
Laibach - Musick
2026 Mute
1. Musick (feat. Wiyaala) 03:42
2. Fluid Emancipation 03:31
3. Singularity (feat. Donna Marina Mårtensson) 03:24
4. Resistencia (feat. Gregor Strasbergar) 03:59
5. Love Machine (feat. Senidah) 03:26
6. Luigi Mangione 03:24
7. Keep It Reel (feat. Manca Trampuš) 03:25
8. Yes Maybe No (feat. Donna Marina Mårtensson) 03:26
9. Allgorhythm (feat. Wiyaala) 03:48
10. Das göttliche Kind 05:35
Nowa płyta Słoweńców wywołała niemałe zdziwienie niektórych słuchaczy. Jak to, Laibach nagrał płytę w stylu euro-dance? Czy to na poważnie, czy nie, a jeśli nie, to czemu miałoby to służyć? A przecież Laibach niemal od początku bawił się w dekonstrukcję muzyki pop. Tylko w początkach swojej działalności eksplorował ściśle ambientowo-nowofalowo-industrialne wzorce muzyczne. Ten etap zwieńczył płytą "Nova Akropola" (1986). Już na następnym albumie "Opus Dei" (1987) [czytaj recenzję >>] rozpoczął "zabawę" z popkulturą nagrywając własne wersje ówczesnych ogólnoświatowych hitów: "Live is Life" Opus Dei oraz "One Vision" Queen. Te przeróbki utrzymane były wprawdzie w industrialnej konwencji, ale początek był zrobiony. Następnie Laibach w tym samym duchu rozpoczął dekonstrukcję największych przedstawicieli popkultury: The Beatles ("Let it Be", 1988) i The Rolling Stones ("Sympathy for the Devil", 1990). Słuchacze w dalszym ciągu otrzymywali zwarte stylistycznie propozycje z charakterystycznym "wodzowsko-faszystowskim" wokalem Milana Frasa, mocnym, elektronicznym beatem i orkiestrowymi tłami. Początek lat 90. przyniósł jednak wyczerpanie tej formuły. W 1992 roku ukazał się album "Kapital", który był jej swoistym podsumowaniem, ostatnim wydawnictwem w "klasycznym" duchu drugiego etapu działalności grupy (1987-1992). To właśnie ten okres od płyty "Opus Dei" do "Kapital" przyniósł grupie największą rozpoznawalność i dzięki niemu zespół zdobył zagorzałych zwolenników, włącznie z piszącym te słowa. Jednocześnie "Kapital" wprowadzał już Laibach w nową epokę, bo brzmienie skłaniało się w bardziej technoidalnym kierunku.
Prawdziwym szokiem, przynajmniej dla mnie, okazał się album "NATO" (1994). Laibach wrócił na nim do dekonstrukcji muzyki pop nagrywając m.in. covery "Final Countdown" Europe, "In the Army Now" Bollanda (najlepiej znanego z wykonania Status Quo), "Dogs of War" Pink Floyd czy "War" The Temptations i to samo w sobie było czymś spodziewanym. Zaskakujące było jednak brzmienie niektórych coverów, np "War" czy "Final Countdown", które miały niemal housowo-eurodance'owy podkład rytmiczny, w dodatku w "War" zamiast mocnego wokalu Frasa pojawiły się żeńskie, sopranowe śpiewy. To nie brzmiało jak Laibach! Mnie odrzuciło całkowicie. Do dzisiaj nie lubię tej płyty, choć trzeba przyznać, że nie wszystkie nagrania są tak złe jak wtedy uważałem. Dla mnie jednak wraz z płytą "NATO" skończył się mit Laibacha. Od tamtej pory "skreśliłem" Słoweńców i przestałem z uwagę śledzić ich kolejne poczynania przesłuchując kolejne płyty "z obowiązku". Nie przekonał mnie nieciekawy, rockowo-industrialny "Jesus Christ Superstars " (1996). Powrotem do formy był "WAT" (2003), ale urok niesamowitości muzyki Słoweńców gdzieś uleciał. Laibach nagrywał dużo i w bardzo różnych stylach. Tworzył muzykę do filmów, przedstawień teatralnych, dekonstruował muzykę Jana Sebastian Bacha, wydawał kolejne albumy z premierowym materiałem własnym. Jedne propozycje podobały mi się bardziej ("Spectre", 2014), inne mniej ("The Sound of Music, 2018). Ilość muzyki, którą wydawał Laibach stawała się trudna do ogarnięcia, ale mało było w tym wszystkim "klasycznego Laibacha". Kilka dni temu ukazał się nowy album Słoweńców z pierwszym, jak reklamuje formacja, od "Spectre" (2014) premierowym, własnym repertuarem. Trudno się w tym wszystkim połapać, bo od 2014 roku Laibach wydał kilkanaście różnego typu wydawnictw, ale uznajmy, że to rzeczywiście pierwszy od dwunastu lat premierowy materiał Słoweńców.
