Artykuły

Zaobserwuj nas

Talk Talk - przegląd płytowy

Talk Talk - przegląd płytowy

Nie sposób nie zauważyć, że z każdą płytą zespół się zmieniał, z każdą doroślał i dojrzewał. Czegokolwiek nie można grupie zarzucić, to faktem jest, że Talk Talk nigdy nie stał w miejscu i nie powielał raz już zagranych patentów, ani też nie trzymał się kurczowo stylu, który mu przyniósł sukces. Tym różni się od wielu innych artystów i w tym sensie był zespołem stale poszukującym i stale rozwijającym się.

 „The Party's Over" (1982) – wydany 13 lipca 1982 r. 

Czytaj też recenzję Andrzeja Korasiewicza >> https://www.alternativepop.pl/recenzje/talk-talk-the-partys-over245 

Omawiany debiut był tylko początkiem drogi Marka Hollisa i jego kolegów i choć  album przypisano do nurtu new romantic - nurtu będącego wtedy na topie - to mimo wszystkich swoich słabości był na pewno jednym z lepszych. Porównajmy ten album choćby z ówczesnym hitem - płytą „Dare” Human League, żeby stwierdzić, że „The Party's Over” to syntetyczny pop, ale z duszą. To co wyróżnia tę płytę od wielu innych synthpopowych dziełek, to niewątpliwie niesamowity głos Hollisa, lidera grupy. Widać również, że zespół przykłada wagę do niebanalnych melodii, choć teoretycznie na pierwszy plan wydobywa się syntetyczna łupaninka jak w otwierającym „Talk Talk”. Wbrew tytułowi płyty, impreza zespołu Talk Talk skromnie, bo skromnie, ale dopiero się zaczynała, a nie kończyła. Bardziej tytuł tej płyty pasowałby do trzeciego albumu, bo rzeczywiście impreza przynajmniej taneczna na tym albumie się zakończyła.
 
„It’s My Life” (1984) – wydany w lutym 1984 r. 

Czytaj też recenzję Jakuba Oślaka >> https://www.alternativepop.pl/recenzje/talk-talk-its-my-life 

Niewątpliwie jest to płyta etapu przejściowego między  stylem prezentowanym na poprzedniej płycie, który umownie możemy nazwać new romantic a tym co dopiero nastąpi - ambitnym, melancholijnym popem z ludzką twarzą, pełną żywych instrumentów, a nie syntetyków. Warto zauważyć, że jeszcze takie killery z tego albumu jak tytułowy, czy „Such a Shame” mogłyby się zmieścić w formule „The Party's Over”, ale już „Dum Dum Girl” czy też  „Renée” już nie za bardzo. Na taki, a nie inny kształt płyty, a także na późniejszy rozwój grupy niebagatelny wpływ miał nowy producent, ale i klawiszowiec Tim Friese-Greene. Trudno powiedzieć co  byłoby z tą grupą, gdyby nie jego dojście do zespołu. Zespół dokonał niesamowitego skoku rozwojowego, jeżeli chodzi o kwestie aranżacji i kompozycji.

„The Colour Of Spring” (1986) – wydany 17 lutego 1986 r. 

Czytaj też recenzję Andrzeja Korasiewicza >> https://www.alternativepop.pl/recenzje/talk-talk-the-colour-of-spring247 

Opus magnum Talk Talk. Nie udało im się już później nagrać nic tak równego i interesującego. Nie ma na tej płycie utworów słabych - są one wszystkie na niezwykle wysokim poziomie. Już początek płyty – „Happiness Is Easy”,  z dziecięcym chórem - jest niewymuszenie piękny, a później jest jeszcze lepiej, bo przecież „I Don't Believe in You” i „Life's What You Make It” to zabójcze przeboje. Niewiarygodnie spójny jest to album i bardzo piękny. Na tej płycie osiągnęli coś niesamowitego - to jest doskonałą równowagę pomiędzy komunikatywnością i przebojowością materiału a jego niewątpliwie dużym ciężarem gatunkowym. Później, niestety, przekroczyli tę cienką granicę. Podkreślić należy, że był to największy sukces komercyjny zespołu. 

„Spirit Of Eden” (1988) – wydany 12 września 1988 r.

Czytaj też recenzją Jakuba Oślaka >> https://www.alternativepop.pl/recenzje/talk-talk-spirit-of-eden 

Niektórzy twierdzą, że ten album jest najlepszy i najbardziej dojrzały. Ja jednak "nie kupuję" tej płyty. Słuchałem jej wielokrotnie i niestety te klimaty mnie nie pociągają. Doceniam rodzaj szlachetnego minimalizmu, który emanuje z tej płyty, ale materiał muzyczny wydaje mi się nieco wydumany i mimo wszystko pretensjonalny. Długie, często  prowadzące donikąd utwory mnie nie zaciekawiają. Dla mnie to bardziej krok w tył, niż dalszy ambitny rozwój, jak sugeruje większość krytyków. Trzeba docenić odejście od tworzenia zwykłych piosenek na rzecz rozległych kompozycji, teoretycznie minisuit, ale została gdzieś utracona komunikatywność tego materiału muzycznego. Nie dziwi mnie zatem, że płyta poniosła porażkę w kontekście komercyjnym, a moim zdaniem również artystycznym. 

„Laughing Stock” (1991) – wydany 16 września 1991 r. 

Czytaj też recenzją Jakuba Oślaka >> https://www.alternativepop.pl/recenzje/talk-talk-laughing-stock 

Dalszy ciąg introwertycznego grania, muzycznego minimalizmu, grania pod schemat „cicho, cicho i nagle głośno”. Nie dziwi mnie wcale, że nastąpił koniec kariery tego zespołu.  Ciągnięcie dalej tych muzycznych introspekcji własnej jaźni Marka Hollisa było cokolwiek niestrawne, przynajmniej dla mnie. Mnie ten album nudzi, choć nie wykluczam, że taki ni to pop, ni to ambient może się komuś podobać.

Robert Żurawski
16.01.2024 r.