Recenzje

Zaobserwuj nas

Wyszukaj recenzję:

Roxy Music - Manifesto

Roxy Music - Manifesto
1979 E.G. Records

1. Manifesto 5:29
2. Trash 2:14
3. Angel Eyes 3:32
4. Still Falls the Rain 4:13
5. Stronger Through the Years 6:16
6. Ain't That So 5:39
7. My Little Girl 3:17
8. Dance Away 3:48
9. Cry, Cry, Cry 2:55
10. Spin Me Round 5:15

Kogoś może zdziwić, dlaczego wypowiadam się z sympatią o dość średniej płycie, zjechanej przez krytyków, która na dodatek niezbyt dobrze się zestarzała. Otóż tego typu albumy miały dla mnie pewną niezbywalną wartość. Od zawsze lubiłem hard rock, rock symfoniczny, uwielbiałem muzykę elektroniczną spod znaku Jean-Michel Jarre'a, czy Vangelisa. Na poważnie zafascynował mnie pod koniec lat 70. heavy metal, czy nawet punk. Wszystkie te gatunki, jakkolwiek wspaniałe, miały jedną wadę – nie można było przy nich tańczyć z dziewczynami. Żadna nie chciała machać głową do "Hell Bent For Leather" Judas Priest, a z kolei wygibasy przy Boney M., Goombay Dance Band, Bee Gees, czy Eruption były dla nas, aspirujących do miana koneserów muzycznych, po prostu nie do zaakceptowania. Wiadomo, że w tym czasie nastoletnim zaczęły się już podchody do płci przeciwnej, ale jakieś granice poświęcenia w robieniu z siebie discomuła były nieprzekraczalne. W tym układzie płyty takich wykonawców jak Roxy Music, ELO, Toto itp. okazywały sie prawdziwym pomostem – zawierały kawałki chwytliwe, melodyjne, ale zarazem inteligentne. Czy to rytmy disco, czy funkujące, czy wolniejsze tzw. Pościelówy, chłopakom nie było wstyd gibać się przy tym, a dziewczyny taki podkład muzyczny łaskawie akceptowały i pozwalały się prosić do tańca.

Otwierający płytę tytułowy "Manifesto" to naprawdę świetny utwór. O głosie Ferry'ego nie będę się co chwila przesadnie wypowiadał, bo on jest na całej płycie pierwszoplanowy. Fantastyczna linia basu, charakterystyczna gitara Manzanery, akcenty klawiszowe i psychodelia na koniec. Do dziś kawałek  brzmi bardzo dobrze, czego nie można powiedzieć o kolejnym – "Trash". Po ciekawym gitarowym początku potem mamy już dość błahą muzyczkę, którą trzyma jedynie rytm, wtedy do poskakania i może trochę do inspirowania się nim przez nadchodzących wkrótce nowych romantyków.

"Angel Eyes" to z kolei utwór, który ma wszystko – rytm, melodię i "rybkę". Do dziś jeden z mocniejszych momentów płyty. Zdecydowanie dziś dla mnie wersja z LP dużo ciekawsza niż singiel przeznaczony na parkiety. Nie da się ukryć, że Roxy Music wyprzedzili nieco swoje czasy, robiąc świetnie pierwszą zmianę sztafety, w której pałeczkę przejmą wkrótce grupy spod znaku new romantic. 

"Still Falls The Rain" to szybsza ballada, nieco cukierkowa, ale ciekawa. Gitara Manzanery doskonale puentuje utwór, nadając bardziej roxymusicowego stylu. Pierwszą stronę winylowego krążka kończy kolejny świetny utwór na tej płycie - "Strong Through The Years". Sześciominutowy przytulas z minimalistycznym, hipnotycznym riffem, pięknie frazującą gitara basową i bardzo przekonującym wokalem  Ferry'ego. Nawet niezbyt przychylni albumowi krytycy zgodnie zaświadczali, że to jedna z najbardziej ciekawych i stylowych kompozycji.

O otwierającym drugą stronę "Ain't That So" można powiedzieć chyba tylko tyle, że jest. Dla mnie zdecydowanie najsłabszy kawałek obok "Cry, Cry, Cry", w dodatku z harmonijką ustną, która na równi z trąbką była na mojej krótkiej liście instrumentów zakazanych w muzyce pop. Co innego w jazzie, czy bluesie. Ale tu mnie drażniły. Do dziś np. nie mogę wybaczyć trąbek w "Same Old Story" Ultravox. Coś okropnego...

Na szczęście zaraz potem mamy bardzo przyjemny "My Little Girl", a kolejny "Dance Away" to dla mnie najjaśniejszy punkt albumu. Nostalgiczna, chytliwa melodia,ciekawa ścieżka rytmiczna. To piosenka, która może stać na jednej półce z utworami z płyty "Avalon", którą uważam za absolutny majstersztyk. Niestety kolejny "Cry, Cry, Cry" należy zapomnieć. Najlepiej przed przesłuchaniem. To specjalnie dla takich utworów wynaleziono przycisk "skip" w odtwarzaczach CD. Płytę kończy cudownie snujący się "Spin Me Round", przy którym partnerki kołysały się w objęciach partnerów, aż do kończących utwór i płytę dźwięków pozytywki. 

Płyta nieco nierówna, zdecydowanie nie dla fanów starego Roxy Music. Mimo to krążek inspirujący całe pokolenie tęskniące za wyrafinowaną, inteligentną muzyką taneczną.  Co jest dość niespodziewane, album odniósł nawet sukces komercyjny, osiągając numer 7 w Wielkiej Brytanii. Bryan Ferry odnalazł wreszcie swoją drogę, którą kontynuował z powodzeniem na kolejnych płytach Roxy Music, a także produkcjach solowych po rozwiązaniu zespołu.  Moja sentymentalna ocena: [7.5/10]

Robert Marciniak
01.06.2024 r.