Teoretycznie "Musick" przynosi muzykę, która nie powinna mi się podobać. Choć Słoweńcy nie dekonstruują żadnych znanych hitów popowych, to postanowili na wyższym poziomie zdekonstruować całą współczesną muzykę pop, przedstawiając własne kompozycje utrzymane w tym duchu. Dzisiejszy pop to niestrawna mieszanka electro popu, hip hopu, house'u, eurodance'u, trapu i całej masy innych elementów, które pop głównego nurtu inkorporuje pochłaniając je jak wszystkożerny smok. I właśnie tym tematem zajął się na "Musick" Laibach.
Pierwszy singiel promujący album "Allgorhythm", w którym śpiewa afro-popowa wokalistka Wiyaala przyjąłem jeszcze z rezerwą. A właściwie towarzyszyły mi podobne odczucia, jakie żywiłem przy okazji płyty "NATO". W gruncie rzeczy nadal ten numer wydaje mi się bardziej okropny, niż ciekawy. Tandetny, natarczywy i prymitywny eurodance'owy rytm jest najgorszym elementem tej kompozycji. Ale już drugi singiel, tytułowy "Musick", rozpoczynający album, w którym również udziela się Wiyaala dobrze mnie nastroił dzięki klasycznemu wokalowi Frasa otwierającemu kompozycję. Rytm jest bliższy electropopowi, podobnie jak słyszalne w tle syntezatory. Nagranie jest jednak przeładowane wieloma dźwiękami, z tymi orkiestrowymi na czele. Podoba mi się też drugi utwór na płycie pt. "Fluid Emancipation", w którym słychać przyjazny, electropopowy rytm. Podobnie jak w nagraniu tytułowym słychać jeden z głosów przetworzonych przy pomocy vocodera a na całość składa się wiele dźwięków, które mocno zagęszczają brzmienie a przy tym utrzymują je w rodzaju permanentnego kiczu. Śpiew Frasa jest tylko jednym z elementów kompozycji, nie dominując jej. "Singularity" zawiera wtręty electro-country. "Resistencia" brzmi na początku jak "zwokoderowany" Ricky Martin. Na szczęście nad wszystkim czuwa Fras, który stwarza swoim wokalem kontrapunkt i powoduje, że nie traktujemy utworu całkiem poważnie. Myślimy za to nad marnością współczesnej muzyki pop.
"Love Machine" to najbardziej "kraftwerkowy" fragment płyty. Gdyby nie wokal Senidah brzmiałby całkiem klasycznie i laibachowo. "Luigi Mangione" przynosi popis "tradycyjnego" wokalu Frasa, co daje trochę wytchnienia. Instrumentalnie to powolna, ponownie trochę "electro-countrowa" kompozycja. "Keep It Reel" ma mocniejszy riff gitarowy i szybsze tempo, a w refrenie jest krótka pseudo-rapowanka Manca Trampuš. Smyczkowe tła ponownie wskazują, że mamy do czynienia z muzycznym synkretyzmem. Tak jest zresztą w przypadku całej płyty. Na "Yes Maybe No" składa się mocny, mechaniczny beat elektroniczny oraz pospolity typowo popowy i mdły śpiew Donna Marina Mårtensson. Jednocześnie w środku nagrania pojawia się przez chwilę dźwiękowy chaos oraz smyczkowe tło, które po raz kolejny pokazują dekonstrukcyjny charakter muzyki Laibach. Następny jest wspomniany już utwór "Allgorhythm", który jako pierwszy promował album. Płytę "Musick" zamyka utwór "Das göttliche Kind", który brzmi jak szalona kołysanka w rytmie IDM przetrąconym housem.
Czy warto słuchać płyty, która w istocie jest krytyką współczesnego nadmiaru w muzyce pop a nie do końca muzyką jako taką? Tak, bo formuła, którą przyjmuje Laibach powoduje, że album "Musick" nabiera autonomicznej wartości. "Musick" brzmi jak klasyczny Laibach, który rozgląda się we współczesnej muzyce pop próbując wydobyć z niej jakiś sens i wartość. Moim zdaniem tego nie znajduje, ale jednocześnie płyta staje się propozycją dla tych, którzy chcą przejść tę samą drogę a niekoniecznie mają ochotę słuchać w całości płyt Sabriny Carpenter czy gwiazd k-popu. "Musick" to kolejny etap dialogu Słoweńców z popkulturą a jego wynikiem jest muzyka ukazująca wszystkie słabości i mielizny współczesnego popu, pozwalająca jednocześnie słuchaczowi poznać jego namiastkę w strawnej, czasami zabawnej formie. Prawdopodobnie płyta nie przypadnie jednak do gustu sympatykom industrialu. [8/10]
Andrzej Korasiewicz
05.05.2026 r.
