Alternativepop.pl - Magazyn Autorów
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl

Recenzje

ZAOBSERWUJ NAS
WESPRZYJ NAS
Patronite
|
Buy Coffee
GŁOSUJ NA
Listę przebojów Alternativepop.pl
WYSZUKAJ RECENZJĘ:
A
B
C
Ć
D
E
F
G
H
I
J
K
L
Ł
M
N
O
P
Q
R
S
Ś
T
U
V
W
X
Y
Z
Ź
Ż
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57

Görl, Robert - Night Full Of Tension

19 kwietnia 2026
80 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • minimal
  • electro pop

Robert Görl - Night Full Of Tension1984 Mute 1. Playtime 3:542. I Love Me    5:313. Charlie Cat 3:404. Gewinnen Wir Die Beste Der Frauen    4:495. Queen King    4:546. Love In Mind    4:457. Darling Donat Leave Me 3:398. Wind In Hair    4:19 Robert Görl to współzałożyciel formacji Deutsch Amerikanische Freundschaft (DAF). DAF powstał jako kwartet, a gdy po kilku latach stał się duetem, Görl tworzył go wraz ze zmarłym kilka lat temu Gabrielem „Gabi” Delgado-Lópezem. Większość słuchaczy patrzyła jednak na DAF tak naprawdę przez pryzmat Delgado-Lopeza. A przecież to właśnie Robert Görl wnosił do DAF w większym stopniu czynnik muzyczny. Delgado był przede wszystkim frontmanem, trochę performerem, na pewno twarzą DAF. Ale to Görl pobierał lekcje gry na perkusji u jazzmana Freddiego Brocksiepera a w 1974 roku rozpoczął nawet naukę muzyki klasycznej w Konserwatorium Leopolda Mozarta w Augsburgu a następnie w 1976 roku na Uniwersytecie w Grazu. To on był mózgiem, który w dużym stopniu stworzył charakterystyczne brzmienie DAF. To że zdobył podstawy wykształcenia muzycznego może kłócić się trochę z wizerunkiem DAF, który tworzył muzykę prostą, minimalistyczną, wręcz prymitywną. Ale przecież przy tym odkrywczą, bo DAF to jeden z pierwszych wykonawców, który mieszał punkową energię z syntezatorami i elektroniką. Trzy klasyczne płyty DAF: "Alles ist gut" (1981), "Gold und Liebe" (1981), "Für immer" (1982) zdefiniowały ten styl. Podczas nagrywania ostatniej z nich doszło do rozpadu DAF. W jego wyniku zarówno Delgado, jak i Görl wydali swoje płyty solowe. "Night Full Of Tension" to propozycja Görla. Najbardziej zdziwieni mogą być sympatycy Eurythmics, bo na płycie słyszymy głos Annie Lennox i to w aż kilku utworach. Trzeci na płycie "Charlie Cat" został w całości zaśpiewany przez Lennox, w siódmym "Darling Donat Leave Me" Lennox pojawia się w ducie z Görlem. Co spowodowało, że ówczesna gwiazda muzyki pop w szczycie swojej popularności udziela się na albumie niszowego przecież muzyka? To może jeszcze bardziej zdziwić mniej dociekliwych słuchaczy. Robert Görl zagrał na debiutanckim albumie Eurythmics "In the Garden" (1981) nagrywanym w studiu Conny'ego Planka. Oboje znali się zatem od tego czasu i Lennox udziałem w solowej płycie Görla spłaciła niejako dług wdzięczności za jego wkład w płytę Eurythmics. Gwiazdorska obsada tej płyty to skądinąd temat na odrębny tekst, który pewnie w przyszłości pojawi się na stronie Alternativepop.pl  Jaką muzykę przynosi "Night Full Of Tension"? To kontynuacja tego, co Görl robił w DAF, ale muzyka jest mniej agresywna i zadziorna. Jest wolniej, spokojniej, nie ma tej natarczywości znanej z DAF, nie ma brutalnego skandowania Delgado. Czy jest bardziej popowo? Moim zdaniem nie. Muzyka jest trochę spokojniejsza, ale nadal mamy do czynienia z minimalistycznym electro pozbawionym melodii i chwytliwych refrenów. Śpiew Lennox w utrzymanym w szybkim tempie utworze "Charlie Cat" sprawia wrażenie jakby nie pasującego do muzyki. Następujący po nim "Gewinnen Wir Die Beste Der Frauen" to mozolne, przyciężkie, choć wolne electro, które nie miało żadnych szans na uzyskanie komercyjnego sukcesu. Nieco bardziej przebojowy wydaje się "Darling Donat Leave Me", w którym Lennox śpiewa w duecie z Görlem, ale jednak nie na tyle, by podbić świat ówczesnej muzyki popularnej.  W pozostałych nagraniach na płycie wokalnie udziela się Görl. Jego śpiew jest miejscami niemal nieśmiały, jakby starał się schować się za muzyką, jakby nie był pewien jego wartości. To wpływa na odbiór płyty, na którą patrzy się przez pryzmat minimalistycznego electro, które jest jej głównym bohaterem. Utwory w gruncie rzeczy są do siebie podobne, różnią się przede wszystkim tempem. Miarowy bit automatu perkusyjnego, charakterystyczny również dla DAF basowy dźwięk sekwencera to podstawa każdego nagrania. Miłośnicy klasycznego brzmienia DAF znajdą tu coś dla siebie ("Wind In Hair"!). Dla innych płyta może okazać się trochę nużąca. Mnie umiarowanie podoba się. [7/10] Andrzej Korasiewicz19.04.2026 r.

Więcej… Görl, Robert - Night Full Of Tension...

Republika - Masakra

17 kwietnia 2026
95 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • rock
  • pop

Republika - Masakra1998 Pomaton EMI 1. Masakra  3:472. Mamona 3:383. Odchodząc 3:574. 13 cyfr 4:445. Przeczekajmy noc 3:446. Sado-maso piosenka 3:447. Raz na milion lat 5:068. Gramy dalej    3:409. Strażnik snu    4:1110. Koniec czasów 4:41 Gdy Republika reaktywowała się w 1990 roku nadzieje fanów zespołu z lat 80. były bardzo duże. Następne lata pokazały jednak, że formacja nie miała szans na odzyskanie pozycji, którą zajmowała w połowie lat 80. A przypomnijmy, że była wtedy, obok Lady Pank i Maanamu, najpopularniejszą polską grupą rockową. Tymczasem w 1990 roku nadeszły nowe czasy. Wokół przeobrażała się nie tylko rzeczywistość społeczno-polityczna, ale również branża muzyczna w Polsce. Do tego zmieniły się też trendy w światowej muzyce "rozrywkowej". W dodatku sam zespół nie do końca wiedział co chce osiągnąć. Pierwsze lata po reaktywacji okazały się swoistym polem minowym dla grupy.  Republika zaczęła konserwatywnie, od wydania płyty "1991" z nowo nagranymi starymi numerami, które nie były dostępne na dwóch regularnych płytach zespołu z lat 80. W lutym 1993 roku formacja zagrała w Radio Łódź koncert "bez prądu", podczas którego zaprezentowała akustyczne wersje swoich największych przebojów. W tym samym roku ukazał się pierwszy po reaktywacji w pełni nowy materiał, który okazał się prawdziwym szokiem dla sympatyków Republiki. Na płycie "Siódma pieczęć" znalazła się muzyka nie mająca nic wspólnego z Republiką, którą wszyscy znali - czyli popowo-nowofalową. Zamiast nowofalowej zadziorności i drapieżności usłyszeliśmy zaskakującą muzykę pop rockową nawiązującą stylistycznie do ducha lat 70. a może nawet 60., którą zdominowało brzmienie organów Hammonda. Słuchacze nastawieni na muzykę alternatywną, którzy zawsze z pewnym dystansem podchodzili do twórczości Republiki, uzyskali potwierdzenie, że nowofalowość Republiki w latach 80. to była tylko poza, a nie szczere zaangażowanie. Zagorzali i wierni fani Republiki starali się docenić płytę "Siódma pieczęć" twierdząc, że grupa "rozwija się artystycznie". Fakty jednak były takie, że płyta nie osiągnęła sukcesu komercyjnego i na pewno zawiodła większą część sympatyków zespołu. A przecież Republika to zawsze była również marka o znaczeniu komercyjnym. W tym czasie pojawiły się nowe gwiazdy polskiego rocka - Hey, Edyta Bartosiewicz, Wilki - które stały się  idolami nowego pokolenia dojrzewającego w latach 90. Konkurencja uciekała. Grupa postanowiła wrócić do sprawdzonych wzorców i w 1995 roku wydała płytę pt. "Republika marzeń". W zamyśle muzyka na niej miała nawiązywać do nowofalowego stylu klasycznej Republiki. Niestety nie do końca to się udało. Na okładce pojawiła się flaga w biało-czarne pasy, utwór tytułowy trochę przypominał klasyczne hity z lat 80., ale ani nie miał tej mocy, ani nie był kompozycją na tyle udaną, by wzbudzić większe zainteresowanie starych słuchaczy, nie mówiąc o zdobyciu nowych. Podobnie reszta płyty wypełniona była utworami trudno broniącymi się przed zarzutami o wtórność i tylko w niektórych przypadkach udanymi. "Republika marzeń" była kolejną porażką wydawniczą zespołu. Jasne stało się, że prosty powrót do nagrywania w dawnym stylu nie jest możliwy. Republika potrzebowała płyty, która z jednej strony w sposób przekonywujący nawiąże do klasycznej formuły zespołu z lat 80. a z drugiej udanie wpisze się w nowe czasy. Takim krążkiem okazał się album "Masakra".  Płytę promował utwór "Mamona", który przywrócił Republice właściwy jej status. Wprawdzie w nowych czasach Lista Przebojów Programu Trzeciego straciła na znaczeniu, bo jak grzyby po deszczu wyrosły komercyjne rozgłośnie, które miały swoje playlisty, to jednak warto odnotować, że dzięki "Mamonie" grupa wróciła po dwunastu latach przerwy na szczyt trójkowej listy. Spędziła tam aż sześć tygodni. Wideoklip nakręcony do utworu często gościł też w telewizji, dzięki czemu nagranie stało się rozpoznawalne w całej Polsce. Muzycznie "Mamona" była udanym nawiązaniem do twórczości Republiki z lat 80. Słychać w nim charakterystyczny, drapieżny motyw na pianinie, ostry riff gitarowy, dynamiczną perkusję oraz emocjonalny, mocny śpiew Ciechowskiego. Mimo tych wszystkich klasycznych dźwięków, utwór brzmiał nowocześnie, dzięki użyciu elektronicznych efektów, które uwspółcześniły tradycyjne, popowo-nowofalowe brzmienie zespołu. To był udany i właściwy przepis na połączenie tradycyjnej muzyki Republiki z nowymi trendami.  Użycie elektroniki nie było zresztą niczym nowym, bo już na "Nieustannym tangu" w tym kierunku podążała Republika a Ciechowski ćwiczył to również na płytach Obywatela G.C. Podobny do "Mamony" charakter ma otwierający album utwór tytułowy. "Masakra" to mocny, rockowy numer, w którym bardzo intensywne są dźwięki elektroniczne. Drugi na płycie to wspomniana "Mamona". Trzecim jest spokojniejsza, wyraźnie elektroniczna kompozycja pt. "Odchodząc", która okazała się kolejnym, sporym przebojem na liście Trójki (trzecie miejsce). Tutaj gitara Krzywańskiego nie brzmi tak hardrockowo jak np. w tytułowej "Masakrze", poza tym słychać też partie grane na gitarze akustycznej. Utworowi ton nadaje elektroniczny, nieco transowy bit perkusji i bardziej subtelny śpiew Ciechowskiego. W "13 cyfr" też dominuje elektronika, ale nagranie jest bardziej dynamiczne a śpiew Ciechowskiego ekspresyjny. "Przeczekajmy noc" jest spokojną balladą o tradycyjnej, rockowej konstrukcji, która z czasem nabiera mocy i ekspresji, ale w dalszym ciągu słychać w niej elektroniczną otoczkę. "Sado-maso piosenka" to agresywna, rockowa kompozycja z hardrockowymi riffami gitary, ale i chwilami wyciszenia, w których Ciechowski delikatnie nuci, by za chwilę wybuchnąć dynamicznym śpiewem. W "Raz na milion lat" dominuje mocno zakwaszona elektronika bardzo bliska triphopowej estetyce. Śpiew Ciechowskiego przez większość utworu jest spokojny, by nabrać mocy w refrenie, gdy wokalista śpiewa o wybuchu supernowej. Utwór osiągnął drugie miejsce na liście przebojów Trójki. "Gramy dalej" przypomina mi trochę czasy "Sam na linie", choć to tylko luźne skojarzenie. Utwór nawiązuje do popularności teleturniejów telewizyjnych, które opanowały Polskę w latach 90. i ma charakter prześmiewczo-parodystyczny. Również w warstwie muzycznej brzmi lekko, radośnie i odrobinę kabaretowo. "Strażnik snu" przenosi nas do muzyki bardziej na serio, brzmiąc jednak trochę jak kontynuacja twórczości Obywatela G.C. z okresu czwartej płyty, którą Ciechowski nagrał już po reaktywacji Republiki. "Koniec czasów" rozpoczyna się od intensywnych dźwięków elektronicznych i takie powracają w kompozycji do końca, choć sama struktura nagrania to rockowy numer utrzymany w średnim tempie. W warstwie lirycznej Ciechowski prawdopodobnie uległ teorii "końca historii" śpiewając: "Nie ma o czym pisaćSkończyło sięNie ma murów by walić w nieUpartym swym łbemNie ma murów by pisaćTrującą treśćNie ma o czym pisaćBo skończyły sięSkończyły się czasyW tobie też we mnieTeż w tobie też we mnie teżWe wszystkich" To że była to spora naiwność i żaden koniec historii wieszczony przez Fukuyamę nie nastąpił wiemy dzisiaj bardzo dobrze. Ale kompozycja dobrze podsumowuje ducha tamtych czasów, gdy Polska właśnie wstąpiła do NATO i wkrótce miała dołączyć do Unii Europejskiej a poza wojną w Jugosławii, którą postrzegano jak konwulsje starego porządku, wydawało się, że nowe czasy przyniosą powszechny pokój i dobrobyt. O święta naiwności... W ten sposób Republika zamyka bardzo udaną muzycznie "Masakrę". Niestety, jak się później okazało, album stał się jednocześnie łabędzim śpiewem zespołu, bo śmierć Ciechowskiego  zakończyła istnienie Republiki. "Masakra" mogła być świetnym otwarciem nowej drogi zespołu, ale okazała się raczej pożegnaniem ze sceną. Oczywiście wtedy nikt tego nie wiedział. Grupa jeszcze przez trzy lata grała koncerty a w 2001 roku rozpoczęła nagrywanie kolejnej płyty. Tej, niestety, nie udało się ukończyć.  Album "Masakra" można spokojnie zestawić obok "Nowych sytuacji" i "Nieustannego tanga". Płyta okazała się powrotem Republiki do formy i potwierdziła talent Ciechowskiego. Ten zmarły w 2001 roku wokalista, tekściarz, kompozytor i producent udowodnił, że nie tylko potrafił w nowych czasach wyposażyć muzycznie nowych artystów (Justyna Steczkowska) i zapewnić im sukces, ale także udało mu się przywrócić do życia markę, bez której prawdopodobnie nie byłoby kariery Ciechowskiego. [9/10] Andrzej Korasiewicz16.04.2026 r.

Więcej… Republika - Masakra...

