Alternativepop.pl - Magazyn Autorów
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl

Recenzje

ZAOBSERWUJ NAS
WESPRZYJ NAS
Patronite
|
Buy Coffee
GŁOSUJ NA
Listę przebojów Alternativepop.pl
WYSZUKAJ RECENZJĘ:
A
B
C
Ć
D
E
F
G
H
I
J
K
L
Ł
M
N
O
P
Q
R
S
Ś
T
U
V
W
X
Y
Z
Ź
Ż
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality

9 lutego 2026
113 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new romantic
  • 80s

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality1981 Dindisc 1. The New Stone Age 3:202. She's Leaving 3:293. Souvenir 3:384. Sealand 7:455. Joan Of Arc 3:506. Joan Of Arc (Maid Of Orleans) 4:137. Architecture And Morality 3:418. Georgia 3:229. The Beginning And The End 3:45 Po wydaniu "Orchestral Manoeuvres in the Dark" [czytaj recenzję >>]  i "Organisation" formacja OMD postanowiła coś zmienić w swoim podejściu do muzyki. W 1980 roku nagrali dwie płyty, na których dopiero uczyli się syntezatorów, bawili się nimi, odkrywając nowe dźwięki, tworząc zarówno chwytliwe melodie, jak i eksperymentalne zestawy brzmień, które wydały im się ciekawe. W efekcie odbiorcy otrzymali albumy, które mogli uznać za nierówne. Obok wciągających przebojów znalazły się nagrania, które nieprzygotowani słuchacze odbierali jako "dziwne". Syntezator służył OMD zarówno do pisania chwytliwych przebojów, jak i eksperymentów dźwiękowych. Przy okazji nagrywania "Architecture & Morality" OMD postanowił dodać do tego coś nowego. Zamiast skupiać się wyłącznie na możliwościach syntezatora i tego, co wyniknie z zabawy nowym instrumentem, panowie z OMD zwrócili uwagę na ogólny nastrój i klimat muzyki. Inspiracją dla tego stała się muzyka religijna, która posłużyła OMD do wykreowania szerszej palety dźwięków. Dzięki wykorzystaniu melotronu a także próbek śpiewu chóralnego, uzyskano efekt cieplejszego, bardziej emocjonalnego brzmienia. Muzyka stała się bardziej "romantyczna", naturalistyczna, nie gubiąc przy tym efektu futurystycznego. OMD nie zrezygnowało z eksperymentowania z brzmieniem syntezatorów, ale dzięki nowemu podejściu, "Architecture & Morality" zaprezentowała się jako album bardziej całościowy, niemal koncepcyjny. Przy okazji płyta wpisała się w zyskujący właśnie popularność nurt "new romantic". Płytę rozpoczyna jednak twardy "The New Stone Age". Po kilkunastu sekundach zakłóceń elektronicznych, wchodzi miarowy bit automatu perkusyjnego, następnie przykryty zgrzytliwymi riffami gitarowymi, na które po chwili nakładają się przestrzenne partie klawiszowe oraz wokal Andy McCluskeya. Z czasem dominujące stają się intensywne, przestrzenne akordy syntezatorowe, na koniec wzmocnione buczącym basem syntezatorowym. W finale słyszymy w tle basu, plumkające syntezatory (melodica?), które wraz z wyciszonym bitem gasną i kończą kompozycję. Drugi utwór pt. "She's Leaving" jest bardziej miękki, melodyjny i przebojowy. Śpiew Andy McCluskey jest łagodniejszy a delikatniejszy refren "She's Leaving" i wyższe, przestrzenne partie syntezatorów wskazują na bardziej romantyczny kierunek muzyki. Utwór był planowany przez Dindisc jako singiel, ale OMD odmówiło. W efekcie nagranie ukazało się na singlu w czerwcu 1982 roku jedynie w krajach Beneluksu.  "Souvenir" to jeden ze znaków rozpoznawczych nie tylko tej płyty, ale w ogóle wczesnego OMD. To największy brytyjski przebój OMD, który dotarł do trzeciego miejsca listy sprzedaży singli. W Hiszpanii był na samym szczycie tamtejszej listy, przyzwoicie radząc sobie również w innych krajach (w Belgii był na 16. miejscu). To niezwykle chwytliwy numer, który w całości opiera się na syntezatorowym akordzie pełniącym rolę swoistego instrumentalnego "refrenu" kompozycji. To właśnie ten syntezatorowy motyw jest tym, co słuchacz nuci i dzięki czemu nagranie jest przebojowe. "Souvenir" w pełni pokazuje siłę i moc syntezatora, jako nowego instrumentu, dzięki któremu można osiągnąć brzmienie wcześniej nieznane a przy tym nadal być muzyką rozrywkową. W utworze wykorzystano również chóralne próbki, które słychać w tle. "Sealand" to najdłuższa kompozycja na płycie, na której OMD realizuje swoje bardziej eksperymentalne inklinacje, ale nie wyłamuje się przy tym z ogólnego nastroju "Architecture & Morality". Na prawie ośmiominutowy, ambientowy utwór składają się delikatne, przestrzenne partie syntezatorów, wsparte subtelnym, syntetycznym basem. W połowie nagrania rytm staje się bardziej miarowy, przypominając bicie serca, syntezatory cichną i wchodzi delikatny śpiew Andy McCluskeya. W szóstej minucie rytm spowalnia i cichnie całkiem, w zamian pojawiają się rytmiczne dźwięki około industrialne, przypominające walenie w blachę, ale i one szybko kończą się. Zamiast nich słyszymy delikatne, rozwklekłe melodie syntezatorowe, które kończą nagranie. "Sealand" choć z przerwą między nagraniami, doskonale łączy się z utworem "Joan Of Arc", który rozpoczyna się delikatnie, ale okazuje się kolejnym przebojem z płyty. To drugi po "Souvenir" singiel z "Architecture & Morality". Po premierze w październiku 1981 roku dotarł do piątego miejsca brytyjskiej listy singli. W innych krajach, poza Irlandią, nie odniósł jednak sukcesu. Przeciwnie niż kolejny singiel, również odwołujący się do Joanny D'Arc. "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" na singlu ukazało się pt. "Maid of Orleans (The Waltz Joan of Arc)", żeby nie pomylić go z poprzednim nagraniem. Choć utwór nie jest tak prosty i jednoznacznie chwytliwy jak "Souvenir", to właśnie on stał się większym przebojem poza Wielką Brytanią niż "Souvenir". W Wielkiej Brytanii dotarł do 4. miejsca listy najlepiej sprzedających się singli, ale szczyt podobnych zestawień osiągnął w Belgii, Niemczech, Holandii i Hiszpanii. Choć OMD w tamtym czasie nie udało się przebić do USA, to sukces w kontynentalnej Europie, ale i poza nią (w Nowej Zelandii singiel dotarł do 7. miejsca!) był niewątpliwy. W istocie "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" jest prawdziwą wizytówką "Architecture & Morality". Znajdziemy w nim wszystkie charakterystyczne dla płyty elementy. Kompozycja nawiązuje do tematów religijnych i średniowiecznych, jest przy tym bardzo ciepła, naturalistyczna, obficie wykorzystując próbki chóralne, umiejętnie wplatając w to futurystyczne brzmienie syntezatora. Po tym pełnym emocji i romantyzmu momencie, OMD ponownie udowadnia, że nie zamierza rezygnować ze swoich ciągot eksperymentalnych. Dowodem na to jest instrumenalna kompozycja tytułowa "Architecture And Morality". O ile "Sealand", choć odwoływał się do mniej przebojowych aspektów twórczości OMD, doskonale wpisywał się w charakter płyty, to jej tytułowy fragment, paradoksalnie, robi to z trudem. Na kompozycję składają się mroczne szumy, delikatne partie syntezatorowe w tle, dudniący sekwencyjnie syntezator basowy, brak rytmu perkusyjnego, złowieszcze pulsowanie połączone z rozstrojonymi dźwiękami syntezatorowymi i równie mroczno zaprogramowanymi próbkami chóralnymi. Te narastające dźwięki nagle urywają się pod koniec trzeciej minuty i po chwili ciszy powracają subtelne syntezatorowe tła, które rozmywają się na końcu zamykając kompozycję. Po nagraniu tytułowym wita nas miarowy rytm automatu perkusyjnego i nieco infantylna sekwencja syntezatorowa. Niewiele ponad trzyminutowy utwór "Georgia" to skoczny synth pop, który przywraca do równowagi, choć mnie nie zachwyca. W nagraniu wykorzystano w kilku miejscach intensywne próbki chóralne a utwór kończy się wyrazistym motywem syntezatorowym i finałowym uderzeniem, jakby zamknięciem drzwi. Płytę kończy "The Beginning And The End", który przywraca pod względem instrumentalnym równowagę i przypomina co jest esencją albumu. Utwór rozpoczyna piękna, przestrzenna partia syntezatorowa, która wzbogacona jest równoległym brzmieniem fortepianowym. W dalszej kolejności utwór rozwija się dzięki delikatnym, rytmicznym zagrywkom przypominającym gitarę, ciepłemu śpiewowi McCluskeya i zaprogramowanym chóralnym próbkom w tle, które finalnie kończą album. Warto też wspomnieć skąd wziął się tytuł płyty. Zasugerowała go zespołowi Martha Ladly (ex-Martha and the Muffins ), która w tym czasie była dziewczyną Petera Saville'a, projektanta okładki płyty zespołu. Ladly przeczytała książkę Davida Watkina z 1977 roku pt. "Morality and Architecture". Gdy dowiedział się o tym McCluskey, uznał że to doskonała metafora tego, czym ma być nowa propozycja OMD. Tytuł "Architecture & Morality" odzwierciedla według niego wzajemne oddziaływanie ludzkich i mechanicznych aspektów OMD: „Mieliśmy «architekturę», która była technologią, automatami perkusyjnymi, sztywną grą, próbą wyjścia poza schemat poprzez granie specjalnie stworzonych dźwięków, i «moralność», organiczną, ludzką, emocjonalną [...]”. Tytuł okazał się idealnym opisem tego, czym płyta "Architecture & Morality" miała być - połączeniem futurystycznego brzmienia i emocji, które niosła muzyka religijna i moralność.  Dla wielu "Architecture & Morality" jest szczytowym osiągnięciem OMD. Na pewno wydawnictwo okazało się wielkim sukcesem komercyjnym. To najlepiej sprzedająca się płyta zespołu w Wielkiej Brytanii, choć dotarła jedynie do trzeciego miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów. Mimo to zdobyła certyfikat platynowej płyty. Album dobrze radził sobie również poza Wielką Brytania. Osiągnął szczyt listy sprzedaży albumów w Holandii, gdzie zdobył status złotej płyty. W Hiszpanii osiągnął, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, trzecie miejsce, ale również zdobył status płyty platynowej. To była też pierwsza w historii OMD płyta długogrająca notowana na amerykańskiej liście Billboardu, choć jedynie na... 144 miejscu. W USA lepiej później sprzedawały się albumy "Crush" (38. miejsce) i "The Pacific Age" (47. miejsce), ale można spokojnie napisać, że OMD to kolejny zespół złotej ery brytyjskiego synth popu, który w swoim czasie nie podbił USA.  W Polsce album cieszył się w latach 80. również szczególnym statusem, choć nie przekładało się to, z wiadomych względów, na osiągnięcia komercyjne. Tomasz Beksiński wylansował płytę na największe osiągniecie artystyczne zespołu. Trudno odmówić mu w tym względzie racji, choć niedoceniona przez niektórych kolejna płyta pt. "Dazzle Ships" (1983) z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się ważniejsza dla synth popu. "Architecture & Morality" jest najbliższa stylistyce "new romantic", w takim rozumieniu, jakie nadał temu terminowi Beksiński. Z pewnością to bardzo udana płyta, koherentna stylistycznie i przyjemna w odbiorze. Nawet te bardziej chropawe i eksperymentalne fragmenty są dobrze wyważone i nie psują swoistej "noworomantycznej" atmosfery albumu. Dlatego szczególnie lubią ją ci, którzy szukają ciepłego, "romantycznego" brzmienia syntezatorowego. Po latach płyta nie tylko nie straciła nic ze swojego uroku, ale nawet go zyskała. Na pewno tak jest w moich oczach, bo kiedyś nie byłem wielkim fanem "Architecture & Morality" a dzisiaj słucham jej z wielką przyjemnością. [10/10] Andrzej Korasiewicz09.02.2026 r.

Więcej… Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) ...

Thompson Twins - Into The Gap

4 lutego 2026
181 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • pop
  • 80s

Thompson Twins - Into The Gap1984 Arista 1. Doctor! Doctor!    4:392. You Take Me Up    4:273. Day After Day    3:524. Sister Of Mercy    5:115. No Peace For The Wicked 4:056. The Gap    4:477. Hold Me Now    4:478. Storm On The Sea 5:339. Who Can Stop The Rain 5:46 Thompson Twins to formacja, która nierozerwalnie łączy się z sukcesami nowych brytyjskich grup popowych, które w pierwszej połowie lat 80. zawojowały nie tylko rynek brytyjski, ale rozlały się po całym świecie w ramach nowej "brytyjskiej inwazji". W latach 60. mieliśmy do czynienia z pierwszą brytyjską inwazją, wtedy rocka. W latach 80. nastąpiła druga fala, ale tym razem była to inwazja brytyjskiego popu, w szczególności synth popu. Nie wszystkim grupom udało się podbić rynek amerykański, ale The Thompson Twins to zrobili. Nie udało się to np. Ultravox, który choć miał o wiele większe znaczenie dla historii muzyki popularnej, to w USA zespół nie został w ogóle zauważony. Z tym większym podziwem należy patrzeć na sukces Thompson Twins, który umieścił na amerykańskiej liście Billboardu kilka hitów w top 10. Popularność zespołu w Wielkiej Brytanii i całym świecie była zresztą na podobnym poziomie. Grupa nigdy nie stała się dominatorem list przebojów, ale w latach 1983-1985 należała do ścisłej czołówki. Historia Thompson Twins zaczęła się w 1977 roku w Sheffield, gdzie grupa powstała. Szybko jednak współzałożyciele zespołu z Tomem Baileyem na czele przenieśli się do Londynu i zamieszkali w squattach. Początkowo formacja wykonywała muzykę z pograniczna nowej fali i rocka, co znalazło odzwierciedlenie na debiutanckiej płycie pt. "A Product Of... (Participation)" (1981). Poza głosem Baileya muzyka na albumie niewiele przypomina Thompson Twins, jaki najbardziej kojarzymy. W grupie zachodziło też wiele zmian personalnych, ale już na debiucie gra Joe Leeway, który wraz z Alannah Currie uformują wkrótce najbardziej znany, trzyosobowy skład Thompson Twins. Druga płyta pt. "Set" (1982) przyniosła zalążki nowego stylu Thompson Twins. Pod wpływem popularności grup syntezatorowych, które zalały rynek brytyjski i opanowały listy przebojów, grupa zaczęła korzystać, najpierw nieśmiało, z dobrodziejstwa nowego instrumentarium. Pomagał w tym Thomas Dolby, spec od elektroniki i syntezatorów, który odniósł również sukces solowy dzięki singlom "She Blinded Me with Science" (1982) i "Hyperactive!" (1984). Dolby nie był członkiem Thompson Twins, ale pomógł wprowadzić zespół na ziemię im dotychczas nieznaną. Nie tylko grał na syntezatorach na płycie "Set", ale również wspierał zespół na koncertach. Choć producentem albumu był Steve Lillywhite, do sukcesu komercyjnego było jeszcze daleko. Grupie udało się zaistnieć jedynie dzięki utworowi "In the Name of Love", który w 1982 roku odniósł sukces na amerykańskiej liście hitów tanecznych, ale do top 100 głównego zestawienie Billboardu nagranie nie weszło.  Wszystko zmieniło się w 1983 roku dzięki płycie "Quick Step and Side Kick". Za jej produkcję odpowiadał Alex Sadkin a Thompson Twins w końcu posmakowali sukcesu komercyjnego. Grupa wprowadziła dwa single: "We Are Detective" i "Love on Your Side" do top 10 brytyjskiej listy singli. Nagrania zostały odnotowane również w innych krajach a singiel "Lies" dotarł do top 30 amerykańskiego Billboardu. Jeszcze większy sukces przyszedł wraz z następną, czwartą już w dyskografii, płytą pt. "Into the Gap". To ona okazała się największym osiągnięciem komercyjnym zespołu. Album dotarł na sam szczyt list najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii, w pozostałych krajach odnosząc tylko nieco mniejszy sukces. W dodatku znalazły się na nim single, które przyniosły grupie wielką popularność: "Hold Me Now" dotarł do 3. miejsca amerykańskiego Billboardu, a także list w Australii i Kanadzie oraz 4. pozycji listy brytyjskiej i w Nowej Zelandii. Utwór był również wysoko notowany w innych krajach. Co ciekawe, polskiej Listy przebojów Programu Trzeciego nie zawojował, docierając zaledwie do 22. miejsca. Większym przebojem okazał się utwór "Doctor! Doctor!", ale też nie odniósł wielkiego sukcesu, bo osiągnął zaledwie 13. miejsce listy Trójki. Większym przebojem był za to w Wielkiej Brytanii, gdzie dotarł do 3. miejsca listy sprzedaży singli. W Wielkiej Brytanii największym hitem zespołu okazał się jednak trzeci singiel z płyty pt. "You Take Me Up", który dotarł do 2. miejsca listy przebojów. Polskim największym przebojem grupy był utwór "We Are Detective", pochodzący z poprzedniego albumu "Quick Step and Side Kick", który w 1983 roku osiągnął 3. miejsce na liście Trójki. Te wyliczanki dotyczące miejsc na listach przebojów są jak najbardziej zasadne w przypadku Thompson Twins. Pomijając bardziej alternatywne, wręcz niezależne początki zespołu, grupa celowała w sukces komercyjny i jego osiągnięcie stało się najistotniejszym motywem istnienia Thompson Twins. Muzycy czerpali z tego sukcesu pełnymi garściami pławiąc się w blichtrze zachodniej popkultury połowy lat 80. Gdy jednak muzyka synth pop zaczęła w połowie lat 80. wychodzić z mody, przełożyło się to również na spadek popularności grupy i spowodowało w praktyce zakończenie działalności. Umiarkowany sukces osiągnął kolejny album "Here's to Future Days" (1985), siłą rozpędu na rynku zaistniał jeszcze "Close to the Bone" (1987), ale następne: "Big Trash" (1989), "Queer" (1991) przeszły bez większego echa. W 1993 roku muzycy, którzy pod koniec działali już tylko jako duet Tom Bailey i Alannah Currie, zakończyli działalność pod szyldem Thompson Twins. Zmiana muzyki na bardziej rockową i alternatywno-taneczną nie przyniosła powodzenia. Thompson Twins wcześniej funkcjonował jako jeden z bardziej błyskotliwych gadżetów muzyki pop połowy lat 80. i w innej roli, po osiągniętym sukcesie komercyjnym, grupa nie była wiarygodna. Od 1993 roku Bailey i Currie rozpoczęli działalność pod nazwą Babble grając elektroniczną muzykę taneczną, ale sukcesu Thompson Twins nie powtórzyli.  Warto zatrzymać się też przy samej muzyce Thompson Twins, która na płycie "Into The Gap" osiągnęła swój szczyt nie tylko popularności, ale również perfekcyjnej popowej jakości. Na ten sukces i jakość składały się zgrabne, przebojowe melodie, chwytliwe refreny, miły, nieco nosowy głos Baileya, obfite zastosowanie syntezatorów i wówczas nowoczesna produkcja elektroniczna. Brzmienie ubarwiało użycie przeróżnych instrumentów takich jak: marimba, ksylofon, konga, tabla, harmonijka. Mimo elektronicznej produkcji i syntezatorowej otoczki, w muzyce wyraźnie zaznaczony był pulsujący bas i swoiste funkowe rytmy. To wszystko sprawiało, że ich muzyki słuchało się z przyjemnością i bez uczucia obciachu a jednocześnie była ona oryginalna na tle innych wówczas popularnych grup. Mimo prostoty, muzyka nie była prostacka a inteligentna, wysmakowana produkcja podkreślała, że mamy do czynienia z muzyką pop na najwyższym poziomie. "Into The Gap" to hit na hicie. Spośród dziewięciu utworów aż pięć - "Hold Me Now", "Doctor! Doctor!", "You Take Me Up", "Sister of Mercy", "The Gap" - zostało wydanych na singlu. Dodatkowo "Day After Day" ukazało się jako singiel na... Barbadosie. A przecież "No Peace For The Wicked" i "Who Can Stop The Rain" to nagrania równie przebojowe i chwytliwe. Mnie szczególnie urzeka płynący, niemal transowy "No Peace For The Wicked" z niepozornym, ale jakże chwytliwym refrenem. To jeden z moich ulubionych utworów na "Into The Gap" i nie wiem czemu nie został wydany na singlu. Moim zdaniem stałby się murowanym przebojem. Na sukces według mnie mógłby też liczyć "Who Can Stop The Rain". Jedynie utrzymany w wolniejszym tempie, niemal balladowy "Storm On The Sea" nie jest tak wyrazistą kompozycją jak pozostałe.  "Into The Gap" do dzisiaj nie stracił nic ze swojego uroku. To najlepsza, najbardziej udana pozycja w dyskografii Thompson Twins. Tutaj wszystko się udało. Są przeboje, jest młodzieńcza energia i klimat epoki. W kategorii muzyki pop połowy lat 80. to jedna z bardziej charakterystycznych i uosabiających tamte czasy pozycji. [9.5/10] Andrzej Korasiewicz04.02.2026 r. 

