić". Muzyka zespołu zabrzmiała soczyście i energetycznie. Marcus Meyn, mimo nieco kwadratowego ruchu scenicznego, nie musiał się także zbytnio napracować, by skłonić publikę do wspólnej zabawy, śpiewów i tańca. Cała sala podskakiwała i śpiewała niemal od początku koncertu aż do końca. Nie ma chyba nikogo kto wyszedłby z sali niezadowolony. Mimo paru słów krytycznych to był bardzo sympatyczny i udany wieczór również dla mnie. Kolejny wykonawca z listy "do zobaczenia" odhaczony.
Andrzej Korasiewicz27.03.2025 r.
1. Rewind to the Future and Goodbye2. That Smiling Face3. Fade in Memory4. Thief5. You Turn6. Me and You7. Suspicious Love8. Perfect9. Everything10. We Are Lovers11. Blue Monday (New Order cover)12. I'll Follow Behind13. Leave Your Room Behind14. Shine15. The Great Commandment
bis 1:
16. Cold (The Cure cover)17. Strangers' Thoughts18. Neighbours19. End of Words
bis 2:
20. Handsome21. Love Is a Shield
Gdy czterdzieści lat temu kładłem na adapter longplay "Ohyda" nie spodziewałem się, że w roku 2024 będę słuchał wykonania tej płyty na żywo. Lady Pank nie należał wówczas do moich ulubieńców i nie traktowałem ich muzyki nadmiernie poważnie. Choć wolałem Republikę i Maanam, to jednak trudno było oprzeć się hitom, które Lady Pank produkował w tamtym czasie seryjnie. Debiutancka płyta pt. "Lady Pank" (1983) to swoiste "greatest hits" zespołu i mimo że do grupy miałem dystans, to jednak podśpiewywałem sobie "Mniej niż zero", "Kryzysową narzeczoną" czy "Moje Kilimandżaro". Z "Lady Pank" szczególnie lubiłem "Fabrykę małp". Gdy ukazała się płyta "Ohyda" była krytykowana za to, że nie jest tak hitowa jak debiut, w domyśle, jest słabsza. Ale mnie "Ohyda" bardzo podobała się. Nie była tak oczywista i prosta jak debiut i do dzisiaj mam do niej duży sentyment. Nic dziwnego, że gdy zespół wyruszył w trasę grając repertuar z "Ohydy" to zacząłem poważnie rozważać, żeby wybrać się na ich koncert. Po pierwsze nigdy nie widziałem Lady Pank na żywo, po drugie grają utwory z "Ohydy" a nie jedynie stały zestaw koncertowy, no i po trzecie okazało się, że przyjeżdżają do Łodzi a zatem nie pozostało mi nic innego jak nabyć bilet i udać się do "Wytwórni".
Byłem pełen obaw, bo znając występy Lady Pank z okazji telewizyjnych sylwestrów i innych tego typu imprez, wyraźnie było słychać, że Panasewicz ma problem ze śpiewem. Poza tym czy zespół może dzisiaj wypaść wiarygodnie grając repertuar skierowany pierwotnie do młodzieży? Nie ma co ukrywać, Panasewicz (68 lat) i Borysewicz (69 lat), czyli główny trzon klasycznego skład zespołu, to już starsi panowie. Ale i ówczesna młodzież postarzała się przecież. Ku mojemu zaskoczeniu wśród publiczności, oprócz osób w wieku 40+ i 50+, było jednak trochę dzisiejszych nastolatków. Część wprawdzie przybyła ze swoimi rodzicami, ale bawiła się równie żywiołowo jak starsi. O dziwo ze śpiewem Panasewicza też nie było tak źle. Wokalista wprawdzie nie zawsze wyciągał jak należy, ale nigdy nie był przecież mistrzem śpiewu a nastrój na pewno udało mu się zbudować. Borysewicz udowodnił, że jest wybitnym instrumentalistą w niektórych momentach popisując się gitarowymi solówkami. Jego gra była bez zarzutu, bo nie tylko pokazał swoją wirtuozerię, ale również potrafił zagrać wszystkie charakterystyczne motywy znanych przebojów, tak żeby przypominały oryginalne wersje i wprowadziły odpowiednio w nastrój. Skład zespołu uzupełniała sekcja rytmiczna: Kuba Jabłoński – perkusja i Krzysztof Kieliszkiewicz - gitara basowa. Nieco młodsi, ale już też nie młodzież - obaj rocznik 1972. Panom towarzyszyli również: Michał Sitarski na gitarze rytmicznej, Wojciech Olszak – instrumenty klawiszowe oraz Marcin Nowakowski na saksofonie.
Koncert rozpoczął się od odtworzonego intro "Zabij to cz. II", po którym na scenie pojawili się muzycy. Panowie odegrali siedem utworów z "Ohydy", zabrakło tylko "Swojskiego Brodłeju" i "Szakala na Brodłeju". Utwory z "Ohydy" sprawiły mi wielką radość. Publiczność najlepiej bawiła się przy największych przebojach - "Zabij to" i "Ohyda" a także "To jest tylko rock and roll". Jednak chóralne śpiewanie kolejnych przebojów zaczęło się, gdy zespół skończył grać "Ohydę" i wybrzmiały pierwsze dźwięki "Zamków na piasku". Od tego momentu Panasewicz właściwie nie był potrzebny na scenie, bo publiczność ochoczo śpiewała kolejne przeboje zespołu.
Dalsza część koncertu najbardziej interesowała mnie w chwilach, gdy słyszałem utwory z połowy lat 80. -"Zamki na piasku", "Du du", "Kryzysowa narzeczona", "Fabryka małp", "Sztuka latania", "Marchewkowe pole", "Tańcz głupia, tańcz" i zaśpiewane przez całą zgromadzoną publiczność "Mniej niż zero". Do pozostałych nagrań nie mam już takiego sentymentu, a on właśnie przyciągnął mnie na koncert do Wytwórni. Nie jestem nadmiernym sympatykiem płyty "Tacy sami". W tym czasie słuchałem już zupełnie innej muzyki i to amerykańskie granie Lady Pank trochę mnie denerwowało. Ale przebojów "Zostawcie Titanica" i "Tacy sami" wysłuchałem w Łodzi bez przykrości. Podobnie jak pozostałych nagrań na koncercie.
Na plus muszę zapisać również nowy utwór zagrany przez zespół pt. "Motyle". Tekst napisany został przez starego tekściarza grupy Andrzeja Mogielnickiego. Nagranie w bardzo udany sposób nawiązuje do początków zespołu i niejako podsumowuje całą karierę formacji. Ma w sobie spory ładunek emocjonalny a nawet swoistą melancholię a przy tym jest chwytliwe. Trzeba też dodać, że Lady Pank zapewniła atrakcyjną oprawę sceniczną występu. W tle na ekranie wyświetlały się filmy ilustrujące kolejne utwory, były też zimne ognie a na koniec konfetti. Wprawdzie fanem Lady Pank nie zostałem, ale odbyłem podróż sentymentalną do dzieciństwa przekonując się, że zespół prezentuje się na żywo całkiem solidnie a na pewno atrakcyjnie. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to warto.
Andrzej Korasiewicz30.11.2024 r.
Lista utworów:
Zabij to cz. II1. Zabij to2. Rolling Son3. Tango stulecia4. Czas na mały blues5. Hotelowy kram6. A to ohyda7. To jest tylko rock and roll8. Zamki na piasku9. Du du10. Kryzysowa narzeczona11. Sztuka latania12. Fabryka małp13. Stacja Warszawa14. Marchewkowe pole15. Zawsze tam gdzie ty16. Tacy sami (Jan & Kuba intro)17. Mała wojna18. Zostawcie Titanica19. Tańcz głupia, tańcz20. Motyle21. Mniej niż zero
bis:
22. Na co komu dziś23. Na Na




Pet Shop Boys to duet, który słuchaczom kojarzy się przede wszystkim z muzyką lat 80. utożsamiając wręcz brzmienie zespołu z tamtym czasem. Z mojego punktu widzenia to błędna perspektywa. Wprawdzie trudno zaprzeczyć temu, że grupa zaczynała w połowie lat 80., ale muzyka electro-popowa, którą panowie stworzyli nie miała wiele wspólnego z nowofalowymi korzeniami synth-popu i new romantic królującymi w pierwszej połowie lat 80. A z mojej perspektywy to jest właśnie esencja "ejtisów".
Pet Shop Boys to w istocie rzeczy formacja, która na bazie popularności brytyjskiego synth-popu inspirowanego przede wszystkim dokonaniami Kraftwerk, stworzyła swoje własne brzmienie electro pop. Od początku było ono na granicy muzyki synth-pop i dance, choć szczególnie pierwsza płyta "Please" pobrzmiewała jeszcze echem bardziej surowego synth-popu. Już jednak album "Actually" to wysmakowana, inteligentna, ale muzyka pop/dance oparta w całości o elektronikę i najnowsze możliwości technik produkcyjnych. Pet Shop Boys śmiało patrzyli w przyszłość i w istocie ewokowali brzmienie muzyki pop i elektronicznej muzyki tanecznej, które zaczęło rozpowszechniać się w latach 90. a dzisiaj króluje w mainstreamie. Może właśnie to jest cała tajemnica popularności formacji również dzisiaj oraz przyczyna szacunku jakim cieszy się w młodszych pokoleniach.
Na pewno Pet Shop Boys jest tym, co łączy starsze pokolenia wychowane na muzyce pop w latach 80. oraz młodsze zaczynające słuchanie muzyki w latach 90. i współcześniej. Ci najmłodsi jednak najwyraźniej nie są skłonni wydać kilkuset złotych na bilet, by zobaczyć grupę na żywo, bo w warszawskim Torwarze przeważała publiczność 40+, 50+ a nwet 60+.
"Dreamworld - The Greatest Hits Live" to trasa, która była planowana już w 2019 roku, ale na przeszkodzie stanęła pandemia. Koncerty były przekładane i odwoływane. Ostatecznie pierwsze występy odbyły się dopiero w maju 2022 roku a trasa kończy się w tym roku. Inspiracją dla niej stało się wydawnictwo przekrojowe pt. "Smash: The Singles 1985–2020". Z powodu przesunięcia w czasie i tego, że w tym roku ukazała się najnowsza płyta zespołu pt. "Nonetheless", do setlisty dodano kilka nagrań z tegorocznego wydawnictwa. Wypadł też utwór "Monkey Business" z albumu "Hotspot" (2020), który był wydawnictwem z premierowym materiałem w czasie, gdy zaczynała się trasa "Dreamworld - The Greatest Hits Live".
Z powodu trudności z dojazdem do hali Torwar, wpadłem do niej niemal w ostatniej chwili stojąc najpierw w długaśnej kolejce przed wejściem. Zespół zaczął jednak parę minut później niż zaplanowano, dzięki czemu miałem możliwość ochłonąć i przyjrzeć się miejscu. Warszawski Torwar był w środę szczelnie wypełniony. Większość publiczności stanowiła jednak "starsza młodzież", w wieku minimum czterdziestu lat. Na telebimie, który ustawiony był na środku sceny wyświetlała się flaga Ukrainy. Po chwili zaczęły gasnąć światła i wybrzmiały pierwsze dźwięki jednego z klasycznych hitów zespołu pt. "Suburbia". Na scenie pojawili się główni bohaterowie: Neil Tennant i Chris Lowe. Za ekranem chowała się pozostała część ekipy: Afrika Green i Simon Tellier, którzy obsługiwali instrumenty perkusyjne, pozostałe instrumenty klawiszowe oraz wspierali duet wokalnie. Była też Clare Uchima, która wykonała żeńską partię wokalną w "What Have I Done to Deserve This?", oryginalnie śpiewaną przez Dusty Springfield. Oprócz tego wspierała wokalnie Tennanta w innych utworach a także obsługiwała instrumenty klawiszowe.
Słuchając kolejnych utworów Pet Shop Boys układałem sobie w głowie, jaki mam właściwie stosunek do grupy. Na koncercie słuchało się tej muzyki znakomicie. Materiał został wspaniale zmiksowany, większość utworów szybko przechodziła z jednego w drugi. Zmieniała się też scenografia w tle, ubiory muzyków i inne rekwizyty. Na początku Neil Tennant i Chris Lowe prezentowali się na scenie między dwoma imitacjami latarni ulicznych. Obaj stali niemal nieruchomo mając na głowie nakrycia w kształcie kamertonów. To sprawiało wrażenie kosmiczne i przywoływało na myśl nieco stylistykę Kraftwerk. Pomiędzy utworem "Can You Forgive Her?" i "Opportunities (Let's Make Lots of Money)" Tennant zdjął maskę kamertonową. Podczas instrumentalnego intro do "Left to My Own Devices" to samo zrobił Lowe a następnie wszedł na podwyższoną platformę. Ekran odjechał do góry i odsłonił zespół towarzyszący. Muzyka zaczęła się zmieniać.
"Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You)", to ten rodzaj muzyki Pet Shop Boys, którego nie lubię i przy którym obojętnieję na muzykę grupy. Proste, taneczne dźwięki masakrujące utwór U2, to było coś, co na parę lat zniechęciło mnie na początku lat 90. do formacji i spowodowało, że straciłem dla niej zainteresowanie. A ponieważ zespół zaprezentował w Warszawie całkiem sporo nagrań z lat 90. i świeższych, to do części utworów byłem początkowo nastawiony obojętnie. Mimo to, wszystko zabrzmiało w Warszawie tak dobrze, że nawet utwory z najnowszej płyty, którą skrytykowałem na łamach Alternativepop.pl dobrze komponowały się z całością występu. Panowie naprawdę dobrze poukładali setlistę, dzięki czemu czas na koncercie mijał szybko i niemal niezauważalnie. Wszystkie szczegóły wizualne i dopracowane elementy sceniczne były równie oszałamiające jak sama muzyka duetu. Ani się zorientowałem a koncert już dobiegał końca. Mimo wszystko miałem poczucie, że jestem na show czysto rozrywkowym, bez większych ambicji artystycznych.
Po "It's A Sin panowie zeszli ze sceny a ja nadal nie usłyszałem najważniejszego dla mnie utworu zespołu - "West End Girls". Wiadomo było jednak, że w planowanych bisach będzie jako pierwszy a po nim jeszcze "Being Boring". "West End Girls" zabrzmiało trochę inaczej niż oryginał, ale równie rasowo. Ciężki, basowy akord syntezatorowy Lowe'a nie pozostawił wątpliwości, że jest jeszcze w Pet Shop Boys coś, za co polubiłem kiedyś formację. Usłyszawszy "West End Girls" mogłem udać się już do wyjścia, by zdążyć wydostać się z Torwaru zanim wylegnie tłum ludzi i nie da się wyjechać z parkingu. Następny dzień to kolejny dzień roboczy a trzeba jeszcze było dojechać te sto kilometrów do domu. Może trochę szkoda "Being Boring", którego usłyszałem tylko pierwsze dźwięki, ale proza życia musi czasami zwyciężyć. No i choć to utwór sympatyczny, to nie ma on dla mnie takiego znaczenia jak: "West End Girls", "Suburbia", "Opportunities (Let's Make Lots of Money)" czy "Love Comes Quickly". Bardzo duży plus również za "Paninaro".
To był udany wieczór razem z Pet Shop Boys. Panowie przygotowali kawał profesjonalnego show. Przekonałem się dzięki temu, że występ grupy można uznać jednak za granie koncertowe, a nie tylko rodzaj elektronicznego "live setu". Nie tylko ze względu na śpiew Tennanta i grę na klawiszach Lowe'a. Towarzyszący muzycy grali również na instrumentach perkusyjnych a jeden z nich nawet niekiedy na gitarze (np. w "Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You)"). Poprzednia moja koncertowa przygoda z grupą miała miejsce w 2006 roku na warszawskim Służewcu, podczas festiwalu Summer of Music Festival, kiedy miałem wątpliwości co do sensu oglądania zespołu na żywo. Wtedy nie dotrwałem nawet do końca grania PSB. [czytaj relację >>] Tym razem nie mam wątpliwości, że było warto.
Andrzej Korasiewicz (tekst, foto smartfon)04.07.2024 r
Lista utworów:
1. Suburbia2. Can You Forgive Her?3. Opportunities (Let's Make Lots of Money)4. Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You) (U2/Frankie Valli medley)5. Rent6. I Don't Know What You Want but I Can't Give It Any More7. So Hard8. Left to My Own Devices9. Single-Bilingual / Se a vida é (That's the Way Life Is)10. Domino Dancing11. Dancing Star12. New York City Boy13. A New Bohemia14. Jealousy15. Loneliness16. Love Comes Quickly17. Paninaro18. Always on My Mind (Gwen McCrae cover)19. Dreamland20. Heart21. What Have I Done to Deserve This?22. It's Alright (Sterling Void cover)23. Vocal24. Go West (Village People cover)25. It's A Sin
bis:
26. West End Girls27. Being Boring
Klaus Mitffoch
Gdy gdzieś w 1985 roku kupiłem kasetę Tonpressową "Klaus Mitffoch" słuchałem jej na okrągło. Moim celem stało się zdobycie winyla, żeby usłyszeć tę muzykę w stereo. Wówczas miałem stereofoniczny adapter Unitry, ale korzystałem z monofonicznego radiomagnetofonu Marta. Winyl był już wtedy niedostępny w mojej okolicy. Szukałem go we wszystkich możliwych miejscach. W końcu udało mi się go nabyć w jakimś kiosku Ruchu, podczas wakacji. Nie pamiętam już czy było to gdzieś nad morzem czy w Sulejowie, bo to były moje lokalizacje wyjazdów wakacyjnych. A na pewno w kiosku Ruchu w Sulejowie jakieś winyle kupowałem. Było to więc albo tam, albo w którejś z lokalizacji nadmorskich, do której wówczas jeździłem. Transport płyty z powrotem do Łodzi nie był łatwy, bo wtedy podróżowałem z rodzicami PKS-em oraz pociągami. Nie mieliśmy samochodu. Z utęsknieniem czekałem na powrót do domu, żeby w końcu "odpalić" "Klausa Mitffocha" w stereo. Co też się stało a następnie płytę "zajechałem". W końcu zaczęła w jednym miejscu przeskakiwać. Ten przeskok później stał się dla mnie integralnym elementem muzyki i gdy w bardziej współczesnych czasach nabyłem CD dziwiło mnie, że czegoś w muzyce brakuje.
Lech Janerka
Ale co ja tutaj opowiadam o mojej historii z płytą Klausa Mitffocha, skoro mam relacjonować koncert Lecha Janerki? A jednak bez tej historii, zapewne nie udałbym się na koncert Janerki w 2024 roku. Jego solowa twórczość to w moim przypadku sentymentalna kontynuacja polubienia płyty "Klaus Mitffoch". Płytę "Historia podwodna" traktowałem jak świetną kontynuację Klausa. Późniejsza twórczość już mnie tak nie zajmowała, choć płyta "Ur" zrobiła na mnie swego czasu wielkie wrażenie.
Lech Janerka z czasem coraz bardziej wycofywał się z show-biznesu, którego częścią nigdy nie chciał być. W końcu zamilkł całkiem. Grał od czasu do czasu koncerty, ale ostatnia studyjna płyta "Plagiaty" ukazała się w 2005 roku. Później co kilka lat wracały rozważania, czy i kiedy Janerka nagra jeszcze coś nowego. W 2019 roku artysta zaprezentował dwa nowe nagrania - "Wanna na Wawelu" i "Zabawawa", które miały zapowiadać nową płytę. Ta ukazała się jednak dopiero w listopadzie 2023 roku pt. "Gipsowy odlew falsyfikatu".
A skoro jest nowa płyta, to Lech Janerka najwyraźniej dał się namówić, żeby ucieszyć publiczność zaprezentowaniem nowego repertuaru na żywo. Artysta wyruszył w trasę koncertową, choć niezbyt intensywną. Zabukowano ledwie kilka koncertów w sporych odstępach czasowych. Najbardziej intensywnie jest w kwietniu, bo Janerka oprócz koncertu łódzkiego, za tydzień zagra też w Warszawie. Później jeszcze są dwa koncerty w maju i jeden we wrześniu, a wcześniej grał w marcu we Wrocławiu.
Koncert
Nie należę do osób, które lubią atmosferę koncertową, ale czy mogłem przegapić okazję zobaczenia i usłyszenia Lecha Janerki na żywo w moim rodzinnym mieście? Koncert zaczął się od utworów z nowej płyty. Usłyszeliśmy m.in. "Omm", "I moll", "Maj", "Chyba". Nagrania zabrzmiały sympatycznie, ale to nie było to, na co czekała większa część publiczności, w tym ja. Tę część koncertu Lech Janerka grał siedząc na krześle. Najwyraźniej jednak go to krępowało. Trochę się tłumaczył z tego przed publicznością, trochę konsultował z perkusistą, czy nie lepiej będzie porzucić krzesło. Co też i po paru utworach uczynił.
Po zagraniu kilku nagrań z "Gipsowego odlewu falsyfikatu" i porzuceniu trybu siedzącego, usłyszeliśmy to, na co większość czekała. Pan Lech poinformował, że "grał kiedyś w takim zespole jak Klaus Mitffoch" i jako "kustosz jego dziedzictwa" zagra kilka utworów, czym wzbudził powszechną radość. Usłyszeliśmy oczekiwane hity: "Tutaj wesoło", "Śmielej", "Ogniowe strzelby", "Ewolucja, rewolucja i ja", "Strzeż się tych miejsc", "Jezu jak się cieszę". Przy tym ostatnim było największe szaleństwo. Część publiczności próbowała dostać się przed krzesła (koncert był w trybie siedzącym) i tańczyć. Zaskoczyła mnie trochę grupkach młodych, około dwudziestoletnich, która była najbardziej aktywna przy "Jezu jak się cieszę". Zaskoczyło mnie nie to, że byli najbardziej aktywni, ale to, że w ogóle na tym koncercie byli. Nie da się ukryć, że większośc publiczności stanowili ludzie w wieku 40+, 50+ i 60+. A jednak grupka młodych też była.
Utwory z repertuaru Klausa Mitffocha przeplatane były tymi z solowych płyt artysty. Usłyszeliśmy m.in. "Ta zabawa nie jest dla dziewczynek", "Jest jak w niebie", "Zero zer", "Tryki na start", "Historia podwodna", "Niewole i koncertowy miks "Bez kolacji / Śpij Aniele mój". Po prawie półtorej godzinie grania Pan Lech stwierdził, że już "bateryjka mu się wyczerpała" oraz "procesor trochę przegrzał" i więcej nie da rady. Na pożegnanie zagrał jeszce "Wyobraź sobie". Była też wspólna fotka z publicznością a dla chętnych "przebijanie piątki".
Ze strony Lecha Janerki była wielka klasa, dobra forma wokalna i sympatyczna atmosfera. Tempo niektórych "klausowych" klasyków może nie było takie jak należy, ale wokal Janerki działa be zarzutu. Artyście tradycyjnie towarzyszyła żona Bożena na wiolonczeli a skład uzupełniał perkusista i gitarzysta. Jeśli ktoś nie miał szansy słyszeć na żywo Lecha Janerki, to polecam. Warto.
Andrzej Korasiewicz21.04.2024 r.
The Pineapple Thief to jeden z czołowych współczesnych zespołów z kręgu szeroko rozumianego art rocka, który od ponad dwudziestu lat regularnie wydaje płyty. Angielska formacja, pod przywództwem Bruce'a Soorda, lubi też odwiedzać Polskę i grać tu koncerty. Od kilku lat robi to regularnie po wydaniu kolejnych płyt. Tak było i w tym roku. Formacja odwiedziła Polskę, by zagrać dwa koncerty w związku z wydaniem w tym roku najnowszego wydawnictwa pt. "It Leads To This". Pierwszy z nich miał miejsce w Warszawie.
Zanim na scenie wystąpiła gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzewał Randy McStine. Randy wystąpił w pełni solo, prezentując instrumentalno-wokalną mieszankę dźwięków elektronicznych i gitarowych. Dzięki elektronicznemu akompaniamentowi z głośników popłynęły dźwięki zarówno łagodne i ambientalne, jak i bardziej agresywne, czasem wręcz industrialne, zgrzyty. W połączeniu z ładnym wokalem i klasyczną gitarą wzmocnioną elektrycznie, stanowiły dobrą przystawkę do głównego dania wieczoru. Nie było to nic szczególnie ekscytującego, ale można było zawiesić ucho.
Przyznam, że The Pineapple Thief dotychczas należał u mnie do tej kategorii zespołów, które w ogólności lubię, ale w szczególności nigdy nie wzbudzał u mnie nadmiernej ekscytacji. Muzyka Anglików teoretycznie była tym rodzajem stylistyki, który do mnie przemawia. Kolejne płyty słuchałem zawsze z uwagą i przyjemnością. Jednocześnie nigdy nie zdarzyło się, żeby The Pineapple Thief wywołał u mnie przysłowiowe "ciarki". Grupa zawsze należała u mnie do kategorii - świetny średniak. Żeby przełamać ten dystans do zespołu, postanowiłem zobaczyć i usłyszeć ich na żywo. Konfrontacja z muzyką graną na żywo często przynosi inne spojrzenie na nią. I rzeczywiście tak było i tym razem.
The Pineapple Thief w ciągu półtorej godziny zaprezentował w całości materiał z nowej płyty pt. "It Leads To This". Przeplatany był starszymi numerami jak np. "Versions of the Truth". Ponieważ to był mój pierwszy raz z występem The Pineapple Thief na żywo, uważnie chłonąłem każdy element koncertu, próbując wczuć się w klimat i poczuć te "ciarki". Początkowo szło trochę opornie, bo było podobnie jak przy odsłuchu muzyki w warunkach domowych. Bardzo przyjemnie i sympatycznie, ale czasami myśli ulatywały w inną stronę i musiałem przywołać się do porządku, żeby znowu skupić się na muzyce. Mimo wszystko od razu usłyszałem różnicę w stosunku do nagrań, które wcześniej znałem z wersji studyjnych.
Już rozpoczynający występ utwór "The Frost" zabrzmiał bardziej dynamicznie a jednocześnie fajnie selektywnie. Koncert był moim zdaniem dobrze nagłośniony i miałem sporą przyjemność z odsłuchu granego materiału. The Pineapple Thief bardzo dobrze prezentowali się też scenicznie. Nie było tutaj zbędnych gestów, nadmiernych emocji. Muzycy byli skupieni na wykonaniu swojej sztuki, ale wtedy, gdy np. Beren Matthews lub Bruce Soord grali bardziej dynamiczne riffy gitarowe dawali temu wyraz. Bardzo spodobała mi się ta, z jednej strony oszczędna, ale z drugiej bardzo adekwatna ekspresja sceniczna muzyków The Pineapple Thief.
Sceniczne wykonanie, znanych z wersji studyjnych utworów, zaskoczyło mnie wręcz metalowo-sabbathowymi riffami gitarowymi, które czasami wybrzmiewały ze sceny. Wprawdzie formalnie nie różniło się to od w wersji studyjnych, a jednak na żywo zabrzmiało to soczyściej i pełniej. Mimo tych mocnych gitarowych riffów, muzyka The Pineapple Thief prezentuje się elegancko i szacownie. Słuchanie ich na żywo było prawdziwą przyjemnością. Szczególnie, że już po kilku numerach "złapałem właściwą fazę" i udało mi się w pełnie zagłębić w muzykę, która płynęła ze sceny. Świetnie zabrzmiał np. utwór "Now It's Yours", pochodzący z nowej płyty, ale i kolejne - "Rubicon" czy "To Forget".
Miłe było równie przedstawianie przez Bruce'a Soorda muzyków po polsku. Jeśli chodzi o wątki polskie, to supportujący zespół Randy McStine przyznał się, że ma polskie korzenie od strony swojego ojca.
The Pineapple Thief zagrali w Palladium zawodowo. Na pewno przekonali mnie do uważniejszego przesłuchania ich nowej płyty, którą dotychczas oceniałem jako mocnego średniaka. Koncert w Warszawie pozwolił mi dostrzec w twórczości The Pineapple Thief smaczki, które dotychczas mi umykały.
Andrzej Korasiewicz12.03.2024 r.
Lista wykonanych utworów:
1. The Frost2. Demons3. Put It Right4. Our Mire5. Versions of the Truth6. Every Trace of Us7. Dead in the Water8. All That's Left9. Now It's Yours10. Fend for Yourself11. Rubicon12. To Forget13. It Leads to This14. Give It Back15. The Final Thing on My Mind
Bisy:
16. In Exile17. Alone at Sea
New Model Army to jeden z częściej koncertujących zespołów w Polsce. Mimo wszystko widziałem ich na żywo tylko raz. W dodatku było to ponad dwadzieścia lat temu na festiwalu Castle Party. Grupa regularnie wydaje też co kilka lat wydawnictwa z premierowym materiałem. Najnowsza płyta pt. "Unbroken" ukazała się w styczniu tego roku. Zespół prezentuje na niej znany od lat schemat muzyczny, który ma wierne grono fanów. Mam duży sentyment do grupy jeszcze z czasów "Thunder and Consolation", choć były okresy, gdy muzyka zespołu wydawała mi się nieco męcząca swoją monotonią. Nowa płyta spodobała mi się [przeczytaj recenzję >>], dlatego postanowiłem skonfrontować nowy materiał z tym jak wypada na żywo. Przed New Model Army zagrał Polski Zespół.
Polski Zespół
Jak nazywa się polski zespół, który poprzedził występ New Model Army? Polski zespół nazywa się Polski Zespół :). Wokół nazwy Polskiego Zespołu było trochę śmiechu. Trzeba przyznać, że nazwa daje pole do popisu np. by nawiązać odpowiedni kontakt z publicznością. Polski Zespół ze swoję eklektyczną muzyką niezbyt jednak pasował stylistycznie do New Model Army, czemu niektórzy fani NMA dawali wyraz. Co więcej, sam Polski Zespół był najwyraźniej tego świadomy, bo wokalista wspomniał o tym ze sceny. Na wszelki wypadek wystąpił więc w koszulce New Model Army. Mnie jednak granie Polskiego Zespołu chwilami zaciekawiło. Usłyszeliśmy miks indie popu, electro popu, indie rocka. Łagodne dźwięki indie popowe mieszały się momentami z noise rockowymi zgrzytami gitarowymi a nawet technoidalną elektroniką. Całość robiła wrażenie mocno niespójne. Nie ukrywam, że czasami trochę wiało nudą, ale "momenty były". Jeśli ten eklektyzm jest programem na dalszą działalność zespołu, to moim zdaniem trzeba jeszcze popracować nad znalezieniem odpowiedniej formuły prezentacji tego eklektyzmu. Można też zdecydować się na rozwijanie którejś ze stylistyk i trzymać się tego. Moim zdaniem potencjał jest. Plus dla klawiszowca za koszulkę Sisters of Mercy :).
New Model Army
Zacznę od tego, że nie podobał mi się ten koncert. Nie podobał mi się nie dlatego, że był zły. Przeciwnie, publiczność bawiła się znakomicie. Okazało się jednak, że mimo sentymentu, którym darzę New Model Army, mimo tego, że nową płytę oceniłem pozytywnie, to jednak dzisiaj nie jestem odbiorcą, do którego New Model Army kieruje swój przekaz na żywo. Nie należę do publiczności "rockowo-metalowej", która kłębi się w młynie pod sceną, dla której muzyka jest tylko pretekstem do zabawy i śpiewania z wykonawcą w spoconym tłumie współbratymców. Bo do tego właśnie nadaje się muzyka New Model Army grana na żywo. I w gruncie rzeczy do niczego więcej. Muzyka jest prosta, "do przodu" i na żywo gubi, moim zdaniem, to dodatkowe "coś", co wydawało mi się, że w muzyce NMA zawsze było.
New Model Army skoncentrował się w Palladium na przedstawieniu utworów z nowej płyty "Unbroken", które na żywo wypadły rzemieślniczo, ale nic ponadto. Jednak nawet stare, największe hity odegrane na żywo, niektóre chóralnie śpiewane przez publiczność - "Green and Grey", "Purity", "Get Me Out" czy kultowy "51st State", który wybrzmiał w Warszawie - nie wzbudziły u mnie zachwytu, nie sprawiły, że poczułem się częścią wspólnoty fanów New Model Army. Możliwe, że to był głównie mój problem, a nie samego zespołu. Muzycznie grupa zagrała sprawnie, wokalnie Sullivan robił co mógł, choć widać było, że lata robią swoje i śpiewanie sporo go kosztuje. Zabrakło mi jednak na tym koncercie jakiejś magii, czegoś co trudno nazwać a co powoduje, że nawet prosta muzyka rockowa może przenieść słuchacza na inny poziom. Czułem się bardziej jak na koncercie czysto punkowym, "czadowym". To nie jest to, czego szukam w muzyce. Dlatego wyszedłem z Palladium rozczarowany. Przez jakiś czas na pewno nie będę wracał do muzyki New Model Army.
Andrzej Korasiewicz10.03.2024 r.
Do sześciu razy sztuka! Po raz szósty w swoim życiu udałem się na koncert Depeche Mode. Tym razem szedłem raczej z nastawieniem negatywnym, kierowany złymi wspomnieniami z show, na którym byłem w zeszłym roku na Stadionie Narodowym [zobacz relację z 2023 r. >>]. Również poprzednie moje koncerty Depeche Mode - począwszy od tego na stadionie Legii w 2006 roku - nie były tymi wymarzonymi. Co zatem mogło się zdarzyć na drugim koncercie tej samej trasy, na który się wybierałem? Repertuar na pewno będzie prawie ten sam, panowie o parę miesięcy starsi. A jednak! Tym razem w końcu poczułem, że wszystko zagrało jak należy. W Łodzi poszło wszystko tak, jak mogło w tych okolicznościach pójść najlepiej. Depeche Mode zagrali wspaniały koncert, Martin Gore lepiej śpiewał w swoim secie, miałem tym razem lepsze miejsca, dzięki czemu coś widziałem, Atlas Arena była nieporównywalnie lepiej nagłośniona niż Narodowy. No i sam osobiście też lepiej tego dnia się czułem - a zdarzało mi się już być na koncercie DM z wysoką temperaturą. A wiadomo, że osobiste czynniki wpływają na odbiór wydarzenia. Summa summarum to jednak nie tylko moje osobiste odczucie, że ten koncert w Łodzi był lepszy niż warszawski. Wychodząc z łódziej hali słyszałem podobne komentarze innych uczestników koncertu. Lepszy był też support!
Humanist
Zanim na scenie pojawili się Depeche Mode, najpierw usłyszeliśmy Humanist. Zespół Humanist to projekt Roba Marshalla, znanego m.in. z Exit Calm oraz ze współpracy z Markiem Laneganem. Z Humanist współpracuje również Dave Gahan, który zaśpiewał jedną z piosenek na studyjnym albumie grupy. Formacja zaprezentowała w Łodzi półgodzinny set, który chwilami kojarzył mi się z twórczością Bauhaus. Na pewno to, co zagrali Humanist należy zakwalifikować jako mroczną muzykę post-punkową. Nie było może wielkich wzlotów, początkowo zespół grał trochę monotonnie, ale muzyka została zagrana solidnie i rzetelnie. Z czasem nawet wzbudzając większą uwagę. Po pół godzinie panowie i pani grająca na basie zeszli ze sceny, by przygotować ją na występ oczekiwanej gwiazdy.
Depeche Mode
Wszystko zaczęło się tak samo jak inne koncerty z "Memento Mori Tour" - instrumentalne outro "Speak to Me" a następnie otwierający show, podobnie jak nową płytę "Memento Mori", "My Cosmos Is Mine". Nie wszyscy lubią ten utwór, ale mnie on dobrze nastraja. Nie jest to opener, nadający koncertowi dynamiki, a raczej numer wolno wprowadzający w nastrój nowego repertuaru grupy. Mnie on przekonuje jako koncertowy "otwieracz".
Po nim ponownie usłyszeliśmy "Wagging Tongue" a następnie rozpoczął się "greatest hits": "Walking in My Shoes", "It's No Good", "Policy of Truth", "In Your Room (Zephyr Mix)", "Everything Counts". W tym miejscu należy odnotować jedną zmianę na korzyść w stosunku do koncertu warszawskiego. "Policy of Truth" było zamiast "Sister of Night". Czyli zmiana wyraźnie na lepsze! Mimo że jak dotychczas prawie wszystko było tak jak Warszawie, a także na wielu innych koncertach Depeche w ostatnich latach, to jednak moje wrażenia są całkiem inne, lepsze niż na Narodowym. Muzyka brzmi dobrze, ja - mimo że siedzę na trybunach, to zainwestowałem w miejsca bliżej sceny, dzięki czemu lepiej widzę to, co na niej się dzieje. No i panowie są w dobrej formie. Gahan, tradycyjnie zaczyna panować nad publicznością sterując tym, co ma robić, co szczególnie objawi się w dalszej części koncertu, np. przy falowaniu rąk w "Never Let Me Down Again".
Po "Precious" i "Speak to Me" słyszmy krótki set akustyczny Martina Gore'a. Podobnie jak w Warszawie jest "Strangelove", ale inaczej niż na Narodowy "Heaven". Choć wolałbym zdecydowanie "A Question of Lust", to jednak "Heaven" też lubię. Przede wszystkim jednak Gore lepiej śpiewa niż w Warszawie! Czyli moje podejrzenia z zeszłego roku, że zaczyna mu siadać głos, nie potwierdziły się. Może miał wtedy tylko gorszy dzień, bo w Łodzi zabrzmiało wszystko jak należy. Było pięknie!
Kolejne utwory podobnie jak w Warszawie: "Ghosts Again", "I Feel You", "A Pain That I'm Used". Dynamika tego ostatniego numeru zawsze niesamowicie napędza występ Depeche Mode na żywo. A przecież nie jest to jakiś wielki klasyk zespołu, tylko numer z płyty z XXI wieku. Następnie DM dedykowało Fletcherowi "Behind the Wheel" zamiast "World in My Eyes", które było na Narodowym. Oba utwory są świetne, więc dobrze było usłyszeć również "Behind the Wheel". Najlepsze jednak dopiero nadeszło po nim.
Zamiast "Wrong", Depeche Mode zagrało "Black Celebration"! "Wrong" to dobry numer, ale gdzie mu do "Black Celebration", które otwiera klapkę ze wspomnieniami, gdy słuchało się płyty na Tonpressowskim winylu. A przecież to nie tylo wspomnienia. Płyta "Black Celebration" nadal brzmi genialnie i nic jej nie brakuje. To samo można powiedzieć o utworze tytułowym. Po nim, na dokładkę, z tego samego albumu, "Stripped", grany wcześniej też w Warszawie. Ale tutaj, w połączeniu z "Black Celebration" stworzył niesamowity kącik dla fanów starego Depeche Mode.
Na zakończenie podstawowego setu wybrzmiały: "John the Revelator" i "Enjoy the Silence" a następnie były cztery bisy. Te same, które usłyszeliśmy w zeszłym roku w Warszawie: "Waiting for the Night", "Just Can't Get Enough", "Never Let Me Down Again", "Personal Jesus". Na "Never Let Me Down Again" Gahan tradycyjnie zapanował już całkowicie nad publicznością a finałowy "Personal Jesus" nawet mnie skłonił do bardziej intensywnych podrygów na trybunach. To był świetny koncert, świetnego zespołu. W końcu poczułem, że misja się wypełniła. Choć nie był to mój wymarzony repertuar, to wszystkie pozostałe czynniki zagrały i dzięki temu mogę napisać, że byłem na takim koncercie Depeche Mode, na jakim zawsze chciałem być. Dziękuję Depeche Mode!
Andrzej Korasiewicz01.03.2024 r.
setlista:
Speak to Me (Outro)1. My Cosmos Is Mine2. Wagging Tongue3. Walking in My Shoes4. It's No Good5. Policy of Truth 6. In Your Room (Zephyr Mix)7. Everything Counts8. Precious9. Speak to Me10. Strangelove (Acoustic, sung by Martin)11. Heaven (Acoustic, sung by Martin)12. Ghosts Again13. I Feel You14. A Pain That I'm Used To (Jacques Lu Cont Remix)15. Behind the Wheel (Dedicated to Andrew Fletcher)16. Black Celebration17. Stripped18. John the Revelator19. Enjoy the Silence
bis:
20. Waiting for the Night (Peter and Christian on keyboards)21. Just Can't Get Enough22. Never Let Me Down Again23. Personal Jesus