Hidden By Ivy - Dead In Heaven

13 kwietnia 2026
511 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • dark wave
  • electro pop

Hidden By Ivy - Dead In Heavenr>2026 Hidden By Ivy 1. The Distance 3:062. Salome 3:493. Home Black 4:164. The Next Room  04:035. Broken Self 4:406. Dead in Heaven 4:017. Relief 5:188. Tell Me 4:279. The Calling 3:3810. No Way Out 2:48 Hidden By Ivy to rzeszowsko-białostocki duet Andrzeja "Andy" Turaja i Rafała Tomaszczuka. Obaj od wielu lat są aktywni w kręgu muzyki dark wave, synth pop i pokrewnej. Andrzej "Andy" Turaj zaczynał już pod koniec lat 90. gdy wydał wraz z God's Own Medicine album "Retro". Odbił się on wtedy szerokim echem wśród sympatyków mrocznej elektroniki, którzy kochali muzykę lat 80. Wydawało sie, że God's Own Medicine wraz z God's Bow i Fading Colours tworzą zalążek nowej sceny w Polsce, która będzie szybko rozwijać się. Ale tak się nie stało. Fading Colours przez wiele lat nie mógł wydać kolejnej płyty, bo tak ją cyzelował, że gdy w końcu ukazała się prawie nikogo już nie interesowała. God's Bow zaistniał na rynku niemieckim, ale z każdym kolejnym rokiem było o nich ciszej. God's Own Medicine stał się wkrótce jednoosobowym projektem Andrzeja Turaja, który wydawał pod tym szyldem kolejne płyty. Nie przebijały się jednak one do szerszego odbiorcy. W 2014 roku Andrzej Turaj nawiązał współpracę z Rafałem Tomaszczukiem, który był jej inicjatorem. Rafał Tomaszczuk pojawił się w pierwszej dekadzie XXI wieku wraz z projektem Agonised By Love, który wydał swój debiutancki album "All Of White Horizons" w belgijskiej wytwórni Alfa Matrix. Zapowiadał się kolejny mocny projekt z kręgu podobnego do God's Own Medicine czy God's Bow, ale wkrótce siła rażenia formacji osłabła. Nic dziwnego, że obaj panowie spróbowali połączyć siły. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo szybko znaleźli wspólny język i w 2015 roku ukazała się debiutancka płyta pt. "Acedia". Początki Hidden By Ivy zbiegły się w czasie z końcem działalności pierwszej odsłony serwisu Alternativepop.pl Jeszcze we wrześniu 2014 roku pisałem o płycie "Drachma" God's Own Medicine [czytaj recenzję >>] ale później funkcjonowanie Alternativepop.pl zawiesiłem i zająłem się sprawami prywatno-zawodowymi. W związku z tym nie śledziłem aktywności Hidden By Ivy. A była ona całkiem spora. Formacja wydała kolejne płyty: "Beyond" (2017), "Inner" (2019), "Absent" (2021), "The Disappeared" (2023). Ta ostatnia była pierwszą jaką wysłuchałem na bieżąco. Grupie udało się przez te lata zdobyć wierną gromadkę sympatyków a także przebić do radiowej Trójki. Nic dziwnego, bo Hidden By Ivy prezentuje muzykę na najwyższym poziomie w swoim gatunku. W tym roku grupa powraca z nową płytą pt. "Dead In Heaven". Od początku w Hidden By Ivy za wszystkie instrumentacje i kompozycje odpowiada Andrzej Turaj, który na płycie "Dead In Heaven" zajął się również miksem i produkcją. Rafał Tomaszczuk jest głównym głosem Hidden By Ivy i pisze teksty. Wpółpraca nie ogranicza się jednak do tego sztywnego podziału. Choć formacja pracuje głównie na odległość, to duet wzajemnie inspiruje się np. w kwestii aranżacji. W utworze "Broken Self" słyszymy również Martę Sobczyk z formacji World, Interrupted.  Album "Dead In Heaven" jest kontynuacją dotychczasowej drogi i wypadkową doświadczeń a także sympatii muzycznych obu panów. Nie znajdziemy na płycie żadnych zaskoczeń. Otrzymujemy dziesięć nagrań utrzymanych w klimacie bliskim muzyce Dead Can Dance, Clan of Xymox, Diorama czy Diary of Dreams. Słyszalnym komponentem jest też synth pop a także dalekie echa new romantic. Duetowi nie można zarzucić żadnego naśladownictwa konkretnej grupy. Wymienione wcześniej nazwy nie oznaczają, że muzyka Hidden By Ivy jest wprost do którejś podobna. To raczej jedynie drogowskaz stylistyczny dla kogoś, kto wcześniej nie spotkał się z formacją. Tęskny, romantyczny śpiew Tomaszczuka miesza się z pulsującymi synthami i dynamicznymi bitami tworzonymi przez Turaja. Tempo czasami jest szybsze (np. "Salome", "Home Black", "The Calling"), czasami średnie (np. "The Distance", "The Next Room") a czasami robi się bardziej romantycznie, dzięki użytymi tłom smyczkowym ("Broken Self", "Relief") i balladowo ("Dead in Heaven", "Tell Me"). Niezależnie od tempa w użyciu są cały czas tłuste synthy, które przypadną do gustu sympatykom syntezatorowych brzmień lat 80. Płytę zamyka najwolniejszy, najmniej rytmiczny, ale za to bardzo klimatyczny, romantyczny "No Way Out". "Dead In Heaven" to dobry album bez słabych punktów skierowany do fanów gatunku. Hidden By Ivy nie poszukuje eksperymentalnych dźwięków, ale raczej nastroju, dobrych melodii i wzruszeń. Nie gardzi też tanecznymi bitami i odwołaniami do syntezatorowej klasyki lat 80. Ci którzy szukają takich brzmień nie zawiodą się na "Dead In Heaven". [8/10] Andrzej Korasiewicz13.04.2026 r.

Więcej… Hidden By Ivy - Dead In Heaven...

Mesh - The Truth Doesn't Matter

5 kwietnia 2026
315 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • future pop
  • electro pop

Mesh - The Truth Doesn't Matter2026 Dependent 1. The Truth Doesn't Matter    5:282. A Storm Is Coming    4:593. I Lost A Friend Today    5:214. Polygraph    1:465. Trying To Save You    3:596. Bury Me Again 6:357. I Bleed Through You    5:088. Kill Us With Silence    4:149. 1031030    1:1710. This World    5:1311. Exile    4:3812. Everything As It Should Be    4:0913. Hey Stranger    4:0514. Cipher    2:0215. Not Everyone Is Lonely    5:0316. Be Kind    5:55 Mesh to brytyjska grupa, która największe sukcesy odniosła na alternatywnym rynku niemieckim i w Europie kontynentalnej, nie ciesząc się dużym zainteresowaniem w rodzimej Wielkiej Brytanii. Wiąże się to z tym, że gdy formacja rozpoczynała swoją karierę w latach 90. na Wyspach królował brit pop, z którym Mesh nie miał i nadal nie ma nic wspólnego. Synth pop grany przez Mesh był wtedy uważany za muzykę archaiczną i nie wzbudzał ciekawości nowej publiczności, która wolała śledzić rywalizację między Blur a Oasis. Poza tym nisza synth popu była już zagospodarowana przez Erasure, który cieszy się wśród Brytyjczyków niesłabnącym zainteresowaniem od lat 80. Mimo tych niesprzyjających okoliczności Mesh działa nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat zdobywając uznanie wśród europejskiej publiczności, "przyklejony" trochę do niemieckiej sceny "dark independent". Z muzyką Mesh mam tak, że poza kilkoma hiciorami z dawniejszych czasów (np. "You Didn't Want Me", "Trust You"), gdy włączę dowolną płytę grupy i słucham jej w tle, to wydaje mi się ona schematyczna i monotonna. To zapewne obrazoburcze stwierdzenie dla wielu fanów Mesh, którzy rekrutują się głównie spośród "depeszów" a ci w większości, jak wiadomo, są bardzo zasadniczy w bronieniu swoich idoli. Mimo wszystko, gdy wysłucham płyt Mesh w większym skupieniu, to okazuje się, że spod tego wydawałoby się monotonnego, melancholijnego, czasami przesłodzonego a przy tym energetycznego synth popu opartego o wyraźny bit, wyłaniają się różne barwy. Jakość płyt też jest odmienna a ich stylistyka na przestrzeni lat zmieniała się. Grupa zaczynała w latach 90. wyraźnie nawiązując do brzmień lat 80. ze szczególnym uwzględnieniem Depeche Mode. Z czasem, pod wpływem EBM, muzyka stawała się bardziej bitowa, chwilami upodabniając się do wykonawców, do których przypinano na przełomie wieków łatkę "future pop". W muzyce Mesh można też usłyszeć elementy bardziej rockowe. Całość zawsze spinał charakterystyczny wokal Marka Hockingsa, z jednej strony bardzo energetyczny, a z drugiej pobrzmiewający melancholią i romantyzmem. Wszystkie te elementy można odnaleźć również w najnowszej produkcji Mesh pt. "The Truth Doesn't Matter", która ukazała się po dziesięciu latach przerwy.  Płyta nie rzuca na kolana po pierwszym przesłuchaniu, ale gdy zagłębimy się w nią, otrzymamy wszystko to, co najlepsze w muzyce Mesh. Od futurepopowego "Exile" (pierwszy singiel), przez piękną, romantyczną, wręcz monumentalną balladę "This World" (najnowszy, trzeci singiel), świetny romantyczny "I Lost A Friend Today", po dynamiczny, apokaliptyczny "A Storm Is Coming". Mamy też singiel "Hey Stranger", który jako drugi zapowiadał nowy album. To piękna, podniosła, romantyczna ballada, w której słyszymy "wirujące" partie syntezatorowe, sample smyczków i sentymentalny śpiew Hockingsa. Mamy chwytliwy, dynamiczny "Trying To Save You", który typuję na następny singiel. Niewiele mu ustępuje "I Bleed Through You". Na płycie są też instrumentalne przerywniki. Podoba mi się "kraftwerkowy", robotyczny "1031030". Jest też posępny "Cipher", który po chwili zostaje przełamany romantycznymi klawiszami "Not Everyone Is Lonely". Na koniec otrzymujemy   wezwanie Mesh pt. "Be Kind", w którym grupa zachęca, by być dla siebie miłym niezależnie od różnic, które są między ludźmi. Utwór to klasyczny, "meshowy" synth pop utrzymany w średnim tempie.  Wokół tych emocji zbudowany jest cały album, który trwa prawie siedemdziesiąt minut. Możliwe, że gdyby skrócić go trochę zyskałby na przejrzystości, ale zapewne Mesh chciał po dziesięciu latach przerwy wynagrodzić fanom oczekiwanie na nowe wydawnictwo. Weny grupie nie zabrakło, bo utwory, które znalazły się na płycie to nie wszystko, co Mesh nagrał. Na poprzedzającym wydanie płyty singlach można znaleźć nagrania, które nie odbiegają jakością od tych, które znalazły się na "The Truth Doesn't Matter". "Tilt", który znalazł się na singlu "Hey Stranger", mógłby wręcz zastąpić niektóre z wydanej płyty. Mimo wszystko trzeba stwierdzić, że Mesh nagrał płytę, która powinna zadowolić fanów grupy. Wątpię, żeby przemówiła do tych, którzy wcześniej formacji nie znali i nieszczególnie lubią synth pop. Ale dla sympatyków Mesh i ogólnie synth popu, to jedna z ważniejszych tegorocznych płyt. Muzyka na "The Truth Doesn't Matter" nie powala, ale i nie rozczarowuje. [7.5/10] Andrzej Korasiewicz05.04.2026 r.

Więcej… Mesh - The Truth Doesn't Matter...

Jarboe - Sightings

3 kwietnia 2026
179 odsłon
Tagi:
  • experimental
  • ambient
  • alternative rock

Jarboe - Sightings2026 The Living Jarboe 1. The Holy Waters 5:032. Francesca Sun 3:263. Choir and Night Fox 8:174. Breathe 8:595. Vireo Serenade 7:246. The Holy Waters Sangha 6:447. Of Ancient Memory Oblivion 7:56 Czasami trzeba odpocząć od rytmu i bitów. Tym razem tę chwilę oddechu zapewniła mi Jarboe wraz ze swoją nową propozycją pt. "Sightings", która właśnie ukazała się. Jarboe cały czas najbardziej kojarzona jest z projektem Swans. A przecież zaczęła nagrywać solowe płyty jeszcze, gdy współpracowała z Michaelem Girą. Od początku lat 90. wydała ponad dwadzieścia płyt solo i we współpracy z innymi wykonawcami. Nie śledziłem dobrze rozwoju kariery Jarboe, najlepiej pamiętam jej początki. Ciekawiło mnie wtedy co Jarboe ma do zaproponowania i jak to ma się do Swans, którego cały czas była częścią. Później sięgałem jeszcze z rzadka po jej nowe płyty, ale najwyraźniej nie trafiały u mnie we właściwy moment. Wydawały mi się albo zbyt posępne, albo zwyczajnie nie uległem ich urokowi. Dlatego w tekście nie będzie ani słowa o tym jak oceniam nową płytę na tle innych wydawnictw artystki. Podzielę się za to wrażeniami, których doświadczyłem po wysłuchaniu nowego albumu Jarboe. "Sightings", choć zaczyna się mrocznie i psychodelicznie, to płyta nie ściąga w dół. Szybko okazuje się, że słuchacz zostaje wprowadzony w swoisty trans, w którym odnajdujemy się razem z duchowością Jarboe przenikającą całą płytę. Jest w tym odczuciu transowości coś podobnego do twórczości Michaela Giry. Narastające, emocjonalne, długotrwałe dźwięki, które budują atmosferę, czasami zmierzając do kulminacji, a czasami urywając się niespodziewanie i pozostawiając dojmującą ciszę.  Albumu słucham w czasie chrześcijańskiego Wielkiego Tygodnia, który zachęca do zadumy oraz wyciszenia, ale finalnie do przesilenia, które niesie optymizm i nadzieję. Częściowo wpisuje się w to przesłanie muzyki, którą odkryłem na "Sightings", choć przecież duchowość bliska Jarboe to raczej buddyzm a nie chrześcijaństwo. Mimo to mroczne, niepokojące pomruki, które znajdujemy w pierwszych kompozycjach na płycie i których finałem jest trzeci utwór, ponad ośmiominutowy "Choir and Night Fox" ze złowieszczymi odgłosami zwierząt, uspokajają się już w środkowym, czwartym, niemal eterycznym "Breathe". Przynosi on zadumę i wyciszenie. Z kolejnej kompozycji "Vireo Serenade" tchnie już niemal optymizm, który wyraża się w umieszczeniu intensywnych sampli z radosnym śpiewem ptaków, delikatnymi partiami fortepianowymi oraz eterycznymi wokalizami Jarboe w tle. Artystka ukazuje w ten sposób piękno przyrody, które jest główną osnową albumu. W szóstym utworze na płycie pt. "The Holy Waters Sangha" pojawia się nienachalny rytm wybijany na bębenkach (Thor Harris), ale główną osią nagrania jest przeciągły, dronowy dźwięk, który obudowany zostaje partiami smyczkowymi. W finalnym "Of Ancient Memory Oblivion" powraca śpiew Jarboe, ale jest łagodniejszy niż na początku płyty. To utwór, który jest swoistym auto-coverem nagrania "Of Ancient Memory (The Oblivion Seekers)" z debiutanckiej płyty "Thirteen Masks". Kompozycja łączy w sobie niepokój zbudowany na początku wydawnictwa ze spokojem i wyciszeniem, które wprowadziło nagranie "Breathe". Choć "Of Ancient Memory Oblivion" przynosi w finale pewną dozę niepewności i nieuporządkowania, to trudno przejść obojętnie wobec stworzonego przez Jarboe na "Sightings" swoistego misterium. Nowa propozycja Jarboe, to bardzo emocjonalny album, który przekonywająco buduje nastrój od pierwszych do ostatnich dźwięków. Mimo, że płyta trwa prawie pięćdziesiąt minut, to nawet na słuchaczu takim jak ja, który rzadko sięga po muzykę ambientalną, bezrytmiczną, opartą o dronowe tła, "Sightings" zrobiło duże wrażenie. Na tyle duże, że już teraz album stał się dla mnie jednym z ważniejszych w tym roku, do którego z pewnością będę wracać. [9/10] Andrzej Korasiewicz03.04.2026 r.

Więcej… Jarboe - Sightings...