Więcej… Thompson Twins - Into The Gap...

Skinny Puppy - VIVIsectVI

29 stycznia 2026
163 odsłon
Tagi:
  • industrial
  • EBM
  • electro-industrial

Skinny Puppy - VIVIsectVI1988 Nettwerk 1. Dogshit    3:552. VX Gas Attack    5:363. Harsh Stone White    4:294. Human Disease (S.K.U.M.M.)    6:195. Who's Laughing Now?    5:296. Testure    5:077. State Aid    3:558. Hospital Waste    4:389. Fritter (Stella's Home)    3:31 CD bonus: 10. Yes He Ran    6:2811. Punk In Park Zoo's    2:3112. The Second Opinion    4:5913. Funguss    4:06 Wyrzućcie wszystkie płyty Nine Inch Nails jeśli takie macie. Wszystko czego potrzebujecie od życia znajdziecie na wydawnictwach Skinny Puppy a w szczególności na szczytowym osiągnięciu Kanadyjczyków czyli płycie "VIVIsectVI". Czy na pewno szczytowym? Opinii jak zwykle na ten temat jest wiele. Sam kiedyś nie byłem zwolennikiem "VIVIsectVI". Wolałem następną "Rabies", która ma prostszą strukturę i bardziej przemawia do słuchaczy lubiących pospolitą muzykę rockową. A takiej również zawsze słuchałem i nadal słucham. W tym przypadku do "VIVIsectVI" trzeba zwyczajnie dorosnąć. Najwyraźniej u mnie po wielu latach ten proces nastąpił, bo jeśli dzisiaj miałbym wybrać swoją ulubioną płytę z dyskografii Skinny Puppy, to będzie to właśnie "VIVIsectVI". Nie jest to opinia szczególnie oryginalna, bo podzielało ją zawsze wielu słuchaczy i krytyków muzycznych a ja jedynie dołączam do tego grona po latach. Skinny Puppy to jeden z protoplastów electro-industrialu założony w kanadyjskim Vancouver w 1982 roku. Zanim ukazała się "VIVIsectVI" styl Skinny Puppy kształtował się przez kilka lat. Pierwsze epki i płyta "Bites" (1985) to w gruncie rzeczy mroczny synth pop z jęcząco-krzyczącym, "złym" wokalem Ogre'a. Kolejny album "Mind: The Perpetual Intercourse" (1986) to próba grania coraz cięższego, ale tkwiącego nadal raczej w tradycji Front 242 niż Throbbing Gristle. Bardziej dojrzałą propozycją jest album "Cleanse Fold and Manipulate" (1987), na której Skinny Puppy poruszają wiele tematów kontrowersyjnych takich jak: epidemia AIDS, problem stresu pourazowego weteranów wojny w Wietnamie czy seria samobójstw nastolatków w USA. Kanadyjczycy eksplorują same tragiczne i mroczne tematy, nic dziwnego, że muzyka zespołu nie jest wesoła i relaksująca. "Cleanse Fold and Manipulate" nie jest jeszcze muzycznie tak gęsty i przytłaczający jak kolejne albumy grupy, ale jest to wyraźny krok do przodu. Muzykę Skinny Puppy nadal możemy określić mianem mrocznego synth popu z duchem przemysłowym z dodatkiem ambientowych plam. Prawdziwe trzęsienie ziemi przynosi dopiero następny album pt. "VIVIsectVI". Tematami przewodnimi na "VIVIsectVI" stały się prawa zwierząt, użycie broni chemicznej i zanieczyszczenie środowiska. Dzisiaj jesteśmy zewsząd atakowani tymi kwestiami, ale w latach 80. to była cały czas terra incognita dla większości ludzi. W tym sensie, że tematy były marginalne i ignorowane. Skinny Puppy starali się zwrócić uwagę na te problemy a muzyka miała być dosadnym tego świadectwem, rodzajem krzyku, który miał przyciągnąć słuchaczy i zainteresować tą tematyką. Nivek Ogre, który uważał wcześniej eksperymenty na zwierzętach za coś naturalnego, dostrzegł mroczną stronę tego zjawiska. Sam tytuł płyty - "VIVIsectVI" - jest tego unaocznieniem. To swoista gra słów mająca na celu potępienie i skojarzenie wiwisekcji, czyli eksperymentów na zwierzętach z satanizmem. Najważniejsza była jednak muzyka. "VIVIsectVI" to najbardziej konsekwentna propozycja Skinny Puppy spośród  wydawnictw zespołu z lat 80. Nadał słychać tutaj wszystkie dobrodziejstwa "mrocznego synth popu", ale muzyka staje się gęsta i bezkompromisowa. Czuć w niej industrialnego ducha. "VIVIsectVI" jest ciężka muzycznie, ale w pełni elektroniczna, mechaniczna i syntetyczna. Przy całej swojej ciężkości wciąż pojawiają się na niej elementy synth popowe, z pulsującym, chwilami zadziornym syntezatorem basowym jak np. w utworze "Testure" lub "Who's Laughing Now?" czy łagodniejszą melodią graną na syntezatorze w "Harsh Stone White". Dominuje oczywiście instrumentalny hałas, krzyki, jęki oraz zawodzenia Niveka Ogre'a. Ale jeśli tylko fan synth popu przywyknie do charczącego wokalu Ogre'a, to z łatwością dostrzeże, że muzyka Skinny Puppy to często w gruncie rzeczy jedynie industrializowany synth pop. Najłatwiej spostrzec to w chwilach, gdy gęsta struktura industrialna staje się mniej intensywna i do słuchacza dociera klarowniejszy bit oraz rwane, syntezatorowe melodie. W "Human Disease (S.K.U.M.M.)" słychać wręcz taneczny bit automatu perkusyjnego, który wzmacnia, groźna, dudniąca sekwencja syntezatora basowego, co najpełniej objawia się pod koniec czwartej minuty nagrania. Mimo wszystko momenty bardziej uporządkowane są przez cały czas pod presją natłoku sampli i charczenia wokalisty Skinny Puppy. Momenty bardzo intensywne i pozbawione tych przestojów ujawniają się bliżej końca płyty. Już "State Aid" jest groźny, z rwanym, nerwowym bitem, który im bliżej końca nagrania staje się szybszy i intensywniejszy. W "Hospital Waste" charczący wokal Ogra'a ani przez moment nie daje wytchnienia a intensywny, szybki bit automatu perkusyjnego wzmacnia poczucie zagrożenia i szaleństwa. Podstawowe zestawienie wersji winylowej płyty  kończy "Fritter (Stella's Home)", utwór ambientowo-industrialny, w którym wykorzystano m.in. próbki "Lśnienia" Stanleya Kubricka. Napięcie narasta tutaj stopniowo, by przeistoczyć się w szaleństwo i w ten sposób zakończyć album. W wersji CD otrzymujemy jeszcze cztery nagrania dodatkowe. Żeby w pełni docenić "VIVIsectVI" trzeba dokładnie zagłębić się w warstwę instrumentalną płyty. Łatwo wtedy dostrzec, że muzyka nie jest bezładnym hałasem, ale przemyślaną propozycją dźwiękową z wieloma rozwiązaniami charakterystycznymi dla klasycznego electro popu, które skrywają się pod warstwami sampli i krzyków wokalisty. Dla fanów synth pop to będzie zaleta, dla zwolenników awangardy, industrialu i muzyki "improwizowanej" wada. Łatwo domyślić się, że należę do pierwszej grupy.   Po wydaniu "VIVIsectVI" Skinny Puppy wyruszyli w trasę koncertową. Supportem był na niej początkujący zespół o nazwie: Nine Inch Nails (NIN). Posłuchajcie "VIVIsectVI" i porównajcie z pierwszymi płytami NIN, o ile ktoś jeszcze tego nie zrobił. Wtedy przekonacie się komu Trent Reznor powinien postawić pomnik za główną inspirację i kto wyznaczył kierunek muzyczny przyszłego gwiazdora rocka industrialnego. [10/10] Andrzej Korasiewicz29.01.2026 r.

Więcej… Skinny Puppy - VIVIsectVI...

Kirlian Camera - Black Summer Choirs

25 stycznia 2026
147 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • dark wave

Kirlian Camera - Black Summer Choirs2013 Out Of Line 1. Silencing The World    4:242. Black August    4:173. Final Interview 1    0:534. Heavens    4:385. The Fountain Of Clouds    3:416. Final Interview 2    0:327. مادة مظلمة (Materia Oscura)    4:528. Final Interview 3    1:159. Farewell Road    3:2810. My Kids Kill    5:2911. Words    3:5412. Final Interview 4    1:1613. Barren Cornfields    4:4614. Stranger In An Abandoned Station    4:04 Wydana 17 czerwca 2013 roku płyta pt. „Black Summer Choirs” to następne dzieło zespołu po „Nightglory” nagrane dla wytwórni Out Of Line. Tym razem Kirlian Camera powróciło do współpracy z Johnem Freyerem, który w 1988 r. współtworzył z zespołem płytę „Eclipse (Das Schwarze Denkmal)”. Fryer jako inżynier dźwięku lub producent współpracował m.in. z takimi artystami jak: Fad Gadget, Depeche Mode, Yazoo, Cocteau Twins, This Mortail Coil i Clan of Xymox. Teraz miał zająć się miksowaniem muzyki a Elena Alice Fossi jej produkcją. Płyta „Black Summer Choirs” została nagrana w Parmie, Piombino, Berlinie i Oslo. Otwierający płytę „Silencing The World” zagrany w bardzo wolnym rytmie z dominującymi partiami elektronicznych smyczków wprowadza klimat nieuchronności i melancholii. Wokal Fossi czasem intymny, a niekiedy jak głos „z innego wymiaru” zapowiada w nim apokaliptyczną wyprawę. W „Black August” tempo trochę przyśpiesza, a melodia staje się bardziej wyrazista. W gruncie rzeczy jednak piosenka ta jest dość bliska pierwszej pod względem użytych środków. W tekście autorstwa Fossi słyszymy wyznanie człowieka miotającego się w rozpaczy, bo uległ szatanowi. Pomiędzy utworem drugim a trzecim pojawia się pierwszy raz „Final Interview”, czytany przez Lloyda Jamesa na niepokojącym tle dźwiękowym. Lektor w imieniu anonimowej grupy osób (?) mówi, co zamierza zrobić ze światem, a jest to coś kojarzącego się z oczyszczającą zagładą. Płyta zawiera łącznie cztery takie „Ostateczne wywiady” stanowiące łączniki pomiędzy niektórymi utworami nadające jej spójną koncepcję. Czwarta na płycie „Heavens" w stylu electro-house zawiera w całym materiale na płycie najwięcej energii i przebojowego potencjału. Charakteryzuje się intensywnie wykorzystanym efektem side-chainingu, modnym w tym czasie w muzyce klubowej. Kolejna ballada „The Fountain Of Clouds” znów obniża tempo dzięki dyskretnemu akompaniamentowi instrumentów klawiszowych i wiolonczeli w wykonaniu Alessio Rubensa Richarda. Począwszy od niej coraz częściej pobrzmiewa na płycie acoustic darkwave. Powiedziałbym też, że „The Fountain Of Clouds” wyróżnia się o jeden ton mniej pesymistycznym tekstem. Tytuł siódmego utworu z języka arabskiego to „Ciemna materia”. Stanowi on zaskakujące połączenie muzyki europejskiej i arabskiej. Brak struktury typowej piosenki, melizmatyczne prowadzenie melodii wokalnej i bliskowschodnie motywy przy europejskim rytmie są czymś wyjątkowym w twórczości zespołu. Pamiętać jednak trzeba, że znakiem rozpoznawczym Kirlian Camera była od dawna umiejętność zaskakiwania i pozostawania jednocześnie sobą. Spokojna ballada „Farewell Road", zaaranżowana z gitarą akustyczną (Kyoo Nam Rossi) i dyskretnym elektronicznym tłem, ponownie przynosi wytchnienie od apokaliptycznych eksploracji i stanowi jeden z jaśniejszych punktów na płycie. Dziesiąty utwór pt. „My Kids Kill” zaczyna się tak samo ciepło i melodyjnie jak poprzedni, ale po krótkim czasie wraz z pojawiającym się rytmem nabiera mroku i dramatyzmu. Odświeżający swoją innością „Words” to najbardziej wyraźny przejaw acoustic darkwave na tym albumie, kojarzony czasem z neofolkiem. Autorem piosenki jest Ralf Jesek, połowa duetu In My Rosary, który udziela się tutaj zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie razem z Eleną Fossi. Klimat melancholii i wyciszenia powraca w balladzie „Barren Cornfields”. Płytę zamyka instrumentalny, bliski neoklasycyzmowi utwór „Stranger In An Abandoned Station”, jakby ukazujący scenerię zniszczonego świata. Kojarzy się on z innym projektem Bergamini i Fossi o ówczesnej nazwie Stalingrad Valkyrie.  Płytę „Black Summer Choirs” spotkały mieszane opinie, z przewagą tych pozytywnych. Niektórzy narzekali na brak bardziej energetycznych utworów i nadmiar ballad. Inni natomiast przekonywali, że to doskonała fuzja kruchego napięcia, melancholijnego mroku, wspaniałych momentów popowych, filmowych pejzaży dźwiękowych i potężnej elektroniki. Płyta jest udana i dopracowana, miejscami porusza, ale można odnieść wrażenie, że tą drogą Bergamini i Fossi doszli już do końca. Moja ocena: [8/10].  Krzysztof Moskal25.01.2026 r.

