Artykuły

ZAOBSERWUJ NAS

Japan - przewodnik po dyskografii

Japan - przewodnik po dyskografii

Japan był zespołem działającym na przełomie lat 70. I 80. Tworzyli go David Sylvian na wokalu, Steve Jansen na perkusji, Mick Karn na basie, Richard Barbieri na klawiszach i Rob Dean na gitarze. Ich kariera, niestety, zakończyła się dość przedwcześnie. Grupa zostawiła po sobie pięć albumów studyjnych i jeden, znakomity, koncertowy, będący zresztą najlepiej sprzedającym się albumem w ich historii, dlatego umieściłem go również w zestawieniu. Ich dyskografia, mimo że dość krótka, obfita jest w znakomite kompozycje i niezwykłe koncepty, lawirując pomiędzy gatunkami i stylami popularnymi w latach istnienia zespołu. 

Adolescent Sex (1978)

Dom Mody - rozmowa z Witoldem Gąską o zespole, latach 80., polskim new romantic i muzyce fortepianowej

Rozmowa z Witoldem Gąską o zespole Dom Mody, latach 80., polskim new romantic i muzyce fortepianowej, 21.09.2023 r.

Dom Mody to mniej znana karta historii polskiej muzyki syntezatorowej. Zespołów grających w Polsce w latach 80. synth pop było jak na lekarstwo. Dom Mody był jednym z nich. Zespół powstał jesienią 1982 roku w Kielcach, w składzie: Jacek Zalewski - śpiew, teksty, Witold Gąska - syntezator ARP, string vermona, muzyka, Andrzej Wolski - organy B-2, Bogusław Olczyk - perkusja, Stanisław Sidor i Paweł Wawrzała - reżyseria dźwięku. Z zespołem współpracowali też: Jacek Krełowski - organy, Andrzej Łukasik - gitara basowa.

W 1984 roku grupa nagrała w studiu Tonpressu dwie kompozycje: "Deszcz słów" i "Szyfry", które w 1985 ukazały się na singlu Tonpressu. Utwór "Szyfry" znalazł się również na składance: "Jeszcze młodsza generacja" (1985). Nagrania zostały zarejestrowane w składzie: Witold Gąska - śpiew, instrumenty klawiszowe, Lucjan Dulnik - gitara elektryczna, gitara basowa, Bogusław Olczyk - perkusja.

W 2022 roku ukazała się dosyć niespodziewanie płyta winylowa pt. "Samouwielbienie" (recenzja >>), która zebrała wszystkie dostępne nagrania Domu Mody. Znalazło się na niej siedem odszumionych i zremasterowanych utworów z próby ze stycznia 1983 roku, nagranych pierwotnie na zwykłej kasecie magnetofonowej, dwa utwory z singla oraz cover numeru "Oda" w wykonaniu nowosądeckiej grupy Soclos.

Czy Kraftwerk są ważniejsi dla muzyki pop od The Beatles?

Czy Kraftwerk są ważniejsi dla muzyki pop od The Beatles?

Autor: David Buckley 
Tytuł oryginału: Kraftwerk: Publikation
Data wydania: 2013-06-18
Data 1. wyd. pol.: 2013-06-18
Liczba stron: 352
Język: polski
Tłumacz: Maciej Szymański

Czy Kraftwerk są ważniejsi dla muzyki pop od The Beatles?

To pytanie od wielu lat krąży mi po głowie. Ostatnio odpowiedzi na nie szukałem w książce Davida Buckleya pt. "Kraftwerk. Publikation", wydanej w 2013 roku. To nie jest do końca biografia Kraftwerk. Autor nie miał możliwości porozmawiać z najważniejszymi członkami grupy, Ralfem Hütterem i Florianem Schneiderem, bo odmówili Buckleyowi. A jako że obaj niechętnie i zdawkowo zawsze udzielali wywiadów, więc te nieliczne, do których mógł dotrzeć autor niewiele wniosły do poznania historii grupy. Buckley wynagradza te braki osadzając opowieść o Kraftwerk na tle rozwoju popkultury, najpierw tylko niemieckiej, w ramach której Kraftwerk próbowali tworzyć swój własny język, a później na tle popkultury anglosaskiej, która została dzięki muzyce Niemców prawdziwie przemodelowana. Ozdobą książki są wypowiedzi Johna Foxxa i Andy McCluskeya (OMD), którzy szczegółowo opisują wpływ, jaki Kraftwerk wywarł na nich i sprawił, że stali się muzykami tworzącymi muzykę elektroniczną. Zanim to jednak nastąpiło, najpierw Kraftwerk musiał się narodzić jako grupa elektroniczna.

Postpunk 1978-1984 według Simona Reynoldsa

Postpunk 1978-1984 według Simona Reynoldsa

Simon Reynolds "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984"

Tytuł oryginału: Rip it Up and Start Again: Postpunk 1978-1984
Data wydania: 2015-02-20
Data 1. wyd. pol.: 2015-02-20
Data 1. wydania: 2006-02-02
Liczba stron: 512
Język: polski
Tłumacz: Jakub Bożek

Perspektywa Simona Reynoldsa

Sweet Dreams - Opowieść o Nowych Romantykach (recenzja)

Sweet Dreams: Od kultury klubowej do kultury stylu. Opowieść o Nowych Romantykach (recenzja)

Autor: Dylan Jones
Wydawnictwo: Kagra
Tytuł oryginału: Sweet Dreams: From Club Culture to Style Culture. The Story of the New Romantics
Data wydania: 2022-02-10
Data 1. wyd. pol.: 2022-02-10
Data 1. wydania: 2020-10-01
Liczba stron:    624

Książka o lifestyle'u i popkulturze

Zacznę nietypowo od podsumowania. To nie jest dobra książka. Na pewno nie dla kogoś kto szuka informacji o muzyce, muzykach, rozwoju ich twórczości oraz chce poszerzyć wiedzę o scenie muzycznej tamtego okresu. Na okołu sześciuset stronach znajdziemy narrację, która skupia się na przedstawianiu zmian w świecie mody, clubbingu, stylu życia, polityce a muzyka jest tak naprawdę dodatkiem. O tym dlaczego tak jest dowiemy się, gdy spojrzymy kim jest autor książki. Dylan Jones jest angielskim dziennikarzem, który swoje doświadczenie zawodowe zdobywał w pismach modowych, takich jak iD, w których pisanie o muzyce było dodatkiem do przedstawiania i kreowania stylu i kultury młodzieżowej. Następnie Dylan Jones zaangażował się w pisanie o polityce. W 2008 roku był autorem wywiadu-rzeki z ówczesnym liderem Partii Konserwatywnej Davidem Cameronem, późniejszym premierem Wielkiej Brytanii. Już wcześniej, redagując inne brytyjskie pismo GQ, zatrudnił Borisa Johnsona, kolejnego przyszłego brytyjskiego premiera z ramienia konserwatystów, jako korespondenta samochodowego. GQ, pod wodzą Jonesa, był także pierwszym magazynem, na którego okładce pojawił się David Cameron, wkrótce po tym, jak został liderem Partii Konserwatywnej. Przez jakiś czas Jones był więc kojarzony w Wielkiej Brytanii jako dziennikarz sympatyzujący z Torysami. Dzisiaj jednak stara się z tego wycofać wracając do swoich młodzieńczych czasów, gdy był bywalcem brytyjskich klubów, w tym Blitz, a nastęnie rozpoczął karierę jako dziennikarz w pismach lifestylowych.

Zapomniane, niedocenione lub mniej znane płyty new wave

Zapomniane, niedocenione lub mniej znane płyty new wave

Wybierając płyty do tego katalogu płyt zapomnianych lub niedocenionych kierowałem się swoim subiektywnym odczuciem, że są to te właśnie płyty. Tym samym mam świadomość tego, iż każdy z Was mógłby wyselekcjonować zupełnie inne „krążki” do tego katalogu.

Wire – Pink Flag (1977) – wydana w grudniu 1977 r.

Moja "dzika rzecz" inspirowana książką Rafała Księżyka pt. "Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993"

Moja "dzika rzecz" inspirowana książką Rafała Księżyka pt. "Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993"

Rafał Księżyk "Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993"
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 2020-09-30
Liczba stron: 408

To nie jest nowa książka a i ja przeczytałem ją niemal zaraz po ukazaniu się. Wtedy jednak nie działała strona internetowa Alternativepop.pl a ja zamiast pisania zajmowałem się robieniem podcastów Alternativepop.pl dla Gdynia Radio oraz na platformę Mixloud  - Podcasty Alternativepop.pl >>, dlatego nie powstał tekst na jej temat. Nadrabiam to, bo niewątpliwie książka zrobiła na mnie wrażenie przywołując różne wspomnienia osobiste. 

To był rzeczywiście dziki czas, również w moim życiu. Czasy przełomowe pod względem historycznym, ale i dla mnie osobiście, choć dla mnie koniec tego przełomu nie był pozytywnym przesileniem. W 1989 roku miałem 16 lat i chodziłem do XXX LO, wówczas mieszczącego się przy ul. Obornickiej w Łodzi. Do tego samego liceum chodził jeden z bohaterów tej książki - Wiktor Skok. Wtedy jednak niezbyt wiedziałem, że jest on uczestnikiem jakiegoś undergroundu muzycznego. Był dwie klasy wyżej ode mnie i ja go kojarzyłem, on mnie nie. Uchodził za szkolnego "świra", po szkole krążyły o nim niestworzone opowieści. Na początku liceum byłem jeszcze grzecznym chłopcem i wzbudzały one we mnie trochę przerażenie, trochę fascynację. Wkrótce zacząłem słuchać coraz bardziej radykalnej muzyki. W szkole niewielu słuchało takiej muzyki. W klasie byłem jedynym, który znał Bauhaus, Siouxsie and The Banshees, Cassandrę Complex, Laibach czy The Young Gods. Słuchałem też sporo punk rocka a także trochę metalu. W tym czasie odrzuciłem na krótko całkiem muzykę pop i moje wcześniejsze fascynacje. Muzykę pozyskiwałem metodą korespondencyjną przede wszystkim od Jarosława Szeligi ze Skwierzyny, który zajmował się wtedy m.in. odpłatnym przegrywaniem muzyki na kasety. Jego katalog obejmował głównie muzykę alternatywną i awangardową. Korespondowałem też z innymi fanami muzyki z innych części Polski, choć z czasem ustalił mi się jeden kontakt z kolegą z Białegostoku i ograniczałem się do wzajemnej wysyłki kaset tylko z nim. Dzięki niemu np. poznałem Godflesh, choć po pewnym czasie, trochę dla mnie niespodziewanie, kolega stwierdził, że rzuca tę całą "alternatywę" i wraca do klasyki rocka, bluesa oraz jazzu. Wtedy kontakt się urwał. 

Kilka refleksji na kanwie książki Jarka Szubrychta pt. "Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu"

Kilka refleksji na kanwie książki Jarka Szubrychta pt. "Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu"

Jarek Szubrycht "Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu"
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 2022-10-26
Liczba stron: 328

Co robi tekst o książce o metalu na stronie Alternativepop.pl? O co tu chodzi? Dlaczego sięgnąłem po taką lekturę? Na pewno nie dlatego, że jestem fanem metalu, ale i sam autor twierdzi, że nie tylko dla "metali" książka powstała. W końcu na obwolucie do lektury zachęca m.in. Artur Rojek. No właśnie. Arur Rojek to rocznik 1972, autor książki urodził się w roku 1974, ja w 1973. Jesteśmy praktycznie rówieśnikami. Głównym powodem, dla którego sięgnąłem po książkę jest chęć sprawdzenia czy dzieciństwo i młodość przyszłego "metala" różniła się w dużym stopniu od mojej drogi. Pewnie z podobnego powodu po książkę sięgnął Rojek. W książce szukałem odpowiedzi na takie pytania jak: czy żeby być "metalem" - przyszłym muzykiem, dziennikarzem i organizatorem metalowego podziemia, od razu trzeba było słuchać Venom lub przynajmniej TSA, czy może w latach 80. droga wszystkich dzieciaków interesujących się muzyką wyglądała trochę podobnie i dopiero od któregoś momentu jeden stawał się "metalem" a drugi słuchał The Cure i Depeche Mode a jeszcze inny klasykę rocka.

I rzeczywiście. Już w pierwszych linijkach rozdziału "Twoje życje jest heavy" dowiadujemy się, że autor w 1985 roku był fanem Shakin' Stevensa, Limahla, Lady Pank oraz 2 plus 1 a nie metalu. Ja również bardzo lubiłem Kajagoogoo i Limahla, w mniejszym stopniu Lady Pank, bo zdecydowanie wolałem Republikę i Maanam. Shakin Stevens od początku wydawał mi się natomiast trochę obciachowy, ale niektóre przeboje też podobały mi się. Poza tym w 1985 roku słuchałem już Romantyków Muzyki Rockowej Beksińskiego a moimi ulubionymi zespołami były: Ultravox, Depeche Mode a z rockowych - U2. 

Echo & the Bunnymen - przewodnik po dyskografii

Echo & the Bunnymen - przewodnik po dyskografii

Crocodiles (1980) – 18 lipca 1980 r. 

Debiutancki album ma jeszcze pewne konotacje punkowe, choćby w utworze tytułowym, ale wykracza dość daleko poza ten nurt. Warto zwrócić uwagę, iż tu i ówdzie pojawiają się refleksje twórczości Joy Division. To co mnie urzeka na tej płycie, to kapitalna gra basisty  Lesa Pattinsona, bo bez jego dudniącego basu trudno sobie wyobrazić takie utwory jak  „Going Up” czy „Stars Are Stars”. Na pewno zespół bardziej czerpie z psychodelii i wspomnianego wyżej zespołu niż punku, a wokalista Ian McCulloch na pewno musiał słuchać Jima Morrisona. Słychać to wyraźnie w takiej nieco podniosłej piosence „Stars Are Stars”, gdzie przepiękną kodą gitarową popisuje się Will Sergeant. Nie można o nim nie wspomnieć, bo jego gitara będzie mocnym punktem każdego albumu i w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym Echo & the Bunnymen. Trochę nierówny jest to album i niektóre utwory, jak choćby kończący płytę „Happy Death Men”, mogłyby bez szczególnego uszczerbku wypaść z listy piosenek, ale takie piosenki jak: „Rescue”, w której znowu w sposobie śpiewania odnajdziemy wpływ Jima Morrisona, przywołujący echo twórczości Velvet Underground „Villiers Terrace”, zaangażowany i przejmujący „The Pictures on My Wall”, stanowią o sile tego albumu. Warto zwrócić uwagę na okładkę płyty autorstwa Briana Griffina. Motyw członków zespołu, fotografowanych w różnej scenerii przez Griffina, będzie pojawiał się na kolejnych trzech płytach. Ciekawy i odważny album.

Elvis Costello - przewodnik płytowy 

Elvis Costello - przewodnik płytowy 

Elvis Costello był świetnym kompozytorem, ale również twórcą tekstów, których opis przedstawię w odrębnym opracowaniu. Opracowując całą jego dyskografię pominąłem niektóre płyty, które najczęściej były owocem jego współpracy z innymi artystami. Są to: For the Stars - Anne Sofie von Otter and Elvis Costello (2001), The River in Reverse - Elvis Costello and Allen Toussaint (2006), Wise Up Ghost - Elvis Costello and The Roots (2013)

My Aim Is True (1977) - wydany 22 lipca 1977 r. – produkcja: Nick Lowe

Alternativepop.pl - czyli zamiast wstępniaka

Alternativepop.pl - czyli zamiast wstępniaka

O co chodzi z nazwą Alternativepop.pl i czemu powstała strona? W skrócie chodzi o muzykę, która, wywodząc się ze sceny mniej lub bardziej undergroundowej, niezależnej, zdobyła popularność, często osiągnęła wielki sukces komercyjny, albo może to zrobić w przyszłości. Modelowymi przykładami takich wykonawców są: Depeche Mode, The Cure czy New Order. Stronę założyłem w 2001 roku po to, żeby o takiej muzyce pisać i przybliżać ją innym. 

Początki strony a początki Internetu w Polsce

Strona Alternativepop.pl w 2004 roku

Tomasz Lada "Apteka - psychodeliczni kowboje, kawałki o zespole przeklętym" (recenzja)

Tomasz Lada "Apteka - psychodeliczni kowboje, kawałki o zespole przeklętym"

Autor: Tomasz Lada
Wydawnictwo: In Rock
Data wydania: 2020-10-07
Data 1. wyd. pol.: 2020-10-07
Liczba stron: 448

"Kawałki o zespole przeklętym" - już sam tytuł książki brzmi mocno kombatancko. I to w podwójnym znaczeniu. Najpierw takim, jakim sugeruje inna część tytułu - psychodeliczni kowboje - o mitycznych tonach narkotyków, które przetoczyły się przez psychikę Kodyma i jego otoczenia, a później o aktualnej sytuacji Kodyma, który przez część, może nawet większość, swoich dawnych przyjaciół i fanów jest niemal wyklęty ze względu na swoje obecne zaangażowanie polityczne. Żyjemy w kraju, w którym ktoś, kto zadeklaruje się politycznie po prawej stronie sceny politycznej - to samo wcześniej spotkało Kukiza - przestaje nagle istnieć na artystycznych salonach. Artysta - jak wiadomo - to wizjoner, ktoś kto ma sięgać dalej, wyżej, głębiej. A ktoś taki musi mieć progresywne poglądy, a wiadomo przecież, że prawica to wstecznictwo, kołtuństwo i zacofanie... Dlatego Kodym i Kukiz, to zdrajcy i zaprzańcy. Ich twórczość staje się podejrzana, nawet jeśli, kiedyś wynosiło się ją na wyżyny, to dzisiaj najlepiej nie przypominać. Czy to sprawiedliwe podejście? Sapienti sat.

Książka Tomasza Lady przede wszystkim skupia się jednak na historii Apteki, wątek przemiany światopoglądowej Kodyma nie jest wiodącym, pojawia się w ostatniej części książki. Sam autor czasami dystansuje się od niektórych konsekwencji zaangażowania światopoglądowego Kodyma. Jednak to Jędrzej Kodymowski jest głównym bohaterem książki i właściwie cała narracja kręci się wokół niego. 

Nick Soulsby "Swans - ofiara i transcendencja" (recenzja)

Nick Soulsby "Swans - ofiara i transcendencja" (recenzja)

Nick Soulsby, "Swans – ofiara i transcendencja" 
Wydawnictwo: Underdog Pres
Data 1. wyd. pol.: 2022-09-22
Data 1. wydania: 2018-06-26
Tłumacz: Lesław Haliński

To nie jest typowa biografia, bo autor przeprowadził ponad sto wywiadów z muzykami Swans i ludźmi, którzy przewinęli się przez 40 lat funkcjonowania formacji. Głównym bohaterem jest oczywiście Michael Gira, na którym książka koncentruje się od początku, zaczynając od omawiania jego dzieciństwa a kończąc na roku 2017, kiedy opowieść się urywa. W polskiej wersji, historia uzupełniona jest w posłowiu, w którym opowieść jest kontynuowana aż do informacji o nagrywaniu płyty, która ukazała się w tym roku. Książka ułożona jest chronologicznie a opowieść prowadzona jest za pomocą fragmentów wywiadów z osobami, z którymi przez wszystkie lata stykał się Michael Gira oraz z nim samym.

Z historii Swans, a tak naprawdę życiorysu Michaela Giry, który przez cały czas jest punktem odniesienia dla całej opowieści, wyłania się obraz człowieka, który w wyniku gwałtownie przerwanego beztroskiego dzieciństwa, został rzucony jako nastolatek w wir życia, z którym nie mógł sobie poradzić, ale ponieważ nie miał innego wyjścia to robił to tak jak umiał. Zanim zajął się muzyką był budowlańcem, trafił do izraelskiego więzienia za przemyt narkotyków, uciekał przed szkołami, trafił w 1969 roku do Belgii na hipisowski festiwal, na którym widział i słyszał m.in. Pink Floyd z okresu "Ummagumma" i Soft Machine co, jak twierdzi, ukierunkowało go w dużym stopniu na dalszę część życia, przynajmniej w kwestiach muzycznych. Wszystko to utwardziło jego charakter i pewnie spowodowało, że nie był łatwym człowiekiem, o czym tak naprawdę przekonujemy się w dalszej częsci książki.

The Smiths - zespół niedoceniony czy przeceniony? (opinia)

306 odsłon
Tagi:

The Smiths - zespół niedoceniony czy przeceniony? (opinia)

W wieku 59 lat zmarł Andy Rourke, basista The Smiths. To bardzo przykra wiadomość, ale niech mi będzie wolno przy tej okazji zastanowić się nad fenomenem grupy The Smiths. Fenomenem? Tak, to może być dla niektórych zaskakujące twierdzenie, a dla innych całkiem oczywiste. 

Najpierw wspomnę o tych pierwszych, bo kto żyjąc w latach 80. i wtedy wychowując się muzycznie przypuszczał, że The Smiths stanie się dla dzisiejszej znacznej części odbiorców muzyki niezależnej wzorcem i inspiracją, która ma status wręcz pomnikowy? Są nawet tacy, którzy posuwają się do twierdzenia, że The Smiths to najważniejszy brytyjski zespół lat 80. [patrz recenzja w Alternativepop.pl z 2005 roku płyty The Smiths – Meat Is Murder >>]  Jakkolwiek by to osobliwie nie brzmiało, to tak właśnie jest z punktu widzenia dzisiejszych trzydziestolaktów i młodszych czterdziestolaktów. Co więcej, to nieco młodsze, choć dzisiaj już też nie tak młode przecież, pokolenie ma poczucie, że The Smiths jest w Polsce niedoceniony i że to być może nawet jakaś straszna spuścizna czasów, gdy dostęp do muzyki był ograniczony a radiem trzęśli prezenterzy starego pokolenia w rodzaju Manna, Niedźwieckiego czy Kaczkowskiego.

Tymczasem The Smiths był w latach 80. w Polsce dobrze znany wśród słuchaczy śledzących nowości muzyczne. Ukazały się wtedy przecież nawet płyty nakładem Tonpressu. A to było duże wydarzenie. Wtedy album każdego wykonawcy zachodniego, który ukazywał się nakładem którejś peerelowskiej wytwórni i dzięki temu był - mniej lub bardziej - dostępny w sklepach, zyskiwał status niemal kultowego. Jednak tak się nie stało w przypadku The Smiths. A przecież płyty grupy były również recenzowane w ówcześnie dostępnych pismach muzycznych - "Magazynie Muzycznym", "Non Stop". O zespole mówiło się i grało w radiu, choć nie jakoś bardzo często, ale jednak grało. A nie często nie dlatego, że o The Smiths nie słyszano, tylko zwyczajnie muzyka The Smiths nie była dla polskich słuchaczy zbytnio inspirująca. 

Muzyka ze starego winyla cz. 3

Muzyka ze starego winyla cz. 3

Dwadzieścia lat temu niewiele wskazywało na to, że płyta winylowa będzie przeżywać swój renesans. W tym czasie większość ludzi nadal wyprzedawała za bezcen, czasami wręcz wyrzucała, swoje kolekcje winyli. Właśnie wtedy zacząłem proces skupowania i gromadzenia takich zestawów niepotrzebnych innym płyt winylowych. Teraz dzielę się z Państwem swoimi zbiorami a w nich jest praktycznie wszystko – klasyczny rock, jazz, blues, soul, country, disco, pop, alternatywa, hard rock, heavy metal, muzyka klasyczna...

The Brecker Brothers – Detente (LP) 1980
https://www.discogs.com/release/2176657-The-Brecker-Brothers-Detente

Grupa The Brecker Brothers to, jak sugeruje nazwa, duet braci Randy i Michaela Breckera. Powstał w 1974 roku i istniał aż do 2007, gdy zmarł Michael. Grupa wykonywała łagodną formę jazzu. Przed sobą mam amerykańskie wydanie płyty z 1980 roku. Niestety przycięty jest róg okładki. Ale muzyka jest bardzo przyjemna. Mam do czynienia z bardzo sympatycznym skrzyżowaniem jazzu z funkiem w duchu początku lat 80. 

Muzyka ze starego winyla cz. 2

Tekst ukazał się na niestniejącej stronie Prawa Łódź

Muzyka ze starego winyla cz. 2

Dwadzieścia lat temu niewiele wskazywało na to, że płyta winylowa będzie przeżywać swój renesans. W tym czasie większość ludzi nadal wyprzedawała za bezcen, czasami wręcz wyrzucała, swoje kolekcje winyli. Właśnie wtedy ja zacząłem proces skupowania i gromadzenia takich zestawów niepotrzebnych innym płyt winylowych. Teraz dzielę się z Państwem swoimi zbiorami a w nich jest praktycznie wszystko – klasyczny rock, jazz, blues, soul, country, disco, pop, alternatywa, hard rock, heavy metal, muzyka klasyczna...

 

Spyro Gyra - Alternating Currents (LP) 1985
https://www.discogs.com/release/12168135-Spyro-Gyra-Alternating-Currents

Muzyka ze starego winyla cz. 1

Tekst ukazał się na niestniejącej stronie Prawa Łódź

Muzyka ze starego winyla cz. 1

Dwadzieścia lat temu niewiele wskazywało na to, że płyta winylowa będzie przeżywać swój renesans. W tym czasie większość ludzi nadal wyprzedawało za bezcen, czasami wręcz wyrzucało, swoje kolekcje winyli. Wtedy właśnie zacząłem proces odbudowania własnej kolekcji płyt. Skupowałem i gromadziłem zestawy płyt niepotrzebnych innym. Dzięki temu stałem się posiadaczem całkiem potężnej kolekcji starych płyt gramofonowych wydanych od lat 50. aż do 80. ubiegłego wieku. Czasami trafiło się też coś z początku lat 90., ale jak wiadomo wtedy zaczęły królować już płyty CD.

Przez ostatnie lata głównie segregowałem i układałem winyle w swoich regałach. Brakowało czasu na odsłuch, ale metodą „po okładkach” dzieliłem winyle na interesujące i te, których zamierzałem od razu się pozbyć. Do tej drugiej kategorii należały płyty uznane przeze mnie za całkowicie nieprzydatne ze względu na brak zainteresowania taką twórczością lub z powodu katastrofalnego stanu technicznego. Po tej selekcji pozostała sama esencja tego, co zamierzałem kiedyś  w przyszłości przesłuchać. I właśnie ten czas nadszedłł! Zacząłem wszystko sumiennie przesłuchiwać. A w moich zbiorach jest praktycznie wszystko – klasyczny rock, jazz, blues, soul, country, disco, pop, alternatywa, hard rock, heavy metal, muzyka klasyczna. Chciałem się z Państwem, drodzy czytelnicy, podzielić wrażeniami z tych odsłuchów. Będę sukcesywnie w odcinkach opowiadał na jakie cuda i cudeńka a czasami dziwności natrafiłem kupując często w ciemno zbiory innych. Nie liczcie na jakieś długie opisy płyt. Będę w krótkich, żołnierskich słowach dawał znać, że taka płyta jest i mniej więcej naprowadzał co zawiera. Dla tych, którzy będą chcieli sami sprawdzić z czym mamy do czynienia, obok tytułu płyty będzie link do Discogs, gdzie znajdziecie więcej informacji na temat konkretnego egzemplarza – tj. wydania, które posiadam i które przesłuchałem.

Zaczynamy zabawę.

Premiera ostatniego Tytusa

322 odsłon
Tagi:

Tekst ukazał się na niestniejącej stronie Prawa Łódź

Premiera ostatniego Tytusa

21 stycznia 2021 r. zmarł Henryk Jerzy Chmielewski, popularny „Papcio Chmiel”, autor komiksów z cyklu „Tytus, Romek i  A’Tomek”, na których wychowały się kolejne pokolenia miłośników historii obrazkowych. Papcio Chmiel w czerwcu tego roku skończyłby 98 lat. Do ostatnich swoich dni pracował. Zdążył narysować kolejny, jak się okazało ostatni album opowiadający historię uczłowieczania małpy – Tytusa. Album pt. „Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani" miał swoją premierę 28 stycznia 2021 r., czyli równo tydzień po śmierci autora. 

Henryk Chmielewski narysował w sumie XXXI klasycznych książeczek popularnego „Tytusa”. Pierwsza księga w wydaniu książkowym ukazała się w 1966 roku, choć historyjki obrazkowe „Tytusa” swoją premierę miały już w 1957 roku w „Świecie Młodych”. Ostatnia, klasyczna książeczka pt. „Tytus kibicem” ukazała się w 2008 roku. Później Papcio Chmiel rozpoczął nowy cykl albumów historycznych. W 2009 roku ukazało się wydawnictwo pt. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani”. Albumy „historyczne” nie przypominały wcześniejszych komiksów Papcia. Zawierały mniej plansz, które nie układały się w żadną historię przygód trójki przyjaciół, ale koncentrowały się na ukazaniu wydarzeń historycznych. Postacie Tytusa i spółki były tylko pretekstem do zaprezentowania faktów głównie z historii Polski. Oprócz rysunków i nielicznych dialogów komiksowych, obok obrazków pojawiał się tekst wyczerpująco opisujący historyczne wydarzenia przedstawiane w poszczególnych albumach. 

Punk rock - katalizator popkultury przełomu lat 70. I 80.

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Narodziny punk rocka

Termin "punk rock" został po raz pierwszy użyty przez amerykańskich krytyków na początku lat siedemdziesiątych, aby opisać zespoły garażowe z lat 60. oraz ich spadkobierców stylistycznych. Ruch rozwinął się w latach 1974–1976 a jego przedstawicielami byli m.in.: The Ramones w Nowym Jorku; Sex Pistols i The Clash w Londynie. Zamierzeniem punk rocka był powrót do rock’n’rollowych korzeni muzyki rockowej. Spory wpływ na ten styl wywarła również muzyka reggae i ska. W 1977 r. punk stał się głównym fenomenem kulturowym w Wielkiej Brytanii. Wtedy zrodziła się subkultura punkowa, w której powstał charakterystyczny styl odzieży i ozdób - krzykliwe T-shirty, skórzane kurtki nabijane ćwiekami, agrafki wpinane w ubrania a niekiedy w ciało. Głównym kreatorem tej stylistyki w Wielkiej Brytanii był Malcolm McLaren, menadżer Sex Pistols. Jedną z cech punk rocka stała się też idea DIY (Do It Yourself). Zespoły samodzielnie produkowały nagrania i rozpowszechniały je za pośrednictwem niezależnych wytwórni.

O narodzinach Mute Records i gwiazdy Depeche Mode

338 odsłon
Tagi:

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Wszystko zaczęło się od Daniela Millera, montażysty filmowego i didżeja. Miller urodził się w 1951 roku w Londynie. Był synem austriackich Żydów, którzy uciekli z nazistowskiej Austrii do Wielkiej Brytanii. Już na przełomie lat 60. i 70. młody Miller interesował się muzyką, która wykraczała poza rockowy szablon. W tym czasie odkrywał brzmienie niemieckich zespołów, takich jak Can, Faust, Neu! i Kraftwerk. W czasie eksplozji punk rocka zainspirowała go z kolei idea DIY (Do It Yourself). Fascynacja muzyką Kraftwerk i punkowe podejście DIY doprowadziły go do kupienia czterościeżkowego magnetofonu, syntezatora Korg 700S i małego miksera. W ten sposób powstał projekt The Normal.

W 1978 roku Miller wydał jako The Normal singiel „TVOD” / „ Warm Leatherette”. Płytka ukazała się w założonej przez Millera wytwórni Mute Records. Singiel okazał się pionierski dla rozwoju synth popu. Sama wytwórnia natomiast miała być początkowo tylko trampoliną dla promocji projektu The Normal. Okazało się jednak, że Miller nie do końca wierzy we własne możliwości twórcze, dlatego postanowił szukać innych wykonawców, którzy spełnią jego wyobrażenie o muzyce i wydawać ich, dzięki czemu to właśnie Mute Records stało się dziełem życia Millera a nie The Normal. Jednym z taki twórców był niejaki Robert Rental.  Daniel Milller poznał Roberta Rentala (Robert Donnachie) podczas koncertu industrialnych pionierów Throbbing Gristle. Współpraca obu panów rozpoczęła się od zaangażowania Rentala w projekt The Normal. W 1980 roku ukazała się płyta Robert Rental & The Normal "Live At West Runton Pavilion", ale nie cieszyła się ani popularnością, ani uznaniem krytyki.  Z czasem jednak Miller odszedł od tworzenia muzyki, na rzecz jej wydawania. Jednym z efektów tej działalności był singiel Roberta Rentala "Double Heart" / "On Location", wydany w 1980 r. przez Mute Records.

Gwiazdy i gwiazdki lat 80.

225 odsłon
Tagi:

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

Warto parę słów poświęcić gwiazdom a w niektórych przypadkach można je określić nawet mianem gwiazdek lat 80., które nie zrobiły aż tak wielkiej kariery jak np. Depeche Mode czy Duran Duran, choć mają na swoim koncie czasami duże przeboje.

Bronski Beat i Jimmy Somerville

Na pierwszy ogień wspomnę o Jimmy Somerville'u i Bronski Beat. Grupa zdobyła rozgłos dzięki utworowi "Smalltown Boy", będącym w warstwie tekstowej przyganą konserwatywnego wówczas jeszcze społeczeństwa brytyjskiego, które dyskryminuje gejów. Jimmy Somerville jako gej i lewak był i jest przez cały czas aktywny w promowaniu poglądów przychylnych społeczności LGTB. Jednak, nawet jeśli nie podziela się jego poglądów, to trudno odmówić uroku twórczości Somerville’a. "Smalltown Boy" to oczywiście największy przebój Bronski Beat pochodzący z płyty "The Age of Consent".

Zespół Bronski Beat powstał w Londynie w 1983 roku. Nazwa zespołu miała nawiązywać do powieści Güntera Grassa „Blaszany bębenek”. Popularnością cieszył się również drugi singel zespołu pt. "Why?". W grudniu 1984 r. ukazał się debiutancki album „The Age of Consent”, który zebrał przychylne recenzje i osiągnął sukces na listach sprzedaży. Tytuł płyty był wyrazem poparcia dla kampanii starającej się o obniżenie wieku prawnej dopuszczalności stosunków seksualnych w Wielkiej Brytanii. Grupa Bronski Beat mimo dużego sukcesu, jaki odniosła kilkoma singlami w 1984 i 1985 roku, niespodziewanie straciła w 1985 roku wokalistę Jimmy'ego Somerville'a, który odszedł, by założyć projekt The Communards. Nazwa nowego projektu Somerville'a nie jest przypadkowa i podkreśla lewackie poglądy wokalisty. Bronski Beat nie od razu jednak dał za wygraną po odejściu Somerville'a. Na listy przebojów trafił "Hit That Perfect Beat", w którym zaśpiewał John Foster, który dołączył do Bronski Beat w miejsce Somerville’a. Grupa w składzie z Fosterem nagrała drugi album "Truthdare Doubledare" wydany w 1986 roku, ale nie odniósł on takiego sukcesu jak debiut. Poza singlem "Hit That Perfect Beat", który był jeszcze sporym sukcesem, grupa pogrążyła się w komercyjnym marazmie, zmieniając jeszcze dwa razy wokalistów, by po wydaniu w 1995 roku trzeciej płyty "Rainbow Nation" rozwiązać się.

Simple Minds - kameleon muzyki pop

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

"All The Things She Said" to jeden z największych przebojów Szkotów z lat 80. pochodzący z płyty "Once Upon a Time" z 1985 roku. Zespół jednak zaczynał znacznie wcześniej. Powstał w 1977 roku w Glasgow i wyłonił się z punkowej grupy Johnny And The Self-Abusers. I to postpunkowe brzmienie było początkowo słyszalne w twórczości zespołu. Z czasem jednak Simple Minds ulegało sporym fluktuacjom stylistycznym. Gdy nastała moda na new romantic, panowie przestawili się na syntezatory. Najlepiej słychać to w utworach: "Someone" z debiutanckiej płyty "Life in a Day" z 1979 roku o wyraźnie postpunkowym obliczu oraz "Today I Died Again" z trzeciego albumu "Empires and Dance" wydanego w 1980 roku o cechach już zdecydowania noworomonatyczno-syntezatorowych. Ale i to nie był koniec zmian w stylu grupy.

Na albumie "New Gold Dream (81–82–83–84)" z 1982 roku słychać wpływy zarówno synth popu jak i elementy nowofalowo-postpunkowe. Całość spięta w coś co można określić mianem art popu i co wydawało się kształtować styl własny Simple Minds, który panowie właśnie odnaleźli.

Midge Ure - zagubiony w świecie syntezatorów

232 odsłon
Tagi:

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

Midge Ure przyszedł na świat 10 października 1953 roku w Szkocji. Łatwo więc policzyć, że w październiku tego roku skończy 67 lat. Strasznie ten czas leci... Dla większości nazwisko Midge Ure'a nierozerwalnie wiąże się z zespołem Ultravox oraz stylistyką "new romantic". Za chwilę udowodnię, że nie jest to cała prawda o Artyście.

Nasz bohater do grupy Ultravox dołączył w 1979 roku, kiedy zespół miał już za sobą nagranie trzech płyt. Wówczas nastąpiła wymiana lidera. Z grupy odszedł John Foxx, który postawił na działalność solową, a stery przejął Midge Ure, co pchnęło formację, dosyć niespodziewanie na nowe, mocno syntezatorowe tory. Wcześniej przecież twórczość Ultravox była mocno rockowo-nowofalowa. A dlaczego niespodziewanie? Bo wcześniejsze aktywności muzyczne Midge Ure'a wcale nie wskazywały na to, że Ultravox może obrać taki kierunek.

Obok Ultravox jednym z kluczowych projektów, w których Midge Ure brał udział była grupa Visage. Płyta „Visage” ukazała się w 1980 roku, w tym samym, w którym wydana została "Vienna" Ultravox. Te dwie pozycje zdefiniowały stylistykę "new romantic" i stały się punktem odniesienia dla wielu innych wykonawców próbujących podłączyć się pod nurt syntezatorowego popu.

OMD - czyli jak połączyć brzmienie K. Stockhausena i Abby

240 odsłon
Tagi:

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Orchestral Manoeuvres in the Dark (OMD) jest jedną z bardziej rozpoznawalnych gwiazd synth popu lat 80. Zespół jest jednak niesłusznie wrzucany przez wielu do worka z napisem "banalny twórca hitów lat 80.". A przecież OMD to grupa, która ma znacznie większe zasługi dla rozwoju muzyki, szczególnie elektronicznej. Przyjrzyjmy się więc bliżej duetowi założonemu w 1978 roku w Merseyside.

Zanim panowie Andy McCluskey i Paul Humphreys wydali w lutym 1980 roku debiutancki album pt. "Orchestral Manoeuvres in the Dark" szukali swojego miejsca na scenie muzycznej. Trzeba zacząć od tego, że obaj znali się jeszcze z czasów szkolnych. Najpierw próbowali swoich sił w różnych lokalnych zespołach, nie zawsze razem, by w 1978 roku złączyć swoje siły i powołać do życia OMD. Obaj zafascynowani byli brzmieniem Kraftwerk i twórczością Briana Eno. W tym czasie zainteresował się nimi Martin Hannett, współpracownik Tony'ego Wilsona, współtwórcy Factory Records. Przypomnijmy, że w tej samej wytwórni ukazywały się płyty Joy Division. Nie może więc dziwić, że początkowo OMD otwierała koncerty Iana Curtisa i spółki, choć wydawałoby się, że stylistycznie to jednak nieco inne światy. W maju 1979 roku nakładem Factory ukazało się też pierwsze wydawnictwo OMD - singiel "Electricity", na którym na stronie B znalazło się nagranie "Almost".

The Sisters of Mercy - wzloty i upadki

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

The Sisters of Mercy powstał w Leeds w 1980 roku. Od początku liderem grupy był Andrew Eldritch, ale istotny dla grupy był też gitarzysta basowy Craig Adams, w grupie od 1981 roku oraz gitarzysta Wayne Hussey. Ten ostatni wprawdzie spędził w niej tylko 2 lata (1984-85), ale wziął udział w nagraniu pierwszej płyty "First and Last and Always" wydanej w 1985 roku. Od początku razem z Eldtrichem był też gitarzysta Gary Marx. Panowie Andrew Eldritcha, Gary Marx, Wayne Hussey, Craig Adamsa a także oczywiście Dr Avalanche (automat perkusyjny) w 1985 roku tworzyli jeden z bardziej intrygujących składów The Sisters of Mercy.

Rok 1985 był w ogóle przełomowy dla TSoM. Nie tylko dlatego, że ukazała się na rynku debiutancka płyta zespołu, ale też dlatego, że grupa prawie rozpadła się. Panowie pokłócili się ze sobą i z grupy odeszli: Craig Adams, Wayne Hussey a także Gary Marx. Adams i Hussey postanowili wtedy założyć nowy zespół, który pierwotnie miał nosić nazwę The Sisterhood. Eldritchowi jednak ten pomysł nie przypadł do gustu i postanowił zablokować powstanie The Sisterhood. Eldritch, ubiegając ex-kolegów, naprędce zmontował nowy skład i wydał płytę jako The Sisterhood pt. "The Gift". W skład projektu weszli także: Lucas Fox (perkusja), Patricia Morrison (gitara basowa oraz śpiew), James Ray (gitara i śpiew) a także Alan Vega (z zespołu Suicide) (syntezator oraz śpiew).

Wokół The Cure

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Zespołu The Cure nikomu bliżej przedstawiać nie trzeba. Przypomnijmy tylko, że początki grupy sięgają stycznia 1976 roku, gdy Robert Smith wraz z trójka szkolnych kolegów w miasteczku Crawley, w sali kościoła St.Edwards odbyli pierwszą próbę swojego amatorskiego zespołu Malice. I to był początek drogi Roberta Smitha, który dzięki grupie The Cure, w którą w końcu przekształciła się formacja Malice, stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych muzyków ery postpunkowej.

Chciałbym jednak spojrzeć nieco z innej perspektywy na Roberta Smitha i The Cure. Bo aktywność Roberta Smitha nie sprowadzała się tylko do liderowanie The Cure. W pierwszych latach działalności muzycznej często współpracował z muzykami Siouxsie and the Banshees - czyli Siouxsie Sioux i Stevenem Severinem. W latach 1983-84 był nawet stałym członkiem Siouxsie and the Banshees i uczestniczył, jako gitarzysta i keyboardzista, w nagraniu płyty "Hyæna" wydanej w 1984 roku.

Duran Duran, czyli pop w dobrym guście

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Duran Duran to brytyjski zespół utworzony w 1978 w Birmingham przez basistę Johna Taylora i klawiszowca Nicka Rhodesa. Na początku nazywał się RAF (skrót od Royal Air Force), w końcu przyjął jednak nazwę na część naukowca "Durand Duranda" z włosko-francuskiego filmu SF z 1968 roku pt. „Barbarella”. W 1981 roku grupa wydała debiutancki album pt. "Duran Duran", który osiągnął 3. pozycję na brytyjskiej liście sprzedażowej. Popularnością cieszyły się utwory: „Planet Earth” i „Girls On Film”. W pierwszej połowie lat 80. grupa wylansowała kilkanaście kolejnych hitów m.in. "Hungry Like the Wolf", "The Reflex", "The Wild Boys", "Is There Something I Should Know?" czy przebój napisany do jednego z "Bondów" pt. "A View To A Kill".

W 1985 roku zespół był na skraju rozpadu. Simon Le Bon, Nick Rhodes i Roger Taylor stworzyli grupę Arcadia i nagrali świetną płytę "So Red The Rose". Z kolei druga część Duran Duran - John Taylor i Andy Taylor stworzyli razem z Robertem Palmerem zespół The Power Station i nagrali płytę "The Power Station” z hitem "Some Like It Hot".

Eurythmics - długa droga do sukcesu

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Postaram się przybliżyć sylwetkę Annie Lennox i Davida Stewarta, którzy największy sukces odnieśli jako Eurythmics. Zanim to się jednak stało, przez kilka lat szukali swojego miejsca w show-biznesie. Zaczynali już w połowie lat 70. jako The Catch a następnie nagrali 3 albumy jako The Tourists. Najbliżej sukcesu The Tourists byli na drugiej płycie pt. "Reality Effect" wydanej w 1979 roku. Pochodzi z niej m.in. utwór „I Only Want to Be with You” - cover nagrania Dusty Springfield, który zaistniał na brytyjskiej liście przebojów, ale grupa nie odniosła dużego sukcesu, co spowodowało rozpad The Tourists w 1980 roku. Lennox i Stewart byli jednak zdeterminowani by osiągnąć sukces i w końcu dopięli swego.

Po rozpadzie The Tourists założyli grupę Eurythmics, która jednak początkowo również nie mogła się przebić. Pierwsza płyta "In The Garden" z 1981 roku przeszła bez echa. Dopiero wydany pod koniec 1982 roku singiel „Love Is a Stranger” a przede wszystkim następny singiel z 1983 roku „Sweet Dreams (Are Made of This)” spowodowały, że kariera duetu nabrała tempa. Sukces odniosły też longplaye "Sweet Dreams (Are Made of This)" i "Touch" - obie wydane w 1983 roku. Grupa wpisywała się na nich w nurt syntezatorowego popu, choć od początku wprowadzała też elementy innych brzmień. Od płyty "Be Yourself Tonight" z 1985 roku brzmienie Eurythmics jednak coraz bardziej ewoluowało w stronę muzyki środka z elementami popu czy soulu. To z niej pochodził inny wielki przebój grupy pt. "There Must Be An Angel (Playing With My Heart)".

Weterani wciąż na topie

144 odsłon
Tagi:

Tekst ukazał się na niestniejącej stronie Prawa Łódź

 

Weterani wciąż na topie

O kim mowa? O weteranach, klasykach muzyki rockowej. Może nie do końca są na topie, ale pozostają wciąż w grze.

Odeszli od nas...

Tekst ukazał się na niestniejącej stronie Prawa Łódź

 

Odeszli od nas...

W ciągu kilku miesięcy 2020 roku pożegnaliśmy kilka ważnych postaci świata muzyki, o których trzeba wspomnieć.

Zasada inżyniera Mamonia czyli muzyczna Brzytwa Ockhama

187 odsłon

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

Zasada inżyniera Mamonia czyli muzyczna Brzytwa Ockhama

W filmie "Rejs" inżynier Mamoń, grany przez Zbigniewa Maklakiewicza, stwierdza: "mnie się podobają te melodie, które już raz słyszałem". Nie ukrywam, że wdrażam tę zasadę z sukcesem (dla siebie) od wielu lat. Nie szukam nowych twórców, bo nie jestem w stanie przesłuchać wszystkich starych nagrań znanych mi twórców, których jeszcze nie słyszałem a których jest masa i które potencjalnie są bardziej wartościowe od nowości. Nowymi zespołami nadal dla mnie są te, które debiutowały przed kilkunastu a nawet i dwudziestu laty. Dlatego słucham nowości od twórców mi doskonale znanych lub tych "nowych", których włączyłem do swojego "panteonu" twórców, którymi się interesuję. Dodam dla przykładu, ze ci "nowi", których twórczością interesuję się tak jak artystami "moimi" starymi to m.in.: Muse, Editors, Interpol, White Lies czy Hurts. Taki Muse obecny jest na scenie od 20 lat. Muszę więc przyznać, że bardzo opornie przychodzi mi przyswajanie "nowości" :). Ale jak już przyswoję, to śledzę ich twórczość zgodnie ze wspomnianą zasadą inżyniera Mamonia, czyli słucham wszystkich nowości i starości pochodzących od akceptowalnych przeze mnie wykonawców niezależnie od tego czy płyta jest dobra czy zła. Pewnie gdzieś tam istnieje nowy zespół, który wydał płytę lepszą od nowych propozycji "moich" wykonawców. Tylko czy naprawdę taka płyta wnosi coś nowego? Moim zdaniem nie może się to zdarzyć, gdyż we współczesnej muzyce szeroko rozumianego POP-u i alternatywy wymyślono już wszystko. Nowi twórcy może i nagrywają ciekawe i wartościowe albumy, ale wszystko co są w stanie stworzyć to jedynie kompilacja tego, co już powstało wcześniej. Oczywiście nie chcę deprecjonować ich twórczości. Tylko każdy musi przyjąć jakąś metodę ograniczenia inflacji muzyki, która współcześnie występuje. Zasada inżyniera Mamonia jest moją muzyczną Brzytwą Ockhama, którą stosuję.

Andrzej Korasiewicz
03.01.2019 r.

The Young Gods - szwajcarscy klasycy (post)industrialu

Tekst ze strony blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku (zaktualizowana wersja tekstu ze strony Alternativepop.pl z 2003 roku)

The Young Gods to szwajcarska grupa, która powstała w 1985 roku we Fryburgu. Debiutowała w 1986 roku singlem „Envoyé!”, który poprzedził wraz z drugim nagraniem singlowym "Did You Miss Me?" wydanie nakładem niezależnej wytwórni Organik Rec. pierwszej płyty. Album pt. „The Young Gods” stał się prawdziwym objawieniem. Oto jak pisał o nim w 1988 roku na łamach „Magazynu Muzycznego”  Przemysław Mroczek : „Jak tu recenzować płytę, która przez dziennikarzy Melody Maker uznana została albumem 1987 roku?[...]Muzyka The Young Gods to właśnie samplery, a także głos i akustyczna perkusja. Czy muzycy szwajcarskiego tria są nowatorami ? Nie! Oni zastosowali samplery w niespotykanej dotąd skali. Słuchając albumu nie sposób przyporządkować poszczególnych dźwięków czemukolwiek znanemu. Nawet „metalowa” gitara w utworze „Feu” wcale nie jest gitarą. [...] Wydawać się może, że tworzenie muzyki na komputery nie wymaga wyobraźni. Nic bardziej błędnego. Potrzeba dużej wyobraźni, aby przekazać ją maszynie, która rozróżni tylko zera i jedynki”. Muzycy Young Gods uchodzili za jeden z pierwszych zespołów, który całą muzykę tworzył wyłącznie za pomocą samplerów. Dodatkowym charakterystycznym elementem twórczości TYG było to, że muzycy wykonywali  swoje kompozycje po francusku. Klimat muzyki TYG był niesamowity i zespół na przełomie lat 80/90 cieszył się wręcz kultową popularnością w kręgach niezależnych. Zespół wystąpił w 1990 roku na koncercie we Wrocławiu a także w 1992 roku brał udział w katowickim festiwalu „Odjazdy”. Później przyjeżdżał do Polski jeszcze kilkakrotnie. Druga płyta TYG , wydana w 1989 roku, „L’eau rouge” ukazała się już nakładem słynnej wytwórni belgijskiej Play It Again Sam (PIAS). Repertuar był podobny do pierwszej, ale album został uznany za „dojrzalszy”.

Następną pozycją w dyskografii TYG była płyta z przeróbkami utworów Kurta Weilla. Zespół w 1989 roku dostał propozycję nagrania utworów Weila od organizatorów festiwalu poświęconego jego twórczości. Efektem tego był album „Play Kurt Weill” wydany w 1991 roku. W 1992 roku ukazała się trzecia regularna płyta TYG – „TV Sky”. Na fali popularności grunge'u i muzyki gitarowej Szwajcarzy zastosowali niemal kakofonię gitar elektrycznych nadając muzyce bardziej rockowego charakteru. Podobne przeobrażenie, z zespołu wykorzystującego wyłącznie elektronikę w grupę grającą rock industrialny, było udziałem np. Ministry. Wielu starym fanom The Young Gods nowe oblicze i brzmienie grupy nie odpowiadało. Zespół zdobył jednak duże uznanie wśród publiczności rockowej i mainstreamowych krytyków. Muzykę grupy przyrównywano wtedy do dokonań wspomnianego Ministry. Zespół wyruszył w trasę koncertową promującą płytę „TV Sky”. Efektem był album koncertowy pt. „Live Sky Tour” wydany w 1993 roku.

W 1995 roku grupa wydała album "Only Heaven", który wzbudził skrajne oceny. U jednych zachwyt, inni uważali, że zespół zagubił się  i nie do końca wiedział  jaką pójść drogą. Wszyscy spodziewali się kolejnej płyty rockowej, tymczasem TYG postanowili pójść z duchem czasu. Po fali grunge'u na popularności zyskiwało techno i gatunki pokrewne. Szybki rozwój w latach 90. przeżywało także electro-EBM. Znalazło to swoje odbicie na "Only Heaven". Już wydana w 1995 roku epka z remiksami utworu „Kissing the Sun” wskazywała na nowy kierunek rozwoju Szwajcarów. Remiksy zaprezentowali m.in. Sascha z KMFDM oraz klasyk muzyki elektronicznej - Meat Beat Manifesto. W istocie „Only Heaven” to koncept album z 16 minutowym utworem „Moon Revolution” na czele.

Syntetyczne brzmienie Republiki na trzeciej płycie?

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

 

Syntetyczne brzmienie Republiki na trzeciej płycie?

Brzmienie syntetyczne jest już na drugiej płycie Republiki. Na "Nieustannym tangu" są 3 utwory, w których mamy elektroniczną, programowaną perkusję ("Hibernatus", "Wielki hipnotyzer", "Na barykadach walka trwa"). Płytę realizował Wesołowski, który za chwilę stworzył Papa Dance. Mimo wszystko "Nieustanne tango" brzmi republikańsko.

"Republika - Nieustanne tango" Leszka Gnoińskiego - czyli jak trzecia płyta Republiki stała się pierwszą płytą Obywatela G.C.

Tekst ze strony  blog.alternativepop.pl, która działała po zawieszeniu serwisu Alternativepop.pl w 2015 roku

"Republika - Nieustanne tango" Leszka Gnoińskiego - czyli jak trzecia płyta Republiki stała się pierwszą płytą Obywatela G.C.


Czytam właśnie książkę "Republika - Nieustanne tango" Leszka Gnoińskiego. Kluczową kwestią dla mnie jest jak doszło do rozpadu Republiki w 1986 roku.

Poszło głównie o tantiemy. Wcześniej muzycy ustalili z Ciechowskim, że jako autorzy muzyki będą wykazani wszyscy członkowie zespołu, żeby oni też coś z tego mieli. Niestety Ciechowski wyparł się tych ustaleń twierdząc, że nie pamięta, żeby takie ustalenia miały miejsce a poza tym sytuacja się u niego zmieniła, bo ma "w tej chwili na utrzymaniu dwie rodziny". I o to poszło.

7JK - rozmowa z Maćkiem Frettem (7JK), kwiecień-maj 2012 r.

7JK - rozmowa z Maćkiem Frettem (7JK), kwiecień-maj 2012 r.

25 maja 2012 r. to data oficjalnej premiery płyty „Anthems Flesh” nowego projektu 7JK. Z tej okazji zadaliśmy kilka pytań na temat wydawnictwa jednemu z członków projektu – Maćkowi Fretowi.  
 
Alternativepop.pl: 7JK to wspólny projekt Matta Howdena (Sieben) i Job Karmy. Wspólne występy na scenie i wasza współpraca trwa już od kilku lat. Możesz przypomnieć jak do niej doszło oraz kiedy powstał pomysł nagrania wspólnej płyty?

Maciek Frett: Po raz pierwszy spotkaliśmy się przy okazji WIFu w 2004 roku, od tej pory na nasze zaproszenie Matt grał w Polsce wiele razy jako Sieben czy Hawthorn. Zagraliśmy wiele wspólnych koncertów, podczas których następował moment że dołączaliśmy do niego na scenie i  akompaniowaliśmy mu swoją elektroniką a on na podobnej zasadzie pojawiał się przy naszym wystąpieniu.  W grudniu 2010 roku spotkaliśmy się na festiwalu w Estonii, wtedy też powstał pomysł aby nagrać split EP, szybko nawet znalazł się wydawca. Jednak po nagraniu czterech kompozycji doszliśmy do wniosku, że współpraca tak dobrze się układa, że warto poświecić więcej czasu i nagrać pełnowymiarową płytę, a całości nadać  kształt całkiem nowego zespołu.

Alternativepop.pl: Co oznacza nazwa 7JK i jaki efekt artystyczny chcieliście osiągnać jako 7JK? Czy było jakieś ogólne założenie co do stylistyki i tematyki, wokół której będzie poruszać 7JK? Czy raczej sami byliście ciekawi jaki będzie efekt końcowy?

The Cure - lekarstwo na egzystencjalny ból

The Cure - lekarstwo na egzystencjalny ból

Ich powrót na scenę po czteroletniej nieobecności był sporym wydarzeniem, o czym świadczy choćby podsumowanie roku 2004, dokonane przez czytelników "Teraz Rocka". Pomimo upływu lat, nie dają wyprzeć się młodej konkurencji, zapisując kolejne rozdziały historii muzyki rockowej. Panie i panowie przed Wami The Cure !

Jak wiele zawdzięczamy punk rockowej rewolucji, możemy się przekonać słuchając licznych zespołów, debiutujących kilka lat po jej wybuchu. Oprócz olbrzymiej liczby przeciętnych naśladowców, nie wychodzących poza utarty schemat, pojawiły się też grupy, dla których punk rock był tylko punktem wyjścia. Tak też było w przypadku Easy Cure, które po pewnym czasie skróciło swą nazwę debiutując już jako The Cure. Nie był to może debiut na miarę The Doors, jednak tym co dawało nadzieję na przyszłość była autentyczność wokalisty oraz ciekawe, melancholijne piosenki osadzone w duchu punkowym. Jak wspomniałem, stanowiło to dopiero punkt wyjścia, na bazie, której The Cure zbudowało swój łatwo rozpoznawalny styl.

Właściwa część mrocznej podróży w świat Roberta Smitha, lidera grupy, rozpoczęła się wraz z albumem „Seventeen Seconds” (1980). To już zupełnie inny zespół. Co się stało przez ten rok, nie wiadomo, ale chwała im za to, bo stworzyli dźwięki, które poruszają, wprawiają w zadumę, a co najważniejsze na długo zostają w pamięci. To niewielkie ziarenko wydało imponujący plon. Kontynuacją obranej drogi był niezwykle sugestywny „Faith” (1981), poruszający kwestie wiary, a zwiastujący opus magnum w postaci „Pornography” (1982).

Style w muzyce - wolna interpretacja

Gatunki w muzyce, czyli szufladki, to coś z czym nie wiadomo do końca co zrobić. Większość fanów podchodzi do szufladek muzycznych jak do jeża. Niby są potrzebne, ale lepiej się do nich nie zbliżać. Krytykowanie podziałów jest zawsze w modzie, a ci którzy dzielą muzykę na kategorie i style są łatwym obiektem ataków.

I nie ma w tym nic dziwnego. No bo do jakiego stylu zaliczyć np. Kraftwerk? Wydawałoby się, że nie powinno być z tym problemów. A jednak. Czy Kraftwerk to electro? elektronika ? ambient? postindustrial? preindustrial? a może kraut rock? Po trosze wszystko...

Wielu popuka się w czoło i powie. No właśnie, po co dzielić muzykę? Mamy dzisiaj mozaikę różnych styli i prawie nie ma wykonawców, którzy tworzą jednorodną stylistycznie muzykę. Nie lepiej dzielić ją po prostu na dobrą i złą? To brzmi efektownie. Niech liczy się tylko muzyka dobra i zła. No tak... Ale przecież różnica np. między muzyką Andrzeja Jagodzińskiego a wspomnianym Kraftwerk jest wyraźna. I jedna i druga jest dobra, ale miłośnik Jagodzińskiego niekoniecznie musi polubić Kraftwerk. Nie znaczy to, że nie może, ale nie każdy miłośnik jazzu lubi muzykę elektroniczną. I vice versa. A jak początkujący fan jazzu może dowiedzieć się o tym, czy Kraftwerk gra muzykę podobną do Jagodzińskiego? Ano właśnie z opisów zawierających autorytatywne stwierdzenia w rodzaju" "to kawałek dobrego jazzu" , "niezłe electro"... Czyli właśnie dzięki podziałowi na style.

Człowiek jest zwierzęciem rozumnym. Umie nazywać rzeczy, idee i opisywać sztukę. Nie każdy musi to robić. Ale taki obowiązek mają dziennikarze. To jest powinność wobec czytelnika. Trzeba nazywać i opisywać, chociażby po to, żeby ktoś mógł to zanegować;). Po to, żeby czytelnik mógł stwierdzić, że recenzent X jest idiotą, bo przecież Nuspirit Helsinki nie gra nu jazzu, ale easy listening. A może właśnie gra? Nie wiem ;).

Gotyk - muzyka gotycka i pochodne

Gotyk - muzyka gotycka i pochodne

Muzyka gotycka to termin, który należy traktować czysto umownie jak większość zresztą nazw styli i gatunków muzyki rozrywkowej. Stylem, który zapoczątkował tę muzykę jest wywodzący się z tradycji punk rocka - rock gotycki.

Postpunk/cold wave

Korzenie rocka gotyckiego sięgają bezpośrednio postpunkowego boomu przełomu lat 70. i 80. wiążąc się z powstaniem takich zespołów jak Bauhaus, The Cure, Siouxsie and The Banshees, czy Joy Division. Jednym z pierwszych centrów rocka gotyckiego stał się brytyjski klub Batcave (Jaskinia Nietoperzy), znajdujący się w dzielnicy Londynu Soho. To właśnie tam na początku lat 80. występowały zespoły grające "mrocznego punka". Wspomniany Bauhaus a także dzisiaj zapomniane już Flesh For Lulu czy UK Decay. W klubie występował też Alien Sex Fiend, co do którego zawsze były wątpliwości jak właściwie określić ich twórczość. Rockiem gotyckim ciężko nazwać tę muzykę, z drugiej jednak strony image a także sama muzyka daleka od twórców kojarzonych z początkami gotyku nie była. Nie wszystkie zespoły z tamtego okresu są pamiętane i nie wszystkie warte są uwagi. Niezmiennie jednak punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń fanów gotyku są tacy twórcy jak: Bauhaus, Siouxsie and The Banshese czy The Cure z okresu do płyty "The Top". Warty uwagi jest też poprzez swoją odrębność i niezależność muzyczną Alien Sex Fiend.

Isis - piękno z dna oceanu, rozmowa z muzykami Isis, 17.10.2004 r.

Isis - piękno z dna oceanu, rozmowa z muzykami Isis, 17.10.2004 r.

Z muzykami Isis rozmawia Łukasz Wiśniewski (Szelak), 17.10.2004 r.

Poniżej przedstawiam dość wyczerpujący wywiad z muzykami formacji Isis, która przed dwoma laty swoim albumem "Oceanic", nagranym dla Ipecac wywołała małą rewolucję na scenie noisowo-alternatywnej. W przededniu ukazania się kolejnej płyty ci niezwykle mili i skromni Amerykanie odpowiedzieli mi na kilka pytań dotyczących głównie ostatniego zamieszania wokół Isis oraz oczywiście ich wyczekiwanego krążka. Miłej lektury.

Alternativepop.pl: Po pierwsze, kto odpowiada i dlaczego Isis to obecnie jeden z najlepszych gitarowych zespołów ? :-)

C.H. District - rozmowa z Mirosławem Matyasikiem o IDM, industrialu i wpływach Autechre, 14.07.2004 r.

151 odsłon
Tagi:

C.H. District - rozmowa z Mirosławem Matyasikiem o IDM, industrialu i wpływach Autechre, 14.07.2004 r.

Z Mirosławem Matyasikiem tworzącym projekt C.H. District rozmawia Tomasz Właziński

Alternativepop.pl: Witaj. Na początek gratulacje za tak udane płyty! Jak długo tworzysz muzykę i czy zaliczyłbyś swoją twórczość do tzw. IDM?

C.H. District: Witam. Dziękuję bardzo. Cieszę się, że to, co robię trafia do ludzi i spotyka się z naprawdę pozytywnym odbiorem - to bardzo budujące. Z muzyką mam do czynienia od bardzo dawna. Początki były dość prozaiczne - kilka mniej lub bardziej udanych kapel hard-core/punk - etat perkusisty :). Pierwsze próby z elektroniką - przełom 95/96. Czy zaliczyłbym to, co robię do IDM? hmmm... nie przepadam za konkretnym szeregowaniem jakichkolwiek form twórczych poszczególnym "szufladkom". IDM jest jednak w tej chwili tak obszernym zjawiskiem, że nie mam nic, przeciwko jeśli ktoś przykleja mi taką łatkę.

Miguel and the Living Dead - rozmowa z Nerve69 o początkach grupy oraz o tym czym jest a czym nie jest rock gotycki, 04.07.2004 r.

143 odsłon
Tagi:

Miguel and the Living Dead - rozmowa z Nerve69 o początkach grupy oraz o tym czym jest a czym nie jest rock gotycki 04.07.2004 r.

Z Nerve69, założycielem Miguel and the Living Dead rozmawia Tomasz Musialik (Laurel)

Alternativepop.pl: Formacja Miguel and the Living Dead istnieje od niedawna. Piotrze, co Cię skłoniło do założenia tego zespołu i grania takiej muzyki, jaką wykonujecie? Jak wiadomo deathrock czy horror punk są w Polsce muzyką niszową, która w zasadzie nie ma swojej publiki.

Miguel and the Living Dead: I właśnie dlatego postanowiłem ruszyć z tym projektem. Kiedy zaczynałem robić pierwsze numery, jakoś latem 2001, wtedy to była jeszcze jednoosobowa zabawa, sytuacja na tzw. mrocznej scenie była fatalna... Zresztą jest tak w sumie do dzisiaj. Dla polskiej młodzieży gotyk oznacza albo goth metal i natchnione nowotwory w stylu Artrosis, albo romantyczne uniesienia darkwave'owców, albo 11779 wariacje na temat Nephilim i The Mission, albo - to już zupełny dramat - elektro-łupanki typu Apoptygma Berzerk i inne tego typu syfy. Co poniektórzy, siedzący dłużej w tej muzyce pamiętają może coś z lat 80., jakieś postpunkowe i falowe rzeczy typu Killing Joke, Kommunity FK, Alien Sex Fiend czy Siouxsie, ale to raczej pokolenie obecnych trzydziesto i więcej -latków. Natomiast dla młodych ludzi wchodzących w ten temat wykładnią słowa "gotyk" jest coroczna żenada pt. Castle Party, gdzie tak naprawdę zespoły gotyckie można policzyć na palcach jednej ręki, czasem nawet wystarczy jeden palec - najlepiej środkowy. Podobnie w przypadku lokalnych imprez klubowych spod znaku "gotyk" - wszędzie króluje electro-industrial, darkwave, synthpop i raz na trzy godziny jeden numer Bauhausu albo Cure'a czy Joy. Ostatnio powoli coś się zmienia i klasyczny gotycki postpunk/deathrock można usłyszeć trochę częściej, mimo wszystko jednak nadal jest do bani. W porównaniu z Europą Zachodnią czy nawet Czechami i Słowacją jesteśmy zacofani aż wstyd. Dlatego właśnie powołałem do życia Miguela. Kapela powstała z intencją wskrzeszenia tej fantastycznej a zupełnie zapomnianej muzyki w naszym kraju. Co prawda działa u nas kilka znakomitych bandów odwołujących się bezpośrednio do stylistyki lat 80-tych - DHM, Eva czy Wieże Fabryk, ale wszystko to są zespoły, nazwijmy to "falowe". Mnie natomiast chodziło od początku o mięsisty punkowy gotyk a'la Batcave z diabelskim posmakiem rock'n'rolla. I przede wszystkim z czarnym poczuciem humoru w stylu Alien Sex Fiend czy 45 Grave. No i również image miał być odpowiednio stylowy. Na razie ta muza jest niszowa, jak to słusznie zaznaczyłeś. Ale jestem pewien, że za rok czy dwa, kiedy moda na deathrocka przyjdzie do nas - jak zwykle - z Niemiec, sytuacja zmieni się diametralnie i nagle parkiety klubów gotyckich wypełnią się młodzieżą pląsającą przy The Damned, Play Dead i Ausgangu. No, mam przynajmniej taką nadzieję...

One Millon Bulgarians - rozmowa z Jackiem Langiem, liderem grupy, 08.06.2004 r.

One Millon Bulgarians - rozmowa z Jackiem Langiem, liderem grupy, 08.06.2004 r.

Z z Jackiem Langiem, liderem One Millon Bulgarians, rozmawia Mateusz Rękawek

Alternativepop.pl: Można tylko pogratulować TAKIEGO powrotu. Niewielu się to udaje, ale Bułgarzy udowodnili, że można i wystarczy tylko chcieć. Co działo się z zespołem przez lata niebytu?

Jacek Lang: Od ostatniego albumu, "Langusty", zmieniło się wiele w One Million Bulgarians, w życiu członków zespołu, w moim...też. Jestem jedynym członkiem starego składu, był on przez lata całkowicie zmieniany i przetwarzany. Było to dziewieć lat poszukiwań, eksperymentów muzycznych i przemian, które według mnie były konieczne, ponieważ nie lubię stać w miejscu... Istotny jest również fakt straconego czasu z powodu współpracy z ludźmi, nazwijmy to po imieniu, nieodpowiednimi.

Ultravox - romantyczni czarodzieje

Ultravox - romantyczni czarodzieje

Przez niektórych uznawany za sztampowy, kiczowaty i "pusty" styl określany jako new romantic - niefortunnie zresztą - był tak naprawdę kuźnią zespołów jednego przeboju. W muzyce pop niewiele od tamtej pory uległo zmianie. Na listach nadal królują gwiazdy jednego sezonu, które szybko odchodzą w niepamięć. I tak też było w latach osiemdziesiątych. Mimo to, styl ten wydał wiele wspaniałych płyt a wśród nich jedno arcydzieło - "Viennę" Ultravox. I chociaż od jej nagrania minęło niemalże ćwierć wieku, nadal wywołuje wspaniałe emocje i daleko jej do kiczu czy sztampy.

Billy Currie, Chris Cross, Warenn Cann, John Foxx i Steve Shears zebrali się po raz pierwszy w 1973 roku przyjmując nazwę Tiger Lilly. W czasach gdy światowy mainstream opierał się głównie na prostych utworach a ambitna muzyka była na drugim planie, pięciu Brytyjczykom trudno było zaistnieć. Gdy wybuchł punk rock tym bardziej - zespoły wykorzystujące syntezatory były nienawidzone przez ortodoksyjną publiczność. Pod koniec lat siedemdziesiątych, po zmianie nazwy i wydaniu trzech płyt, Ultravox wciąż nie mógł znaleźć miejsca w czołówce. Krytykom trudno było zrozumieć tą dziwną, daleką od patosu, ale i nie surową muzykę. Aż na horyzoncie pojawił się Steve Strange ze swym projektem Visage.

:Wumpscut: - rozmowa z Rudym Ratzingerem, 27.02.2004 r.

129 odsłon
Tagi:

:Wumpscut: - rozmowa z Rudym Ratzingerem, 27.02.2004 r.

Poniżej rozmowa z Rudym Ratzingerem, założycielem jednoosobowego projektu :Wumpscut:. Ratzinger okazał sie niezbyt rozmowny, ale czegoś z tego wywiadu można się jednak dowiedzieć. Zresztą zobaczcie sami...

Alternativepop.pl: Kiedy dokładnie ukaże się zapowiadany album :Wumpscut: i czego możemy się po nim spodziewać?

Rudy Ratzinger: Chyba 15 Marca? Perkusja tym razem będzie bardzo wojownicza...

Moan - rozmowa o industrialu i nie tylko z Rafałem Sądejem, 07.12.2003 r.

Moan - rozmowa o industrialu i nie tylko z Rafałem Sądejem, 07.12.2003 r.

Z Rafałem Sądejem, twórcą projektu Moan rozmawia Tomasz Właziński

www.moan.pl
www.moanpl.bandcamp.com

Alternativepop.pl: Muzyka jaką prezentuje Moan to ambient/industrial. Tak przynajmniej jest określana. Moim zdaniem Moan najbliżej jest jednak industrialowi. A z jakim gatunkiem Ty utożsamiasz się najbardziej?

Matt Elliott - rozmowa z twórcą The Third Eye Foundation o bristolskim duchu, Arvo Parcie, filmach i literaturze, 27.08.2003 r.

Matt Elliott - rozmowa z twórcą The Third Eye Foundation o bristolskim duchu, Arvo Parcie, filmach i literaturze, 27.08.2003 r.

Z Mattem Elliottem rozmawia Łukasz Wiśniewski (Szelak), 27.08.2003 r.

Matt Elliott - Multiinstrumentalista, syn katoliczki, która przeszła na prawosławie, niegdyś poważnie zaangażowany w działalność pro-ekologiczną, zdobył doświadczenie i wiedzę jako pracownik sklepu muzycznego-spełnienie marzeń chyba wszystkich muzyków, współpracownik takich kultowych kapel jak m.in. Flying Saucer Attack, AMP czy Movietone. Niemal dekadę temu powołał do życia własny projekt - Third Eye Foundation, stając się jednym z najważniejszych artystów lat 90. Pikanterii jego muzyce dodaje fakt, że będąc od zawsze bristolczykiem, radykalnie odciął się od tamtejszych triphopowych gwiazdorów - z Massive Attack na czele. Po czterech wspaniałych albumach studyjnych - nie liczę dwóch zbiorów z remiksami - Elliott zerwał z nazwą 3EF. Wiosną tego roku już pod swoim prawdziwym nazwiskiem wydał "The mess we made" - kolejną doskonałą, choć znacznie już spokojniejszą, kameralną płytę dla Domino. Będąc na jego internetowej stronie, znalazłem mail kontaktowy Elliotta. Zaryzykowałem, nic przecież nie tracąc, no i napisałem. Okazał się zaskakująco miłym człowiekiem, przesłał mi swój pierwszy, niedostępny właściwie album i zgodził się bez żadnych zastrzeżeń udzielić krótkiego wywiadu dla Alternativepop.pl. Mam nadzieję, że choć trochę przybliży on sylwetkę tego niezwykłego artysty.

Alternativepop.pl: Jakie jest przesłanie Matta Elliotta dla świata?

Clan of Xymox - rozmowa z Ronny Mooringsem o remiksach, festiwalu Marchewka w 1988 r., koncertach w Meksyku i występach jako Xymox, sierpień 2003 r.

Clan of Xymox - rozmowa z Ronny Mooringsem o remiksach, festiwalu Marchewka w 1988 r., koncertach w Meksyku i występach jako Xymox, sierpień 2003 r.

Z Ronny Mooringsem, liderem Clan of Xymox rozmawia Tomasz Musialik (Laurel), tłumaczenie: Jouloupukki

Alternativepop.pl: Dwa ostatnie wydawnictwa CoX zawierały głównie remiksy. Jaka jest twoja opinia o tych albumach: "Remixes from the Underground" i "There's No Tomorrow"?

Clan of Xymox: Po wydaniu "Notes from the Underground" zrodziła się idea, by zrobić z tym coś więcej, by poprosić ludzi o zrobienie remiksów. Przez lata byliśmy pytani czemu nie publikujemy żadnych innych wersji naszych kawałków. Teraz wydaje się być ku temu dogodny czas, zwłaszcza że obecnie można stosunkowo łatwo zrobić takie rzeczy, wykorzystując technikę komputerową. Zapytałem kapele z mojego bliskiego otoczenia, czy są zainteresowane zrobieniem remiksów, ale tak, by brzmiały w charakterystyczny dla ICH stylu sposób. Preferowałem brzmienia pozbawione gitar, gdyż w ten sposób przeróbki brzmiałyby zupełnie inaczej, niż oryginalne nagrania. Po wielu entuzjastycznych reakcjach rozesłałem mastery do wszystkich zainteresowanych zrobieniem remiksów. Materiał z "The Remixes from the Underground" zaskoczył mnie wysoką jakością kawałków wszystkich zaangażowanych w projekt kapel, byłem tym bardzo uszczęśliwiony. Lubię wszystkie remiksy z przeróżnych powodów, każda z kapel zrobiła co tylko się da by odcisnąć na kawałkach charakterystyczny ślad swojego stylu, z tego też powodu wszystkie one są na tyle zróżnicowane, że nie wiesz, czego się za chwilę spodziewać. W ten sposób całość trzyma cię przed głośnikami w ciągłej niepewności. Większość zespołów znałem już z wcześniejszych kontaktów, zawsze spotyka się różnych artystów na koncertach, festiwalach, etc. To że wiekszość wykonawców wywodzi się z kręgów electro można całkiem łatwo wytłumaczyć - większość gitarowo zorientowanych twórców nie posiada odpowiedniego sprzętu komputerowego, który jest niezbędny do zrobienia remiksów. Nie chcę tu wnikać w szczegóły techniczne, ale jeśli ślesz komuś dysk, to ten ktoś powinien mieć odpowiednie oprogramowanie, etc, by móc je odczytać. Czasami ludzie nie rozumieją idei remiksów, ale dla mnie powinny brzmieć inaczej niż oryginalne kawałki, w przeciwnym razie jaki byłby sens ich robienia? Remiksujący artysta ma wolną rękę, więc robi co tylko się mu podoba i jeśli rezultat jest satysfakcjonujący, remiks zostanie opublikowany. Podczas pracy nad singlem nie obowiązują cię takie restrykcje, jak podczas tworzenia materiału na normalny album. Według mnie album nie powinien zawierać remiksów, a w ostateczności naprawdę niewiele, ponieważ burzą one płynność zawartego w nim materiału. "There's No Tomorrow" jest ubiegłorocznym singlem, małym przedsmakiem tego, co znajdzie się na płycie "Farewell". Tytułowy utwór zremiksowany został przez The Frozen Autumn, Fading Colours i Run Level Zero, poza tym znalazły się tam również dwa dodatkowe kawałki: "Courageous" i "The Second Time". Utwór "There's No Tomorrow" jest moim zdecydowanym faworytem, który działa na mnie w 2003 roku tak, jak "A Day" oddziaływał w latach 80..

Common Dream - rozmowa z muzykami polskiego przedstawiciela synth pop, 24.07.2003 r.

159 odsłon
Tagi:

Common Dream - rozmowa z muzykami polskiego przedstawiciela synth pop, 24.07.2003 r.

Z muzykami Common Dream rozmawia Andzej Korasiewicz

Skład Common Dream:
Konrad Niedojadło - wokal, gitara elektryczna, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie
Dawid Niedojadło - instrumenty klawiszowe, programowanie
Tomasz Różowski - instrumenty klawiszowe, programowanie, sample

Alternativepop.pl: Cześć. Na początek powiedzcie parę słów o Common Dream. Skąd wziął się pomysł na robienie muzyki i dlaczego właśnie taka muzyka a nie inna?

Nemezis i Requiem Records - rozmowa z Łukaszem Pawlakiem o jubileuszu wytwórni a także projekcie Nemezis, 06.07.2003 r.

Nemezis i Requiem Records - rozmowa z Łukaszem Pawlakiem o jubileuszu wytwórni a także projekcie Nemezis, 06.07.2003 r.

Z Łukaszem Pawlakiem rozmawia Tomasz Właziński.

Alternativepop.pl: Na początku chciałbym pogratulować Ci dziesięciolecia Requiem. Czy spodziewałeś się kiedyś, że Requiem będzie tak uznaną marką i będzie miała na koncie tak wspaniałe wydawnictwa?

Łukasz Pawlak: Witaj. Dziękuje. Przez te wszystkie lata starałem się wypromować w kraju pewną stylistykę, formę muzyczną, mam nadzieję, że mi się to udało. Jednak coraz częściej zastanawiam się nad tą działalnością, czy ma ona sens. Zainteresowanie wydawnictwami Requiem słabnie. Wynika to na pewno z sytuacji gospodarczej kraju, ale także z tego, iż muzyki jest za dużo, ludzie coraz mniej mają ochotę jej szukać, wszystko dostają podane na tacy. Czasy się diametralnie zmieniły. Pięć, dziesięć lat temu w środowisku istniało kilka czasopism, wydawnictw, czy zespołów. Dziś w czasach łatwego dostępu do informacji i muzyki przytłacza nas ich ilość, skutkiem czego analizujemy je pobieżnie. Dawniej istotną rolę odgrywało "opakowanie" muzyki, obecnie wystarczy mp3. Requiem zawsze było gdzieś z boku. Trzy lata temu postanowiłem jednak poszerzyć grono słuchaczy.

O Requiem Records na dziesięciolecie

O Requiem Records na dziesięciolecie

Requiem to na polskiej scenie niezależnej wytwórnia niezwykle ważna. Dziesięciolecie istnienia jest dobrą okazją, aby przybliżyć historię jej działania. Głównym animatorem całego przedsięwzięcia jest Łukasz Pawlak, odpowiadający także za działalność ambientowej formacji Nemezis. W przeszłości znany też jako twórca industrialnego The Raport oraz kilku innych projektów takich jak Kuna, czy De Notre Dame. Prześledźmy zatem jak rozwijało się wydawnictwo Requiem Records od chwili powstania.

Początków działalności Requiem należy się doszukiwać w roku 1994. Wtedy to ukazuje się pierwsze wydawnictwo formacji Łukasza Pawlaka The Raport pt. "Publikacje 92-94". Muzyka jaka się znalazła na tym materiale to ciężki industrial, elektroakustyka. Nakład kasety - Requiem zaczynało od wydawania muzyki na kasetach magnetofonowych - wynosił wtedy zaledwie 40 egzemplarzy.

Boards of Canada - przyjaciele przy ognisku

129 odsłon
Tagi:

Boards of Canada - przyjaciele przy ognisku

Boards of Canada, znani całemu elektronicznemu światkowi, to dziś duet - Michael Sandison i Marcus Eoin. Początki BoC sięgają jednak lat siedemdziesiątych, kiedy obecni członkowie tej szkockiej formacji byli dziećmi. Z tej nostalgicznej, widzianej dziecięcym okiem, przeszłości wypływa wrażliwość artystyczna jednego z najciekawszych zespołów na dzisiejszej muzycznej scenie. Już okolicach roku 1980 Marcus wraz z przyjaciółmi stworzył zręby BoC, w których za pomocą pożyczonych syntezatorów, perkusji, czy magnetofonów szpulowych, przez które odgrywali przeróżne znalezione dźwięki, powstawały pierwsze eksperymenty muzyczne. Działalność grupy przyjaciół miała charakter interdyscyplinarny. Obok eksperymentalnych kolaży dźwiękowych powstawały też zdjęcia oraz filmy inspirowane programami edukacyjnymi i niskobudżetowymi serialami. W roku 1986 do zespołu dołączył Marcus i objął funkcję basisty.

W czasach popularności "uszminkowanego" rocka, BoC było jedyną grupą w swoim rejonie grającą elektroniczną, minimalistyczną muzykę. Często zmieniający się główny skład zespołu dawał sumę około czternastu członków zaangażowanych w ten audiowizualny projekt. W późnych latach osiemdziesiątych zespół ideologicznie dryfował w objęcia klimatów kontynuowanych jeszcze przez spadkobierców nowej fali. Coraz dłuższe filmy i esencjonalne projekty fotograficzne zdominowane były przez uczucia nostalgii i zagubienia. Równocześnie zaczął się kształtować rdzeń zespołu zredukowany do trzech członków. Lata 90. to już kres w pełni świadomej działalności artystycznego kolektywu. Wtedy jeszcze pod nazwą "Hexagon Sun" pochodzącą od fundacji studia o tej samej nazwie, rozpoczyna się okres, w którym muzycy swoje pomysły zaczynają realizować w szerszym kręgu. Nakładem ich własnego labelu Music70 ukazuje się kolejny album domowej produkcji, tym razem epka "Twoism", która wychodzi poza krąg przyjaciół i znajomych Michaela i Marcusa. Suche i twarde elektroniczne rytmy mieszają się na niej z melancholijnymi, sunącymi powoli melodiami, da się już wyczuć ów charakterystyczny styl brzmienia zespołu. Wydawnictwo dociera do elektronicznej wytwórni Skam. BoC nagrywają kolejną epkę, tym razem już w barwach manchesterskiej wytwórni. Zaczynają grać koncerty z Autechre i Panasonic & Cylob. Nakładem Warp i Play it Again Sam ukazują się ich remiksy utworów Michaela Fakescha "Surfaise" i Miry Calix "Sandsings" oraz Jacka Dangersa "Prime Audio Soup". W roku 1998 podpisują kontrakt z Warp i ukazuje się ich debiutancki longplay "Music Has the Right to Children". Album rewolucjonizujący i na nowo definiujący estetykę IDM poprzez dodanie do niej wątków emo. Obserwatorzy dzisiejszej sceny inteligentnej elektroniki nie bez powodu zauważają pojawienie się hybrydy zwanej emotroniką. Swój niebagatelny udział w formułowaniu tej estetyki ma Boards of Canada.

Oko orła

Lech Janerka - rozmowa o życiu jako walce, śmierci i o prawdzie oraz kiczu w muzyce, 11.01.2003 r.

142 odsłon
Tagi:

Lech Janerka - rozmowa o życiu jako walce, śmierci i o prawdzie oraz kiczu w muzyce, 11.01.2003 r.

Wywiad przeprowadzony przez Katarzynę Gizińską, 11.01.2003 r. w Płocku, tuż po finałowym koncercie w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Osoby w pokoju:

Lech Janerka, Bożena Janerka, Katarzyna Gizińska, Piotrek Majewski i Maciek Ganc z Radia Puls FM, Ewa Gryczon (fanka - nastolatka), pewien mężczyzna, który mógł być managerem bądź przyjacielem zespołu.

Pokój mały, około 3x4 m. Białe ściany. Drzwi wejściowe z prawej strony. W lewym rogu, przy prostopadłej do drzwi ścianie, stoi biurko. Przed nim leży jakiś instrument w pokrowcu. Dwa, trzy krzesła, mały, niski fotel - na nim siedzi Bożena. Okno. Na biurku stoi popielniczka.

DHC Meinhof - rozmowa z muzykami polskiej odpowiedzi na Atari Teenage Riot, 26.09.2002 r.

141 odsłon
Tagi:

DHC Meinhof - rozmowa z muzykami polskiej odpowiedzi na Atari Teenage Riot, 26.09.2002 r.

Z członkami grupy DHC Meinhof: Refuzerem, Miss Magg Destruction i Mattt669 rozmawia Tomasz Właziński

Alternativepop.pl: Może na początek opowiedz coś o zespole. Skąd pochodzice, jak długo gracie?

Refuzer: Nasza pierwotna nazwa brzmiała ALL SYSTEMS FAILURE i zaczęliśmy coś robić w połowie 2001 roku. Jednak wkrótce nieco zmieniliśmy koncepcję grania, która w końcu przybrała obecną formę, no i postanowilismy też zmienić nazwę. Skąd pochodzimy? Nie wiem czy dobrze Cię rozumiem, ale jeśli chodzi Ci o nasze zamieszkanie to działamy w Poznaniu, chociaż urodziłem się setki kilometrów stąd, a mieszkam tu od ponad trzech lat.

Skon - rozmowa z Danielem Cichowskim, twórcą jednego z pierwszych polskich projektów electro-industrial, 26.09.2002 r.

142 odsłon
Tagi:

Skon - rozmowa z Danielem Cichowskim, twórcą jednego z pierwszych polskich projektów electro-industrial, 26.09.2002 r.

Z Danielem Cichowskim, który występuje jako Skon rozmawia Andrzej Korasiewicz

Alternativepop.pl: Cześć. Może na początek powiedz parę słów o sobie. Skad jesteś, co robisz poza graniem jako Skon i w ogóle skąd wziął się pomysł robienia takiej muzyki?

Daniel Cichowski (Skon): Cześć! Pochodzę z Ziębic na Dolnym Śląsku. To małe miasto - ok 10 000 mieszkańców. W tym roku skończyłem 26 lat (masakra). Pracuję w firmie reklamowej we Wrocławiu jako grafik komputerowy. Niedługo znów zamierzam przeprowadzić się do Wrocławia, bo dojazdy to nieciekawa sprawa. A skąd pomysł tworzenia takiej muzyki... Od dawna fascynuję się muzyką ogólnie tzw. mroczną a electro-industrial wydaje się być idealnym środkiem wyrazu każdego rodzaju emocji i reakcji. Może być agresywny i może być spokojny.

Fading Colours - rozmowa z Leszkiem Rakowskim o nowej płycie i końcu mainstreamowej pozycji rocka, Bolków 27.07.2002 r.

Fading Colours - rozmowa z Leszkiem Rakowskim o nowej płycie i końcu mainstreamowej pozycji rocka, Bolków 27.07.2002 r.

Katarzyna Gizińska rozmawia w Bolkowie, podczas Castle Party z Leszkiem Rakowskim z Fading Colours.

Alternativepop.pl: Na Castle Party graliście już wiele razy. Czy zawsze oceniasz tak samo Wasze koncerty? Jak wypadł ostatni, tzn. wczorajszy występ?

Leszek Rakowski: Oczywiście każdy koncert jest inny. To zależy od miejsca, od ludzi, od tego, jak wypadnie to, co grasz, czyli po prostu od okoliczności zewnętrznych. A wczoraj generalnie było nieźle.

Hedone - rozmowa z Maciejem Werkiem, Łódź, 26.06.2002 r.

Hedone - rozmowa z Maciejem Werkiem, Łódź, 26.06.2002 r.

Z Maciejem Werkiem rozmawia Tomasz Właziński

Alternativepop.pl: Już od dosyć dawna nic nie słychać z obozu HEDONE. Powiedz co teraz się dzieje z Hedone? Czy będzie nowy materiał muzyczny?

Maciej Werk: Fakt, zapadłem w zbyt długi sen. Jak zwykle w życiu nie mamy wpływu na wszystko. Miałem absolutnie najgorsze póltora roku w moim życiu. Otarłem się o granicę śmierci mentalnej. Ale to już czas przeszły. Mam gotowy materiał na płytę. Czekam tylko aż mój przyjaciel Bartek Dziedzic (odpowiedzialny za brzmienie płyty "Sanctvarium", utwór Stripped i m.in. ostatnią płytę Lecha Janerki) będzie gotów do pracy. Myslę że stanie się to około sierpnia. Tym razem to on bedzie producentem.

Agressiva 69 - rozmowa z Bodkiem Pezdą, 20.05.2002 r.

157 odsłon
Tagi:

Agressiva 69 - rozmowa z Bodkiem Pezdą, 20.05.2002 r.

Z Bodkiem Pezdą o Agressivie 69 rozmawia Andrzej Korasiewicz

Alternativepop.pl: Co słychać ostatnio w Agressivie? Jakie plany na najbliższe miesiące?

Bodek Pezda: Najbliższe miesiące spędzimy na organizacji jesiennej trasy koncertowej, pracy nad nowymi utworami. Mamy zamiar przygotować do września co najmniej pięć nowych utworów. Poza tym nagramy angielskie wersje utworów z ostatniego album. Mamy zamiar go wydać na Zachodzie, ale tego nigdy nie możemy być pewni. W tym momencie gramy koncerty. Nie jest ich dużo. Mieliśmy plan aby wystąpić na festiwalu Black Flames, ale podobno jest odwołany. Nie wiem z jakiego powodu, ale podobno małe jest zainteresowanie tą muzyką. Mamy zamiar zagrać koncert i wyemitować go w internecie. Poza tym szukamy możliwości grania w Niemczech, Belgii i Holandii.

O Tomaszu Twardawie i jego Genetic Transmission

159 odsłon
Tagi:

O Tomaszu Twardawie i jego Genetic Transmission 

Na mapie krajowego industrialu można znaleźć wiele zespołów - raz lepszych, raz gorszych. Jednak najbardziej zasłużoną postacią jest Tomasz Twardawa - czyli Genetic Transmission. Tomasz Twardawa, to artysta bardzo płodny, który potrafi wydać trzy pozycje w ciągu jednego roku. Początki jego działalności muzycznej sięgają roku 1986, kiedy znalazł się w zespole o nazwie ZILCH. Formacja ta wtedy jeszcze nie miała dużo wspólnego z muzyką industrialną. Jak sam twórca mówi był to zespół, który łączył industrial, muzykę minimalną oraz "staroswansowatą ociężałość". W roku 1992 Twardawa powołuje do życia formację Ładne Kwiatki. Zespół wydał jeden album o nazwie "Tr -1". Kaseta ukazała się w nakładzie nie przekraczającym 30 egzemplarzy. Wydana została przez wytwórnię prowadzoną przez samego artystę - Die Shone Blumen Music Werk.

Po rozpadzie tej formacji powstaje Godzilla, projekt istniejący po dzień dzisiejszy. Wszechobecny hałas, kolaże dźwiękowe, elektroakustyka, to właśnie elementy, które możemy znaleźć na wydawnictwach sygnowanych nazwą Godzilla. Godzilla przedstawia bardzo rózne klimaty, od Psychic TV aż po Whitehouse. W końcu, artysta postanawia sam działać, jako jednoosobowy projekt - Genetic Transmission. Nazwa pochodzi od klasyka gatunku - SPK. Genetic Transmission to tytuł utworu SPK, pochodzący z płyty "Leichenschrei", przez niektórych uważanej za arcydzieło industrialu. Genetic penetruje różne rejony, ale zawsze ociera się o muzyczną ekstremę.

Industrialny wirus w kulturze masowej

Industrialny wirus w kulturze masowej

Muzyka industrialna była w czasie jej uformowania, czyli latach 70. XX wieku, wyrazem zarówno fascynacji, jak i przerażenia cywilizacją, z jej bezdusznymi fabrykami i rodzącą się erą komputerów i automatyzacji. Sama idea industrialna wywodzi się w jakimś stopniu z doświadczeń awangardowych nurtów w sztuce z początku XX wieku, na czele z futuryzmem, dadaizmem, surrealizmem czy abstrakcjonizmem. Twórcy industrial music zgłębiali też wszelakie anormalności natury ludzkiej i starali się penetrować istotę zła. Odrzucano wszystkie konwencje, próbująć znaleźć odpowiedź na to jak przekształcić społeczeństwo, dostosowując je do zmieniającego się w wyniku postępu technologicznego otoczenia kulturowego. Jedną z kluczowych cech industrialu była "taktyka szoku", która dzisiaj jest powszechnie wykorzystywana w kulturze masowej. A wszystko zaczęło się od twórców "kultury industrialnej".

Coum Transmission

Początków "kultury industrialnej" można doszukiwać się w końcu lat 60. XX wieku w działalności performerskiej grupy Coum Transmissions założonej w 1969 roku przez Genesisa P.-Orridge'a, do którego wkrótce dołączyła Cosey Fani Tutti. Grupa Coum Transmissions swoimi występami starała się obnażać wszystkie istniejące tabu cywilizacyjne. Nie był to więc ściśle zespół muzyczny a raczej performerska grupa intelektualno-artystyczna, próbująca zmienić świat za pomocą artysytycznych środków wyrazu. Jednym z motywów charakterystycznych dla performance Coum Transmissions było zadawanie sobie fizycznego bólu. Coum Transmissions oficjalnie zakończył swoją działalność w październiku 1976 roku wystawą "Prostytucja" w londyńskim Institute of Contemporery Arts.