Kirlian Camera - Hologram Moon

1 kwietnia 2026
143 odsłon
Tagi:
  • dark wave
  • future pop
  • electro pop

Kirlian Camera - Hologram Moon2018 Dependent Records 1. Holograms     5:332. Sky Collapse    5:353. Lost Islands    3:584. Polar-Ihs    5:205. Helium 3    1:386. Kryostar    5:507. I Don't Sing    5:178. The Storm    4:469. Eyes Of The Moon    4:5310.  Equation Echo 01    2:1811. Haunted River    4:3412. Traveler's Testament 4:07 W październiku 2017 roku ukazał się singiel „Sky Collapse” promujący nową płytę zespołu Kirlian Camera zatytułowaną „Hologram Moon”. Muzyka zawarta na nim dawała do zrozumienia, że będzie ona znacznie się różniła od tego, co można było usłyszeć prawie pięć lat wcześniej na płycie „Black Summer Choirs”.  W 2017 roku zespół zmienił także wytwórnię przechodząc do Dependent Records. Nie zrezygnował jednak ze współpracy z Johnem Fryerem, producentem muzycznym i inżynierem dźwięku. Do współpracy zaproszono także Eskila Simonssona z zespołu Covenant i Falka Pitschka z grupy Plastic Autumn. Muzykę skomponowano w Parmie, Piombino, Los Angeles, Magdeburgu i San Francisco. Ideą przewodnią płyty było twierdzenie byłej astrofizyczki Giuliany Conforto, że Księżyc jest hologramem, odbiciem małego sztucznego satelity, co mogą dostrzec osoby o „rozszerzonej percepcji”. Jako ciekawostkę można dodać, że kilka miesięcy wcześniej Noel Gallagher wydał płytę „Who Built the Moon?”, z tytułową piosenką także zainspirowaną spiskową teorią dotyczącą Księżyca. Nie wiem czy członkowie zespołu Kirlian Camera wierzą w tę teorię na poważnie, ale na pewno poważnie potraktowali pracę nad nową płytą, która ukazała się 26 stycznia 2018 r. Dźwięki przypominające uruchamianie gigantycznej maszynerii połączone z monotonnie odczytywanymi przez vocoder komunikatami rozpoczynają utwór „Holograms” . W wolnym tempie, z czysto elektronicznym podkładem i rozmachem godnym Jarre’a płynie wpadająca w ucho łagodna melodia. W porównaniu z poprzednimi dwiema płytami Elena Alice Fossi porzuca tutaj rockowy sposób śpiewania na rzecz popowego, a w tekstach zauważyć można mniej gniewu i apokaliptycznych wizji, chociaż do „krainy łagodności” trochę jeszcze brakuje. Drugi utwór na płycie to singlowy „Sky Collapse”. Poprzedza go fragment ostatniego przemówienia przywódcy sekty Jima Jonesa z 18 listopada 1978 r. wygłoszonego w Jonestown w Guyanie, po którym nastąpiło największe współczesne masowe samobójstwo lub raczej morderstwo, ale kiedy wchodzi muzyka robi się bardzo radośnie. „Sky Collapse” ma według Bergaminiego wyrażać uczucie, kiedy to po tytułowym zawaleniu się nieba, pojawia się promyk nadziei i chęć tańca na ruinach. Piosenka śpiewana w duecie Elena Alice Fossi i Eskil Simonsson zagościła na dłużej na alternatywnych niemieckich listach przebojów.  Trzeci utwór „Lost Islands” zagrany w wolniejszym tempie to jest dokładnie taka piosenka, jaką chciałbym usłyszeć latem podczas wieczornego spaceru nadmorską promenadą. Dziwię się wręcz, że nie wykorzystano jej jako wakacyjnego hitu. Czwarta piosenka „Polar IHS” to kompozycja autorstwa Simonssona z tekstem Bergaminiego. Melancholijna, fortepianowa melodia w kontraście z nieco chropowatą linią elektronicznego basu i ezoteryczny tekst podtrzymują klimat muzyki. Następnie mamy chwilę oddechu przy instrumentalnym „Helium 3” (chodzi o izotop helu obecny w sporej ilości na Księżycu) i piąty utwór „Kryostar” znów wzywa nas do „kosmicznego” tańca. Szybkie tempo, mocny beat i hipnotyzujący motyw melodyczny powinny ucieszyć bywalców dyskotek oraz miłośników muzyki klubowej. Przesłanie tekstu wiąże się, najkrócej ujmując, z tym, co w PRL wyrażano hasłem „telewizja kłamie”. Siódmy utwór „I Don't Sing”, zaśpiewany przez Angelo Bergaminiego, wydaje się odstawać od całości. W rzeczywistości jest przesłaniem do krytyków i dowcipnym pożegnaniem założyciela zespołu z rolą wokalisty (na koniec śpiewający ptaszek i dźwięk strzału). Ósmy utwór „The Storm” to elektroniczna ballada w stylistyce darkwave z tekstem odwołującym się do wspomnień z dzieciństwa i poszukiwania bezpieczeństwa w ojcowskim domu. Kolejny „Eyes Of The Moon” to zgrabna, popowa piosenka skomponowana przez Falka Pitschka wpisująca się w księżycową tematykę płyty. „Equation Echo 01” zamiast klasycznej melodii przynosi syntetyczne dźwięki, modulacje i subtelne rytmiczne impulsy tworzące wrażenie odbicia matematycznej struktury. Jedenasty utwór „Haunted River” to ostatni na płycie bardziej rytmiczny utwór i jeden z najlepszych, ze zwrotkami śpiewanymi przy wibrujących, ostrych dźwiękach i refrenem na tle chóralnych brzmień. Płytę zamyka „Traveler's Testament”, fortepianowa ballada, śpiewana półgłosem przez Elenę Alice Fossi z towarzyszeniem żywego chóru. Po niespełna trzech minutach piosenka jednak wycisza się i słyszymy groźnie brzmiące dźwięki, pozostawiające słuchacza w niepewności jak cała historia się skończyła. Istnieje także dwupłytowe wydanie „Hologram Moon”. Na drugim krążku znajdziemy: cover piosenki „Too Many Friends” zespołu Placebo, „La Caduta Del Cielo”, czyli włoskojęzyczną wersję „Sky Collapse – Italian”, taneczną wersję utworu „Holograms” (Radio Version), instrumentalne „Equation Echo”, nową wersję własnej piosenki „Absentee” z 2001, a także utwory „Turin Obscurity Diary”, „Coming Back Home”, „Moonlight Sonata For Holograms” i „Der Mond Über Mosul”. Ten ostatni wykorzystywany było jako intro podczas trasy koncertowej.  Najbardziej electropopowa płyta w dorobku Kirlian Camera jest też jedną z moich ulubionych. Na pewno jednak nie uważają tak wszyscy fani zespołu. Niektórzy uznali ją za szczególnie dalekie odejście od muzyki takiej, jaka uwiodła ich na płytach typu „Solaris. Last coridor” (1995) i „Pictures From Eternity” (1996). W odróżnieniu od zespołu Covenant Eskila Simonssona ewolucja Kirlian Camera nie przebiegała liniowo (w przypadku Szwedów od industrialu i EBM do futurepopu). Kirlian Camera ewoluowali wielokierunkowo, przechodząc przez kilka odmiennych estetyk nie zatrzymywali się gdzieś na stałe. Na „Hologram Moon” poszli najdalej w kierunku electro czy futurepopu, ale nie porzucili do końca darkwave. Zaproszenie Simonssona uzasadniali tym, że Kirlian Camera i Covenant należą razem do „zimnego, romantycznego/dramatycznego świata elektro”. Współpraca przyniosła znakomity efekt, nad osiągnięciem którego czuwał John Fryer.  Najpierw porwała mnie pierwsza połowa „Hologram Moon”. Potem doceniłem drugą, tę bardziej wyciszoną, introspektywną. Pomimo, że Kirlian Camera wielokrotnie wskazywali na swoją fascynację muzyką i kulturą krajów niemieckojęzycznych, w których cieszą się nieporównywalnie większą popularnością niż w swojej ojczyźnie to uważam, że w melodiach zawartych na płycie słychać włoską śpiewność a zarazem estetyczną bezkompromisowość. Moja ocena [9/10].  Krzysztof Moskal01.04.2026 r.

Więcej… Kirlian Camera - Hologram Moon...

Yello - Stella

26 marca 2026
297 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electronic
  • experimental
  • electro pop

Yello - Stella1985 Vertigo 1. Desire    3:472. Vicious Games 4:183. Oh Yeah    3:054. Desert Inn    3:305. Stalakdrama    2:576. Koladi-Ola    2:557. Domingo    4:308. Sometimes (Dr. Hirsch)    3:309. Let Me Cry    3:2910. Ciel Ouvert    5:2611. Angel No    3:05 Szwajcarska formacja Yello została założona w 1979 roku przez obsługującego m.in. instrumenty klawiszowe Borisa Blanka oraz Carlosa Peróna. Ten ostatni stworzył w drugiej połowie lat 70. studio Tranceonic w Zurychu, w którym razem z Blankiem eksperymentowali z dźwiękami przy użyciu m.in. taśm, ale i nowszych technik elektronicznych. To właśnie wówczas panowie wypracowali charakterystyczne dla Yello brzmienie. Brakowało im jednak wokalisty i poszukując go spotkali Dietera Meiera, który dołączył do grupy. Już w 1980 roku ukazał się debiutancki album Yello pt. "Solid Pleasure". Znalazła się na nim mieszanka eksperymentalnych dźwięków elektronicznych oraz nagrań, które ciążyły w stronę muzyki pop. Yello częściowo wpisywał się w nurt nowych zespołów syntezatorowych, które zaczęły wówczas powstawać jak "grzyby po deszczu". Ponieważ grupa była formacją szwajcarską, czyli znajdowała się nieco na uboczu geograficznym centrum takiej muzyki, jaką wówczas była Wielka Brytanii, nie było łatwo zostać zauważonym w Europie i na świecie. Ale i w samej Szwajcarii początkowo Yello nie odnosiło sukcesów. Muzyka Yello nie była bowiem nastawiona na osiągnięcia komercyjne i dla szeregowego słuchacza mogła brzmieć dziwnie. Single "Bostich" (1981), czy "Pinball Cha Cha" (1982) były w pewien sposób chwytliwe, ale przy tym dziwaczne. Głęboki, nosowy, często specyficznie frazowany wokal Meiera w połączeniu z elektronicznie generowanymi dźwiękami oraz motorycznym bitem automatu perkusyjnego były zaskakujące i ciekawe. Trudno było jednak oczekiwać po takiej muzyce wielkiej popularności. W rodzimej Szwajcarii zespół został dostrzeżony przez słuchaczy dopiero przy okazji trzeciej płyty pt. "You Gotta Say Yes to Another Excess" (1983), która została odnotowana na trzynastym miejscu listy najlepiej sprzedających albumów. Płyta zaistniała też na podobnych listach w Niemczech, Holandii, Szwecji a nawet na 65. miejscu w Wielkiej Brytanii. Ale do większej rozpoznawalności było jeszcze daleko.  W zdobyciu popularności na pewno pomógł singiel "I Love You" (1983), który trafił w kilku krajach na listy sprzedaży singli. Najlepiej poszło mu w Belgii, gdzie wspiął się na trzecie miejsce tamtejszej listy. Na horyzoncie zaczął majaczyć przełom komercyjny Szwajcarów. Tym nie był jednak zainteresowany członek założyciel grupy Carlos Perón, który odszedł z zespołu po wydaniu trzeciej płyty. Perón chciał kontynuować czysto eksperymentalną ścieżkę Yello. Pozostali członkowie grupy, choć nie zamierzali zbaczać nadmiernie z obranej wcześniej drogi, to nie wykluczali możliwości podbicia świata muzyki pop. W tym kierunku Yello szli na czwartej płycie pt. "Stella" (1985). Moim pierwszym kontaktem z zespołem Yello był utwór "I Love You", który pojawił się w sierpniu 1983 roku na Liście Przebojów Programu Trzeciego. To świetny, jak na Yello dosyć konwencjonalny synth popowy utwór, ociekający elektroniką, m.in. samplami, którym z miejsca zachwyciłem się. Ale wtedy nie udało mi się dotrzeć do muzyki Yello w większej ilości. Wówczas nie wiedziałem, że jednym z dżingli listy był wycięty fragment innego utworu Yello pt. "She's Got a Gun", pochodzący z drugiej płyty "Claro Que Si" (1982). Na tamtym etapie znałem zatem dwa utwory Yello i polowałem na więcej, ale to "więcej" nastąpiło dopiero w 1985 roku. Usłyszałem wtedy nagranie "Vicious Games", prawdopodobnie na liście Trójki, bo to był drugi utwór Yello notowany na liście. Spodobał mi się jeszcze bardziej niż "I Love You" i do dzisiaj nie rozumiem jak to możliwe, że nie stał się dużym przebojem na liście, osiągając zaledwie trzydzieste drugie miejsce.  Singiel "Vicious Games" znacznie lepiej poradził sobie w innych krajach europejskich. W Szwajcarii osiągnął piąte miejsce listy najlepiej sprzedających się singli a w Niemczech piętnaste. Utwór zaistniał również na listach w Austrii, Belgii, Holandii a nawet na liście tanecznych singli amerykańskiego Billboardu. Kompozycja znalazła się na wydanej w styczniu 1985 roku płycie "Stella", która po raz pierwszy osiągnęła szczyt szwajcarskiej listy najlepiej sprzedających się albumów. Płyta dobrze sprzedawała się również w Niemczech, gdzie osiągnęła szóste miejsce tamtejszej listy sprzedaży albumów. "Stella" była też pierwszym albumem Yello, do którego udało mi się dotrzeć i usłyszeć go w całości. Choć na tle wcześniejszych płyt Yello była pozycją bardziej popową, to dla mojego ówczesnego mocno "popowego ucha" i tak dźwięki, które usłyszałem na "Stelli" znacznie odbiegały od znanych mi wówczas standardów. Mimo że z grupy odszedł pryncypialny Perón, to Yello pozostało sobą i nie zamierzało całkiem rezygnować ze swojej charakterystycznej, lekko eksperymentalnej muzyki. Nagrania do płyty "Stella" odbywały się od połowy 1983 do połowy 1984 roku w studiu Yello nad brzegiem Jeziora Zuryskiego. W tamtym czasie Blank kupił nowe syntezatory: Yamahę DX7 i Rolanda JX-3P, ale album został stworzony głównie z wykorzystaniem sprzętu, który już posiadał, m.in.: rozbudowanego syntezatora z funkcją samplera Fairlight CMI Series II, syntezatora ARP Odyssey oraz automatów perkusyjnych Linn LM-1 i Oberheim DMX. Nowoczesną elektronikę słychać było już na poprzednich płytach, ale na albumie "Stella" jest ona bardziej "wypolerowana", dzięki czemu zyskuje specyficznego, popowego "błysku". Być może właśnie dlatego album stał się bardziej przystępny i komercyjnie atrakcyjny, choć do popularności, która przyszła w 1988 roku wraz z singlem "The Race" jeszcze trochę brakowało. Wielkim krokiem w tę stronę był utwór "Oh Yeah", który dzięki wykorzystaniu go w 1986 roku w filmie "Dzień wolny Ferrisa Buellera" a następnie rok później "Tajemnica mojego sukcesu" przyniósł Yello rozpoznawalność. Nagranie zresztą w przyszłości było jeszcze wiele razy wykorzystywane w różnych produkcjach filmowych. "Oh Yeah" stał się jednym ze znaków firmowych Yello a jednocześnie doskonałym unaocznieniem odmienności zespołu. Bogate wykorzystanie elektroniki, które buduje hipnotyczny rytm, okraszone zarówno orkiestrowymi, jak i swoiście industrialnymi samplami, w połączeniu z powtarzanym przez Meiera w kołko tytułowym "Oh Yeah", to esensja specyficznej, "dziwnej" przebojowości Szwajcarów. Płytę otwierają najmocniejsze komercyjnie punkty albumu. Najpierw mamy trzeci singiel Yello, który znalazł się na płycie pt. "Desire". W istocie to drugi utwór promujący wydawnictwo, bo wydany  w sierpniu 1983 roku na rynku niemieckim singiel "Let Me Cry", powstał na samym początku nagrywania albumu, ponad rok przed wydaniem płyty. "Desire" zaistniał jedynie na rynku szwajcarskim i niemieckim, ale to ciekawa kompozycja. Jak na Yello jest stonowana i zrównoważona. Dieter Meier śpiewa delikatnie, wręcz szepcze. Kompozycja utrzymana jest w wolniejszym tempie, nie ma tutaj opętanego rytmu, tak często spotykanego u Yello, mamy za to lekko zamglony klimat pustych ulic w centrum miasta, którymi podąża tejemnicza postać czegoś szukająca. W utworze wyraźnie słychać też gitarowe riffy. "Desire" to kolejne nagranie mające związek z filmem. Wykorzystano je m.in. w jednym z odcinków serialu "Miami Vice". Następnie jest wspomniany już singiel "Vicious Games", w którym obok Meiera śpiewa Rush Winters, znana z jazzowo-soulowej grupy Carmel. To właśnie ona wykonuje refren z tytułową frazą. Trzecim utworem jest "Oh Yeah", o którym też już pisałem. Po nim następuje "Desert Inn", który zaczyna się dziwnymi, plemiennymi zaśpiewami. W tle słychać tłusty, nieco niepokojący puls syntezatora basowego, ubarwiony czasami przestrzennymi partiami klawiszowymi, do tego mamy rwany bit automatu perkusyjnego. Ale i w tym utworze użyte są gitarowe riffiy Chico Hablasa, który współpracował przy powstaniu albumu. „Stalakdrama” to pozostałość spektaklu "Snowball", który tworzył wcześniej Meier, ale do jego realizacji ostatecznie nie doszło. Część muzyki skomponowana na jego potrzeby została jednak wykorzystana na albumie "Stella". Instrumentalny utwór „Stalakdrama” miał być uwerturą "Snowball" i rzeczywiście brzmi jak typowa partia otwierająca operę. Zresztą sam tytuł płyty "Stella" to imię postaci, która miała występować w przedstawieniu "Snowball". Stronę A zamyka "Koladi-Ola", w którym swoje możliwości wokalne prezentuje Boris Blank. Tytuł "Koladi-ola", według Blanka, pochodzi od ryku lwa, który po podniesieniu o oktawę ma brzmieć fonetycznie tak jak tytułowe słowa w utworze Yello. Stronę B oryginalnego wydawnictwa otwiera kompozycja "Domingo", która poświęcona jest fałszywemu kaznodziei. Już od początku w nagraniu słyszymy riff gitarowy, który wraz z motorycznym bitem automatu perkusyjnego tworzy niepokojącą osnowę nagrania. W tle pobrzmiewają przestrzenne, niemal orkiestrowe partie klawiszowe, ale jest też wiele innych dźwięków wygenerowanych zapewne przy pomocy Fairlight CMI. "Sometimes (Dr. Hirsch)" rozpoczyna się od pulsu syntezatora basowego wspartego bardziej oszczędnym bitem automatu perkusyjnego, w tle słychać dziwne, "pływające" partie klawiszowe. Dieter Meier śpiewa swoim charakterystycznym "niskim, basowym szeptem", wspierany czasami bardziej krzykliwym wokalem Blanka. Mimo całej specyficznej dla Yello dźwiękowej otoczki oraz śpiewu Meiera utwór bliski jest konwencjonalnemu synth popowi o pewnych, wręcz romantycznych cechach. "Let Me Cry" jest od początku bardziej wyrazisty, m.in. dzięki mocno agresywnemu, mechanicznemu bitowi automatu perkusyjnego, ale niski, szepczący śpiew Meiera stanowi kontrast dla tego zdehumanizowanego rytmu. Przedostatni na płycie, ponad pięciominutowy "Ciel Ouvert" prezentuje spokojniejsze, wręcz ambientowe oblicze Yello. Dopiero w trzeciej minucie puls syntezatora staje się intensywniejszy tworząc zarys rytmu, który po chwili kształtują pojedyncze uderzenia automatu oraz narastające dźwięki syntezatorowe. Atmosfera gęstnieje i chwilami staje się nerwowa, ale poza pojedynczymi szeptami nie pojawia się w utworze śpiew. To kolejna pozostałość po niedoszłym spektaklu "Snowball". Album kończy "Angel No" z frenetycznym bitem automatu perkusyjnego i emocjonalnym śpiewem Rush Winters. Wznowienia płyty na CD zawierają jeszcze dodatkowy utwór „Blue Nabou”, będący oryginalnie stroną B singla "Vicious Games”, a także remiksy trzech otwierających album utworów.  "Stella" to pierwszy, wyraźniejszy krok Yello w stronę międzynarodowej rozpoznawalności. Szwajcarzy zaznaczyli wtedy swoją obecność w świecie muzyki przede wszystkim dzięki utworowi "Oh Yeah". Moimi bohaterami stali się za sprawą "Vicious Games". Choć grupa pozostaje w swoim własnym muzycznym świecie, to jednak album zawiera summa summarum muzykę w znacznej części przystępniejszą niż na poprzednich płytach. To nadal twórczość dla bardziej wyrobionego odbiorcy, ale może również zainteresować słuchacza inteligentnego popu. Trudno uznać jednak album "Stella" za szczególnie wybitny lub przełomowy dla muzyki. Mam zresztą wrażenie, że nie da się wskazać jakiejkolwiek płyty Yello, która spełniałaby taką definicję. Yello nagrywa muzykę ciekawą, przeważnie dobrą lub bardzo dobrą, ale nie ma w swojej dyskografii wydawnictwa, które byłoby pozycja kompletną i zmieniającą muzyczną rzeczywistość. [8.5/10] Andrzej Korasiewicz26.03.2026 r.