Więcej… Kirlian Camera - Black Summer Choirs...

Front Line Assembly - Tactical Neural Implant

25 stycznia 2026
217 odsłon
Tagi:
  • industrial
  • EBM
  • electro-industrial

Front Line Assembly - Tactical Neural Implant1992 Third Mind Records  1. Final Impact    6:022. The Blade    5:533. Mindphaser    5:044. Remorse    5:445. Bio-Mechanic    5:266. Outcast    5:227. Gun    6:198. Lifeline    5:07 Front Line Assembly (FLA), to projekt Billa Leeba, który w 1986 roku odszedł z kanadyjskiego klasyka electro-industrialu Skinny Puppy, z którym krótko współpracował, by pójść własną drogą. Jego pierwsze kroki to rozwinięcie fascynacji muzyką Front 242 czy nawet Kraftwerk. Z czasem jego muzyka nabierała mocy i własnego charakteru. Pierwszym tego przejawem była płyta "Gashed Senses & Crossfire" (1989). Rozwinięcie stylu przyniósł kolejny album "Caustic Grip" (1990) a zwieńczeniem tego rozwoju, swoistą sublimacją, stała się omawiana "Tactical Neural Implant" (1992). To swoista trylogia klasycznego, elektronicznego brzmienia industrialnego Front Line Assembly, które zostało zepsute już na kolejnej płycie "Millennium" (1994). FLA poszedł na niej w kierunku modnego wówczas metalu industrialnego. Zatracił przez to swój urok i stał się przez chwilę jedną z wielu podobnych do siebie formacji metalowo-industrialnych, które wówczas odniosły sukces w kręgu fanów rocka i metalu. Dalsze losy FLA nie są już mi tak bliskie, choć flirt z metalem industrialnym nie był długotrwały i Leeb nagrał pod szyldem Front Line Assembly jeszcze kilka ciekawych płyt, ale nie miały one tak wielkiego znaczenia jak wspomniania trylogia electro-industrialna z lat 1989-1992. Zdania na temat tego, która z tych trzech płyt jest najlepsza są podzielone, ale najczęściej wskazywana jest właśnie "Tactical Neural Implant". Moja opinia jest zgodna w tym przypadku ze zdaniem większości. Na początku lat 90. muzyka grana przez Front Line Assembly, Skinny Puppy, Nitzer Ebb, Godlesh, Ministry, The Young Gods czy Laibach stała się dla mnie jednym z głównych kierunków zainteresowań. Szczególnie właśnie Front Line Assembly był  w pewien sposób rozwinięciem mojej wcześniejszej fascynacji muzyką "new romantic". Wówczas trwałem w procesie porzucania "new romantic" jako muzyki zbyt infantylnej i nie przystającej do moich aktualnych późno nastoletnich potrzeb. W "new romantic", obok melodyjności i przebojowości, bardzo ważnym czynnikiem był element futurystyczny. Wtedy odnalazłem go w muzyce EBM, electro-industrial czy new beat. W dodatku zamiast romantyzmu i niewinności wczesnego synth popu otrzymywałem muzykę, która dawała siłę, moc, napędzała i pomagała przetrwać trud życia w dystopijnej przyszłości, która miała nadejść. "New romantic" nie był mi już do niczego potrzebny, a wręcz wydawał się śmieszny ze swoją naiwnością i słodkością. Przechodziłem wtedy fascynację komiksami science fiction wydawanym przez Fantastykę w serii "Komiks Fantastyka" ze szczególnym uwzględnieniem "Funky Kovala". Uwielbiałem filmy takie jak: "Obcy" czy "Terminator" a ponieważ słuchałem również hc/punka, to odkrycie na przełomie lat 80. i 90. muzyki FLA czy Godflesh stało się dla mnie idealnym łącznikiem między futurystycznymi elementami "new romantic" a agresją i mocą znaną mi z hc/punka. Można powiedzieć, że muzyka, a w szczególności płyta "Tactical Neural Implant" była dla mnie idealnym soundtrackiem do rzeczywistości, którą wtedy chłonąłem intelektualnie a za chwilę miałem w niej żyć jako dorosły. Z czasem okazało się, że ta dystopijna rzeczywistość jakoś nie nadchodzi a otoczenie jest tak dalekie od niej jak to tylko możliwe, co nie znaczy, że jest wesoło i sympatycznie. Lata 90. to w Polsce czas chaosu przemian społeczno-gospodarczych: upadającego przemysłu odziedziczonego po PRL, rozwoju zorganizowanej przestępczości i wysokiego bezrobocia. Kto na początku lat 90. nie "załapał" się na pozytywne aspekty zmian - powstałe nowe firmy, media zatrudniały masowo młodych ludzi, którzy byli w stanie szybko adaptować się do nowej rzeczywistości - ten w drugiej połowie lat 90. znalazł się niemal w beznadziejnym położeniu. Szczególnie w takich ośrodkach jak Łódź, gdzie bezrobocie sięgało dwudziestu pięciu procent. Muzyka Front Line Assembly okazała się nie opisywać adekwatnie otoczenia. Zamiast nowych technologii i zagrożeń z nich wynikających, była stara bieda, zacofanie i brutalność nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. W tych okolicznościach electro-industrial, a przez chwilę w ogóle muzyka, przestały mnie interesować. Do electro-industrialu powróciłem na jakiś czas w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy okazało się, że nurt całkiem ciekawie rozwija się a moja sytuacja życiowa stała się bardziej stabilna. Na tyle, że w 2001 roku założyłem stronę Alternative Pop, na której obok muzyki z lat 80. sporo miejsca poświęcałem electro-industrialowi.  Moje zainteresowanie muzyką około-industrialną w gruncie rzeczy zawsze było jednak powierzchowne. Zafascynowało mnie w niej samo futurystyczne brzmienie i dystopijne elementy electro-industrialu. Korespondowało to z moją fascynacją filmami i komiksami SF, ale nie zagłębiałem się ani w teksty, ani w filozofię industrialu. Na początku lat 90. nie było zresztą wielu możliwości, by to zrobić. Nie było Internetu, nie miałem dostępu do prasy, która bliżej pisała o tym nurcie. Wszystko bazowało na domysłach i na tym co słyszałem w samej muzyce. Gdy w późniejszym czasie bliżej poznałem korzenie industrialu i filozofię, która za nią stoi, to nie zostałem jej sympatykiem. [czytaj artykuł "Industrialny wirus w popkulturze >>]  Mimo wszystko lubię wrócić czasami do płyt, którymi fascynowałem się na początku lat 90., ale i w późniejszym okresie, gdy już istniał serwis Alternative Pop. Jedną z nich jest z pewnością "Tactical Neural Implant". "Tactical Neural Implant" można uznać za swoiste opus magnum nie tylko FLA, ale electro-industrialu w ogóle. Całkowicie elektroniczne brzmienie opiera się na wielu warstwach sampli, monotonnym i jednorodnym bicie, przesterowanych wokalach a przy tym jest tu sporo melodii. W porównaniu do wcześniejszych płyt FLA tych melodii jest nawet więcej, a do tego obok zniekształconego, charczącego wokalu mamy również zastosowanie wokodera, co przynosi efekt łagodzący brzmienie. W efekcie "Tactical Neural Implant" może się okazać płytą przystępniejszą dla tych, którzy nie lubią ciężkiego, posępnego brzmienia industrialnego. To nie znaczy, że takiego tutaj nie ma, ale na tle innych produkcji FLA, nie wspominając o takim electro-industrialnym walcu jak Skinny Puppy, brzmienie na "Tactical Neural Implant" wydaje się łagodniejsze i bardziej wysublimowane. Na płycie znajduje się jeden z najsłynniejszych utworów electro-industrialu: „Mindphaser”, który w kwietniu 1992 roku został wydany na singlu. Nakręcony do niego teledysk był grany w MTV. W wideo wykorzystano fragmenty japońskiego filmu science fiction "Gunhed", którego akcja rozgrywa się w roku 2038. Światem rządzą superkomputery zasilane rzadkim pierwiastkiem Texmexium. Sztuczna inteligencja o nazwie Kyron-5, stworzona przez Cybortech Company i stacjonująca na odizolowanej wyspie 8JO, zbuntowała się przeciwko ludzkości, wywołując niszczycielską wojnę. GUNHED (Gun Unit of Heavy Eliminate Device – Jednostka Ciężkich Urządzeń Eliminujących) to wyspecjalizowany batalion, który został wysłany, aby ją unieszkodliwić. To kwintesencja tego jak wówczas postrzegałem muzykę FLA. Do roku 2038 jeszcze mamy dwanaście lat. Oby film nie okazał się proroczy, bo wiele wskazuje na to, że w 2026 roku jesteśmy w miejscu, które może nas wprowadzić na tę ścieżkę. Muzyka Front Line Assembly może ponownie stać się soundtrackiem, tym razem nie do filmów i komiksów, ale do realnego życia.  Mimo upływu 34 lat od wydania "Tactical Neural Implant", muzyka FLA nie traci wiele ze swojej mocy i jakości. Współcześni naśladowcy klasyków electro-industrialu bywają bardziej hałaśliwi i "źli", ale w swojej twórczości nie dorastają im do pięt. Dla kogoś kto chce poznać electro-industrial to najlepsze wprowadzenie a jednocześnie uosobienie tej muzyki. W kategoriach electro-industrialu ocena może być tylko jedna: [10/10] Andrzej Korasiewicz25.01.2026 r.

Więcej… Front Line Assembly - Tactical Neural Im...

Azyl P. - Nalot

17 stycznia 2026
274 odsłon
Tagi:
  • hard rock
  • 80s
  • glam rock

Azyl P. - Nalot1986/2012 Klub Płytowy Razem/Polskie Radio LP 1986 1. Już lecą 3:372. Marzenie żółwia (Ucieczka z więzienia) 3:023. Już nie mogę 2:294. Nocne zjawy 3:395. Zwiędłe kwiaty 4:226. Nasz jedyny świat 3:387. Och alleluja 3:418. Praca i dom 3:289. Daj mi swój znak 4:2610. Tysiąc Planet 4:5111. Rock 'n' roll biznes 3:24 bonus CD 2012 12. Chyba umieram (1983)4:1813. Twoje życie (1983) 5:4014. Och Lila (1983) 3:2015. Kara śmierci (1983) 4:1916. Nic więcej mi nie trzeba (1985) 3:1817. I znowu koncert (1985) 3:3018. Mała Maggie (1984) 2:25 Ostatnio kilkukrotnie polecałem sięgnięcie po wydania winylowe starych, klasycznych płyt zamiast słuchania wersji kompaktowej (patrz recenzja Lombardu [czytaj recenzję >>]). Tym razem zachęcam do słuchania wydania kompaktowego, co nie znaczy, że nie będzie krytycznie i o nim, choć nie o jego zawartości muzycznej. Zacznę jednak od wyjaśnienia jak to się stało, że o muzyce Azyl P. piszę na stronie "Alternativepop.pl - Magazyn Autorów". To przecież prosty rock'n'roll w glam rockowym wydaniu. Można napisać, że Azyl P. to taki polski Slade. Zero elektroniki i syntezatorów. Slade wprawdzie sięgnął w latach 80. po syntezatory i elektornikę, ale mam na myśli Slade z lat 70. A jednak, mimo grania surowego rock'n'rolla, który nie jest tematyką często poruszaną na stronie, nie potrafię przejść obojętnie obok wspomnień, które wiążą się u mnie z Azylem P. I wcale nie chodzi mi tylko o super hit "Mała Maggie". Bardzo go lubiłem, ale najwięcej wspomnień mam związanych z singlami Tonpresu: "Twoje życie"/"Chyba umieram" (1983) i "Och, Lila"/"Kara śmierci", które w połowie lat 80. "wałkowałem" bardzo namiętnie. Szczególnie uwielbiałem utwory: "Chyba umieram" i "Kara śmierci". Ten pierwszy rozpoczyna się od orientalnej instrumentacji z głównym motywem granym na gitarze najpierw basowej a następnie rytmicznej, dzięki czemu czujemy się jak na Bliskim Wschodzie. Motyw powraca w trakcie utworu, któremu ton nadaje dynamiczny rytm wybijany na perkusji wsparty dudnieniem basu a także ekspresyjny śpiew Andrzej Siewierskiego:  "Pustynia bez końca i niebo bez chmurPustynia przeklęta ja na niej jak szczurBłagając o pomoc padam na twarzPustynia gorąca i ten zimny wiatr Chyba umieramChyba umieram! Pustynia bez serca litości w niej brakPustynia bez piasku ja na niej jak wrakPustynia bez wyjścia me oczy we mglePustynia przeklęta zalewa mnie krew Chyba umieramChyba umieram!" Już nie pamiętam ile razy zdarłem gardło przy śpiewaniu frazy "Chyba umieram"! "Kara śmierci" z kolei to ballada, którą z wyczuciem, ale i mocą śpiewa Siewierski: "Już za chwilę, już prowadzą mnieKat i topór, z dala widzę goJuż za chwilę, ludzie, brońcie mnieNie chcę oddać katu głowy mej Tak bardzo chciałbym zostać tu (Ooo)Jak zawsze znów zobaczyć Cię (Ooo)Tak bardzo chciałbym zostać tu (Ooo)Ach nie wiem, chyba będzie źle (Ooo)" Prosty tekst, niby nic wielkiego, ale tutaj również swego czasu zużyłem trochę energii przy śpiewaniu "Ooo". Na pewno mocy i smaku tej balladzie, poza wokalem Siewierskiego, dodaje mocna gitarowa solówka ówczesnego gitarzysty zespołu Leszka Żelichowskiego. Następnym świetnym numerem Azylu P. jest "Och, Lila". W tym przypadku również główną zaletą jest prostota przekazu, chwytliwy refren i śpiew Siewierskiego, bez którego Azyl P. nie miałby siły, którą miał. Mogę to tylko porównać do tego, co dla Oddziału Zamkniętego znaczył Krzysztof Jaryczewski. Bez jego śpiewu te same utwory OZ nie byłyby takie same. Identycznie jest z Azylem P. Bez niego Azyl P. nie byłbym Azylem P. Czyli wielką nadzieją polskiego rocka połowy lat 80., której jednak nie spełnił. "Mała Maggie" (1984), która ukazała się na składance "Sztuka latania" była szczytem popularności Azylu i jednocześnie początkiem zmierzchu zespołu. Wszystkie wymienione utwory cieszyły się wielką popularnością na Liście przebojów Trójki a "Mała Maggie" była hitem ogólnopolskim, podobnym jeśli chodzi o zasięg do "Mniej niż zero" czy "Szklanej pogody". "Chyba umieram" pod koniec 1983 roku osiągnęło 6. pozycję na liście Trójki, "Och, Lila" w czerwcu 1984 roku dotarła do 3. miejsca, "Mała Maggie" w sierpniu otarła się o pierwsze miejsce, ustępując jedynie "Skórze" Aya Rl. "Kara śmierci" w styczniu 1985 roku osiągnęła już tylko 10. miejsce a później było już tylko gorzej.  W 1985 roku ukazał się nakładem Klubu Płytowego Razem album "Live" a także następny singiel wydany przez Tonpressu "I znowu koncert"/"Nic więcej mi nie trzeba". Płyta "Live", podobnie jak inne wydawnictwa Klubu Płytowego Razem, była wydana w niskim nakładzie i dostępna jedynie dla członków klubu. W praktyce większość słuchaczy nie miała dostępu do tych wydawnictw. Oba utwory z singla: "I znowu koncert" i "Nic więcej mi nie trzeba" były odnotowane jeszcze na liście Trójki, ale na niskich pozycjach (odpowiednio: 29. i 31. miejsce). Popularność Azylu P. gasła. Pierwszy i jak się później okazało jedyny studyjny album Azylu pt. "Nalot" ukazał się w 1986 roku, gdy grupa zbliżała się już do końca swojej aktywności. W dodatku płyta ponownie została wydana nakładem Klubu Płytowego Razem, czyli w praktyce była niedostępna na rynku.  To już był koniec zespołu, który w 1986 roku zawiesił działalność. Dalsze losy zespołu i członków grupy były bardzo różne. Najlepiej poradził sobie drugi gitarzysta Azylu P. Jacek "Perkoz" Perkowski, który odniósł sukces w branży muzycznej stając się m.in. wieloletnim gitarzystą T.Love. Wokalista Andrzej Siewierski zmarł tragicznie w 2007 roku rzucając się pod pociąg. Basista Dariusz Grudzień stał się depozytariuszem dziedzictwa Azylu P. i po 2015 roku wznowił działalność grupy z nowym wokalistą (obecnie jest nim Maciej Silski). Płyta "Nalot" zawiera prosty rock'n'roll podobny do wcześniej znanych nagrań z singli. To solidny album, który na pewno spodoba się miłośnikom hard rocka i glam rocka. Pochodzące z niego utwory nie odniosły jednak już sukcesu w latach 80. Swoistym "świętym Graalem" stały się za to przeboje singlowe Azylu P. i "Mała Maggie", które aż do początku XXI wieku dostępne były tylko na winylowych singlach, winylowej składance "Sztuka latania" ("Mała Maggie") oraz w wersjach koncertowych na winylowej płycie Azylu "Live". Gdy w 2004 roku Siewierski i Grudzień postanowili wznowić działalność Azylu P. ukazało się pierwsze wydawnictwo Azylu P. na CD pt. "Życie na topie 1983-1988". Na składance brakowało jednak nagrania "Chyba umieram". Ten brak został naprawiony w 2012 roku, gdy Polskie Radio wznowiło, po raz pierwszy na CD, płytę "Nalot". Oprócz jedenastu nagrań z oryginalnego winyla, jako bonusy znalazły się na tym wydawnictwie wszystkie kompozycje singlowe Azylu P. oraz hit "Mała Maggie". Właśnie z tego powodu polecam sięgnięcie po "Nalot" w wersji CD. Dla mnie najważniejsze z tego wydawnictwa są właśnie nagrania dodatkowe. Samej płycie "Nalot" również niczego nie brakuje i powinna przypaść do gustu miłośnikom takich brzmień. U mnie jednak, w przeciwieństwie do nagrań singlowych, przy słuchaniu podstawowego zestawu nie występują żadne ciarki.  Minusem wydania kompaktowego jest słaba jakość edytorska wydawnictwa. Skromny, otwierany kartonik do którego wepchnięto płytę jest sporym zawodem. Brakuje tutaj książeczki zawierającej więcej informacji o muzyce i samym zespole. Na okładce, poza listą samych utworów, rokiem ich wydania oraz nazwiskami autorów nie ma żadnych innych danych. Brakuje nawet informacji z jakich wydawnictw pochodzą bonusy. Mimo wszystko warto sięgnąć po "Nalot" na CD. [8/10] Andrzej Korasiewicz17.01.2026 r.

Więcej… Azyl P. - Nalot...

Lombard - Szara maść

15 stycznia 2026
485 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • pop
  • 80s

Lombard - Szara maść1984 Savitor str. A A1. Stan gotowościA2. Plaża fokA3. Bezcieleśni - bezszelestniA4. Darwiniści str. B B1. Wąwóz KoloradoB2. Czeski filmB3. Szara maśćB4. EKG Lombard to zespół, który został stworzony przez macherów peerelowskiego "show-biznesu" a nie z chęci wyartykułowania buntu jego twórców, jak miało to miejsce w przypadku większości grup rockowych. Poznańska formacja powstała w 1979 roku, bo uczniowie Studia Sztuki Estradowej chcieli ćwiczyć i prezentować zdobyte w tej szkole umiejętności wokalne. Wykonywali ogólnie rozumianą muzykę rozrywkową. Najpierw nazywali się Vist, a w skład formacji wchodzili m.in.: Grzegorz Stróżniak, Małgorzata Ostrowska i Wanda Kwietniewska. Na przełomie 1980 i 1981 roku menedżerem grupy został Piotr Niewiarowski, który postanowił nadać zespołowi charakter bardziej rockowy. Vist przekształcił się w Rock Vist Band, następnie w Skandal, a w 1981 roku w Lombard. To był czas, gdy polska publiczność chciała słuchać polskiego rocka. Wtedy narodziła się gwiazda Maanamu, sukces odniósł Perfect i rozpoczął się właśnie boom na polski rock. Idealnie w ten moment wpasował się zespół Lombard.  Niestety, przez chwilę wszystko wyhamowało, gdy 13.12.1981 roku komunistyczna władza wprowadziła stan wojenny, który poza brutalną pacyfikacją protestów robotniczych i wieloma niedogodnościami życia codziennego dla wszystkich Polaków, oznaczał również zakaz organizowania imprez masowych oraz ograniczenie treści rozrywkowych prezentowanych w mediach (m.in. zamknięto Trójkę). Władza "ludowa" już po kilku miesiącach starała się "normalizować" sytuację w PRL i powoli, jeszcze podczas formalnie trwającego stanu wojennego, zaczęła przywracać przejawy normalnego życia. W kwietniu 1982 roku wznowił nadawanie Program Trzeci Polskiego Radia. W tym samym miesiącu uruchomiono Listę Przebojów Programu Trzeciego i to ona stała się impulsem dla dalszego rozwoju popularności polskich grup rockowych. Skorzystał na tym również zespół Lombard, który już w pierwszym notowaniu listy umieścił dwa utwory: "O jeden dreszcz" na trzynastym miejscu i "Droga pani z TV" w poczekalni. Oba nagrania nie odniosły wielkiego sukcesu. Dopiero trzeci hit na liście: "Ostatni taniec" dotarł do drugiego miejsca. Największy sukces przyszedł jednak w 1983 roku, gdy na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zespół zdobył Nagrodę Publiczności, a Grzegorz Stróżniak otrzymał II nagrodę w konkursie Jury za kompozycję „Szklana pogoda” (I nagrody wówczas nie przyznano). Wtedy wszyscy śpiewali "Szklana pogoda". To był bezapelacyjny, ogólnopolski hit, który wtedy każdy śpiewał, choć na liście Trójki osiągnął "zaledwie" trzecie miejsce, by po sześciu tygodniach spaść z listy. Do dzisiaj trudno mi uwierzyć, że odbyło się to bez jakiś sugestii z "góry", bo tekst nagrania był krytyką nadmiernego zaangażowania w percepcję treści płynących z telewizji, co ówczesnej władzy mogło nie być na rękę. Ale nie mam żadnej pewności, ani na to dowodów. Mimo już dwóch lat działalności i wylansowania kilku hitów a także tego, że w 1982 roku Lombard zarejestrował materiał na debiutancki album pt. "Śmierć dyskotece!", ten ukazał się dopiero w 1983 roku już po sukcesie odniesionym na festiwalu w Opolu. Najbardziej kuriozalne jednak było to, że niemal w tym samym czasie ukazał się drugi album Lombardu zawierający nagrania koncertowe pt. "Live". W kolejnym roku, 1984 zespół miał już na koncie dwa kolejne albumy "Wolne od cła", wydane w ograniczonym nakładzie przez Klub Płytowy Razem oraz "Szarą maść". Ta druga przyniosła grupie pierwszy numer jeden na liście Trójki pt. "Stan gotowości", który przez trzy tygodnie utrzymywał się na pierwszym miejscu.  Lombard, który na debiutanckiej płycie prezentował się bardzo eklektycznie, w 1984 roku miał już ukształtowane, charakterystyczne brzmienie. Z formacji odeszła Wanda Kwietniewska, która założyła Bandę i Wandę a pozostali w niej Stróżniak i Ostrowski wraz z instrumentalistami: gitarzystą Piotrem Zanderem, basistą Zbigniewem Forysiem oraz perkusistą Przemysław Pahlem, choć na płycie "Szara maść" na perkusji gra Włodzimierz Kempf. Lombard łączył rockową ekspresję, którą tworzyła mocna, hard rockowa gitara Zandera i dynamiczna gra na tradycyjnej perkusji, z wyrazistymi, często dominującymi syntezatorami obsługiwanymi przez Stróżniaka. Do tego dochodził ekspresyjny śpiew Ostrowskiej i dodający klimatu wokal Stróżniaka. Na płycie "Szara maść" Foryś obsługiwał dodatkowo instrumenty klawiszowe, które generowały syntetyczne basy.  "Szara maść" prezentuje Lombard w zwartej koncepcji artystycznej, w której poszczególne utwory łączą się ze sobą efektami dźwiękowymi. Wszystko zaczynają odgłosy otoczenia - melodyjka z zegarka elektronicznego, dźwięki ulicy, kroki przechodniów, dźwięki przejeżdżających samochodów, syreny. Następnie wchodzi mocny basowy riff syntezatorowy, poprawiony w kontrze przez wyrazistą, ale bardziej przestrzenną partię syntezatorową. Za chwilę pojawia się mocny bit klasycznej perkusji oraz ostra, hard rockowa gitara. Te składowe - mocne, wyraziste syntezatory połączone z rockowymi riffami gitarowymi oraz dynamiczną perkusją są znakiem rozpoznawczym Lombardu w połowie lat 80. Ten cały wykwitny początek płyty prowadzi nas do wspomnianego największego hitu z "Szarej maści", czyli nagrania "Stan gotowości". Kompozycja śpiewana jest równie mocno i dynamicznie na spółkę przez Ostrowską i Stróżniaka. Syntezatory brzmią bardzo prosto, drapieżnie, dynamicznie i bardzo rockowo, wręcz agresywnie. Nawet partie przestrzenne nie mają w sobie nic z sentymentalizmu czy romantyczności. Dla niektórych to będzie brzmienie prostackie, dla mnie proste środki wyrazu doskonale oddaję energię, którą odkryli w sobie adepci piosenki estradowej.  Do "Plaży fok" wprowadzają odgłosy wychodzenia z bloku, przesuwane drzwi, kroki, śpiew ptaków po wyjściu na dwór. Wokal Ostrowskiej, choć śpiewa o wydawałoby się romantycznej "plaży fok" jest energetyczny i drapieżny, podobnie jak sekcja rytmiczna i gitarowe riffy Zandera. Syntezatory tylko podkręcają dynamikę i nie są romantycznym kontrastem dla rockowej dynamiki. "Plaża fok" płynnie przechodzi w "Bezcieleśni - bezszelestni" śpiewanym przez Stróżniaka. Utwór zbudowany jest według podobnego schematu jak pozostałe nagrania na płycie. Pulsujący bas syntezatorowy jest wręcz agresywny, przestrzenne partie klawiszowe w tle w niewielkim stopniu łagodzą pędzący rytm nagrania. Choć Stróżniak początkowo śpiewa delikatniej, to nie trwa do długo, bo i on pokazuje, że potrafi być ekspresyjny. Jeszcze większą petardą okazuje się kończący stronę A utwór "Darwiniści", który rozpoczyna demoniczny śmiech a następnie porywa nas pulsujący bas syntezatorowy, za którym ledwo nadąża rytm perkusji. Po nagraniu następuje jedyna przerwa na płycie, która zmusza nas do przerzucenia krążka na drugą stronę.  Na stronie B czeka już na nas "Wąwóz Kolorado" rozpoczynający się od dwóch konkurujących ze sobą motywów syntezatorowych - jednostajnego, monotonnego, basowego i wirująco-świdrującego, który po obniżeniu tonu znika w dźwiękach perkusji i śpiewie Ostrowskiej oraz kolejnym strzale syntezatorowym. Przez nagranie przewija się też katarynkowa melodyjka syntezatorowa oraz atakują znikające riffy gitary Zandera. Przed "Czeskim filmem" mamy odgłosy zmywania naczyń, robienia herbaty, włączania dziennika telewizyjnego, kaszlu a następnie wybucha basowy motyw syntezatorowy, na który nałożona jest druga, równie dynamiczna i pulsująca partia syntezatorowa. Wszystko kończy się melodią rzeczywiście kojarzącą się z czeskim filmem. Większe wytchnienie przychodzi dopiero, gdy zbliżamy się do końca płyty. Tytułowa "Szara maść" utrzymana jest w wolniejszym tempie i gdy wydaje się, że będziemy mieć do czynienia z balladą, to już po chwili dynamika zaczyna wzrastać. Atakowani jesteśmy mocnymi riffami gitary Zandera oraz ekspresyjnym śpiewem Stróżniaka. Nastrój i dynamika nagrania jednak faluje, ale o rockowym charakterze nie pozwala zapomnieć gitarowa solówka Zandera. Prawdziwe uspokojenie przychodzi wraz z zamykającym płytę utworem instrumentalnym pt. "EKG". Skupia swoją uwagę na grze syntezatorów i melodiach granych na nich przez Stróżniaka. To przywołuje chwilami klimat muzyki Jean Michela Jarre'a albo naszego rodzimego Marka Bilińskiego.  Płyty "Szara maść" należy słuchać wyłącznie w wersji winylowej. Album, jak większość innych Lombardu, nie jest dostępny w streamingach. Wersja CD też jest trudno dostępna, bo Stróżniak i Ostrowska nie mogą dojść do porozumienia w sprawie reedycji płyt Lombardu (ani w żadnej innej sprawie). Ale może to i lepiej. Na jedynym dotychczasowym wydaniu CD (2000, Koch International) popełniono zbrodnię artystyczną usuwając z niej wszystkie odgłosy i dźwięki łączące poszczególne utwory znane z pierwotnego winyla. Bez nich album jest niepełnowartościowy i prawdziwie kastruje zamysł twórców. "Szara maść" w pierwotnej wersji to rodzaj koncept albumu i tylko w takiej warto sięgać po tę muzykę. Warto dodać, że autorem wszystkich tekstów, które w istotny sposób uzupełniają koncepcję płyty opisując szarą rzeczywistość peerelowskiego blokowiska, jest Jacek Skubikowski. Muzyka Lombardu mimo że jest prosta, to jednak ma w sobie wielką moc. Siłą jest na pewno jakość kompozycji, ciekawa ogólna koncepcja albumu a także specyficzne i charakterystyczne dla zespołu brzmienie synth-rockowe. Wrażenie robią też wielka ekspresja i zaangażowanie samych wykonawców. Proste środki, jakie zastosowano przy tworzeniu i nagrywaniu płyty w połączeniu z dynamiką instrumentalną i zaangażowaniem muzyków dają efekt piorunujący. Płyta "Szara maść" jest moim zdaniem szczytowym osiągnięciem grupy, choć następny album: "Anatomia" wcale nie jest gorszy. "Szara maść" na zawsze pozostanie dla mniej jedną z bardziej wyjątkowych płyt w historii polskiego rocka. [9/10] Andrzej Korasiewicz15.01.2026 r.

Więcej… Lombard - Szara maść...

Armia - Czas i byt

10 stycznia 2026
251 odsłon
Tagi:
  • punk
  • post-punk
  • alternative rock

Armia - Czas i byt1992/1993 SPV Poland 1. W niczyjej sprawie    2:412. Archanioły i ludzie    3:063. Sędziowie    2:174. Nigdzie teraz tutaj    3:025. Wojny bez łez    2:596. Krótka forma czadowa    2:377. Aguirre  6:108. Niewidzialna armia 1 + 2    5:039. Podróż na wschód    3:3710. Exodus    5:0511. Trzy znaki    1:5412. Święto rewolucji    2:5713. Niezwyciężony    3:32 bonus CD 1993 14. Sygnał    0:1215. Wiatr wieje tam gdzie chce    2:0116. Hej szara wiara    1:4317. Zostaw to    4:04 "Czas i byt" to album szczególny w dyskografii Armii, ale nie dlatego, że jest jakimś wyjątkowym i wybitnym osiągnięciem artystycznym. To nie znaczy, że dzisiaj w takich kategoriach również nie można go rozpatrywać. Gdy jednak ukazał się na przełomie 1992 i 1993 roku, był dla mnie zawodem. Wtedy nie rozumiałem po co taka płyta powstała. Większość materiału stanowiły ponownie nagrane utwory z pierwszej płyty, singli ("Aguirre", "Trzy znaki") oraz inne starsze kompozycje, które nie zmieściły się na dwa pierwsze wydawnictwa ("Niezwyciężony", "Podróż na wschód" - oba stanowiły bonusy do "Legendy" [czytaj recenzję >>]). Oprócz tego był nowy, świetny według mnie numer "Archanioły i ludzie" (tekst na podstawie wiersza Józefa Czechowicza „Przemiany”) a także drugi, instrumentalny pt. "Krótka forma czadowa" oraz studyjna wersja coveru Boba Marleya "Exodus", znana  z koncertowej płyty "Exodus", wydanej w tym samym 1992 roku. Płyty "Czas i byt" słuchało się całkiem dobrze, ale wtedy nie rozumiałem sensu nagrywania ponownie znanych mi już wcześniej nagrań. W dodatku niektóre ("Aguirre"!) brzmiały gorzej od wersji pierwotnych. Czekałem na następcę genialnej "Legendy" (1991) a zamiast tego otrzymałem zbiór nagrań poddanych recyklingowi.  W 1993 roku nie wiedziałem jednak, że "Czas i byt" będzie ostatnią płytą klasycznej Armii z Robertem Brylewskim, nagrywaną w dodatku w kultowym studiu Złota Skała. Wówczas mieściło się ono już nie na mazurskiej wsi, ale w pomieszczeniu warszawskiego klubu „Riviera-Remont”. Nie wiedziałem też, że brzmienie debiutanckiej płyty Armii (1987) zostało zmasakrowane przez Pronit i muzycy chcieli poprawić tę wpadkę, dzięki ponownemu nagraniu niektórych utworów i wydaniu w lepszej jakości. Przyznam, że debiutancka płyta, którą miałem na winylu rzeczywiście brzmiała jakoś cicho i dziwnie. Nigdy jednak nie należałem do audiofili, szczególnie, że mówimy o muzyce rockowej, a nie kompozycjach Chopina. W zupełności wystarczyło mi odpowiednie "podkręcenie" potencjometru "volume", dodanie na maks basu i "dało się" tego słuchać :). Oczywiście dzisiaj doceniam naprawienie brzmienia debiutanckiej płyty Armii na kompaktowych reedycjach po 1999 roku. Ale w 1993 roku ponowne nagrywanie materiału z debiutu i wydanie go w postaci, niby nowej, ale jednak nie całkiem nowej płyty pt. "Czas i byt" było dla mnie pomysłem złym. Chciałem więcej nagrań w rodzaju "Archanioły i ludzie" a nie odgrzewanych kotletów.  Mój negatywny stosunek do albumu "Czas i byt" wzmocnił się tylko, gdy światło dzienne ujrzał następnym album Armii z premierowym materiałem. Płyta "Triodantne" odrzuciła mnie po pierwszym przesłuchaniu. I nie chodziło mi o chrześcijańskie przesłanie wydawnictwa, bo sam też szedłem w tym kierunku, ale o brzmienie samej muzyki. To nie miało wiele wspólnego z Armią, którą pokochałem na dwóch pierwszych płytach! Zamiast uduchowionego punk rocka z indiańsko-mistyczną otoczką, otrzymałem jakieś ciężkie, metalowe riffy tworzące ociężałą muzykę idącą w kierunku progresywnego punk-metalu. Do dzisiaj nie jest mi po drodze z "Triodante", choć doceniam próbę wymyślenia się na nowo po odejściu z zespołu Roberta Brylewskiego.  Na "Czas i byt" patrzę dzisiaj właśnie z powyższej perspektywy. Po latach, gdy słucham płyty bez kontekstu oczekiwania na następcę "Legendy" i wiem co wydarzyło się muzycznie dalej z Armią, znacznie bardziej doceniam "Czas i byt". To przecież najlepszy muzyczny okres Armii. Są tutaj dwa świetne nowe numery i cover "Exodusu". Pozostałe nagrania traktuję jak raz lepsze, raz gorsze auto covery. Ale to, co jest największą zaletą albumu, to obecność na niej charakterystycznej, gitarowej ściany dźwięku Roberta Brylewskiego i klimat, który jest tym samym charakterystycznym staro-armijnym klimatem znanym z "Legendy".  Piszę o płycie, ale wydawnictwo najpierw ukazało się na kasecie, a dopiero rok później, wzbogacone o cztery nagrania dodatkowe, w formacie CD. Sprzedaż płyt CD była wtedy w Polsce nadal w powijakach. Płyty winylowe przestały się ukazywać a podstawowym formatem wydawniczym stały się kasety. Dlatego "Czas i byt" najpierw ukazał się na kasecie (prawdopodobnie jeszcze w 1992 roku), później na CD (1993) a na winylu dopiero po latach (2020), gdy winyl z powrotem stał się popularny wśród kolekcjonerów. Dzisiaj bardzo lubię wracać do "Czasu i bytu". Moje dawne krytyczne spojrzenie na to wydawnictwo uleciało wraz z upływem czasu. Pozostała jedynie rozkosz obcowania z oryginalnym brzmieniem Armii, do którego nigdy nie udało się zespołowi wrócić. To nie znaczy, że nie cenię niektórych późniejszych wydawnictw zespołu, ale tego specyficznego brzmienia pierwotnej Armii nic nie przebije. A ono tutaj jest. Dlatego po latach "Czas i byt" oceniam wysoko. [9/10] Andrzej Korasiewicz10.01.2026 r.

Więcej… Armia - Czas i byt...

Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent

4 stycznia 2026
357 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • pop
  • 80s
Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent 2019 GAD Records    CD    1. Siłą rzeczy 4:55 2. Stutonowy walec 4:42 3. Ostatni Remanent 3:25 4. Rock - Gimnastyka 2:39   niepublikowane nagrania radiowe (1982)   5. Smutne ZOO 4:53 6. Lata rozstania 3:30 7. Hej, nie daj się! 4:37   niepublikowane nagrania radiowe (1983)   8. Na drzewie 3:15 9. Biały szron 3:50   nieopublikowany SP (1983)   10. Romantyczna gra 4:35 11. Więcej sexu! 3:35   oryginalnie wydano na SP Tonpress S-505 (1984)   12. Znowu mam luz 3:49 13. Wszystko zacznij jeszcze raz 3:44   oryginalnie wydano na SP Tonpress S-598 (1985)   14. Podwodne reggae 15. Introdukcja 16. Czyha strach 17. Związani razem 18. Dzikie palmy 19. Mijanka 20. Bujam się   niepublikowane nagrania z prób (1982-86)   DVD   1. Stutonowy walec 2. Romantyczna gra 3. Znowu mam luz   teledyski, Telewizyjna Lista Przebojów, 1982-86   4. Więcej sexu!   „Przeboje Dwójki - wydanie sylwestrowe”, 1984   5. Więcej sexu! 6. Romantyczna gra   „Konkurs Tańca Disco”, emisja 15.03.1985   Zoo to formacja, którą darzę wielkim sentymentem. W 1984 roku, gdy na Liście przebojów Trójki usłyszałem utwory: "Na Drzewie" i "Romantyczna Gra" byłem nimi zachwycony. Moją uwagę zwrócił szczególnie ten drugi numer, bo sugerował, że mamy do czynienia z polskim odpowiednikiem muzyki "new romantic". Niestety, o grupie Zoo szybko słuch zaginął a jedynymi śladami jego działalności zostały dwa single i nagrania radiowe. Nic dziwnego, że gdy kilka lat temu pojawiły się informacje, że GAD przymierza się do wydania płyty zbierającej całą dostępną twórczość Zoo poczułem niemała ekscytację. W końcu! Wiedziałem, że początki zespołu odbiegały od tego za co polubiłem Zoo. W dodatku materiału, który pozostał po zespole nie może być wiele. Mimo wszystko łudziłem się, że może jednak było jeszcze kilka nagrań podobnych do "Romantycznej gry", które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Częściowo te nadzieje spełniły się. Płyta "Ostatni remanent" pokazała jednak przede wszystkim to, że grupa Zoo to swoista efemeryda, która nie wypracowała własnego stylu. Mimo krótkiego okresu działalności (1982-1985) na każdym jej etapie brzmiała inaczej, niemal jak inny zespół o odmiennej stylistyce.   Płytę rozpoczynają cztery nagrania śpiewane przez Stanisława Wenglorza. Ten utalentowany wokalista zaliczył w latach 70. epizody współpracy m.in. ze Skaldami i Budką Suflera, śpiewał też jazz oraz był wokalistą bigbitowej grupy Wiślanie 69. Nic dziwnego, że utwory Zoo śpiewane przez niego to propozycja dla miłośników tradycyjnego pop rocka, a nie dla fanów "new romantic". Nagranie "Stutonowy walec" zaistniało w listopadzie 1982 roku pod szyldem Stanisław Wenglorz i Zoo na Liście przebojów Trójki. Trzy kolejne utwory zaśpiewane przez Iwonę Trzaskowską, najbardziej znaną z późniejszego przeboju "Na twojej orbicie" Mad Money, mają już bardziej nowoczesny charakter. To również pop rock, ale przebijają się w nim w większym stopniu keyboardy. A przynajmniej tak jest w nagraniu "Smutne ZOO" i trochę w funkującym "Lata rozstania". "Smutne ZOO" w sierpniu 1983 roku trafiło na dwa tygodnie do top 30 Listy przebojów Trójki. Ta melancholijna ballada popowa przypomina w pewnym stopniu wspomniane "Na twojej orbicie". Trzeci utwór śpiewany przez Trzaskowską pt. "Hej, Nie Daj Się!" niestety można zestawić z bezpłciową twórczością niektórych gwiazd ówczesnej muzyki estradowej.   Zoo, które lubię i wspominam z sentymentem zaczyna się od utworu numer osiem. Tutaj wokalistą jest Robert Janowski, który po opuszczeniu Zoo śpiewał przez chwilę w Oddziale Zamkniętym a dzisiaj znamy go z programu telewizyjnego "Jaka do melodia?". "Zu zuzuzuzuzu zu", to chyba każdy pamięta :). Nagranie nie ma jeszcze elementów charakterystycznych dla "new romantic", ale to nowoczesny pop rock, z chwytliwym refrenem. "Na drzewie" okazało się największym przebojem grupy. Utwór zadebiutował na Liście przebojów Trójki w styczniu 1984 roku i w czwartym tygodniu pobytu na liście dotarł do ósmego miejsca. W drugim utworze "Biały szron" słychać już w tle przestrzenne klawisze i zapowiedź tego, co nastąpiło na kolejnym singlu formacji: "Romantyczna gra"/"Więcej sexu!'. "Romantyczna gra" to polski klasyk "new romantic" i nic mnie nie przekona, że jest inaczej :). Elektroniczna perkusja Simmonsa i syntezator Oberheim OB-8 to instrumenty, które definiują brzmienie tego utworu. Do tego dochodzi dobry, pasujący do całej koncepcji śpiew Janowskiego. Elektroniczny charakter ma również utwór "Więcej sexu!", ale efekt psuje moim zdaniem żenująco-infantylny tekst. Sama kompozycja też jest inna, trochę rapowana i bardziej dynamiczna, ale nie składająca się w sensowną całość.    Ostatnie nagrania Zoo pochodzą z drugiego wydanego singla "Znowu mam luz"/"Wszystko zacznij jeszcze raz" (1985). To kolejna wolta stylistyczna i powrót do pop rocka. Nie słychać już tutaj "noworomantycznych" klawiszy oraz elektronicznej perkusji. Brzmienie jest organiczne a na wokalu Janowskiego zastępuje Krzysztof Marzec, czyli "Pan Tik-Tak" :). Krzysztof Marzec na początku był gitarzystą w zespole Zoo. Po odejściu Janowskiego do Oddziału Zamkniętego, zastąpił go na wokalu. Ale formacji nie udało się uratować i w 1985 roku przestała istnieć. Krzysztof Marzec stał się w 1986 roku odtwórcą roli "Pana Tik-Taka" (Krzysia) w dziecięcym programie telewizyjnym Tik-Tak i na tym historia Zoo zakończyła się. Warto dodać jeszcze, że Krzysztof Marzec był bratem zmarłego niedawno Andrzeja Marca, znanego organizatora koncertów.   Na płycie "Ostatni remanent", oprócz kompozycji oficjalnie wydanych, mamy też siedem utworów bonusowych zarejestrowanych na próbach w latach 1982-84. To bardzo surowe nagrania, ale chwilami ciekawe, w większości śpiewane przez Janowskiego. Instrumentalna "Introdukcja" to kolejny przyczynek do elektronicznego popu. Podobnie jest w przypadku kompozycji "Związani razem" śpiewanej przez Janowskiego. "Dzikie palmy" są bardziej pop rockowe, instrumentalna "Mijanka" brzmi funkowo. Śpiewany przez Marca "Bujam się" to funkujący pop, w którym słychać trochę fałszów wokalisty. Na deser otrzymujemy dysk DVD z kilkoma filmowymi śladami nakręconymi przez Zoo w epoce. "Romantyczna gra" miała przecież swój teledysk, który dzięki temu wydawnictwu możemy sobie przypomnieć. Wszystko pod hasłem "ocalić od zapomnienia".   "Ostatni remanent" to zgodnie z tytułem rzeczywiście remanent, który na chwilę przenosi nas z powrotem do lat 80. Dzięki niemu jest szansa na ocalenia od zapomnienia tej formacji, która choć istniała krótko i nie ma na koncie regularnej płyty, to silnie zapisała się w pamięci ówczesnych nastolatków. Na pewno tak jest w moim przypadku. Zoo do dzisiaj traktuję jak niewykorzystaną szansę na polski zespół "new romantic". "Romantyczna gra" jest tego świadectwem. Wprawdzie to raczej moje myślenia życzeniowe, bo dla muzyków tworzących grupę, Zoo było jedynie przygodą a użycie elektroniki to efekt chwilowej mody. Mimo wszystko w mojej pamięci "Romantyczna gra" na zawsze pozostanie niezwykle udanym efektem tej mody, który stał się klasykiem polskiego electro popu. Samą płytę należy jednak traktować jedynie jak zbiór archiwaliów z dawno minionej epoki, który pozostawiam bez oceny.    Andrzej Korasiewicz 04.01.2026 r. {youtube}https://www.youtube.com/watch?v=rc-lDvNlzr0&list=RDrc-lDvNlzr0&start_radio=1{/youtube}
Więcej… Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent...

Rea, Chris - The Road To Hell

23 grudnia 2025
478 odsłon
Tagi:
  • rock
  • pop
  • 80s
  • pop rock

Chris Rea - The Road To Hell1989 WEA 1. The Road To Hell (Part I)    4:522. The Road To Hell (Part II)    4:303. You Must Be Evil    4:204. Texas    5:095. Looking For A Rainbow    8:206. Your Warm And Tender Love    4:327. Daytona    5:048. That's What They Always Say    4:279. I Just Wanna Be With You    3:3910. Tell Me There's A Heaven    6:00 Wczoraj przyszła przykra informacja o śmierci Chrisa Rea. Artysta, który od wielu lat chorował, zmarł 22.12.2025 r. w wieku 74 lat. Obszerna twórczość Chrisa nie była mi szczególne bliska, ale mam w pamięci kilka jego przebojów z lat 80. oraz dwie płyty, które przyniosły mu międzynarodową sławę. O pierwszej z nich wspomnę w niniejszej recenzji. Z muzyką Chrisa zetknąłem się w połowie lat 80., gdy usłyszałem takie przeboje jak: "Fool (If You Think It's Over)" (1978), "I Can Hear Your Heartbeat" (1983), "Josephine" (1985), czy szczególnie "On the Beach" (1986). Ten ostatni, promowany na liście Trójki przez Marka Niedźwieckiego, bardzo przypadł mi do gustu, ale cała płyta o tym samym tytule już nie podobała mi się tak mocno. Poza utworem tytułowym, w którym na plan pierwszy wysuwają się "pływająca" partia gitary Rea oraz jego śpiew okraszony lekką chrypką, zwróciły moją uwagę jeszcze "It's All Gone" i "Hello Friend". Przemówiły do mnie zatem te najbardziej przebojowe fragmenty płyty, które wydano jako single, pozostałe nagrania były dla mnie zbyt wolne i nie przekonywały mnie. To była twórczość z kategorii pop rocka wywodzącego się z bluesa i klasycznego rocka. Chris Rea miał jednak  talent, by tworzyć utwory, które zainteresują nawet kogoś spoza kręgu muzyki, którą grał.  Już na samym początku swojej kariery muzycznej w 1978 roku nagrał przebój "Fool (If You Think It's Over)". Singiel dotarł wtedy do 12. miejsca listy Billboardu i okazał się największym amerykańskim przebojem Brytyjczyka w całej jego karierze. Choć jego twórczość miała potencjał, by bardziej zaistnieć na rynku amerykańskim, to Ameryki nie podbił. Nic dziwnego jednak, że tak się stało, skoro nigdy nie zagrał tam ani jednego koncertu. Najważniejsze dla Chrisa Rea było jednak życie rodzinne i nie poświęcił go dla rozwoju swojej kariery muzycznej. Wyjazd na koncerty do USA kolidował z jego planami rodzinnymi i mimo dużego potencjału swojej twórczości nie zdecydował się na wyjazd do Stanów. A przecież międzynarodowy sukces, który Rea osiągnął w swoim życiu i tak był duży. To pokazuje przede wszystkim moc jego twórczości i skalę talentu. Mimo tego, że nie stawiał na karierę za wszelką cenę i tak osiągnął wiele. Po pierwszym przeboju "Fool (If You Think It's Over)", który w 1978 roku zaznaczył również swoją obecność na liście brytyjskiej docierając do top 30 listy singli, jego popularność stanęła w miejscu. Mimo regularnego wydawania kolejnych płyt oraz singli, dopiero w 1985 roku wraz z siódmą płytą pt. "Shamrock Diaries" sprzedaż jego muzyki zaczęła wyraźniej rosnąć. Album dotarł do 15. miejsca brytyjskiej listy sprzedaży albumów oraz do 3. podobnej listy w Holandii. Jeszcze lepiej było w przypadku następnej płyty "On the Beach", która osiągnęła 11. miejsce w Wielkiej Brytanii, 2. w Niemczech oraz szczyt listy sprzedaży w Holandii. Album dobrze radził sobie też w innych krajach europejskich a od tej chwili popularność Chrisa zaczęła jeszcze przyśpieszać. Pomógł w tym singiel "Let's Dance" (1987), który był pierwszym w karierze Chrisa utworem w top 20 brytyjskiej listy singli docierając do 12. miejsca. Popularność zdobył również w pozostałych krajach, nie tylko europejskich, w Nowej Zelandii utwór dotarł do 2. miejsca listy singli. Dzięki temu wystrzeliła również sprzedaż albumu "Dancing with Strangers" (1987), z którego nagranie pochodziło. Wydawnictwo dotarło do 2. miejsca brytyjskiej listy sprzedaży. W kolejnym roku, dzięki świątecznemu przebojowi "Driving Home for Christmas" (1988) artysta po raz pierwszy osiągnął top 10 brytyjskiej listy singli. Był też w czołówce list w Austrii, Niemczech i Holandii, gdzie utwór dotarł do 3. miejsca. To wszystko okazało się dopiero przedsmakiem, bo prawdziwy przełom przyszedł wraz z albumem "The Road To Hell" wydanym w 1989 roku.  Płyta "The Road To Hell" ukazała się w październiku 1989 roku i została poprzedzona na początku tego samego miesiąca singlem "The Road to Hell (Part 2)". Początkowo wydawca był niechętny wydaniu tego utworu na singlu. Nagranie wydawało się niezbyt chwytliwe. Utwór był inspirowany frustracją związaną ze staniem korku w godzinach szczytu na autostradzie, dzięki czemu bohater ma czas na przemyślenia na temat swojego życia. Niezbyt wesoły śpiew Rea oraz motywy gitarowe przywodzące na myśl Dire Straits spodobały się jednak słuchaczom. Nagranie stało się międzynarodowym przebojem docierając jako drugi i ostatni utwór artysty do top 10 brytyjskiej listy singli. Utwór był też największym przebojem w historii polskiej listy przebojów Trójki osiągając na niej w grudniu 1989 roku siódme miejsce. To wszystko nakręciło sprzedaż albumu "The Road To Hell", który stał się pierwszym w karierze artysty numerem jeden na brytyjskiej liście sprzedaży. Chris Rea powtórzył ten sukces z następnym albumem "Auberge" (1991) a później jego popularność zaczęła słabnąć. Zaczęły się też jego kłopoty ze zdrowiem. W XXI wieku Chris Rea odszedł od grania pop rocka i zwrócił się w stronę bluesa rocka.  Album "The Road To Hell" wyniósł Chrisa Rea na szczyt popularności. Nie tylko okazał się sukcesem na rynku brytyjskim, ale świetnie sprzedawał się w całej Europie i poza nią. Artyście nie udało się tylko podbić Ameryki, mimo że muzyka, którą grał była niemal skrojona pod rynek amerykański. Chris Rea ze swoją charakterystyczną chrypką i pop rockiem osadzonym w tradycji bluesowej miał wielką szansę na sukces na tym rynku. Nie mógł go jednak osiągnąć, gdy nie promował swojej twórczości w Stanach. Z wywiadów, których udzielał wynika, że czuł z tego powodu pewien żal, ale najważniejsza był dla niego rodzina a nie popularność. Nigdy nie zabiegał o nią, jego celem nigdy nie była ona sama w sobie. Tworzył muzykę taką, jaką chciał i nie oglądał się za siebie. Gdy okazywało się, że piosenki i płyty, które nagrywał stawały się popularne, tym lepiej dla nich. Ale Chris Rea nigdy nie kierował się tym, żeby być gwiazdą. I mimo sukcesu, który osiągnął nigdy nie zachowywał się jak gwiazda. Album "The Road To Hell" przyniósł muzykę bardziej zwartą i dynamiczną w porównaniu do niektórych jego wcześniejszych płyt. O ile np. na płycie "On the Beach" było kilka bardziej wyrazistych utworów a resztę stanowiły spokojne, niemal folkowe pieśni, to na "The Road To Hell" otrzymujemy zestaw dziesięciu nagrań, które tworzą zwartą całość. Płyta rozpoczyna się od dwóch części "The Road To Hell", z której druga osiągnęła sukces komercyjny. W kolejnym utworze "You Must Be Evil" muzyka nie zwalnia a śpiew Rea jest nawet bardziej dynamiczny, refren chwytliwy i choć nagranie nie stało się singlem, to mogłoby się nim stać. Mimo że śpiew Rea w "Texas" jest bardziej zrównoważony, to nagranie ma przyjemny, miarowy bit perkusyjny a robotę robią solówki gitarowe Chrisa. W najdłuższym na płycie, ponad ośmiominutowym "Looking For A Rainbow" najbardziej słychać korzenie Chrisa Rea, bo gitara brzmi bardzo bluesowo, jak i cały utwór. "Your Warm And Tender Love" jest spokojniejszy i bujający. Ważną rolę odgrywają w nim partie klawiszowe (prawdopodobnie Fender Rhodes) oraz typowe dla Chrisa Rea pływające zagrywki gitarowe. "Daytona" to miły pop rock osadzony w korzeniach bluesowych, co zresztą można byłoby powiedzieć o większości nagrań na płycie. "That's What They Always Say" jest bardziej zadziorny i dynamiczny, "I Just Wanna Be With You" to miękki pop z subtelnymi zagrywkami gitarowymi w tle i tradycyjnymi, klawiszowymi akordami, które ubarwiają nagranie. Wszystkich kompozycji na albumie słucha się z uwagą i przyjemnością, nawet jeśli pop rock osadzony w tradycji bluesowej nie jest gatunkiem, który słuchacza najbardziej interesuje. Płytę kończy piękna ballada "Tell Me There's a Heaven", którą rozpoczyna subtelna gra na pianinie. Utwór wzbogacony jest klimatyczną aranżacją smyczkową oraz delikatną partią basu. Na tle tego instrumentarium Chris Rea śpiewa o pragnieniu istnienia nieba. Wspaniała kompozycja, która zamyka piękną klamrą płytę. "The Road To Hell" to jedna z najbardziej udanych pozycji w dyskografii artysty, która przyniosła mu zasłużoną, międzynarodową sławę. Album do dzisiaj zachowuje swoją moc, która jest w stanie oddziaływać nie tylko na słuchaczy, którzy lubią muzykę tworzoną przez artystę. A to świadczy o prawdziwej sile "The Road To Hell". [9/10] Andrzej Korasiewicz23.12.2025 r.

Więcej… Rea, Chris - The Road To Hell...

Aya RL - Aya Rl (Czerwona)

20 grudnia 2025
638 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • cold wave
  • new wave
  • 80s

Aya RL - Aya Rl (Czerwona)1986 Tonpress str. A A1. Księżycowy krok    4:40A2. Nasza ściana    5:15A3. Czy to oni?    3:50A4. Unikaj zdjęć    5:00 str. B B1. Nie zostawię    3:55B2. Ulica miasta    4:30B3. Polska    4:15B4. Wariant "C"    4:45B5. Pogo I    2:10B6. Pogo II    3:10 Akuszerem powstania formacji Aya Rl był Walter Chełstowski, który w 1983 roku poznał podczas festiwalu w Jarocinie rosyjskiego klawiszowca Igora Czerniawskiego z liderami polskiej grupy rockowej Hak - wokalistą Pawłem Kukizem i gitarzystą Jarosławem Lachem. Chełstowski był wtedy szefem festiwalu w Jarocinie i uważał, że jego rola może sprowadzać się do czegoś znacznie więcej niż tylko kwestii organizacyjnych samej imprezy. Należy przypomnieć, że na pierwszej edycji festiwalu pod wodzą Chełstowskiego i Sylwina w 1980 roku występowali przede wszystkim wykonawcy z kręgu "muzyki młodej generacji" w rodzaju Kasa Chorych, Exodus, Krzak czy Kombi. To zmieniło się, gdy do festiwalu zaczęły napływać w coraz większej ilości zgłoszenia grup punkowych i nowofalowych. Natchnęło to Chełstowskiego do tego, by zapanować nad tym zjawiskiem i samemu je kształtować. Chełstowski chciał wykreować "swoją" scenę, która miała być swoistym "głosem pokolenia". Jednym z pierwszych efektów realizacji tej koncepcji było powstanie formacji Aya Rl, która stałą się oczkiem w głowie Chełstowskiego. Grupa nagrała w 1984 roku kilka utworów a jeden z nich "Skóra" został ogólnopolskim przebojem. Zespół wystąpił również w 1984 roku w Jarocinie. Jak się wkrótce okazało "Skóra" nie była reprezentatywnym nagraniem dla dalszej twórczości grupy, która na początku 1985 roku weszła do studia, by nagrać debiutancką płytę. Można było spodziewać się, że "Skóra" stanie się osią wokół której muzycy stworzą resztę muzyki. Tymczasem było zupełnie inaczej. Igor Czerniawski, Jarosław Lach i Paweł Kukiz nagrali płytę, która była całkowicie odmienna od największego przeboju grupy. W efekcie nie umieszczono go na debiutanckiej płycie, podobnie zresztą jak drugiego przeboju z początkowego okresu działalności grupy "Jazz". Oba nie pasowały do koncepcji albumu. Już pod koniec 1984 roku w Polskim Radiu pojawił się utwór "Księżycowy krok", który wskazywał, że muzyka zespołu ewoluuje w nowym kierunku niż ten, który wytyczyła "Skóra". Zamiast prostego przeboju usłyszeliśmy kompozycję nieco tajemniczą, subtelną, ale z ekspresyjnym wokalem Kukiza opartą na elektronice. Nagranie w niczym nie przypominało "Skóry" a mimo to odniosło sukces komercyjny, docierając w grudniu 1984 roku do drugiego miejsca listy przebojów programu Trzeciego. Pół roku później usłyszeliśmy podobny "przebój-nie-przebój" pt. "Nasza ściana", oparty na rytmie automatu perkusyjnego, elektronicznych efektach i emocjonalnym śpiewie Kukiza. W lipcu 1985 roku nagranie dotarło do drugiego miejsca listy Trójki. W październiku 1985 roku kolejnemu nowemu utworowi Aya Rl "Unikaj zdjęć" udało się osiągnąć szczyt zestawienia trójkowej listy i to dwukrotnie. "Unikaj zdjęć" było prostszą, bardziej konwencjonalną formą piosenkową, w której obok elektroniki słychać było mocny riff gitarowy. Możliwe, że dzięki temu  kompozycja osiągnęła większy sukces. Ówczesna polska publiczność nie była jeszcze gotowa na alternatywny, elektroniczny pop, preferując brzmienia rockowe. A właśnie takim projektem, elektronicznym i alternatywno-popowym był zespół Aya Rl. W marcu 1986 roku na liście Trójki pojawił się kolejny utwór pt. "Nie zostawię", ale on nie odniósł większego sukcesu, docierając zaledwie do 11. miejsca listy Trójki i po kilku tygodniach opuszczając zestawienie. Mniej więcej w tym czasie na rynku ukazała się długogrająca płyta pt. "Aya Rl".  Gdy album "Aya Rl" był już dostępny w sprzedaży, zainteresowanie grupą trochę osłabło, choć płyta stała się od razu "towarem" bardzo poszukiwanym. Pamiętam, że nie było łatwo jej dostać. Gdy w końcu udało mi się to, moim uszom odsłoniła się muzyka, która była bardzo zaskakująca. Oprócz znanych mi już wspomnianych wcześniej "przebojów", które przecież znacznie odbiegały od standardów ówczesnych hitów, usłyszałem, szczególnie w końcówce drugiej strony płyty, nagrania wręcz eksperymentalne. Takim na pewno jest instrumentalna "Polska", ale i następny "Wariant "C"" nie ma wiele wspólnego z przebojowością. A mimo to było w tej muzyce coś co zafascynowało mnie, ówczesnego nastolatka, który był wtedy nadal na etapie szukania w muzyce przede wszystkim "chwytliwości" i przebojowości. Album kończyły dwa krótkie, dynamiczne i szalone utwory "Pogo I" i "Pogo II".  Oba trafiły jako jedna pozycja w lipcu 1986 roku na listę Trójki docierając do 6. miejsca w sierpniu. Płytę uzupełniał na stronie A szybki i dynamiczny "Czy to oni?" z ekspresyjnym śpiewem Kukiza oraz drugi utwór na stronie B płyty "Ulica miasta". "Ulica miasta" okazała się kolejnym "przebojem-nie-przebojem" Aya Rl. Nagranie zbudowane zostało w oparciu o wolny, powtarzalny rytm automatu perkusyjnego, uzupełniony syntetycznym motywem basu oraz przestrzennymi partiami klawiszowymi. Na ich tle Kukiz najpierw recytuje przejmujący tekst a następnie go wykrzykuje. Do tego dochodzi akord grany na klasycznej gitarze, który rozpoczyna i kończy utwór. Nagranie osiągnęło w styczniu 1987 roku szczyt Listy przebojów Trójki i było jednym z trzech numerów jeden Aya Rl na liście Trójki. Muzyka, która znalazła się na debiutanckiej płycie Aya Rl znacznie odbiegała od ówczesnych standardów obowiązujących na polskiej scenie pop i rock. Nie przynależała ani do głównego nurtu wykonawców używających syntezatorów i tworzących ówczesną polską muzykę synth pop takich jak: Kombi, Kapitan Nemo czy częściowo Lombard. Z drugiej strony mimo tego, że formacja powstała w kotle festiwalu jarocińskiego, nie pasowała ze swoją subtelną, elektroniczną i jednak w dużej mierze popową muzyką do wykonawców z kręgu Jarocina. Aya Rl była wtedy bytem osobnym, który wyróżniał się na tle ówczesnej sceny. Dla punkowego undergroundu był grupą popową, dla popowo-rockowego mainstreamu "alternatywną". Szkoda tylko, że grupa okazała się w praktyce zespołem jednej płyty. Drugi album wydany również pt. "Aya Rl", dla  odróżnienia od debiutu nazywany "Niebieskim" (1989), był jeszcze na dobrym poziomie, ale nie powtórzył ani sukcesu artystycznego, ani komercyjnego debiutu. Koniec lat 80. to był już inny czas i dla twórczości Aya Rl wśród zespołów z kręgu tzw. Krajowej Sceny Młodzieżowej nie było miejsca. Mimo wszystko płyta jest warta uwagi i zbliżona stylistycznie do debiutu, choć nagrana została przez Czerniawskiego i Kukiza z nowym gitarzystą Romanowskim. Później zaczęła się już równia pochyła. W 1990 roku Paweł Kukiz odszedł z grupy, by skupić się na karierze solowej oraz występach z Piersiami. W 1994 roku ukazał się album "Nomadeus" nagrany przez Czerniawskiego i Lacha, który wrócił do zespołu. "Nomadeus" przyniósł muzykę elektroniczną oscylującą w stronę "world music", która niewiele miała wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu. Kolejny album "Calma" (1996) to flirt z muzyką techno. Ostatnim aktem w dyskografii Aya Rl była płyta "Change in Form" nagrana w pojedynkę przez Czerniawskiego. Przyniosła dosyć ciekawą instrumentalną muzykę elektroniczną, która jednak w niewielkim stopniu nawiązywała do tego czym była Aya Rl w latach 80. Na tym działalność zespołu zakończyła się. W XXI wieku miały miejsce jeszcze dwukrotne reaktywacje zespołu w 2009 i 2011 roku, ale tylko koncertowe. I to jak na razie ostatnia aktywność grupy.  Dla mnie "Aya Rl" pozostaje jedną z najważniejszych płyt w historii polskiej muzyki rozrywkowej i jedną z tych, która wyznacza zakres muzyki, który pozostaje w kręgu zainteresowania strony Alternativepop.pl Można wręcz napisać, że to pozycja wzorcowa dla muzyki, której poszukuję i o której chcę pisać na stronie. Ocena płyty może być tylko maksymalna. [10/10] Andrzej Korasiewicz20.12.2025 r.

Więcej… Aya RL - Aya Rl (Czerwona)...

Jarre, Jean Michel - Les Concerts En Chine

11 grudnia 2025
492 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • 80s

Jean Michel Jarre - Les Concerts En Chine1982 Disques Dreyfus 1. L'ouverture    4:502. Arpégiateur    6:533. Equinoxe IV    7:454. Jonques De Pêcheurs Au Crépuscule    9:455. L'orchestre Sous La Pluie    1:216. Equinoxe VII    9:537. Orient Express    4:218. Les Chants Magnétiques I    0:219. Les Chants Magnétiques III    3:5010. Les Chants Magnétiques IV    10:3711. Harpe Laser    3:3612. Nuit à Shanghai    7:0113. La Dernière Rumba    2:1214. Les Chants Magnétiques II    6:1615. Souvenir De Chine    3:59 Jean Michel Jarre to chyba pierwsze nazwisko jakie mogę podać pisząc o początkach mojej fascynacji muzyką. Tak naprawdę jednak początek był bez nazwisk. Był odbiornik radiowy w kuchni włączony przez ojca na Pierwszy Program Polskiego Radia. Raz na jakiś czas, a był to sam początek lat 80. ubiegłego wieku, pomiędzy różnymi audycjami emitowano bez zapowiedzi utwory muzyczne. Niektóre z nich robiły na mnie ogromne wrażenie, nie tylko swoimi walorami artystycznymi, ale też niezwykłymi brzmieniami, o których nie miałem pojęcia z jakich instrumentów są wydobywane. Kiedy już odważyłem się sam kręcić gałką w radioodbiorniku trafiłem na Studio nagrań w III programie PR. Była to autorska audycja Jerzego Kordowicza, z której dowiedziałem się o istnieniu instrumentów elektronicznych i autorów fascynującej mnie muzyki. Jean Michel Jarre nie należał do czołówki ulubieńców Kordowicza, chociaż w plebiscycie wśród słuchaczy audycji na najlepszą płytę rocka elektronicznego, bo tak określano wtedy tą muzykę, „Oxygene” Jarre’a zajęło drugie miejsce po płycie „Ricochet” grupy Tangerine Dream. W zbliżonym czasie udało mi się po raz pierwszy zobaczyć w jakiejś gazecie oblicze francuskiego artysty na czarno-białej fotografii. Dziwnie to brzmi w epoce Internetu, smartfonów i AI. W czerwcu 1983 r. w Peweksie przy ulicy Floriańskiej w Krakowie dostrzegłem na najwyższej półce winylowe oczywiście płyty „Oxygene” i „Equinox” w cenie 5 tysięcy zł każda. Nie było rady. Razem z kolegą z podstawówki zbieraliśmy butelki, ściągaliśmy z nich nalepki i oddawaliśmy do skupu aż wreszcie mogliśmy sobie kupić po jednej. Recenzowany album płytowy otrzymałem już od rodziców. Miałem przyjemność być na pierwszym koncercie Jeana Michela Jarre’a w Polsce, 21 czerwca 1997 r. w katowickim Spodku. W odniesieniu do tego koncertu i do tych chińskich z 1981 r. mogę powiedzieć tyle, że najlepsze pod względem muzycznym są te, podczas których występuje z dużym zespołem, a tak było w obu tych przypadkach. Tyle osobistych wspomnień. Pierwsze koncerty Jeana Michela Jarre’a w Chińskiej Republice Ludowej były wydarzeniem historycznym. 45 lat temu nie była to potęga jaką znamy dzisiaj. Chiny kojarzyły się raczej z głębszym panowaniem ideologii komunistycznej niż w ZSRS, z niezliczonymi milionami ludzi ubranymi w jednakowe mundurki Mao, z tenisówkami, herbatą, porcelaną, ping pongiem i ogólnie z zacofaniem. Bardziej zorientowani wiedzieli o spustoszeniach, jakie przyniosła rewolucja kulturalna. Po reformach Deng Xiaopinga pod koniec lat 70. XX wieku opresyjność systemu zmniejszyła się, wzrosły aspiracje konsumpcyjne Chińczyków i Komunistyczna Partia Chin postanowiła w sposób kontrolowany otworzyć się także na wpływy kulturalne Zachodu. Z kolei Jean Michel Jarre pod koniec lat 70. XX wieku dzięki ogromnemu sukcesowi płyty „Oxygene” był już gwiazdą znaną nie tylko we Francji. Na marginesie przypomnę, że „Oxygene IV” w 1977 r. zajął czwarte miejsce na brytyjskiej liście przebojów UK singles chart. W tym samym roku na tej prestiżowej liście sukcesy odnotowały instrumentalny utwór „Magic Fly” francuskiego zespołu Space i piosenka Donny Summer „I Feel Love”. 1977 był zatem rokiem przełomowym dla artystów tworzących muzykę wyłącznie na instrumentach elektronicznych. Muzyka traktowana dotąd jako ciekawostka i nowinka weszła do głównego nurtu muzyki popularnej.  Możliwe, że Jarre jako twórca muzyki instrumentalnej był bezpieczniejszy ideologicznie niż twórcy piosenek i dlatego wybrano właśnie jego jako pierwszego, który zaprezentuje w Chinach zachodnią muzykę popularną. Zapewne istotne dla tej decyzji było te, że w 1964 roku to Francja była pierwszym dużym zachodnim krajem, który oficjalnie uznał Chińską Republikę Ludową. Nawiasem mówiąc, w młodości Deng Xiaoping spędził sześć lat życia we Francji. Na chińskich decydentach wrażenie też mógł zrobić koncert Jarre’a 14 lipca 1979 r. w Paryżu na Place de la Concorde dla około półtora miliona ludzi wpisany do księgi rekordów Guinessa. Jarre połączył w nim muzykę z pokazem świateł i projekcjami na fasadach budynków wokół placu, tworząc spektakl audiowizualny, który stał się wzorem dla jego późniejszych megakoncertów. W każdym razie bezpośrednio po nim rozpoczęły się na poziomie ambasad rozmowy o serii koncertów w ChRL. 22 sierpnia 1981 a więc prawie w przededniu wyjazdu do Chin ukazała się trzecia studyjna płyta Jarre’a czyli „Les Chants Magnétiques”, w wersji angielskiej „Magnetic Fields”, w której Jarre po raz pierwszy użył instrumentów cyfrowych obok analogowych. Ważną rolę w tym czasie w jego muzyce zaczął odgrywać Fairlight CMI, pierwszy szeroko dostępny sampler cyfrowy. Utwory z tej płyty emitowane były przez chińską rozgłośnię radiową jeszcze przed koncertami.  Przygotowania do tej serii koncertów były bardzo poważne. Oprócz nadania znanym już utworom nowej, bardziej popularnej aranżacji i rozpisania jej na członków specjalnie powołanego zespołu muzyków Jarre skomponował na tę okazję nowe utwory i dokonał aranżacji tradycyjnej chińskiej melodii. Wykonywał później ten utwór wraz z Orkiestrą Symfoniczną Konserwatorium Pekińskiego pod tytułem „Fishing Junks at Sunset”. Wspomnę na marginesie, że muzyka chińska w dużej mierze opiera się na skalach pentatonicznych, a podstawą muzyki europejskiej od średniowiecza jest system diatoniczny (skala siedmiostopniowa: dur i moll). Do swojego zespołu Jean Michel Jarre zaprosił następujących artystów:  - Frédéric Rousseau, jeden z pionierów francuskich pionierów muzyki elektronicznej, który działał na tej scenie równolegle z twórczością Jarre’a i Space Art. W latach 90. współpracował też z Vangelisem;- Dominique Perrier, kolejny z pionierów muzyki elektronicznej we Francji, współzałożyciel zespołu Space Art. Jego partie solowe na keytarze Moog Liberation były ozdobą koncertów;- Roger Rizzitelli, perkusista, współzałożyciel zespołu Space Art. Na potrzeby koncertów w Chinach wyposażony w chyba największy możliwy zestaw perkusji elektronicznej Simmonsa, która w 1981 r. stanowiła nowość;- Pierre Mourey, koordynator instrumentów muzycznych, zajmujący się także obsługą i naprawą syntezatorów i konsol mikserskich.  Próby zaczęły się kilka miesięcy przed koncertami w prywatnym studiu Jarre’a w Croissy nad Sekwaną. Zespołowi towarzyszyła  sześćdziesięcioosobowa ekipa techniczna obsługująca sprzęt o łącznej wadze 16 ton. Trzeba było zabrać dosłownie wszystko od sprzętu nagłaśniającego z kolumnami po ekspres do kawy. Wśród instrumentarium nowością była harfa laserowa, która później stała się znakiem rozpoznawczym francuskiego muzyka. Notabene instrument ten skonstruował Bernard Szajner, kompozytor i artysta wizualny, urodzony w Francji, pochodzący z rodziny polskich Żydów. Koncerty odbyły się w Pekinie (21–22 października 1981) i Szanghaju (26–29 października 1981). Nie było to łatwe przedsięwzięcie, zarówno ze względu na różnice kulturowe, jak i techniczne. Przed pierwszym koncertem w Pekinie, w którym uczestniczyli głównie urzędnicy, działacze partyjni i żołnierze, technicy zorientowali się, że nie ma wystarczającej ilości energii do zaopatrzenia sceny i audytorium. Gospodarze rozwiązali problem tymczasowo odcinając prąd w okolicznych dzielnicach. Potem na długo przed końcem koncertu prawie połowa publiczności wyszła ze względu na to, że od 22.00 przestawały kursować autobusy. Chcąc zapewnić frekwencję na drugim koncercie, Jarre’a i jego zespół kupili część biletów na koncert i rozdali je dzieciom na ulicy. Bardziej zaangażowana okazała się publiczność w Szanghaju składająca się w dużej części ze studentów. Jarre jako frontman zachęcał do zabawy chodząc pomiędzy rzędami z miniaturowym syntezatorem, na którym uczestnicy koncertu odgrywali przypadkowe dźwięki. Nawiązywanie kontaktu z publicznością było także nowością podczas koncertów muzyki elektronicznej i odróżniało potem koncerty Jeana Michela Jarre’a od statycznych występów zespołów niemieckich. W koncertach uczestniczyło łącznie około 120 tysięcy osób. Ta pionierska wyprawa francuskich muzyków do Chin została utrwalona w bardzo udanym filmie dokumentalnym „The Concerts in China (1981–1982)”, reżyserowanym przez Andrew Piddingtona. Fragmenty koncertów były transmitowane przez Radio Beijing i francuską stację Europe 1. Zapis tych audycji stał się podstawą do wydania w 2016 r. bootlegu „The Concerts in China – Radio Broadcast”. Możemy na nim usłyszeć także utwory, który nie znalazły się na oficjalnym wydawnictwie i znane, ale przed postprodukcją. Występy francuskich artystów w 1981 r. nie otworzyły od razu drzwi innym przedstawicielom kultury zachodniej. Dopiero cztery lata później wystąpił w ChRL brytyjski zespół Wham! Muzyka zagrana na żywo została oczywiście zarejestrowana także przez samą ekipę techniczną, ale ze względu na niską jakość dźwięku część materiału musiała być później poprawiona a czasem nawet ponownie nagrana w studiu na potrzeby podwójnego albumu, który ukazał się w 1982 r. w wytwórni Disques Dreyfus, zmiksowany przez René Ameline w Ferber Studios. Poszczególne utwory rozdzielają nagrania dźwiękowe zawierające zapowiedzi niektórych utworów a także nagrania z chińskiej ulicy, szkół, lotniska, czy radiowej reklamy samych koncertów. Płytę otwierają ciężkie brzmienia „L'ouverture” utworu opartego na zwolnionym do połowy tempa utworze „Les Chants Magnétiques I”. Po nim zupełnie nowa kompozycja „Arpégiateur”. Nie zawiera chwytliwej melodii, ale wciąga słuchacza i budzi podziw maestrią użycia elektronicznego instrumentarium. Moim zdaniem to jedna z najlepszych kompozycji w całym dorobku Jarre’a. Trzeci „Equinoxe IV” to zaaranżowana na potrzebę koncertów wersja utworu z płyty studyjnej z 1978 r. jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów artysty. „Jonques De Pêcheurs Au Crépuscule” czyli „Rybackie dżonki o zmierzchu” oparte na starej ludowej chińskiej melodii wykonywane są wspólnie z orkiestrą wykorzystującą tradycyjne chińskie instrumenty. Wschodnia tradycja i zachodnia nowoczesność mimo wyraźnego kontrastu pięknie się tutaj uzupełniają. Następnie mamy pełniący rolę interludium „L'orchestre Sous La Pluie”, wzięty z płyty „Équinoxe” i utwór z tej samej płyty z numerem VII z nowym prologiem, po którym wchodzi jako rytmiczny fundament utworu motyw grany charakterystycznym dla Jarre’a miękkim basem. Siódmy utwór „Orient Express” jest zupełnie nową kompozycją, najbliższą na płycie muzyce popularnej. Wydany został na singlu oraz zilustrowany teledyskiem. Następnie opis płyty zapowiada „Les Chants Magnétiques I”, utwór o którym Tomasz Beksiński wyraził się, że we francuskim muzyku obudził się przy tej okazji Carlos Santana. Niestety pomimo zapowiedzi usłyszymy w tym miejscu jedynie trwające 20 sekund dźwięki meczu tenisa stołowego przechodzące w kolejowe odgłosy „Les Chants Magnétiques III” a następnie „Les Chants Magnétiques IV” z uwodzącą melodią. Wykonanie „Les Chants Magnétiques I” możemy za to zobaczyć we wspomnianym wyżej filmie dokumentalnym. Po krótkim futurystycznym „Laser Harp” noc w Szanghaju czyli „Nuit à Shanghai” skomponowany specjalnie na tę okazję. Rozwija się powoli spokojnie w akompaniamencie orientalnych dźwięków aż do pojawienia się krótkiego motywu z sekwencera i snujących swój temat na ich tle niskich elektronicznych stringów. Na niepokojący klimat utworu wpływa też gra na perkusji, która dopiero w czwartej minucie nabiera właściwego rytmu. Uspokojenie przynosi słodka melodia utworu „La Dernière Rumba” zagranego na elektronicznych organach Elka X705 z przymocowanymi na tę okazję reflektorami samochodowymi, lusterkami wstecznymi i tablicą rejestracyjną z napisem „Electronic Nights” po chińsku. Na pozycji nr 14 na płycie jest „Les Chants Magnétiques II”, dłuższy od wersji studyjnej, bardziej dynamiczny, z żywszą perkusją i zmienioną aranżacją z partią solową Perriera. Na zakończenie jest utwór skomponowany już po powrocie do Francji, melancholijny „Souvenir De Chine”, drugi singiel z albumu, który na Liście Przebojów Programu 3 PR na początku 1983 roku zajął miejsce piąte. Zabrakło na albumie największego przeboju Jarre’a czyli „Oxygene IV”. Pojawia się on tylko na chwilę jako cytat w radiowej zapowiedzi koncertów wykorzystanej na płycie, a wiadomo, że był wykonywany na żywo. Można też mieć żal o żart związany z „Les Chants Magnétiques I”. Mimo to muszę ten album płytowy stanowiący zarazem zapis historycznych koncertów jak i podsumowanie pierwszego okresu twórczości Jarre’a ocenić na [10/10] jako koncertowy klasyk i arcydzieło gatunku.  Krzysztof Moskal11.12.2025 r.

Więcej… Jarre, Jean Michel - Les Concerts En Chi...

Magnetic Skies - Fragments

7 grudnia 2025
441 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new wave

Magnetic Skies - Fragments2025 Reprint Records 1. No End 01:402. A Place On Earth 03:283. Back To Life 03:234. Closing In 03:175. Your Shadow 04:056. Slow Motion 03:067. Can You Feel The World? 04:358. The Light In You 04:039. Everything's Alright 03:2310. Fire Escape 03:1211. She Calls Me On 06:24 Magnetic Skies to brytyjska formacja, która powstała w 2019 roku w Portsmouth z inicjatywy Simona Kenta i Jo Womar, których połączyła miłość do muzyki syntezatorowo-nowofalowej lat 80. Do wokalisty Simon Kenta i Joe Womar, która gra na klawiszach i śpiewa chórki dołączył perkusista Lenin Alegria. Dzięki temu grupa działa dzisiaj jako trio. Choć zespół jest relatywnie nowy, to muzycy tworzący go są już dojrzałymi ludźmi. Może dlatego muzyka, którą tworzą dobrze oddaje ducha i klimat "ejtisów", co dało się wyczuć już na debiutanckiej płycie „Empire Falling” z 2023 roku. W listopadzie tego roku ukazała się jej kontynuacja pt. "Fragments".  Przyznam, że od pierwszych dźwięków, które usłyszałem poczułem, że to jest "moja" muzyka. "Fragments" zawiera te elementy, których poszukuję w synth popie. Są tutaj przestrzenne klawisze ("Your Shadow"), kraftwerkowy, robotyczny puls oparty na tłustym, syntetycznym basie ("Closing In") a przy tym całość jest podszyta delikatną nutką melancholii. Podoba mi się też wokal, który z jednej strony ma swój charakter, ale z drugiej nie ma w nim agresji i nadmiernych emocji, które burzyłyby klimat. Magnetic Skies gra coś, co określiłbym mianem romantycznego synth popu. Nie jest to jednak synth pop przesłodzony i mdły. Słychać w nim również elementy bardziej nowofalowe, jak w podniosłym "Can You Feel The World?" zawierającym mocniejszy riff gitarowy. W "The Light In You" są zarówno przestrzenne klawisze, jak i pulsujący syntezatorowy bas a wszystko jest spięte "romantycznym", ale konkretnym, pewnym śpiewem Simona Kenta. Świetny jest wspomniany już "Your Shadow", który zaczyna się od dudniącego basu, na który nakładają się przestrzenne partie klawiszowe a wokal Kenta dopełnia kompozycję. Ciekawe są też inspiracje, o których wspomina zespół. Otwierający płytę utwór instrumentalny „No End” oraz kończący ją „She Calls On Me” są nawiązaniem do twórczości... Krzysztofa Kieślowskiego. Jak twierdzą muzycy ta ostatnia kompozycja: „opowiada o odrodzeniu, przepływie i pocieszeniu płynącym z faktu, że nie jest się już samemu… O poczuciu przebudzenia i poddaniu się czemuś większemu – miłości, losowi lub niewidzialnej sile”. „A Place on Earth” jest inspirowany nagraniem i wideoklipem „Fashion” Davida Bowiego. W muzyce Magnetic Skies nie ma kiczu i przesłodzenia, ale miłośnicy brzmień cięższych i industrialnych nie znajdą w niej nic dla siebie. Twórczość Magnetic Skies powinna spodobać się za to słuchaczom poszukującym współczesnych odpowiedników muzyki "new romantic". Mimo że album "Fragments" nie przynosi muzyki nowej i odkrywczej, to nie jest też prostą kopią brzmień lat 80. "Sound" Magnetic Skies jest nowoczesny i nie zalatuje naftaliną. W przeciwieństwie do niektórych projektów z kręgu "synthwave" czuję w propozycji Magnetic Skies pełną świadomość tego, co chcą nagrywać. Muzyka jest dopracowana i choć świetnie nawiązuje do lat 80. to nie brzmi archaicznie i sztucznie. Magnetic Skies udało się na albumie "Fragments" przenieść ducha starych czasów do rzeczywistości XXI wieku. [8/10] Andrzej Korasiewicz07.12.2025 r.

Więcej… Magnetic Skies - Fragments...

Björk - Debut

28 listopada 2025
411 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • art pop
  • jazz
  • electro pop
  • indie pop

Björk - Debut1993 One Little Indian 1. Human Behaviour 4:122. Crying 4:493. Venus As A Boy 4:414. There's More To Life Than This (Recorded Live At The Milk Bar Toilets) 3:215. Like Someone In Love 4:336. Big Time Sensuality    3:567. One Day 5:248. Aeroplane 3:549. Come To Me 4:5510. Violently Happy 4:5811. The Anchor Song 3:32 Rok 1993 był początkiem okresu studenckiego w moim życiu. Zainteresowanie szeroko rozumianą "muzyką popularną" wówczas u mnie osłabło i przestałem śledzić na bieżąco to, co w niej się dzieje, szczególnie w "muzyce alternatywnej". Nie porzuciłem jej zupełnie, ale ograniczyłem się do wyłapywania premier płyt wykonawców, których poznałem i polubiłem wcześniej oraz oglądania MTV. Dzięki temu orientowałem się co dzieje się w muzycznym mainstreamie. MTV było wówczas jeszcze prawdziwą Music Television a wideoklipy, które tam trafiały potrafiły kształtować wyobraźnię. Właśnie wtedy natrafiłem na nieco surrealistyczne wideoklipy Björk "Human Behaviour" a następnie "Venus As A Boy". Głos Björk wydał mi się znajomy a muzyka dziwna, ale wciągająca. Okazało się, że Björk to była wokalistka islandzkiej formacji the Sugarcubes znanej mi przecież z utworu "Birthday", który zaistniał w latach 80. na Liście przebojów Trójki. "Birthday" bardzo lubiłem, choć fanem the Sugarcubes nie zostałem. To była ciekawa muzyka, ale wówczas formacji podobnie grających było całkiem sporo. Na pewno od początku wyróżniał się głos Björk w przeciwieństwie do całej reszty the Sugarcubes. Po rozpadzie zespołu, Björk przeniosła się do Londynu oraz zainteresowała muzyką klubową i elektroniczną. Warto podkreślić, że Björk była już wówczas niemal weteranką islandzkiej sceny. Dobitnie uświadomiła mi to niedawna informacja o tym, że Björk  właśnie skończyła sześćdziesiąt lat... Nietrudno policzyć, że gdy wydała w 1993 roku płytę "Debut" zbliżała się już do trzydziestki. W dodatku nie był to jej całkowity debiut solowy. Karierę muzyczną zaczęła w Islandii już w drugiej połowie lat 70. jako gwiazdka sceny dziecięco-młodzieżowej wydając w 1977 roku płytę pt. "Björk". Później w latach 80. grała już w "dorosłych" zespołach na scenie punkowej i rockowej. The Sugarcubes również był zespołem rockowym. A jednak na albumie "Debut" nie ma wielu śladów tych rockowych początków. To był kolejny element, który zwrócił moją uwagę, gdy usłyszałem Björk.  W tym miejscu następna dygresja. W tamtym czasie mój gust muzyczny był mocno eklektyczny. Choć zaczynałem zainteresowanie muzyką dziesięć lat wcześniej przede wszystkim od twórców z kręgu new romantic/synth pop, to na początku lat 90. taką stylistyką nie byłem już zainteresowany [musiało minąć kilka dekad, bym do niej powrócił]. Na początku lat 90. słuchałem zarówno electro-industrialu, metalu, jak i wykonawców z kręgu hc/punk. Wkręciłem się też w niektórych wykonawców z kręgu grunge (Nirvana, Mudhoney, Sreaming Trees). Słuchałem wielu rzeczy, ale na pewno odrzucałem hip hop i nie interesowałem się nową sceną elektroniczną, z której wyłoniło się rave i techno. The KLF jednym uchem wpuszczałem, drugim wypuszczałem. Tolerowałem wykonawców pokroju EMF czy Jesus Jones, ale nie uważałem tego za "swoją" muzykę. Twórczości z kręgu Warp wtedy jeszcze nie znałem. Z dzisiejszej perspektywy mogę napisać, że prawdziwa akceptacja nowych trendów w muzyce elektronicznej przyszła u mnie wtórnie, poprzez mainstream, właśnie m.in. dzięki Björk, choć wtedy pewnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. Gdy jednak przed kilkoma dniami włączyłem "Debut", gdy obejrzałem po wielu latach przerwy wideoklipy "Human Behaviour" i "Venus As A Boy", poczułem jakbym otworzył zagubiony świat moich wspomnień. Przed oczyma stanęły mi nocne powroty z klubów studenckich na Lumumbowie, gdy czekałem na nocny autobus, albo szedłem przez całe miasto śpiewając sobie w głowie refren "Human Behaviour", czy "Venus As A Boy" lub "Violently Happy", ewentualnie "Big Time Sensuality". Ten ostatni lubiłem najmniej. Może ze względu na to, że był najbardziej technoidalny, a ja dopiero przekonywałem się z powrotem do takiej twardszej elektroniki po okresie fascynacji cięższym, rockowym graniem. Ale tak, Björk to było to. Björk była wykonawczynią, która wówczas do mnie prawdziwie przemówiła. Po wydaniu płyty "Debut" dopisałem Björk do listy wykonawców, których kolejne wydawnictwa zamierzałem śledzić. Następny album "Post" (1995) był świetny, "Homogenic" (1997) również przypadł mi do gustu, ale już mniej. Kolejne płyty, choć chwalone przez krytyków, oddalały mnie coraz bardziej od twórczości Björk. I tak jest do dzisiaj. Najbardziej cenię trzy pierwsze, wspomniane już albumy, które są najbliższe formy "piosenkowej". Jej kolejne, bardziej eksperymentalne i coraz mniej strawne dla mnie wydawnictwa nie są dla mnie tak przekonywające jak "Debut", "Post" i "Homogenic". Akceptowalne, miejscami ciekawe są "Vespertine" (2001) i "Medúlla" (2004), ale później było już dla mnie coraz mniej interesująco. "Volta" (2007) częściowo była próbą powrotu do prostszych form, ale okazała się albumem słabszym i chaotycznym. Płyta zawiera mniej udane kompozycje i jest pozbawiona właściwej energii. Kolejne płyty Björk śledziłem z mniejszą uwagą. Nie mam nic do eksperymentów, ale te w wykonaniu Björk nie należą do tych, które wiele dla mnie znaczą. Björk pozostaje ważna dla mnie przede wszystkim ze względu na trzy pierwsze płyty z lat 90.  "Debut" zawiera muzykę eklektyczną. Na albumie słyszalna jest nie tylko fascynacja ówczesną nową elektroniką i sceną klubową, ale także obecne są elementy jazzowe a także pewne echa synth popu. Dzięki temu mogło to u mnie wywołać reminiscencję muzyki, od której zaczynałem jako słuchacz dziesięć lat wcześniej. Z drugiej strony elementy jazzowe podobały mi się, bo wówczas rozpoczęło się moje zainteresowanie jazzem. Wszystko to okraszone było nowoczesną produkcją i pływało w sosie nowej muzyki klubowej. Do tego "Debut" był i jest zwyczajnie, mainstreamowo przebojowy oraz chwytliwy. Nie jest przy tym pozbawiony elementów ambitniejszych. Właśnie dzięki tej zadziwiającej mieszance muzyka Björk trafiła do mojego serca. "Debut" łączy elementy tradycyjne z wówczas nowoczesnymi a po trzydziestu dwóch latach nadal brzmi dobrze i moim zdaniem "nowocześnie", cokolwiek to słowo znaczy w dzisiejszym świecie.  Rozpoczynający płytę hit "Human Behaviour” został napisany przez Björk w 1988 roku, jeszcze kiedy była wokalistką Sugarcubes, ale zdecydowała się nie wydawać go wtedy z uwagi na niepasujący do twórczości grupy charakter. Artystka ponownie wzięła go na warsztat wspólnie z Nellee Hooperem, który został najbliższym współpracownikiem artystki przy nagrywaniu płyty "Debut" i jej współproducentem. "Human Behaviour” ma taneczny groove a w tekście artystka przedstawia zwierzęcy punkt widzenia na ludzi. W "Crying" słychać pewne echa ejtisowego synth popu, ale dominuje przede wszystkim charakterystyczny sopran wokalistki z silnym nieanglojęzycznym akcentem. Kolejny singlowy hit "Venus As A Boy" utrzymany jest w wolniejszym tempie, o jednostajnym, miarowym bicie ciągnącym się przez cały utwór. W tle słychać wiele zróżnicowanych syntetycznych smyków a także indyjską tablę i wiele trudno identyfikowalnych dźwięków elektronicznych. "There's More To Life Than This " to klubowy, technoidalny utwór z transowym bitem. "Like Someone In Love" to jego całkowite przeciwieństwo, pozbawione bitu i jedyny utwór, którego autorami nie są Björk i Nellee Hooper. Kompozycja jest coverem popularnej w latach 40. XX wieku piosenki skomponowanej przez Jimmy'ego Van Heusena do słów Johnny'ego Burke'a a spopularyzowanej w 1945 roku przez Binga Crosby'ego. Tę chwilę spokoju Björk szybko nadrabia dzięki następnemu nagraniu "Big Time Sensuality", które otwiera twardy, technoidalny bit i tłusta linia basu. To jedyny singiel z płyty "Debut", który zaistniał na amerykańskiej liście Billboardu, choć zaledwie na 88. miejscu. W Wielkiej Brytanii dotarł do miejsca 17. W "One Day" słychać wpływy nowej elektroniki spod znaku Warp. "Aeroplane" jest jednym z najbardziej pokręconych nagrań na płycie. Rozpoczyna się od dźwięków szumu wody, śpiewu ptaków, na które nałożona jest schizoidalna partia saksofonu. Świetny jest "Come To Me", który delikatnie płynie przed siebie a w tle wzbogacony jest eterycznymi smyczkami. "Violently Happy" rozpoczyna się od spokojnego śpiewu Björk, ale po chwili wchodzi mocny, technoidalny bit, który dominuje w utworze i wraz z refrenem jest jednym z najbardziej charakterystycznych fragmentów płyty. Album kończy "The Anchor Song", który opiera się o schizofreniczną grę Olivera Lake'a na saksofonie i monotonnym jak na nią śpiewie Björk. W nowszych wydaniach płyty jest też bonusowy utwór "Play Dead", pochodzący ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Amerykański łowca"z Harveyem Keitelem w roli głównej. "Play Dead" ukazało się na singlu zaraz po dwóch pierwszych promujących album i stało się sporym przebojem docierając do 12. miejsca brytyjskiej listy singli a także 5. miejsca polskiej Listy przebojów Trójki. "Debut" to jeden z tych albumów, który zdefiniował muzykę pop w latach 90., ale jednocześnie wyrastał z wielu starszych tradycji muzycznych, w tym również synth popu lat 80. Twórczość Björk jest dla mnie łącznikiem między muzyką, na której się wychowałem w latach 80. a nowym popem, który narodził się w latach 90. Przede wszystkim jednak "Debut" jest świetnie ułożonym albumem zawierających różnorodny, ale intrygujący zestaw kompozycji, który łączy w sobie przebojowość i ambitniejsze podejście do muzyki pop. A to jest dla mnie esencja tego, czego szukam w muzyce. Björk zrealizowała swój plan na ambitną muzykę pop najlepiej jak potrafiła. Okazało się, że umie bardzo wiele, bo efekt końcowy jest prawdziwie olśniewający. [10/10] Andrzej Korasiewicz28.11.2025 r.

Więcej… Björk - Debut...

White Lies - Night Light

27 listopada 2025
600 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new wave
  • indie rock
  • indie pop

White Lies - Night Light2025 Play It Again Sam 1. Nothing On Me 2:412. All The Best 5:583. Keep Up 3:364. Juice    4:29 5. Everything Is OK 5:186. Going Nowhere 5:337. Night Light    4:458. I Just Wanna Win One Time    4:389. In The Middle 6:05 White Lies to trio pochodzące z Londynu, które tworzą Harry McVeigh (wokalista, gitarzysta), Charles Cave (basista) i Jack Lawrence-Brown (perkusista). Początkowo nazywali się Fear Of Flying, ale  jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu uznali, że lepsza będzie nazwa obecna. Ich debiutancki album „To Lose My Life” ukazał się w 2009 roku i od razu trafił na szczyt brytyjskiej listy sprzedaży. Muzykę White Lies można określić jako mroczny, melodyjny indie rock z silnymi wpływami nowej fali i synth popu. White Lies powszechnie uważany jest za zespół, w którego muzyce dominują gitary. Do partii instrumentów klawiszowych zespół zwykle angażuje dodatkowych muzyków, takich jak Tommy Bowen podczas koncertów czy sesyjni współpracownicy jak Seth Evans na recenzowanej płycie. Skład zespołu nie uległ od początku zmianie. Pierwsze trzy płyty wydawali co dwa lata. Potem co trzy.  „Night Light” to siódma płyta White Lies, której premiera miała miejsce 7 listopada 2025 r. Inaczej niż przy poprzednich płytach piosenki zostały najpierw „ograne na żywo” w mieszkaniu McVeigha oraz w londyńskim Church Studio a dopiero potem zarejestrowane bez nagrywania oddzielnych ścieżek dźwiękowych. Taki sposób nagrywania miał na celu uzyskania na płycie brzmienia zbliżonego do koncertowego. Inspiracją dla takiej formy komponowania był dla członków zespołu amerykański program telewizyjny „Midnight Special” z lat 1972-1981, w którym zaproszeni goście grali na żywo. Głównym producentem płyty jest Riley MacIntyre (m.in. członek zespołu Elephant Tree), a zmiksował ją Chris Coady, który pracował m.in. z Interpol, Foals czy Beach House.  Płytę otwiera piosenka „Nothing On Me”, dynamiczna, wręcz żywiołowa, z wybijającą się na pierwszy plan lekko przesterowaną gitarą. Trwa niespełna trzy minuty pozostawiając poczucie niedosytu. Drugi utwór „All The Best” zwalnia tempo, ale częstuje słuchacza mocnymi gitarowymi frazami. Trzeci „Keep Up” znany jest z singla promującego płytę i miał wyrażać motyw przewodni płyty, czyli balansowanie między światłem a mrokiem, między introspekcją a ruchem naprzód. „Keep up, keep up keep up... Don't block my rhythm again” niemal w sposób mantryczny powtarza w refrenie McVeigh. Czwarta piosenka „Juice” to White Lies w klasycznym wydaniu, z podniosłym refrenem, który łatwo może podchwycić stadionowa publiczność. Na pewno usłyszycie ją 15 lutego 2026 r. na koncercie zespołu w Warszawie. Natomiast ballada „Everything Is Ok” z akompaniamentem fortepianu, prostą aranżacją i nieco chrapliwym wokalem ukazuje nieznane dotąd oblicze zespołu trochę w stylu Bruce’a Springsteena. Szósta piosenka „Going Nowhere” była pierwszą napisaną na tą płytę. Rezonuje ona z twórczością Talking Heads i Davida Byrne’a, trochę jednak bardziej na poziomie poczucia impasu i dystansu do rzeczywistości niż muzyki. W tekście pojawia się cytat z książki autora kompozycji „Road To Nowhere” brzmiący „Let’s buy a farmhouse, let’s buy an igloo”. Siódmy, tytułowy utwór ma dwuczęściową strukturę. Początkowo jest powściągliwy, z syntezatorowo-fortepianowym akompaniamentem i stonowaną elektroniczną perkusją, po trzech minutach przyśpiesza i przechodzi w dramatyczny finał. Przedostatni utwór „I Just Want to Win” to oprócz hymnicznego refrenu jakby ukłon zespołu w obcą im do tej pory stronę prog rocka z partią na saksofonie w wykonaniu Nata Philippsa. W refrenie McVeigh śpiewa „I just wanna win one time, even though the game is over” wpisując się w emocjonalne przesłanie muzyki na płycie. Dziewiąta, zamykająca piosenka „In The Middle” jest najdłuższym utworem na płycie i wydana została jako drugi singiel. Transowy rytm perkusji, mocna linia basu i melancholijna a zarazem niosąca nadzieję melodia stanowią o sile tego utworu. W tekście pojawiają się dwie metaforyczne postacie: króla jako zagadki i królowej stojącej pośrodku, ukazując wewnętrzny konflikt bohatera. Utwór kończy rozbudowane instrumentalne outro. Płyta „Night Light” nie rzuca na kolana od pierwszego przesłuchania, ale zyskuje z każdym kolejnym. Zespół który już wielokrotnie udowodnił, że potrafi tworzyć bardzo dobre piosenki, chociaż z przygnębiającymi tekstami, postanowił nie zmieniając całkowicie charakteru swojej muzyki spróbować innych form wyrazu. Mimo to dziewięć piosenek stanowi tutaj dość spójną i wartą uwagi całość. Moja ocena [8.5/10]. Krzysztof Moskal27.11.2025 r.

Więcej… White Lies - Night Light...
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
Image


kontakt@alternativepop.pl

  • Facebook
  • YouTube
  • Instagram
  • MIX
Patronite
|
Buy Coffee
Głosuj na listę przebojów Alternativepop.pl
Informacje
Recenzje
Relacje
Artykuły
Rankingi
Podsumowania
O Alternativepop.pl
Kontakt
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl