Recenzje

Zaobserwuj nas

Wyszukaj recenzję:

Simple Minds - Real to Real Cacophony

Simple Minds - Real to Real Cacophony
1979 Arista

1. Real to Real 2:47
2. Naked Eye 2:21
3. Citizen (Dance of Youth) 2:53
4. Carnival (Shelter in a Suitcase) 2:49
5. Factory 4:13
6. Cacophony 1:40
7. Veldt 3:20
8. Premonition 5:29
9. Changeling 4:11
10. Film Theme 2:27
11. Calling Your Name 5:05
12. Scar 3:31

Wydaje się, że gdy Simple Minds wydali swój debiutancki album "Life In A Day" w 1979 roku, sami byli przerażeni tym, jak bardzo udalo się im nagrać coś tak wtórnego i nieciekawego. Pomysł, aby album wypełnić post-punkowym, nowofalowym materiałem zagranym w pubowej manierze raczej nie mógł wstrząsnąć posadami show-biznesu i przysporzyć zespołowi milionów fanów na całym świecie. Zapewne Simple Minds utonęłoby w morzu tysięcy zespołów, którym się nie udało, gdyby nie zaskakująca wolta, jaką zespół wykonał kilka miesięcy po debiucie. Jim Kerr wspominał po latach – „Tak bardzo chcieliśmy zobaczyć Life In A Day w sklepach, że otarło się to niemal o żenadę. A potem jeszcze szybciej  chcieliśmy się tego pozbyć i zapomnieć. Dlatego tak prędko wyprodukowaliśmy drugą płytę. Wszyscy pisali. Materiał napływał z każdej strony. Poziom kreatywnej energii był bezprecedensowy. Działaliśmy non stop na pełnych obrotach". Aczkolwiek wśród krytyków do dziś popularne są osądy, że „Real to Real Cacophony” błąka się po bezdrożach i mieliznach, ja osobiście uważam, że to na tej płycie zaczęła się stylistyczna przemiana na lepsze. Zniknęły proste, pop-rockowe piosenki z refrenami, jakich miliony. W ich miejsce pojawiły się nietuzinkowe, niemalże eksperymentalne utwory, którym daleko do banalności.

Album nie urzeka melodyjnością, wręcz przeciwnie – nawet linie wokalne wydają się momentami być udziwnione na siłę, przekombinowane. Może dlatego, by zamazać piętno błahych piosenek z debiutu? Trzeba przyznać, że czasami to potrafi słuchacza zirytować, natomiast w odbiorze całości jest to dodatkowy element, który sprawia, że płyta nie nudzi. „Real to Real Cacophony” to jednak niezwykle intrygujaca, momentami nieco dzika, czterdziestominutowa przejażdżka, na jaką zabiera nas szkocki zespół. 

Utwór tytułowy to klasyczny już niemal kraftwerkowo-numanowy „smętek” z wycofanym wokalem (na który nałożono tłumiący efekt, utrudniający zrozumienie). Mimo swoich niedoskonałości, to całkiem zgrabny kawałek, przygotowujący nas na niespodziewane, czyli żywiołowy "Naked Eye".  Ten  utwór oplata się wokół prowadzącej partii basu i nieco rozchwianego wokalu. Szybkie, motoryczne, niebanalnie akcentowane tempo zwraca momentalnie uwagę i czyni z kompozycji jeden z jaśniejszych fragmentów albumu, łącznie z kolejnym - "Citizen (Dance of Youth)". Zwłaszcza w „Citizen…” nie sposób oprzeć się porównaniu do twórczości Wire. Ten nieco mroczny nastrój i klimatyczna aranżacja wskazują na taką właśnie inspirację. To wrażenie z kolei pryska z pierwszymi dźwiękami "Carnival (Shelter In A Suitcase)". Zaskakująca „skakanka" w stylu Madness, cyrkowe klawisze, chwytliwa melodia i ciekawy refren to dobry materiał na komercyjny sukces, gdyby nie to, że Szkotom zupełnie nie o to chodziło. 

Pierwszą stronę albumu kończą wyrafinowane nastrojowo trzy utwory - „Factory”, „Cacophony” i „Veldt” , które podczas setek odsłuchów z kasety ułożyły mi się w mojej głowie w swoisty  tryptyk - piosenka, eksperyment i klimat. A wszystko w wyraźnych konturach wykreślonych gitarą basową. I skoro jesteśmy przy niej – na otwierającym drugą stronę „Premonition” z tym mega napędowym basem oraz coraz śmielszym śpiewem Kerra możemy już usłyszeć wyraźnie kierunek, w jakim Simple Minds będzie podążać (z ogromnym sukcesem) w przyszłości. Podobno zespół miał zaangażować do produkcji albumu samego Gary’ego Numana. Ciekawi Was, jakby brzmiał wtedy „Changeling”? Czy bardziej numanowsko od samego Numana? Być może, ale i tak mamy świetny, robotyczny utwór taneczny prowadzony przez bas i syntezator. „Film Theme” to melodyjne interludium, dżwiękowy pejzaż przed zdecydowanym „nowofalowcem” (znów ten bas) „Calling Your Name”. Płytę kończy „Scar”. To już stricte noworomantyczna konstrukcja. Utwór, który w pewnym momencie sprawia takie wrażenie, że aż dziwne, że słyszymy wokal Kerra, a nie Johna Foxxa.  

Chociaż album nie jest spójny w tradycyjnym ujęciu, jest w nim coś, co nie pozwala nazwać go przypadkowym zbiorem niedopasowanych piosenek. Jeśli znamy tylko późniejsze, „stadionowe” wcielenie Simple Minds, nie znajdziemy tu nic dla siebie. Jeśli zaś poświęcimy odpowiednio dużo  czasu na słuchanie, odnajdziemy wszystkie źródła inspiracji i odkryjemy w jaki sposób zespół genialnie je wykorzystał, to wtedy zobaczymy, że "Real To Real Cacophony" jest albumem wciągającym. Moja ocena to pewne [7/10]. Nawet po tylu latach jest to całkiem przyjemnie brzmiąca pozycja.

Robert Marciniak
17.06.2024 r.