Więcej… Yello - Stella...

Fiat Lux - Desire & Belief 

19 marca 2026
282 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new wave

Fiat Lux - Desire & Belief 2026 9×9 Records 1. Summer Solstice 02:112. Spirit Of The Age 03:083. Am I Dreaming 05:034. Clear Sky (album version) 04:185. I Never Explode 04:036. Shallow Hollow Souls 03:277. Desire & Belief 03:498. Turn Me Around 03:339. Winter Solstice (album version) 05:0010. All The Stars Have Died 02:01 Fiat Lux to jeden z oryginalnych zespołów brytyjskiej fali synth popu pierwszej połowy lat 80. Choć grupa wtedy nie odniósła większego sukcesu komercyjnego, to jej muzyce nie można odmówić uroku i klimatyczności. O formacji pisałem w zeszłym roku przy okazji recenzji retrospektywnej płyty "Hired History Plus" [czytaj recenzję >>]  gromadzącej dorobek zespołu z lat 80. Fiat Lux wznowił działalności w 2017 roku i od tego czasu wydał dwie płyty z nowym materiałem: "Saved Symmetry" (2019) i "Twisted Culture" (2021). Minęło kilka kolejnych lat i grupa wróciła z trzecim nowym albumem pt. "Desire & Belief". To płyta, która powinna wzbudzić zainteresowanie wszystkich miłośników syntezatorowo-nowofalowych brzmień z lat 80. Po pierwsze dlatego, że w przypadku Fiat Lux mamy do czynienia z twórcą, który wprost nawiązuje do klasycznych brzmień "ejtisowych", ale nie jako epigon, tylko ich współautor. Po drugie "Desire & Belief" to zwyczajnie bardzo dobra płyta.  Otwierający album, ledwo ponad dwuminutowy "Summer Solstice" to delikatny, instrumentalny, niemal ambientowy wstęp do całości, w którym subtelne pasaże syntezatorowe przeplatają się z brzmieniem przypominającym partie grane na flecie. W "Spirit Of The Age" kilka uderzeń automatu perkusyjnego szybko zepchnięte jest na drugi plan na rzecz brawurowej solówki na saksofonie. Następnie słyszymy pulsujący bas syntezatorowy oraz miarowy bit automatu perkusyjnego a także powracającą partię saksofonu. Nagranie jest radosne i optymistyczne. Nastrój zmienia się przy okazji posępnego, mrocznego "Am I Dreaming". Ciężki, mroczny bit automatu perkusyjnego, zamglony, niski śpiew Wrighta oraz basowa linia syntezatora tworzą niepokojący klimat, który rozświetla na chwilę solo saksofonu. W ostatniej minucie syntezator najwyraźniej "rozstraja się" i słyszymy niemal industrialny brud elektroniki, który kończy utwór. "Clear Sky" to w zamyśle zespołu singiel, który promował album. To numer bardziej skoczny i z chwytliwym refrenem. Słyszymy tutaj wyraźnie zaznaczony, "bujający" rytm, wyraziste syntezatory a także saksofon, ale na początku bardziej na drugim planie. W "I Never Explode" linia saksofonu początkowo jest niemal rozmarzona, syntezatory brzmią bardziej przestrzenie, Writgh śpiewa miękko i delikatnie, mamy tutaj też akordy fortepianowe, a całość bliższa jest twórczości Sade, albo przynajmniej muzyki w rodzaju Black czy Double. Przy okazji "Shallow Hollow Souls" można zacząć odczuwać pewne znużenie schematem zaproponowanym przez Fiat Lux. Płyty nadal słucha się przyjemnie, ale istnieje zagrożenie, że zaczniemy ją traktować jak muzykę tła.  Odpowiedni nerw powraca przy okazji tytułowego "Desire & Belief", który zwraca uwagę wyrazistym, miarowym bitem perkusyjnym, który współgra z akordami fortepianowymi, dudniącym basem oraz śpiewem Wrighta. Tradycyjnie słyszymy też w trzeciej minucie partię dętą, tym razem klarnetu, która przełamuje monotonię rytmiczną nagrania. Utwór ma w sobie coś podniosłego i poważnego. "Turn Me Around" jest bardziej banalny, ale miejscami chwytliwy. Powagi nagraniu dodaje pulsujący bas, ale ton nadają syntezatory o różnym charakterze. Są zarówno przestrzenne partie klawiszowe, jak i wyraziste akordy syntezatorowe a także charakterystyczne, nieco kiczowate, krzykliwe syntezatory "ejtisowe". "Winter Solstice" rozpoczyna się od wyrazistych partii syntezatorowych oraz ciężkiego, syntezatorowego, pulsującego basu, które wprowadzają w typowy "ejtisowy" klimat. Następnie słychać w tle partię gitarową a za chwilę wchodzi saksofon bez którego nie może obyć się żadne nagranie Fiat Lux. Motyw syntezatorowego basu jest jednak dominującym motywem całego nagrania. Album zamyka utwór o niezbyt pozytywnym tytule "All The Stars Have Died". Instrumentalnie różni się od swoich poprzedników. Ton nadaje syntezator o brzmieniu organowym a saksofon chwilami brzmi nieco schizofrenicznie, jakby to było solo wyjęte z improwizacji free jazzowej. Wright bardziej melodeklamuje niż śpiewa a ogólny nastrój utworu jest posępny i zwariowany. Na koniec saksofonista uspokaja się trochę, brzmiąc bardziej klasycznie i w ten sposób płyta kończy się.  "Desire & Belief" powinna sprawić sporo radości poszukiwaczom współczesnych brzmień "ejtisowych". Nie ma tutaj fajerwerków, ale otrzymujemy ponad pół godziny muzyki na najwyższym poziomie. W brzmieniu Fiat Lux, obok elektroniki, syntezatorów słychać charakterystyczny, ubarwiający aranżację saksofon a także inne akustyczne instrumenty. Wyraziste akordy syntezatorowe mieszają się na płycie z pulsującym basem a także delikatnymi pasażami fortepianowymi. Czy można chcieć czegoś więcej? Mnie wystarczy, żeby uznać album za, jak na razie, jeden z bardziej interesujących w 2026 roku. [8.5/10] Andrzej Korasiewicz19.03.2026 r.

Więcej… Fiat Lux - Desire & Belief ...

Lombard - Wolne od cła

15 marca 2026
291 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • 80s
  • pop rock

Lombard - Wolne od cła1984 Klub Płytowy Razem 1. Wolne od cła 3:102. Miny na pokaz, czyny za grosz 3:053. Dwa słowa, dwa światy 6:304. Adriatyk, ocean gorący 6:355. Aku-Hara, kraj ze snu 4:256. Kradzież nie popłaca 5:057. Skąd ja to znam? 3:558. Dalej, coraz dalej 4:35 "Wolne od cła" to trzecia w kolejności płyta Lombardu, która ukazała się w 1984 roku prawie w tym samym czasie co opisywany przeze mnie niedawno album "Szara maść" [czytaj recenzję >>] . Wówczas to był swoisty "biały kruk" wydany w kilkutysięcznym nakładzie przez Klub Płytowy Razem, czyli w praktyce niedostępny dla rynku, poza najzagorzalszymi fanami zespołu. Równie trudno dostępne było wydanie kasetowe. W 1999 roku album ukazał się po raz pierwszy (i ostatni) na CD wraz z innymi reedycjami płyt Lombardu. Niestety, z uwagi na istniejący konflikt między Stróżniakiem a Ostrowską i brak wznowień, płyty od dawna nie są dostępne na rynku, nie ma ich też w serwisach streamingowych. Stróżniak, który od prawie trzydziestu lat działa pod szyldem Lombardu z nową wokalistką, wydał niedawno płytę "40/40", na której prezentuje klasyczne nagrania zespołu wykonane przez współczesny skład Lombardu. Choć nowe wersje brzmią poprawnie, to większość słuchaczy, na pewno jest tak w moim przypadku, woli przecież oryginalne utwory z lat 80. I nie chodzi tylko o to, że w zespole jest inna wokalistka, ale również o brzmienie. Mimo że współczesny Lombard przyjął założenie, żeby do nowych wykonań zastosować te same aranżacje, to przecież chociażby syntezatory brzmią zupełnie inaczej niż te z oryginalnych nagrań z lat 80. A to np. dla mnie ma kluczowe znaczenie i wpływa na odbiór całości. Nie mam nic przeciwko wydawaniu starych nagrań w odświeżonych wersjach, ale to nie zastąpi reedycji starych płyt zespołu. Mam nadzieję, że kiedyś ta informacja dotrze do zwaśnionych stron i stanie się to póki starzy sympatycy Lombardu jeszcze żyją. Bo w dalszej przyszłości może się okazać, że już nikogo nie będą interesowały stare płyty Lombardu.  W latach 80. nie miałem albumu "Wolne od cła". Wysłuchałem go w całości dopiero, gdy ukazał się na CD, czyli w czasach, gdy byłem zainteresowany już zupełnie inną muzyką. Na płycie są jednak nagrania, które były ze mną w latach 80. i do dzisiaj są mi bliskie. Zacznę od utworu "Aku-Hara, kraj ze snu", który usłyszałem w 1984 roku na Liście Przebojów Programu Trzeciego i wtedy zachwyciłem się nim. To właśnie dzięki niemu ostatecznie przekonałem się do Lombardu. Wcześniej podobały mi się pojedyncze nagrania, lubiłem "Szklaną pogodę", ale trudno mi było identyfikować się z zespołem. Muzyka Lombardu była mocno eklektyczna, czego najlepszym przykładem była debiutancka płyta "Śmierć dyskotece!". Znajdowały się na niej zarówno mocno elektroniczne nagrania jak np. "Diamentowa kula", ale także ekspresyjnie rockowe. Płyta "Live" była w całości wyrazem rockowej ekspresji, na której był nawet utwór-hołd dla Jimmy Hendrixa ("Bye, bye Jimmy"). Ale to nie była muzyka rockowa, którą lubiłem, wolałem Republikę, Maanam czy Oddział Zamknięty. Z czasem w muzyce Lombardu na pierwszy plan w coraz większym stopniu zaczęły wysuwać się syntezatory i elektronika, choć grupa nie rezygnowała z rockowego pazura. W efekcie Lombard wypracował swój charakterystyczny styl łączący instrumentarium elektroniczne i mocne gitary, co zaowocowało narodzeniem się czegoś co nazywam "synth-rockiem". To moim zdaniem najlepszy okres twórczości Lombardu, który przyniósł grupie największy rozgłos. Pierwszym wyrazem tej stylistyki była płyta "Wolne od cła" a jednym z najbardziej charakterystycznych jej nagrań jest pochodzący z niej "Aku-Hara, kraj ze snu". Nagranie rozpoczyna się od tłustego riffu syntezatorowego, ale grupa nie zapomina też o gitarze, która robi rockowe tło. Duże wrażenie sprawiały na mnie te "kaszlnięcia" Ostrowskiej, które wraz z syntezatorem rozpoczynają utwór a następnie powracają w czasie trwania i kończą go. Do tego dochodził tajemniczy dla mnie kraj "Aku-Hara" oraz ekspresyjny śpiew Ostrowskiej. Gdy na dodatek zobaczyłem jej charakterystyczną fryzurę i makijaż byłem cały na "tak". To wszystko przekonało mnie do Lombardu.  Mniej więcej w tym czasie kupiłem Tonpressowy singiel, na którym były dwa kosmiczne nagrania: "Adriatyk, ocean gorący" (str. A), "Dwa słowa, dwa światy" (str. B). Oba znalazły się na płycie "Wolne od cła", ale do niej nie miałem dostępu, za to "zarzynałem" w kółko wspomniany singiel. Obie kompozycje trafiły też na trójkową listę przebojów. "Adriatyk, ocean gorący" dotarł aż do drugiego miejsca listy, "Dwa słowa, dwa światy" poradził sobie gorzej, bo osiągnął zaledwie dziesiąte miejsce. Każdy z utworów trwa prawie siedem minut. Oba utrzymane są w wolniejszym tempie. Autorem muzyki jest Grzegorz Stróżniak, a słowa napisała Małgorzata Ostrowska. W "Adriatyk, ocean gorący" śpiewa Ostrowska, w "Dwa słowa, dwa światy" Stróżniak. Ten pierwszy jest doskonałym połączeniem brzmienia syntezatorów oraz gitary. Kolorytu dodają w nim głosy mew oraz szum morza, co świetnie współgra z przestrzennymi partiami syntezatorów. Brzmienie jest doskonale wzmocnione posępnie brzmiącymi riffami gitarowymi. Śpiew Ostrowskiej przechodzi od szeptu do charakterystycznego dla niej niemal krzyku. Do tego dołącza mocna solówka gitarowa, która pojawia się w piątej minucie nagrania, perkusja jest miarowa i nadaje rytm. Wszystko jest do siebie idealnie dopasowane i dostrojone, mimo zastosowania środków wyrazu wydawałoby się z różnych stylistyk. A jednak złączyło się to w nową jakość, dzięki której Lombard wyrósł w połowie lat 80. na wielką gwiazdę i przekonał do siebie słuchaczy, takich jak ja. Podobne tempo do "Adriatyk, ocean gorący" mają "Dwa słowa, dwa światy", ale w przeciwieństwie do "Adriatyk, ocean gorący" nie ma tutaj gitar i szczątkowe jest wykorzystanie rytmu perkusyjnego. Utwór zaczyna wyrazisty motyw syntezatorowy, po którym wchodzi spokojny, stonowany śpiew Stróżniaka. Następnie słyszymy przestrzenne partie klawiszowe a w kolejnym akcie pulsujący, syntezatorowy bas. Śpiew Stróżniaka staje się mocniejszy, by za chwilę uspokoić się. Warstwa instrumentalna "Dwa słowa, dwa światy" w całości oparta jest na syntezatorach a głównym motywem, o funkcji również rytmicznej, okazuje się pulsujący bas syntezatorowy, który ostatecznie zamyka nagranie. Z rzadka słychać pojedyncze uderzenie w bębny. W tamtych czasach znałem jeszcze utwór "Skąd ja to znam?", który znalazł się w maju 1984 roku na liście przebojów Trójki, choć na krótko i na niskiej pozycji (zaledwie 28. miejsce). To dynamiczny utwór śpiewany przez Stróżniaka, w którym  wyraziste syntezatory pomieszane są z gitarowymi riffami. Refren jest chwytliwy i trudno dociec dlaczego nagranie nie odniosło większego sukcesu. Na liście Trójki było jeszcze nagranie "Miny na pokaz, czyny za grosz", które w lipcu 1983 roku osiągnęło 18. miejsce, ale ten utwór słabiej kojarzyłem. Możliwe, że mi wtedy umknął, bo listy Trójki zacząłem słuchać regularnie na przełomie 1983 i 1984 roku. W 1984 roku nie opuszczałem już żadnego notowania. "Miny na pokaz, czyny za grosz" śpiewany jest przez Ostrowską a kluczowym elementem utworu jest gitarowa solówka Piotr Zandera. Syntezatory pojawiają się, ale delikatnie i nie na pierwszym planie. Na płycie mamy jeszcze tytułowe "Wolne od cła", od którego album rozpoczyna się. W tym nagraniu bardziej dominujące są gitary i rockowa ekspresja, choć słychać też zarówno przestrzenne klawisze, jak i riffy syntezatorowe, ale są one schowane i mniej słyszalne. Ostrowska śpiewa bardzo ekspresyjnie i całość jest bardzo dynamiczna. Bardzo dobrym nagraniem jest "Kradzież nie popłaca", w którym na wokalu mamy Stróżniaka. W tym przypadku syntezatory są bardziej wyraziste i słyszalne, choć ważne pozostają riffy gitarowe. To znowu idealne połączenie rockowej ekspresji ubarwionej syntezatorami - "synth-rock". Płytę kończy delikatniej zaczynający się "Dalej, coraz dalej" śpiewany przez Ostrowską. Po balladowym wstępie, nagranie nabiera dynamiki, refren jest chwytliwy a w symbiozie ponownie mamy gitary i syntezatory.  "Wolne od cła" z dzisiejszej perspektywy prezentuje się bardzo korzystnie. To pierwszy akt wypracowanego przez Lombard stylu, w którym grupa porzuca eklektyzm i wyraźnie nabiera odpowiedniego czucia. Muzyka Lombardu przestaje być zbiorem nagrań w różnych stylistykach. Lombard integruje w swoich nagraniach brzmienie syntezatorowe i rockową ekspresję tworząc swój unikalny w polskich realiach styl. Kolejne płyty: "Szara maść" i "Anatomia" staną się jego ukoronowaniem. "Wolne od cła" nie jest jeszcze tak zwartą całością jak "Szara maść", ale chociażby ze względu na wspomniane: "Adriatyk, ocean gorący", "Dwa słowa, dwa światy" czy "Aku-Hara, kraj ze snu" zasługuje na uwagę. Pozostałe nagrania również nie obniżają wartości płyty. [8/10] Andrzej Korasiewicz15.03.2026 r.

Więcej… Lombard - Wolne od cła...

Mr. Mister - Welcome To The Real World

8 marca 2026
253 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • rock
  • pop
  • 80s

Mr. Mister - Welcome To The Real World1985 RCA 1. Black/White    4:182. Uniform Of Youth    4:263. Don't Slow Down    4:274. Run To Her    3:375. Into My Own Hands    5:146. Is It Love    3:347. Kyrie    4:268. Broken Wings    5:469. Tangent Tears    3:2010. Welcome To The Real World    4:19 Zanim usłyszeliśmy o Mr. Mister najpierw była formacja Pages, założona przez wokalistę i basistę Richarda Page'a oraz klawiszowca i saksofonistę Steve'a George'a w 1978 roku. Grupa w istocie była formacją towarzyszącą Andy'emu Gibbowi podczas jego trasy koncertowej w 1977 roku. Obok Page'a i George'a skład uzupełniało kilku innych muzyków sesyjnych. Pod koniec 1977 roku grupa samodzielnie nagrała demo w stylu fusion. Taśma zwróciła uwagę byłego perkusisty Blood, Sweat & Tears, Bobby'ego Colomby'ego, dzięki czemu zespół, który przyjął nazwę Pages, podpisał kontrakt z Epic Records. Już w 1978 roku grupa wydała debiutancką płytę pt. "Pages". Album zawierał typowo amerykański pop rock, w stylu Kenny Logginsa czy Toto, który przeszedł jednak bez echa. Ponieważ zespół składał się z szanowanych muzyków sesyjnych i miał wsparcie wytwórni ukazały się dwa kolejne albumy: "Future Street" (1979) i "Pages" (1981), ten ostatni już pod skrzydłami Capitol Records. Żaden z nich nie zaistniał na liście Billboardu. Nie pomogły zmiany składu i gościnne zaangażowanie takich muzyków jak: Jeff Porcaro, Steve Lukather a nawet Al Jarreau. Po komercyjnej porażce trzeciego albumu Page i George rozwiązali grupę i powrócili do kariery muzyków sesyjnych. Byli rozchwytywanymi autorami piosenek i wokalistami wspierającymi. Nagrywali z takimi producentami jak: David Foster i Quincy Jones. Występowali na albumach Ala Jarreau, Donny Summer, Chaki Khan, REO Speedwagon, Kenny'ego Logginsa, Pointer Sisters, Molly Hatchet i Twisted Sister. Page i George śpiewali również w Village People. W 1982 roku podjęli drugą próbę założenia swojego zespołu i powołali do życia Mr. Mister. Do składu Mr. Mister Page i George zaprosili perkusistę Pata Mastelotto i gitarzystę Steve'a Farrisa a autorem tekstów został John Lang, który na niczym nie grał i nie był oficjalnym członkiem zespołu. Od czasu działalności jako Pages sporo zmieniło się na rynku muzycznym. Na popularności zyskali wykonawcy, którzy obficie korzystali z syntezatorów i elektronicznej produkcji. Sukcesy wtedy święciła formacja The Cars, która była uosobieniem amerykańskiego brzmienia rockowego ujętego w syntezatorowo-nowofalowe ramy. Do takiej stylistyki próbował nawiązać również Mr. Mister. Grupa podpisała kontrakt z RCA i już w 1984 roku ukazał się debiutancki album pt. "I Wear the Face". Choć Mr. Mister zaprezentował na nim nowoczesne, popowo-rockowe brzmienie oraz dynamiczne i przebojowe utwory, to jednak płyta sukcesu nie odniosła, nawet na rynku amerykańskim. Album osiągnął zaledwie 170. miejsce na liście sprzedaży Billboardu. Bardziej zauważony został singiel "Hunters of the Night", który dotarł do 57. miejsca listy Billboardu. To mimo wszystko lepiej rokowało niż w czasach działalności jako Pages.  Prawdziwy przełom przyszedł w połowie 1985 roku, gdy ukazał się singiel "Broken Wings" promujący drugi album pt. "Welcome To The Real World". "Broken Wings" z miejsca stał się przebojem nie tylko w USA, gdzie dotarł na sam szczyt listy Billboardu, ale osiągnął sukces międzynarodowy. Na pierwszym miejscu znalazł się również w Kanadzie a także w pierwszej dziesiątce list przebojów w Australii, Belgii, Holandii, Norwegii, Irlandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Niemczech Zachodnich oraz w pierwszej dwudziestce w Austrii, Nowej Zelandii, Hiszpanii i Szwecji. To był gigantyczny sukces, który umocnił sprzedaż albumu "Welcome to the Real World" wydanego w czerwcu 1985 roku. Płyta okazała się prawdziwym hitem, który wzmocnił drugi singiel "Kyrie". Utwór powtórzył sukces "Broken Wings" dochodząc na szczyt amerykańskiej listy przebojów, a także w Kanadzie i Norwegii oraz będąc w czołówce list przebojów na całym świecie. Trzeci singiel pt. "Is It Love" dotarł jeszcze siłą rozpędu do ósmego miejsce amerykańskiej listy singli, ale popularność Mr. Mister powoli zaczęła gasnąć. Mr. Mister z dużym opóźnieniem dotarł do Polski. Radiowa Trójka zaczęła promować "Broken Wings" dopiero pod koniec 1985 roku, w efekcie nagranie trafiło na listę w styczniu 1986 roku i osiągnęło na niej zaledwie 20. miejsce. Znacznie lepiej poradził sobie utwór "Kyrie", który w kwietniu 1986 roku dotarł do czwartego miejsca trójkowej listy.  Kolejna, trzecia płyta Mr. Mister pt. "Go On..." (1987) nie powtórzyła sukcesu swojego poprzednika, osiągając zaledwie 55. miejsce listy Billboardu. Jedyny singiel z płyty, który trafił na listę, to "Something Real" (29. miejsca listy Billboardu). Grupa w 1988 roku rozpoczęła pracę nad czwartym albumem pt. "Pull". W międzyczasie z Mr. Mister odszedł gitarzysta Steve Farris. Nagrywanie płyty ukończono w 1990 roku, ale wytwórnia RCA Records zdecydowała się go nie wydawać. Zniechęceni muzycy rozwiązali zespół w tym samym roku i w ten sposób zakończyła się historia zespołu. Wprawdzie w ostatnich latach panowie spotykali się z okazji 70. urodzin Richarda Page’a (2023) oraz 70. urodzin Pata Mastelotto (2025), podczas których razem zagrali, ale do stałej reaktywacji Mr. Mister nie doszło. Za to wspomniany czwarty album "Pull", nagrany w 1990 roku, został ostatecznie wydany w 2010 roku we współpracy z Sony Music w niezależnej wytwórni Richarda Page'a, Little Dume Recordings. Album "Welcome To The Real World" okazał się pojedynczym meteorem, który gwałtownie wdarł się do przestrzeni muzyki rozrywkowej, dokonując w 1985 roku dużego wyłomu, ale nie spowodował trwałych zmian w show-biznesie. Płyta zawiera dziesięć, w większości dynamicznych i przebojowych utworów opartych na podobnym schemacie. Mocne gitarowe riffy łączą się w nim z wyrazistymi, wręcz krzyczącymi akordami syntezatorowymi a całość napędzają energiczne uderzenia w bębny wzmocnione przeważnie mniej słyszalnym basem. Takie są dwie pierwsze kompozycje: "Black/White" i "Uniform Of Youth", z których instrumenty klawiszowe wręcz "wylewają się". W trzecim "Don't Slow Down", syntezatory użyte są w sposób bardziej stonowany, przestrzenny a chwilami słychać pulsujący bas. Rytm perkusyjny jest bardziej transowy, ale wokal Richard Page pozostaje dynamiczny i energetyczny. Całość ubarwiają solówki gitarowe Farrisa. "Run To Her" to pierwsze spowolnienie tempa na płycie. Utwór utrzymany jest w formie łagodnej ballady w typowo amerykańskim stylu. Zamiast gitarowych riffów, mamy tutaj łzawe partie klawiszowe i łagodny śpiew Page'a. Po chwili wytchnienia mamy dynamiczny, przebojowy "Into My Own Hands". Słychać w nim, zamiast dotychczasowych krzykliwych syntezatorów, przestrzenne partie klawiszowe w tle, typowe dla angielskich formacji synth popowych. Są tutaj też wyraźniej słyszalne niż zwykle partie gitary basowej, nie obeszło się również bez wyrazistych riffów gitarowych. Cały numer utrzymany jest w znanym już schemacie amerykańskiego pop rocka z lekkimi naleciałościami "nowej fali". W "Is It Love" na planie pierwszym słychać na początku klawiszowe akordy i pulsujący bas, który wzmacniają miarowe uderzenia w bębny. Refren jest chwytliwy i zachęca do nucenia.  Następnie mamy jeden z dwóch wielkich hitów Mr. Mister: "Kyrie". Tekst został napisany przez Johna Langa i jest nawiązaniem do modlitwy chrześcijańskiej, w której greckie słowa "Kýrie, eléison" oznaczają „Panie, zmiłuj się”. W warstwie instrumentalnej słychać dużo elektroniki. W utworze użyte są syntezatory Yamaha DX7 i Prophet-5, obsługiwane przez Steve'a George'a a także perkusja elektroniczna Simmonsa, zastosowano też automat perkusyjny LinnDrum. W jakich dokładnie proporcjach i jak to wyprodukowano to najpewniej najlepiej wie sam perkusista Pat Mastelotto. Największą rolę syntezatory odgrywają na początku utworu, gdy stanowią instrumentalne tło dla śpiewu Page'a "Kýrie, eléison". W kompozycji nie brakuje również riffów gitarowych, ale na plan pierwszy wysuwa się chwytliwy refren, w którym Page już dynamiczniej niż na początku nagrania śpiewa "Kýrie, eléison". Po "Kyrie" mamy największy światowy hit Mr. Mister "Broken Wings", w którym syntezatory są od początku na pierwszym planie. Pulsujący syntezatorowy bas ubarwiony jest przestrzenną partią klawiszową oraz powracającymi syntezatorowymi akordami, ale także w tle słychać gitarowe riffy. Mimo wszystko to właśnie syntezatory malują barwy tego nagrania utrzymanego w wolnym tempie, choć z dynamicznym śpiewem Page'a. Perkusja nie dominuje nagrania swym rytmem, ale bardziej podąża za śpiewem Page'a i partią basową. "Broken Wings" to jeden z moich ulubionych utworów lat 80. w ogóle. "Tangent Tears" to powrót do prostego, amerykańskiego pop rocka. Nagranie sympatyczne, ale bez większej historii, podobnie jak kończący płytę tytułowy "Welcome To The Real World". "Welcome To The Real World" to kawałek świetnego, amerykańskiego pop rocka z "nowofalowymi" odchyleniami i z dwoma miażdżącymi przebojami. Dla mnie szczególnie istotny jest wspaniały "Broken Wings", ale i "Kyrie" nadal dobrze się słucha. Płyta wpisana jest siłą rzeczy w estetykę lat 80. Nie mamy w jej przypadku do czynienia z dziełem szczególnie istotnym z punktu widzenia historii muzyki, ale albumu nadal słucha się sympatycznie, o ile ktoś lubi estetykę "ejtisową". [8/10] Andrzej Korasiewicz08.03.2026 r.

Więcej… Mr. Mister - Welcome To The Real World...

Jarre, Jean Michel - Zoolook

4 marca 2026
254 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electronic
  • experimental
  • 80s

 

Jean Michel Jarre - Zoolook1984 Disques Dreyfus 1. Ethnicolor    11:412. Diva    7:333. Zoolook    3:504. Wooloomooloo    3:205. Zoolookologie    4:206. Blah-Blah Cafe    3:227. Ethnicolor II    3:52 Na trudną próbę wystawił Jean Michel Jarre swoich fanów w 1983 roku, kiedy ogłosił, że jego następna płyta „Music for Supermarkets” (Musique pour Supermarché) zostanie wydana tylko w jednym egzemplarzu. Gest ten miał stanowić protest przeciwko komercjalizacji muzyki i zarazem być manifestem tego, że muzyka może być unikalnym dziełem sztuki, tak jak obraz czy rzeźba. Wkrótce po sprzedaży, album został odtworzony jednorazowo w pełnej wersji w Radio Luxembourg. Następnie matryca płyty została komisyjnie zniszczona. Ból fanów Jarre’a zmniejsza nieco fakt, że „Music for Supermarkets” był w dużej części zbiorem szkiców i jednorazowym projektem związanym z wystawą poświęconą sztuce w supermarketach. Lepsze pomysły autor wykorzystał ponownie tworząc z nich bardziej dopracowane kompozycje na płytę „Zoolook”, która ukazała się 16 listopada 1984 r. i dwa lata później na „Rendez-Vous”.  Nowością w twórczości Jarre’a było na „Zoolook” nagranie płyty z udziałem zespołu składającego się z niefrancuskich muzyków wywodzących się z zupełnie innych muzycznych światów. Byli to Laurie Anderson, amerykańska artystka awangardowa, piosenkarka, plastyczka, pochodzący także z USA gitarzysta basowy Marcus Miller (współpracujący m.in. z Milesem Davisem), perkusista Yogi Horton i gitarzysta Ira Siegel oraz brytyjski gitarzysta Adrian Belew, członek King Crimson. Wymienieni byli także uznanymi muzykami sesyjnymi a Laurie Anderson pasowała idealnie do tego, co zamierzał tutaj zrobić Jarre. Ważną rolę pełnił przy nagraniu płyty Francuz Frédéric Rousseau, asystent produkcji, programista syntezatorów i operator Fairlighta CMI. Prace w studiu nagraniowym poprzedziło zebranie w bibliotekach etnograficznych próbek ludzkich głosów w wielu językach. Pracę tę zrealizował etnolog Xavier Bellenger. Dwadzieścia pięć z nich zostało wykorzystanych na płycie. Jarre przetwarzał te próbki w samplerze Fairlight CMI rozcinając słowa na sylaby, a sylaby na pojedyncze fonemy, które później zostały użyte jako brzmienia melodyczne i rytmiczne. Także wiele partii instrumentalnych nagranych przez muzyków towarzyszących zostało pociętych i zrekonstruowanych jako sample. Sampling jest naturalnym kontynuatorem powstałego pod koniec lat 40. XX wieku we Francji kierunku muzyki eksperymentalnej określanej jako „muzyka konkretna” (musique concrète). Opierała się na konkretnych, realnych dźwiękach, których źródłem mógł być cały świat. Najważniejszymi postaciami dla tego kierunku byli Pierre Schaeffer i Pierre Henry. Jean Michel Jarre powtarzał często, że to Schaeffer nauczył go myślenia o dźwięku jako o tworzywie. Hołdem dla „musique concrète” jest także album Jarre’a „Oxymore z 2022 roku, chociaż niewątpliwie najbardziej „konkretna” płyta Jarre’a to „Zoolook”.  Płytę otwiera prawie dwunastominutowa suita „Ethnicolor”, której głównym składnikiem brzmieniowym są sample wielojęzycznych ludzkich głosów. Utwór rozwija się powoli, dostojnie, nabierając z czasem symfonicznego rozmachu aż do dramatycznej kulminacji i ponownego wyciszenia. Wielowarstwowa kompozycja, niebanalna linia melodyczna i mistrzowskie operowanie samplami lokuje tę kompozycję wśród najlepszych dokonań francuskiego muzyka. Nigdy przedtem ani potem czegoś podobnego nie nagrał. Świetną robotę zrobiła tutaj też sekcja rytmiczna, a na pierwsze miejsce wybija się gitara basowa Marcusa Millera grającego charakterystyczną dla niego techniką slappingu.  Drugi utwór na płycie pt. „Diva” składa się z dwóch części. W pierwszej w bardzo spokojnym tempie, na podkładzie dźwięków kapiącej wody pojawia się wokaliza i mówione frazy wykonywane przez Laurie Anderson. Druga część oparta jest na bardziej tradycyjnej i melodyjnej kompozycji „Music for Supermarkets part 7”. Oprócz wokalizy Anderson wyróżnia się  w niej też gitara Adriana Belew, specjalizującego się w niekonwencjonalnych technikach gry oraz używaniu szerokiej gamy efektów dźwiękowych. Tytułowy „Zoolok” to już czysto instrumentalny, electropopowy, singlowy utwór z użyciem sampli mowy jako brzmień perkusyjnych. Nakręcono do niego trochę autoironiczny teledysk, w którym Jarre wciela się we właściciela objazdowego cyrku robotów. Rytm czwartego utworu „Wooloomooloo” przypomina ciężko toczącą się machinę, a jego hipnotyczny klimat stanowi przerywnik pomiędzy bliskimi popu sąsiednimi utworami. „Wooloomooloo” to kompozycja najbliższa eksperymentalnej „muzyce konkretnej”. Piąty „Zoolookologie” to następny przebojowy numer, posiadający chyba najbardziej taneczny „groove” w dorobku Jarre’a z lat 80.  Najbliższy jest formie piosenkowej chociaż nikt w nim nie śpiewa. Zamiast melodii śpiewanej pojawia się w nim melodyjny motyw samplowanych sylab. Także ten utwór został wydany na singlu i zilustrowany dowcipnym teledyskiem. Szósty utwór „Blah-Blah Cafe” to rozwinięty „Music for Supermarkets part 5”. „Blah-Blah Cafe” posiada ironiczny, lekko kabaretowy klimat, a sam tytuł sugeruje „mowę bez treści”. Melodię tworzą w nim krótkie, rytmiczne frazy wokalne, które przeplatają się z motywem granym na instrumencie zbliżonym brzmieniem do saksofonu. Powszechnie uważany jest za najsłabszy na płycie, ale według mnie brzmi sympatycznie i tak mi się już zgrał z całością, że odczuwałbym jego brak. Zamykający płytę „Ethnicolor II” nie jest wbrew tytułowi repryzą „Ethnicolor”. Jarre świadomie nadał mu tytuł sugerujący kontynuację, ale muzycznie to zupełnie inny utwór, znacznie lżejszy i spokojniejszy niż monumentalne, wieloczęściowe „Ethnicolor”. „Ethnicolor II” pozostawia słuchacza z poczuciem zawieszenia i wyciszenia. W czterdziestolecie wydania w 2024 roku płyta „Zoolook” została wydana w wersji zremasterowanej, wzbogaconej o wcześniej niepublikowany instrumentalny utwór „Moon Machine”.  Płyta „Zoolook” to trochę szalona hybryda electropopu i muzyki eksperymentalnej. Muzyka zarówno modernistyczna, jak i przystępna. Dla wielu fanów Jarre’a przyjęcie tego dzieła było niełatwe, ponieważ było ono odległe od majestatycznych, kosmicznych kompozycji z „Oxygene” i „Equinox”, które przyniosły mu światową popularność. Albumowi bliżej  jest do „Magnetic Fields” z 1981 r., kiedy po raz pierwszy Jarre zastosował cyfrowe samplery i dał wyraz fascynacji ekspresją ludzkiego głosu. Niektórym brzmienia spreparowane z sampli ludzkich głosów wydawały się groteskowe. Natomiast sporym uznaniem wśród osób nie ceniących do tej pory dzieł francuskiego muzyka cieszyły się utwory „Ethnicolor” i „Diva”. Wiosną 1985 r. „Zoolook” dotarł do 8. miejsca UK Progressive Albums Chart. Moja ocena: [9/10]. Krzysztof Moskal04.03.2026 r.
Więcej… Jarre, Jean Michel - Zoolook...

Tilt - Tilt

27 lutego 2026
317 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • pop
  • sophisti-pop
  • 80s

Tilt - Tilt1988 Tonpress str. A A1. Jest tylko to    3:40A2. Jeżeli myślisz, że jestem twoim wrogiem    4:21A3. Zawsze, wszędzie, teraz    2:52A4. Tańczę na niebie    3:04A5. Gdyby wszystkie słowa    4:03 str. B B1. Mówię ci, że...    3:00B2. Fale łaski techno rege    5:09B3. Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia    3:54B4. Po    4:19 Tilt to jeden z pierwszych polskich zespołów rockowych, który identyfikował się ze sceną punkową i postpunkową. Powstał w 1979 roku, ale już rok później rozwiązał się. Nie pozostawił po sobie z tego okresu żadnych wydanych wtedy nagrań studyjnych, ale zdążył wystąpić m.in. na „I Ogólnopolskim Przeglądzie Nowej Fali” w Kołobrzegu w 1980 roku oraz zagrać kilka koncertów. Tomasz Lipiński, wokalista Tiltu, latem 1981 roku założył wraz z Robertem Brylewskim Brygadę Kryzys. Tej współpracy zawdzięczamy jedną z najsłynniejszych płyt polskiego rocka - "czarną Brygadę". Mimo nagrania tak przełomowej dla polskiej muzyki płyty, grupa pozostała wówczas szerzej nieznana. Ze względu na sytuację, która powstała po wprowadzeniu przez władze komunistyczne stanu wojennego, miała problem z graniem koncertów. Muzycy nie widzieli szans na dalszy rozwój i Brygada Kryzys rozwiązała się pod koniec 1982 roku.  Lipiński, który pozostawał bez przydziału muzycznego, reaktywował w 1983 roku, wraz z basistą Tomaszem Szczecińskim, Tilt. Do składu dołączyli też nowi muzycy: perkusista Tomasz „Gogo Szulc” Kożuchowski (ex–TZN Xenna) oraz saksofonista Aleksander Korecki, ale to nie był koniec zmian osobowych. Wkrótce Tomasza Szczecińskiego zastąpił na basie Franz Dreadhunter. Do zespołu dołączył też gitarzysta Piotr „Czombe” Dubiel (ex–Deuter, ex–TZN Xenna). Oprócz zmian personalnych zaszły też zmiany w muzyce Tiltu. W 1985 roku ukazał się singiel "Runął już ostatni mur" (na stronie B znalazły się: "Każdy boi się swojej paranoi" i "O! Jaki dziwny, dziwny"), który okazał się sporym przebojem. Utwór miał charakter wyraźnie rockowy, ale był skoczny i chwytliwy. Nagranie dotarło w lipcu 1985 roku do szóstego miejsca Listy Przebojów Programu Trzeciego. To był też początek mojej znajomości z zespołem. O punkowych korzeniach grupy dowiedziałem się później.  Po sukcesie piosenki "Runął już ostatni mur" nowy skład Tiltu postanowił pójść dalej i stworzyć muzykę skierowaną do szerszej publiczności. W studiu Tonpressu nagrano w 1986 roku materiał na debiutancką płytę. W tym samym roku ukazał się singiel zawierający dwa utwory pochodzące z tej sesji: "Mówię ci, że..." i "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia". Najpierw do radia trafił ten pierwszy z miejsca stając się wielkim hitem. W maju 1986 roku "Mówię ci, że..." dotarło na sam szczyt trójkowej listy przebojów. Po chwili, sukces powtórzyło drugie nagranie. Kompozycja "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia" w lipcu dwukrotnie znalazła się na pierwszym miejscu listy Trójki. Ale to by było na tyle. Kolejne nagrania lansowane w Trójce, które pochodziły z sesji Tonpressu: "Zawsze, wszędzie, teraz", "Fale łaski", "Gdyby wszystkie słowa", nie weszły nawet do top 20 listy. W 1987 roku grupa ponownie zawiesiła działalność.  Lipiński zdążył już w 1986 roku uruchomić swój kolejny projekt muzyczny: Fotoness. Tymczasem nadal nie ukazała się debiutancka płyta Tiltu... Ot, uroki socjalistycznej gospodarki planowej. W 1988 roku Fotoness już nie istniał a Lipiński przystąpił do wznowienia działalności Tiltu po raz trzeci. Tym razem na fali znowu była muzyka rockowa, dlatego nowy Tilt, nazwany "Czad Komando Tilt", miał nawiązywać do punkowych korzeni grupy a nie popowego oblicza drugiego okresu działalności zespołu. Ale i tak największym hitem z okresu "Czad Komando Tilt" okazała się ballada "Jeszcze będzie przepięknie”. Żywot trzeciego wcielenia Tiltu znowu był krótki, bo w 1989 roku grupa została ponownie zawieszona. W 1988 roku, gdy Lipiński montował trzecie wcielenie Tiltu, w końcu ukazała się debiutancka płyta Tiltu nagrywana na przełomie 1985 i 1986 roku... Zresztą w tym samym, 1988 roku, ukazała się też debiutancka płyta formacji Fotoness "When I Die" [czytaj recenzję >>] , która właśnie przechodziła do historii. Można jeszcze dodać, że druga płyta Tiltu pt. "Czad Kommando Tilt" ukazała się w 1990 roku, gdy Tilt miał po raz kolejny zawieszoną działalność. O urokach socjalistycznej gospodarki planowej już wspominałem, prawda? Choć działalność gospodarczą zaczęto uwalniać już w 1988 roku, to jednak socjalistyczne mechanizmy gospodarki planowej w Polsce nadal mocno dawały się we znaki, szczególnie w podupadającym przemyśle produkcji płyt winylowych. Stąd te wszystkie opóźnienia wydawnicze charakterystyczne dla całego okresu PRL. Gdy w 1988 roku ukazała się płyta "Tilt" była już wspomnieniem minionej, choć krótkiej popowej świetności zespołu i nie pasowała do wizerunku, który miał mieć nowy (Czad Komando) Tilt. Mimo to większość słuchaczy postrzegała Tilt przez pryzmat hitu "Mówię ci, że..." a nie punkowych początków zespołu. W sukurs temu przyszła ładna, popowa ballada "Tak jak ja kocham cię", która ostatecznie weszła jako bonus do kompaktowego wydania (1991) debiutanckiej płyty, choć nagranie wylansowano w 1988 roku. Z nowego okresu pochodziła też wspomniana ballada "Jeszcze będzie przepięknie" a także łagodny utwór "Boski wiatr", które znalazły się dla odmiany na drugiej płycie pt. "(Czad Komando) Tilt" (1990). Ale takie utwory jak: "Gdzie te serca?" czy "Blokada czad" były już wyraźnie inne, zgodne z "nową", "czadową" linią programową zespołu. Czy gdyby "Tilt" ukazał się w swoim czasie, czyli w 1986 roku miał szansę odnieść sukces podobny do dwóch hitów, które na nim znalazły się? Tego nie jesteśmy dzisiaj w stanie powiedzieć. Kolejne nagrania, pochodzące z wówczas jeszcze niewydanej płyty i bez powodzenia lansowane w tym okresie, jednak nie potwierdzają tego. Mnie płyta podobała się wtedy i dobrze słucha mi się jej nadal. Na pewno podprogowo miało dla mnie znaczenie to, że na albumie słychać automat perkusyjny, zamiast żywego perkusisty „Gogo Szulca", który nie uczestniczył w sesji nagraniowej do płyty. W 1988 roku nadal słuchałem dużo synth popu i "new romantic". Choć na tzw. "Zachodzie" to był już miniony trend, to u nas przecież był Tomasz Beksiński i jego "Romantycy Muzyki Rockowej". "Romantycy" stanowili w 1988 roku nadal moją główną inspirację muzyczną. Dlatego automat perkusyjny na płycie "Tilt" na wstępie dobrze nastrajał mnie do muzyki zespołu, mimo że finalnie nie miała wiele wspólnego z synth popem, czy "new romantic".  Tilt okazał się nowatorski, jak na polskie warunki, zarówno pod koniec lat 70., gdy obsadził się w roli jednego z pierwszych polskich zespołów punkowych, jak i w połowie lat 80., gdy wziął się za nowoczesny pop. Jestem skłonny zakwalifikować "Tilt" jako polski odpowiednik "sophisticated popu". Ten termin wówczas w Polsce nie funkcjonował, podobnie jak na szerszą skalę muzyka tego typu. Zjawisko grup nowofalowych, które próbowały grać popowo, zerkając w stronę jazzu pojawiało się na trójmiejskiej scenie muzycznej, ale w całej Polsce nie było szerzej znane. Tilt, chyba trochę nieświadomie, stał się przez chwilę jedynym ogólnopolsko rozpoznawalnym przedstawicielem podobnej muzyki, z wszystkimi zastrzeżeniami co do zasadności takiej kwalifikacji stylistycznej zespołu. Nie wszystkie nagrania z "Tiltu" wpisują się w narrację o "sophisti popie". Na pewno można w ten sposób określić przebój "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia", który bywa porównywany do nagrania "Smooth Operator" Sade. Kończący płytę, instrumentalny "Po", chwilami, szczególnie gdy słychać solo na saksofonie, również można podciągnąć pod "sophisti pop". Gdyby nie to, że nagranie staje się coraz bardziej rozmyte, ambientowe a momentami nabiera cech etnicznych, dzięki kończącym utwór, przypominającym dźwięk fletu, popisom instrumentalisty. Trzeci utwór na stronie B "Fale łaski" przejawia ciągoty Tiltu do reggae. Ale rozpoczynający album "Jest tylko to" to typowy nowofalowy pop z wyrazistym solem saksofonu i brzdąkającym basem. "Jeżeli myślisz, że jestem twoim wrogiem" ma chwytliwy, bujający rytm, pojawiają się tutaj atonalne dźwięki uzyskane przez uderzenie w instrumenty klawiszowe, gitarowe zgrzyty jako ozdobniki, śpiew Lipińskiego jest nieco niepokojący. "Zawsze, wszędzie, teraz" rozpoczyna się od linii basu, skontrastowanej rozmytymi zagrywkami gitarowymi. Po chwili szybkie tempo wyznacza bit automatu perkusyjnego a chwytliwą melodię wygrywa saksofon. W chórkach słychać stawiającą pierwsze kroki Kayah. Pod koniec nagrania odzywa się również solówka gitarzysty, co ciekawie kontrastuje z przyspieszającym rytmem automatu perkusyjnego. Kolejny numer "Tańczę na niebie" brzmi moim zdaniem zbyt banalnie. Mało finezyjna aranżacja, jakby nie pasująca do szybkiego rytmu automatu perkusyjnego, sprawia bardzo złe wrażenie. To jedyne nagranie, które nawet największego fana automatów perkusyjnych mogą skłonić do krytyki tego konkretnego przypadku jego zastosowania. Na szczęście stronę A kończy ładny "Gdyby wszystkie słowa", w którym rytm nie jest tak dosadny a ładne solo saksofonu buduje nastrój nagrania utrzymanego w wolniejszym tempie. Strona B płyty to wspomniane już dwa największe przeboje Tiltu, zamykający album "Po" oraz regea'owe "Fale łaski". Krytycy "sztucznych" lat 80. powiedzą, że brzmienie automatu perkusyjnego zabiło tę płytę. Mnie skłoniło raczej do zainteresowania się nią. Z pewnością największymi zaletami albumu pozostają dwa wspomniane hity, ale całej płyty zawsze słuchało mi się bardzo dobrze. Z wyjątkiem utworu "Tańczę na niebie" i pochodzącego trochę z innej bajki "Fale łaski", album jest zwarty stylistycznie i udany kompozycyjnie. "Tilt" nie jest płytą epokową, ale dla mnie pozostaje bardzo miłym wspomnieniem lat 80. Dzisiaj patrzę na nią przede wszystkim jak na polską odpowiedź na dokonania wykonawców z kręgu brytyjskiego "sophisti popu". Dlatego z punktu widzenia historii polskiej muzyki "Tilt" jest płytą ważną, bo takiej muzyki pop w Polsce nie grało się wtedy dużo. Właściwie to prawie w ogóle. W związku z tym szczególnie dobrze płyta wypada na tle braku konkurencji w tym zakresie :). Ale niezależnie od tego, "Tilt" może stać się miłym urozmaiceniem codziennego zestawu do słuchania zarówno dla tych, którzy dawno nie sięgali po płytę, jak i tych, którzy nie wiedzieli o jej istnieniu. [8/10] Andrzej Korasiewicz26.02.2026 r.

Więcej… Tilt - Tilt...

Kult - Spokojnie

25 lutego 2026
586 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • rock
  • alternative rock

Kult - Spokojnie1988 Polton str. A A1. Patrz!    3:10A2. Arahja    3:40A3. Jeźdźcy    5:45A4. Axe            4:50A5. Do Ani    5:10 str. B B1. Niejeden    4:21B2. Landy       4:11B3. Tan        12:14B4. Wstać!      1:47 bonus CD: Czarne słońca Moim pierwszym kontaktem z grupą Kult było oczywiście nagranie "Piosenka młodych wioślarzy", które usłyszałem gdzieś w 1985 roku. Nie pamiętam już czy najpierw zobaczyłem w Telewizji Polskiej teledysk, czy może wcześniej usłyszałem numer w radiu. Na pewno miałem też płytę "Jeszcze młodsza generacja", na której utwór się znalazł. Nagranie wydało mi się zabawne, swoiście "jajcarskie" i tak zakwalifikowałem grupę. Nie potraktowałem jej początkowo jako coś poważnego. Ot, kolejny utwór w stylu kompozycji  "Protest song" autorstwa duetu Krzysiek i Rysiek. Wtedy nie znałem historii Kultu i nie wiedziałem jak długo Kazik Staszewski działał już na scenie "niezależnej". W tym stanie rzeczy skojarzenie z Shakin Dudi, czy podobnymi wynalazkami jak wspomniany Krzysiek i Rysiek mogło być uprawnione.  Gdy kilka miesięcy później na Liście Przebojów Programu Trzeciego usłyszałem "Do Ani" zrozumiałem jak bardzo się myliłem. To był zupełnie inny numer, "na poważnie", w stylistyce swoiście "nowo-rockowej", gdzie delikatny, balladowy początek przeradza się w gwałtowną nawałnicę dźwięków w ostatniej minucie. Bogate jak na muzykę rockową instrumentarium - trąbka, saksofon - osadzone w nowofalowej otoczce, ale sięgające do rockowej tradycji (muzycy inspirowali się "Fever" Presleya i "Walking on The Moon" The Police) sprawiały, że w polskich realiach muzyka Kultu wydała mi się powiewem świeżości. Nadal uważam, że "Do Ani" jest jednym z bardziej poruszających numerów polskiego rocka. W niczym nie ustępuje mu krótka, dynamiczna "Krew Boga", którą poznałem w dalszej kolejności. Oba utwory podbiły trójkową listę przebojów docierając na sam szczyt a "Do Ani" stało się jednym z przebojów wszechczasów listy. Bardzo podobał mi się debiutancki album "Kult" (1987), który do dzisiaj cenię. Niestety nie było na nim "Do Ani" a cała płyta, choć fascynująca, brzmiała jeszcze surowo. Wydaną w tym samym roku w znikomym nakładzie Klubu Płytowego Razem płytę "Posłuchaj to do ciebie" poznałem w całości dopiero w latach 90. W latach 80. znałem z radia jedynie utwór "Hej, czy nie wiecie", kolejny numer jeden Kultu na trójkowej liście. Sama płyta nie ma dla mnie większego znaczenia i traktuję ją jak rodzaj kompilacji. "Posłuchaj to do ciebie" nabrała  ostatecznego kształtu dopiero w chwili, gdy dołożono do wersji CD w latach 90. do pierwotnego zestawu jedenastu utworów, siedem nagrań dodatkowych, m.in. takich jak: „Piosenka młodych wioślarzy”, „Piloci”, „Do Ani” (wersja oryginalna), „Polska”. Wtedy płyta "Posłuchaj to do ciebie" zyskała dla mnie większej wartości i stała się czymś w rodzaju zbioru największych przebojów pierwszego okresu działalności Kultu. Trudno mi jednak tę płytę traktować jak niezależną propozycję albumową. Z tego powodu, formalnie trzecią w dyskografii, płytę "Spokojnie" zawsze traktowałem jak prawdziwą kontynuację debiutu. "Spokojnie" okazało się propozycją dojrzalszą niż "Kult", lepszą brzmieniowo, bardziej różnorodną, na której dominowały poważne kompozycje. W latach 90. twórczość Kazika Staszewskiego została zdominowana przez aspekty ludyczno-zabawowe, co mnie skutecznie zniechęciło do Kultu. Ale takie kompozycje jak "Arahja", "Jeźdźcy" czy "Niejeden" to przejaw geniuszu tej formacji i to one stanowią o wartości albumu i moim szacunku wobec zespołu. Wszystko zaczyna się od szybkiego, krótkiego, skandowanego "Patrz!". Następnie mamy utrzymany w wolniejszym tempie, ale intensywny, posuwisty i oparty na motywie organów Hammonda w tle "Arahja". Choć tekst porusza temat podziału Berlina i Muru Berlińskiego, to sam tytuł nie nawiązuje bezpośrednio do tekstu. Według Kazika Staszewskiego słowo "Arahja" powstało w wyniku kilkukrotnego przekształcenia nazwy Uriah Heep (na Juraja, a następnie Araja i wreszcie Arahja). Dlaczego Uriah Heep? Posłuchajcie "July Morning" i porównajcie brzmienie Hammondów w obu nagraniach a wszystko stanie się jasne. "Arahja" okazała się nie tylko nowym "kultowym" hymnem, ale odniosła wielki sukces na liście Trójki. Kompozycja przez wiele tygodni okupowała miejsce w pierwszej piątce listy, docierając również na sam szczyt. "Jeźdźcy" mają jeszcze wolniejsze tempo, które przełamane jest solowymi popisami gitarzysty, czasami agresywniejszymi partiami saksofonu. W tle słychać delikatne partie syntezatora a także wibrafonu. Nagraniu ton nadaje monotonny transowy rytm perkusji, a śpiew Staszewskiego przeradza się od spokojnego, prawie niemrawego, do niemal krzyku na koniec. "Axe" to od początku numer dynamiczny, nieco złowieszczy, motoryczny i prący przez cały czas do przodu. Stronę A kończy nowa wersja "Do Ani". Ponieważ oryginał uważałem za doskonały, któremu niczego nie brakuje, mimo jego surowości, to nową wersję nagrania przyjąłem chłodno. Brakuje w niej tej pierwotnej energii, która przyciągała i fascynowała. Na plan pierwszy wysuwa się brzmienie dudniącego kontrabasu a całość zyskuje wydźwięk kołysząco-barowo-jazzowy. To interesująca wersja, ale brakuje w niej tej pierwotnej, surowej dynamiki oryginału.  Stronę B rozpoczyna kolejny motoryczno-transowy wolny numer pt. "Niejeden", który wręcz przytłacza swoją intensywnością w dobrym tego słowa znaczeniu. W warstwie lirycznej przejawiają się pozostałości zaangażowania Staszewskiego w studiowanie Biblii w duchu Świadków Jehowy. Wokalista śpiewa na koniec: "Niejeden z nas nie chce być grzesznikiem/A każdy jest grzesznikiem". Zupełnie odmienny klimat otrzymujemy w sielskim "Landy". Utwór pozbawiony jest bitu perkusyjnego, który zastępuje harmonijka i akustyczna gitara oraz typowe Kazikowe zawodzenia. Nie jest to mój ulubiony fragment płyty, ale jako swoisty przerywnik da się słuchać. Zbliżając się do końca "Spokojnie" otrzymujemy najdłuższy na płycie, bo ponad dwunastominutowy "Tan". Nie jest to tak dobry numer jak moje ulubione: "Arahja", "Jeźdźcy" czy "Niejeden", ale ma w sobie podobną, "transowo-psychodeliczną" motorykę. Można byłoby skrócić go o połowę, co wyszłoby mu na zdrowie. Album kończy najkrótszy na płycie "Wstać!", w którym Staszewski martwi się, że "wszyscy śpią". Rzeczywiście poprzedni "Tan" mógł spowodować, że niektórzy trochę przysnęli. Dlatego Staszewski śpiewa, żeby "przebudzić się". Możliwe, że po to, by ogarnąć, że płyta "Spokojnie" właśnie dobiega końca :). A tak naprawdę to znowu dają o sobie znać wpływy Jehowych na mentalność Staszewskiego: "Przebudźcie się, póki jest ku temu czas/Przebudźcie się, bo za późno będzie już" brzmi jak tekst wprost wyjęty ze "Strażnicy". Sam numer jest jednak całkiem w porządku, szybki, dynamiczny, wręcz "punkowy". Niestety summa summarum trzy ostatnie nagrania na płycie osłabiają moc "Spokojnie". "Landy" jest zbyt odklejony od reszty, "Tan" moim zdaniem  za długi i bez odpowiedniej energii a "Wstać!", choć w warstwie muzycznej jest przyzwoity i w zamyśle ma stanowić klamrę z rozpoczynającym album "Patrz", nie stanowi dobrego zwieńczenia płyty. Szczególnie w kontekście uzupełnienia "Spokojnie" o "Czarne słońca", utwór pochodzący z filmu o tym samym tytule, który został dodany do wersji CD albumu w 1993 roku, ale nie wiedzieć czemu na początek. O wiele lepiej sprawdzałby się na końcu wydawnictwa. Mimo paru słów krytycznych "Spokojnie" to jeden z najjaśniejszych punktów w dyskografii Kultu. Na pewno, obok debiutu, to moja ulubiona płyta zespołu. W późniejszym czasie Kult miał sporo pojedynczych numerów, które podobały mi się, ale albumy były nierówne i zbyt eklektyczne. Moim zdaniem jakoś grupa nie ma talentu do nagrywania zwartych, całościowo dobrych płyt. W dodatku rejony, w które Kult zawędrował na "Tacie Kazika" to zupełnie nie mój klimat. Ale Kult w drugiej połowie lat 80. był jedną z moich nadziei na dobry, polski rockowy zespół o nowofalowych korzeniach. Gdy rozpadła się Republika sądziłem, że Kult może ją zastąpić. Wkrótce okazało się jednak, że to dwa różne światy. Ale dobre wspomnienia z płytą "Spokojnie" i debiutancką "Kult" pozostały do dzisiaj. [8.5/10] Andrzej Korasiewicz25.02.2026 r.

Więcej… Kult - Spokojnie...

U2 - Days of Ash EP

21 lutego 2026
983 odsłon
Tagi:
  • rock
  • pop

U2 - Days of Ash2026 Island Records 1. American Obituary    4:232. The Tears Of Things    5:253. Song Of The Future    3:554. Wildpeace (Adeola, Jacknife Lee) 1:185. One Life At A Time 4:036. Yours Eternally (feat. Ed Sheeran & Taras Topolia) 4:26 Wszystko wskazywało na to, że U2 jest już skończone. Ostatnia aktywność zespołu nawet najbardziej tolerancyjnym sympatykom grupy nie dawała nadziei, że może być inaczej. Przedziwny "auto-cover" album "Songs of Surrender" (2023) był w praktyce niesłuchalny. Wcześniejsze płyty "Songs of Innocence" (2014) [czytaj recenzję >>] , "Songs of Experience" (2017) również nie napawały optymizmem, choć ja aż tak krytyczny wobec grupy nie byłem. W gruncie rzeczy wszystkie wydawnictwa od 2000 roku były mniej lub bardziej krytykowane. A jednak zupełnie niespodziewanie otrzymujemy nowy materiał Irlandczyków w formie cyfrowej epki, który jest zapowiedzią nowego pełnowymiarowego albumu mającego ukazać się pod koniec roku. Zanim jednak o nowej muzyce U2 parę słów na temat samego zespołu i tego jak jest dzisiaj postrzegany przez słuchaczy oraz jaki ja mam do niego stosunek. Są tacy, którzy uważają, że ostatni dobry album zespołu to "Achtung Baby" (1991). Ja z kolei należę do tej części sympatyków U2, którzy najbardziej cenią początki grupy. Do dzisiaj moimi ulubionymi płytami zespołu są dwie pierwsze: "Boy" (1980) i "October" (1981). Bardzo cenię też "Unforgettable Fire" (1984) [czytaj recenzję >>]  a w latach 80. sądziłem, że szczyt ich twórczości to "The Joshua Tree" (1987) [czytaj recenzję >>] . Jest też grupa słuchaczy, która uważa, że U2 to "najbardziej przereklamowany zespół na świecie". Z tą opinią całkowicie się nie zgadzam. Pamiętam, że gdy w połowie lat 80. w swojej szkole deklarowałem się jako zaprzysięgły sympatyk zespołu, to większość kolegów i koleżanek nie wiedziała w ogóle o istnieniu formacji. Wtedy U2 było moim ulubionym rockowym zespołem "zagranicznym" a ich muzykę postrzegałem jako coś nowego i bardziej ambitnego niż większość mainstreamowych wykonawców rockowych starszego pokolenia. Bardzo kibicowałem Irlandczykom i gdy przyszedł wielki sukces międzynarodowy wraz z płytą "The Joshua Tree", czułem się jak kibic drużyny piłkarskiej, która właśnie zdobyła swoje najcenniejsze trofeum, czego nikt się nie spodziewał. Z drugiej strony, gdy po wydaniu "Achtung Baby" i trasie "Zoo TV Tour" zespół został w praktyce największym koncertowym zespołem świata a marka U2 stała się globalna, równa takim gigantom jak The Rolling Stones, byłem trochę zaskoczony. Szczególnie, że płyta "Achtung Baby" nie zawierała muzyki, która mi się podobała. To nie było "moje" U2. Od tego momentu kolejne wydawnictwa grupy śledziłem z mniejszym zaangażowaniem, by nie powiedzieć z dystansem. Mimo wszystko na każdym kolejnym albumie znajdowałem utwory, które były świetne, m.in.: "Staring at the Sun", "Please", "Wake Up Dead Man" ("Pop", 1997); "Beautiful Day" ("All That You Can't Leave Behind", 2000). Całościowo podobała mi się też "No Line on the Horizon" (2009) [czytaj recenzję >>] , ale i "Pop" (1997) wraz z upływem czasu ceniłem coraz bardziej. Podobnie zmieniał się mój stosunek na coraz bardziej pozytywny do "Achtung Baby". Wprawdzie nadal moim ulubionym okresem w działalności U2 są jego początki, to dzisiaj akceptuję "nowe U2", które narodziło się na "Achtung Baby". W międzyczasie to "nowe U2" stało się już "starym U2" a grupa zaczęła się coraz bardziej szamotać wydając kolejne płyty wzbudzające coraz bardziej mieszane uczucia. To właśnie w tym okresie U2 zaczął być przez kolejne pokolenie postrzegany jako zespół, który z niewiadomych (dla nich) powodów uchodzi za światowego giganta muzyki. Trudno nowym pokoleniom wytłumaczyć dlaczego U2 stało się takim zespołem na przełomie lat 80. i 90.  Moim zdaniem U2 stało się w swoim czasie gigantem, bo doskonale wpasowało się w trendy, na które było zapotrzebowanie w latach 80. i początku lat 90. Grupa wywodziła się z kręgu wykonawców nowofalowych i w latach 80. ich muzyka w mainstreamie była czymś nowym. The Police właśnie się rozwiązało i zwolniło miejsce dla swojego następcy. Dire Straits od początku grali bardziej tradycyjnie, jedynie markując nowe podejście do rocka. W dodatku nie rozwijali się a po wydaniu "Brothers in Arms" przeszli w stan letargu. U2 wykorzystali to wszystko, by stać się większym zespołem niż można byłoby kiedykolwiek sądzić, że nim będą. Dzięki "The Joshua Tree" i bardziej "amerykańskiemu" graniu, grupie udało się podbić USA, co nie było przecież takie oczywiste. Wtedy światowy rynek muzyczny stanął przed U2 otworem. W dodatku na początku lat 90. muzycy U2 potrafili odpowiedzieć na nowe trendy (rave, madchaster) nagrywając "Achtung Baby" oraz wyruszając w monstrualną trasę koncertową. Wtedy ich pozycja w roli mainstreamowego giganta stała się niepodważalna. Mogę zgodzić się z tym, że znaczenie U2 było trochę ponad stan. Wystarczy posłuchać surowej, niemal postpunkowej płyty "Boy", by przekonać się, że nic nie wskazywało na to, że grupa może osiągnąć podobny status. A jednak to się stało. Tym bardziej należy docenić ich sukces. A tym, którzy próbują zrzucić formację z piedestału, proponuję wsłuchać się w ich muzykę z lat 80. do "The Joshua Tree" włącznie. Wartość tych płyt jest moim zdaniem niepodważalna. Czy nowa propozycja w postaci epki "Days of Ash" im dorównuje? Na pewno jest lepiej niż na "Songs of Surrender" (2023). Muzycznie najbardziej przekonuje mnie utwór "Song Of The Future". Ma w sobie wszystkie charakterystyczne motywy najlepszych przebojów U2 - gitara The Edge'a, chwytliwy wokal Bono, synkopowany rytm oraz spinająca całość produkcja z delikatnymi, wręcz niesłyszalnymi smaczkami dźwiękowymi w tle. Rozpoczynający epkę "American Obituary" przypomina mi trochę singiel "Get On Your Boots" (2009), który nigdy mnie nie przekonywał. "The Tears Of Things" to typowa dla U2 hymnowa balladka, ale moim zdaniem nie ma takiej mocy jak choćby "Please". Przyzwoity poziom trzyma też "One Life At A Time". To taki solidny średniak, ale na dłużej w pamięć nie zapada. W "Yours Eternally" Bono śpiewa w towarzystwie Eda Sheerana oraz ukraińskiego muzyka Tarasa Topoli. Jeśli dodamy do tego nieco ponad minutowy "Wildpeace", który stanowi muzyczny podkład do recytacji przez nigeryjską artystkę Adeolę z grupy Les Amazones d'Afrique wiersza izraelskiego pisarza i poety Jehudy Amichaja, to dochodzimy do clou tego czym jest ta epka. A jest w sporej części manifestem politycznym i społecznym zespołu. Każdy z utworów odwołuje się w warstwie lirycznej do aktualnych problemów tego świata. „American Obituary” ma wydźwięk antytrumpowy i odnosi się do wydarzeń w Minneapolis, gdzie 7 stycznia 2026 roku Renée Nicole Macklin Good została podczas protestu postrzelona przez antyimigranckie służby USA. W "Song of the Future" przenosimy się do Iranu, w którym w 2022 roku szesnastoletnia Sarina Esmailzadeh, wraz z tysiącem innych uczennic, wyszła na ulice, by protestować przeciwko reżimowi ajatollahów. "One Life At A Time” powstał z dedykacją dla Palestyńczyka Awdaha Hathaleena, ojca trojga dzieci, pokojowego działacza i nauczyciela angielskiego, który został zabity w swojej wiosce na Zachodnim Brzegu przez izraelskiego osadnika Yinona Leviego 28 lipca 2025 roku. "Yours Eternally" to, jak nietrudno się domyślić, hołd dla walczących z Rosją Ukraińców. Najbardziej uniwersalny charakter ma tekst do "The Tears Of Things". Tytuł utworu został zaczerpnięty z książki franciszkanina Richarda Rohra, który stawia pytanie o to, jak żyć empatycznie w czasach przemocy i rozpaczy. I to właśnie tekst tego utworu jest dla mnie kluczowym przesłaniem, jednocześnie pytaniem a może stać się i odpowiedzią. Przemoc jest wpisana w naturę tego świata i niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się jej przeciwstawiać to nigdy jej się nie pozbędziemy. Co nie znaczy, że nie należy próbować. Najlepiej zaczynając od siebie i powstrzymania się od jej stosowania samemu. Ale co, gdy ktoś, niesprowokowany, używa jej przeciwko nam? Przecież bronić się trzeba... A może należy nadstawić zgodnie z nauką Chrystusa drugi policzek? To są dylematy, które co najmniej od dwóch tysięcy lat pozostają aktualne i na które nie ma prostych recept. "Days of Ash" to powrót U2 do formy, ale daleki jestem od nadmiernego zachwytu. To raczej forma sprzed kilkunastu lat, a nie ta sprzed trzydziestu, czterdziestu, gdy U2 był rzeczywiście wielki. Zobaczymy co przyniesie pełnoprawny album. Na razie, z epki "Days of Ash" na dłużej zapamiętam przede wszystkim utwór "Song Of The Future". [7/10] Andrzej Korasiewicz21.02.2026 r.

Więcej… U2 - Days of Ash EP...

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality

9 lutego 2026
309 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new romantic
  • 80s

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality1981 Dindisc 1. The New Stone Age 3:202. She's Leaving 3:293. Souvenir 3:384. Sealand 7:455. Joan Of Arc 3:506. Joan Of Arc (Maid Of Orleans) 4:137. Architecture And Morality 3:418. Georgia 3:229. The Beginning And The End 3:45 Po wydaniu "Orchestral Manoeuvres in the Dark" [czytaj recenzję >>]  i "Organisation" formacja OMD postanowiła coś zmienić w swoim podejściu do muzyki. W 1980 roku nagrali dwie płyty, na których dopiero uczyli się syntezatorów, bawili się nimi, odkrywając nowe dźwięki, tworząc zarówno chwytliwe melodie, jak i eksperymentalne zestawy brzmień, które wydały im się ciekawe. W efekcie odbiorcy otrzymali albumy, które mogli uznać za nierówne. Obok wciągających przebojów znalazły się nagrania, które nieprzygotowani słuchacze odbierali jako "dziwne". Syntezator służył OMD zarówno do pisania chwytliwych przebojów, jak i eksperymentów dźwiękowych. Przy okazji nagrywania "Architecture & Morality" OMD postanowił dodać do tego coś nowego. Zamiast skupiać się wyłącznie na możliwościach syntezatora i tego, co wyniknie z zabawy nowym instrumentem, panowie z OMD zwrócili uwagę na ogólny nastrój i klimat muzyki. Inspiracją dla tego stała się muzyka religijna, która posłużyła OMD do wykreowania szerszej palety dźwięków. Dzięki wykorzystaniu melotronu a także próbek śpiewu chóralnego, uzyskano efekt cieplejszego, bardziej emocjonalnego brzmienia. Muzyka stała się bardziej "romantyczna", naturalistyczna, nie gubiąc przy tym efektu futurystycznego. OMD nie zrezygnowało z eksperymentowania z brzmieniem syntezatorów, ale dzięki nowemu podejściu, "Architecture & Morality" zaprezentowała się jako album bardziej całościowy, niemal koncepcyjny. Przy okazji płyta wpisała się w zyskujący właśnie popularność nurt "new romantic". Płytę rozpoczyna jednak twardy "The New Stone Age". Po kilkunastu sekundach zakłóceń elektronicznych, wchodzi miarowy bit automatu perkusyjnego, następnie przykryty zgrzytliwymi riffami gitarowymi, na które po chwili nakładają się przestrzenne partie klawiszowe oraz wokal Andy McCluskeya. Z czasem dominujące stają się intensywne, przestrzenne akordy syntezatorowe, na koniec wzmocnione buczącym basem syntezatorowym. W finale słyszymy w tle basu, plumkające syntezatory (melodica?), które wraz z wyciszonym bitem gasną i kończą kompozycję. Drugi utwór pt. "She's Leaving" jest bardziej miękki, melodyjny i przebojowy. Śpiew Andy McCluskey jest łagodniejszy a delikatniejszy refren "She's Leaving" i wyższe, przestrzenne partie syntezatorów wskazują na bardziej romantyczny kierunek muzyki. Utwór był planowany przez Dindisc jako singiel, ale OMD odmówiło. W efekcie nagranie ukazało się na singlu w czerwcu 1982 roku jedynie w krajach Beneluksu.  "Souvenir" to jeden ze znaków rozpoznawczych nie tylko tej płyty, ale w ogóle wczesnego OMD. To największy brytyjski przebój OMD, który dotarł do trzeciego miejsca listy sprzedaży singli. W Hiszpanii był na samym szczycie tamtejszej listy, przyzwoicie radząc sobie również w innych krajach (w Belgii był na 16. miejscu). To niezwykle chwytliwy numer, który w całości opiera się na syntezatorowym akordzie pełniącym rolę swoistego instrumentalnego "refrenu" kompozycji. To właśnie ten syntezatorowy motyw jest tym, co słuchacz nuci i dzięki czemu nagranie jest przebojowe. "Souvenir" w pełni pokazuje siłę i moc syntezatora, jako nowego instrumentu, dzięki któremu można osiągnąć brzmienie wcześniej nieznane a przy tym nadal być muzyką rozrywkową. W utworze wykorzystano również chóralne próbki, które słychać w tle. "Sealand" to najdłuższa kompozycja na płycie, na której OMD realizuje swoje bardziej eksperymentalne inklinacje, ale nie wyłamuje się przy tym z ogólnego nastroju "Architecture & Morality". Na prawie ośmiominutowy, ambientowy utwór składają się delikatne, przestrzenne partie syntezatorów, wsparte subtelnym, syntetycznym basem. W połowie nagrania rytm staje się bardziej miarowy, przypominając bicie serca, syntezatory cichną i wchodzi delikatny śpiew Andy McCluskeya. W szóstej minucie rytm spowalnia i cichnie całkiem, w zamian pojawiają się rytmiczne dźwięki około industrialne, przypominające walenie w blachę, ale i one szybko kończą się. Zamiast nich słyszymy delikatne, rozwklekłe melodie syntezatorowe, które kończą nagranie. "Sealand" choć z przerwą między nagraniami, doskonale łączy się z utworem "Joan Of Arc", który rozpoczyna się delikatnie, ale okazuje się kolejnym przebojem z płyty. To drugi po "Souvenir" singiel z "Architecture & Morality". Po premierze w październiku 1981 roku dotarł do piątego miejsca brytyjskiej listy singli. W innych krajach, poza Irlandią, nie odniósł jednak sukcesu. Przeciwnie niż kolejny singiel, również odwołujący się do Joanny D'Arc. "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" na singlu ukazało się pt. "Maid of Orleans (The Waltz Joan of Arc)", żeby nie pomylić go z poprzednim nagraniem. Choć utwór nie jest tak prosty i jednoznacznie chwytliwy jak "Souvenir", to właśnie on stał się większym przebojem poza Wielką Brytanią niż "Souvenir". W Wielkiej Brytanii dotarł do 4. miejsca listy najlepiej sprzedających się singli, ale szczyt podobnych zestawień osiągnął w Belgii, Niemczech, Holandii i Hiszpanii. Choć OMD w tamtym czasie nie udało się przebić do USA, to sukces w kontynentalnej Europie, ale i poza nią (w Nowej Zelandii singiel dotarł do 7. miejsca!) był niewątpliwy. W istocie "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" jest prawdziwą wizytówką "Architecture & Morality". Znajdziemy w nim wszystkie charakterystyczne dla płyty elementy. Kompozycja nawiązuje do tematów religijnych i średniowiecznych, jest przy tym bardzo ciepła, naturalistyczna, obficie wykorzystując próbki chóralne, umiejętnie wplatając w to futurystyczne brzmienie syntezatora. Po tym pełnym emocji i romantyzmu momencie, OMD ponownie udowadnia, że nie zamierza rezygnować ze swoich ciągot eksperymentalnych. Dowodem na to jest instrumenalna kompozycja tytułowa "Architecture And Morality". O ile "Sealand", choć odwoływał się do mniej przebojowych aspektów twórczości OMD, doskonale wpisywał się w charakter płyty, to jej tytułowy fragment, paradoksalnie, robi to z trudem. Na kompozycję składają się mroczne szumy, delikatne partie syntezatorowe w tle, dudniący sekwencyjnie syntezator basowy, brak rytmu perkusyjnego, złowieszcze pulsowanie połączone z rozstrojonymi dźwiękami syntezatorowymi i równie mroczno zaprogramowanymi próbkami chóralnymi. Te narastające dźwięki nagle urywają się pod koniec trzeciej minuty i po chwili ciszy powracają subtelne syntezatorowe tła, które rozmywają się na końcu zamykając kompozycję. Po nagraniu tytułowym wita nas miarowy rytm automatu perkusyjnego i nieco infantylna sekwencja syntezatorowa. Niewiele ponad trzyminutowy utwór "Georgia" to skoczny synth pop, który przywraca do równowagi, choć mnie nie zachwyca. W nagraniu wykorzystano w kilku miejscach intensywne próbki chóralne a utwór kończy się wyrazistym motywem syntezatorowym i finałowym uderzeniem, jakby zamknięciem drzwi. Płytę kończy "The Beginning And The End", który przywraca pod względem instrumentalnym równowagę i przypomina co jest esencją albumu. Utwór rozpoczyna piękna, przestrzenna partia syntezatorowa, która wzbogacona jest równoległym brzmieniem fortepianowym. W dalszej kolejności utwór rozwija się dzięki delikatnym, rytmicznym zagrywkom przypominającym gitarę, ciepłemu śpiewowi McCluskeya i zaprogramowanym chóralnym próbkom w tle, które finalnie kończą album. Warto też wspomnieć skąd wziął się tytuł płyty. Zasugerowała go zespołowi Martha Ladly (ex-Martha and the Muffins ), która w tym czasie była dziewczyną Petera Saville'a, projektanta okładki płyty zespołu. Ladly przeczytała książkę Davida Watkina z 1977 roku pt. "Morality and Architecture". Gdy dowiedział się o tym McCluskey, uznał że to doskonała metafora tego, czym ma być nowa propozycja OMD. Tytuł "Architecture & Morality" odzwierciedla według niego wzajemne oddziaływanie ludzkich i mechanicznych aspektów OMD: „Mieliśmy «architekturę», która była technologią, automatami perkusyjnymi, sztywną grą, próbą wyjścia poza schemat poprzez granie specjalnie stworzonych dźwięków, i «moralność», organiczną, ludzką, emocjonalną [...]”. Tytuł okazał się idealnym opisem tego, czym płyta "Architecture & Morality" miała być - połączeniem futurystycznego brzmienia i emocji, które niosła muzyka religijna i moralność.  Dla wielu "Architecture & Morality" jest szczytowym osiągnięciem OMD. Na pewno wydawnictwo okazało się wielkim sukcesem komercyjnym. To najlepiej sprzedająca się płyta zespołu w Wielkiej Brytanii, choć dotarła jedynie do trzeciego miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów. Mimo to zdobyła certyfikat platynowej płyty. Album dobrze radził sobie również poza Wielką Brytania. Osiągnął szczyt listy sprzedaży albumów w Holandii, gdzie zdobył status złotej płyty. W Hiszpanii osiągnął, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, trzecie miejsce, ale również zdobył status płyty platynowej. To była też pierwsza w historii OMD płyta długogrająca notowana na amerykańskiej liście Billboardu, choć jedynie na... 144 miejscu. W USA lepiej później sprzedawały się albumy "Crush" (38. miejsce) i "The Pacific Age" (47. miejsce), ale można spokojnie napisać, że OMD to kolejny zespół złotej ery brytyjskiego synth popu, który w swoim czasie nie podbił USA.  W Polsce album cieszył się w latach 80. również szczególnym statusem, choć nie przekładało się to, z wiadomych względów, na osiągnięcia komercyjne. Tomasz Beksiński wylansował płytę na największe osiągniecie artystyczne zespołu. Trudno odmówić mu w tym względzie racji, choć niedoceniona przez niektórych kolejna płyta pt. "Dazzle Ships" (1983) z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się ważniejsza dla synth popu. "Architecture & Morality" jest najbliższa stylistyce "new romantic", w takim rozumieniu, jakie nadał temu terminowi Beksiński. Z pewnością to bardzo udana płyta, koherentna stylistycznie i przyjemna w odbiorze. Nawet te bardziej chropawe i eksperymentalne fragmenty są dobrze wyważone i nie psują swoistej "noworomantycznej" atmosfery albumu. Dlatego szczególnie lubią ją ci, którzy szukają ciepłego, "romantycznego" brzmienia syntezatorowego. Po latach płyta nie tylko nie straciła nic ze swojego uroku, ale nawet go zyskała. Na pewno tak jest w moich oczach, bo kiedyś nie byłem wielkim fanem "Architecture & Morality" a dzisiaj słucham jej z wielką przyjemnością. [10/10] Andrzej Korasiewicz09.02.2026 r.

Więcej… Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) ...
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
Image


kontakt@alternativepop.pl

  • Facebook
  • YouTube
  • Instagram
  • MIX
Patronite
|
Buy Coffee
Głosuj na listę przebojów Alternativepop.pl
Informacje
Recenzje
Relacje
Artykuły
Rankingi
Podsumowania
O Alternativepop.pl
Kontakt
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl