Alternativepop.pl - Magazyn Autorów
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl

Recenzje

ZAOBSERWUJ NAS
WESPRZYJ NAS
Patronite
|
Buy Coffee
GŁOSUJ NA
Listę przebojów Alternativepop.pl
WYSZUKAJ RECENZJĘ:
A
B
C
Ć
D
E
F
G
H
I
J
K
L
Ł
M
N
O
P
Q
R
S
Ś
T
U
V
W
X
Y
Z
Ź
Ż
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57

Lombard - Wolne od cła

15 marca 2026
60 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • 80s
  • pop rock

Lombard - Wolne od cła1984 Klub Płytowy Razem 1. Wolne od cła 3:102. Miny na pokaz, czyny za grosz 3:053. Dwa słowa, dwa światy 6:304. Adriatyk, ocean gorący 6:355. Aku-Hara, kraj ze snu 4:256. Kradzież nie popłaca 5:057. Skąd ja to znam? 3:558. Dalej, coraz dalej 4:35 "Wolne od cła" to trzecia w kolejności płyta Lombardu, która ukazała się w 1984 roku prawie w tym samym czasie co opisywany przeze mnie niedawno album "Szara maść" [czytaj recenzję >>] . Wówczas to był swoisty "biały kruk" wydany w kilkutysięcznym nakładzie przez Klub Płytowy Razem, czyli w praktyce niedostępny dla rynku, poza najzagorzalszymi fanami zespołu. Równie trudno dostępne było wydanie kasetowe. W 1999 roku album ukazał się po raz pierwszy (i ostatni) na CD wraz z innymi reedycjami płyt Lombardu. Niestety, z uwagi na istniejący konflikt między Stróżniakiem a Ostrowską i brak wznowień, płyty od dawna nie są dostępne na rynku, nie ma ich też w serwisach streamingowych. Stróżniak, który od prawie trzydziestu lat działa pod szyldem Lombardu z nową wokalistką, wydał niedawno płytę "40/40", na której prezentuje klasyczne nagrania zespołu wykonane przez współczesny skład Lombardu. Choć nowe wersje brzmią poprawnie, to większość słuchaczy, na pewno jest tak w moim przypadku, woli przecież oryginalne utwory z lat 80. I nie chodzi tylko o to, że w zespole jest inna wokalistka, ale również o brzmienie. Mimo że współczesny Lombard przyjął założenie, żeby do nowych wykonań zastosować te same aranżacje, to przecież chociażby syntezatory brzmią zupełnie inaczej niż te z oryginalnych nagrań z lat 80. A to np. dla mnie ma kluczowe znaczenie i wpływa na odbiór całości. Nie mam nic przeciwko wydawaniu starych nagrań w odświeżonych wersjach, ale to nie zastąpi reedycji starych płyt zespołu. Mam nadzieję, że kiedyś ta informacja dotrze do zwaśnionych stron i stanie się to póki starzy sympatycy Lombardu jeszcze żyją. Bo w dalszej przyszłości może się okazać, że już nikogo nie będą interesowały stare płyty Lombardu.  W latach 80. nie miałem albumu "Wolne od cła". Wysłuchałem go w całości dopiero, gdy ukazał się na CD, czyli w czasach, gdy byłem zainteresowany już zupełnie inną muzyką. Na płycie są jednak nagrania, które były ze mną w latach 80. i do dzisiaj są mi bliskie. Zacznę od utworu "Aku-Hara, kraj ze snu", który usłyszałem w 1984 roku na Liście Przebojów Programu Trzeciego i wtedy zachwyciłem się nim. To właśnie dzięki niemu ostatecznie przekonałem się do Lombardu. Wcześniej podobały mi się pojedyncze nagrania, lubiłem "Szklaną pogodę", ale trudno mi było identyfikować się z zespołem. Muzyka Lombardu była mocno eklektyczna, czego najlepszym przykładem była debiutancka płyta "Śmierć dyskotece!". Znajdowały się na niej zarówno mocno elektroniczne nagrania jak np. "Diamentowa kula", ale także ekspresyjnie rockowe. Płyta "Live" była w całości wyrazem rockowej ekspresji, na której był nawet utwór-hołd dla Jimmy Hendrixa ("Bye, bye Jimmy"). Ale to nie była muzyka rockowa, którą lubiłem, wolałem Republikę, Maanam czy Oddział Zamknięty. Z czasem w muzyce Lombardu na pierwszy plan w coraz większym stopniu zaczęły wysuwać się syntezatory i elektronika, choć grupa nie rezygnowała z rockowego pazura. W efekcie Lombard wypracował swój charakterystyczny styl łączący instrumentarium elektroniczne i mocne gitary, co zaowocowało narodzeniem się czegoś co nazywam "synth-rockiem". To moim zdaniem najlepszy okres twórczości Lombardu, który przyniósł grupie największy rozgłos. Pierwszym wyrazem tej stylistyki była płyta "Wolne od cła" a jednym z najbardziej charakterystycznych jej nagrań jest pochodzący z niej "Aku-Hara, kraj ze snu". Nagranie rozpoczyna się od tłustego riffu syntezatorowego, ale grupa nie zapomina też o gitarze, która robi rockowe tło. Duże wrażenie sprawiały na mnie te "kaszlnięcia" Ostrowskiej, które wraz z syntezatorem rozpoczynają utwór a następnie powracają w czasie trwania i kończą go. Do tego dochodził tajemniczy dla mnie kraj "Aku-Hara" oraz ekspresyjny śpiew Ostrowskiej. Gdy na dodatek zobaczyłem jej charakterystyczną fryzurę i makijaż byłem cały na "tak". To wszystko przekonało mnie do Lombardu.  Mniej więcej w tym czasie kupiłem Tonpressowy singiel, na którym były dwa kosmiczne nagrania: "Adriatyk, ocean gorący" (str. A), "Dwa słowa, dwa światy" (str. B). Oba znalazły się na płycie "Wolne od cła", ale do niej nie miałem dostępu, za to "zarzynałem" w kółko wspomniany singiel. Obie kompozycje trafiły też na trójkową listę przebojów. "Adriatyk, ocean gorący" dotarł aż do drugiego miejsca listy, "Dwa słowa, dwa światy" poradził sobie gorzej, bo osiągnął zaledwie dziesiąte miejsce. Każdy z utworów trwa prawie siedem minut. Oba utrzymane są w wolniejszym tempie. Autorem muzyki jest Grzegorz Stróżniak, a słowa napisała Małgorzata Ostrowska. W "Adriatyk, ocean gorący" śpiewa Ostrowska, w "Dwa słowa, dwa światy" Stróżniak. Ten pierwszy jest doskonałym połączeniem brzmienia syntezatorów oraz gitary. Kolorytu dodają w nim głosy mew oraz szum morza, co świetnie współgra z przestrzennymi partiami syntezatorów. Brzmienie jest doskonale wzmocnione posępnie brzmiącymi riffami gitarowymi. Śpiew Ostrowskiej przechodzi od szeptu do charakterystycznego dla niej niemal krzyku. Do tego dołącza mocna solówka gitarowa, która pojawia się w piątej minucie nagrania, perkusja jest miarowa i nadaje rytm. Wszystko jest do siebie idealnie dopasowane i dostrojone, mimo zastosowania środków wyrazu wydawałoby się z różnych stylistyk. A jednak złączyło się to w nową jakość, dzięki której Lombard wyrósł w połowie lat 80. na wielką gwiazdę i przekonał do siebie słuchaczy, takich jak ja. Podobne tempo do "Adriatyk, ocean gorący" mają "Dwa słowa, dwa światy", ale w przeciwieństwie do "Adriatyk, ocean gorący" nie ma tutaj gitar i szczątkowe jest wykorzystanie rytmu perkusyjnego. Utwór zaczyna wyrazisty motyw syntezatorowy, po którym wchodzi spokojny, stonowany śpiew Stróżniaka. Następnie słyszymy przestrzenne partie klawiszowe a w kolejnym akcie pulsujący, syntezatorowy bas. Śpiew Stróżniaka staje się mocniejszy, by za chwilę uspokoić się. Warstwa instrumentalna "Dwa słowa, dwa światy" w całości oparta jest na syntezatorach a głównym motywem, o funkcji również rytmicznej, okazuje się pulsujący bas syntezatorowy, który ostatecznie zamyka nagranie. Z rzadka słychać pojedyncze uderzenie w bębny. W tamtych czasach znałem jeszcze utwór "Skąd ja to znam?", który znalazł się w maju 1984 roku na liście przebojów Trójki, choć na krótko i na niskiej pozycji (zaledwie 28. miejsce). To dynamiczny utwór śpiewany przez Stróżniaka, w którym  wyraziste syntezatory pomieszane są z gitarowymi riffami. Refren jest chwytliwy i trudno dociec dlaczego nagranie nie odniosło większego sukcesu. Na liście Trójki było jeszcze nagranie "Miny na pokaz, czyny za grosz", które w lipcu 1983 roku osiągnęło 18. miejsce, ale ten utwór słabiej kojarzyłem. Możliwe, że mi wtedy umknął, bo listy Trójki zacząłem słuchać regularnie na przełomie 1983 i 1984 roku. W 1984 roku nie opuszczałem już żadnego notowania. "Miny na pokaz, czyny za grosz" śpiewany jest przez Ostrowską a kluczowym elementem utworu jest gitarowa solówka Piotr Zandera. Syntezatory pojawiają się, ale delikatnie i nie na pierwszym planie. Na płycie mamy jeszcze tytułowe "Wolne od cła", od którego album rozpoczyna się. W tym nagraniu bardziej dominujące są gitary i rockowa ekspresja, choć słychać też zarówno przestrzenne klawisze, jak i riffy syntezatorowe, ale są one schowane i mniej słyszalne. Ostrowska śpiewa bardzo ekspresyjnie i całość jest bardzo dynamiczna. Bardzo dobrym nagraniem jest "Kradzież nie popłaca", w którym na wokalu mamy Stróżniaka. W tym przypadku syntezatory są bardziej wyraziste i słyszalne, choć ważne pozostają riffy gitarowe. To znowu idealne połączenie rockowej ekspresji ubarwionej syntezatorami - "synth-rock". Płytę kończy delikatniej zaczynający się "Dalej, coraz dalej" śpiewany przez Ostrowską. Po balladowym wstępie, nagranie nabiera dynamiki, refren jest chwytliwy a w symbiozie ponownie mamy gitary i syntezatory.  "Wolne od cła" z dzisiejszej perspektywy prezentuje się bardzo korzystnie. To pierwszy akt wypracowanego przez Lombard stylu, w którym grupa porzuca eklektyzm i wyraźnie nabiera odpowiedniego czucia. Muzyka Lombardu przestaje być zbiorem nagrań w różnych stylistykach. Lombard integruje w swoich nagraniach brzmienie syntezatorowe i rockową ekspresję tworząc swój unikalny w polskich realiach styl. Kolejne płyty: "Szara maść" i "Anatomia" staną się jego ukoronowaniem. "Wolne od cła" nie jest jeszcze tak zwartą całością jak "Szara maść", ale chociażby ze względu na wspomniane: "Adriatyk, ocean gorący", "Dwa słowa, dwa światy" czy "Aku-Hara, kraj ze snu" zasługuje na uwagę. Pozostałe nagrania również nie obniżają wartości płyty. [8/10] Andrzej Korasiewicz15.03.2026 r.

Więcej… Lombard - Wolne od cła...

Mr. Mister - Welcome To The Real World

8 marca 2026
144 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • rock
  • pop
  • 80s

Mr. Mister - Welcome To The Real World1985 RCA 1. Black/White    4:182. Uniform Of Youth    4:263. Don't Slow Down    4:274. Run To Her    3:375. Into My Own Hands    5:146. Is It Love    3:347. Kyrie    4:268. Broken Wings    5:469. Tangent Tears    3:2010. Welcome To The Real World    4:19 Zanim usłyszeliśmy o Mr. Mister najpierw była formacja Pages, założona przez wokalistę i basistę Richarda Page'a oraz klawiszowca i saksofonistę Steve'a George'a w 1978 roku. Grupa w istocie była formacją towarzyszącą Andy'emu Gibbowi podczas jego trasy koncertowej w 1977 roku. Obok Page'a i George'a skład uzupełniało kilku innych muzyków sesyjnych. Pod koniec 1977 roku grupa samodzielnie nagrała demo w stylu fusion. Taśma zwróciła uwagę byłego perkusisty Blood, Sweat & Tears, Bobby'ego Colomby'ego, dzięki czemu zespół, który przyjął nazwę Pages, podpisał kontrakt z Epic Records. Już w 1978 roku grupa wydała debiutancką płytę pt. "Pages". Album zawierał typowo amerykański pop rock, w stylu Kenny Logginsa czy Toto, który przeszedł jednak bez echa. Ponieważ zespół składał się z szanowanych muzyków sesyjnych i miał wsparcie wytwórni ukazały się dwa kolejne albumy: "Future Street" (1979) i "Pages" (1981), ten ostatni już pod skrzydłami Capitol Records. Żaden z nich nie zaistniał na liście Billboardu. Nie pomogły zmiany składu i gościnne zaangażowanie takich muzyków jak: Jeff Porcaro, Steve Lukather a nawet Al Jarreau. Po komercyjnej porażce trzeciego albumu Page i George rozwiązali grupę i powrócili do kariery muzyków sesyjnych. Byli rozchwytywanymi autorami piosenek i wokalistami wspierającymi. Nagrywali z takimi producentami jak: David Foster i Quincy Jones. Występowali na albumach Ala Jarreau, Donny Summer, Chaki Khan, REO Speedwagon, Kenny'ego Logginsa, Pointer Sisters, Molly Hatchet i Twisted Sister. Page i George śpiewali również w Village People. W 1982 roku podjęli drugą próbę założenia swojego zespołu i powołali do życia Mr. Mister. Do składu Mr. Mister Page i George zaprosili perkusistę Pata Mastelotto i gitarzystę Steve'a Farrisa a autorem tekstów został John Lang, który na niczym nie grał i nie był oficjalnym członkiem zespołu. Od czasu działalności jako Pages sporo zmieniło się na rynku muzycznym. Na popularności zyskali wykonawcy, którzy obficie korzystali z syntezatorów i elektronicznej produkcji. Sukcesy wtedy święciła formacja The Cars, która była uosobieniem amerykańskiego brzmienia rockowego ujętego w syntezatorowo-nowofalowe ramy. Do takiej stylistyki próbował nawiązać również Mr. Mister. Grupa podpisała kontrakt z RCA i już w 1984 roku ukazał się debiutancki album pt. "I Wear the Face". Choć Mr. Mister zaprezentował na nim nowoczesne, popowo-rockowe brzmienie oraz dynamiczne i przebojowe utwory, to jednak płyta sukcesu nie odniosła, nawet na rynku amerykańskim. Album osiągnął zaledwie 170. miejsce na liście sprzedaży Billboardu. Bardziej zauważony został singiel "Hunters of the Night", który dotarł do 57. miejsca listy Billboardu. To mimo wszystko lepiej rokowało niż w czasach działalności jako Pages.  Prawdziwy przełom przyszedł w połowie 1985 roku, gdy ukazał się singiel "Broken Wings" promujący drugi album pt. "Welcome To The Real World". "Broken Wings" z miejsca stał się przebojem nie tylko w USA, gdzie dotarł na sam szczyt listy Billboardu, ale osiągnął sukces międzynarodowy. Na pierwszym miejscu znalazł się również w Kanadzie a także w pierwszej dziesiątce list przebojów w Australii, Belgii, Holandii, Norwegii, Irlandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Niemczech Zachodnich oraz w pierwszej dwudziestce w Austrii, Nowej Zelandii, Hiszpanii i Szwecji. To był gigantyczny sukces, który umocnił sprzedaż albumu "Welcome to the Real World" wydanego w czerwcu 1985 roku. Płyta okazała się prawdziwym hitem, który wzmocnił drugi singiel "Kyrie". Utwór powtórzył sukces "Broken Wings" dochodząc na szczyt amerykańskiej listy przebojów, a także w Kanadzie i Norwegii oraz będąc w czołówce list przebojów na całym świecie. Trzeci singiel pt. "Is It Love" dotarł jeszcze siłą rozpędu do ósmego miejsce amerykańskiej listy singli, ale popularność Mr. Mister powoli zaczęła gasnąć. Mr. Mister z dużym opóźnieniem dotarł do Polski. Radiowa Trójka zaczęła promować "Broken Wings" dopiero pod koniec 1985 roku, w efekcie nagranie trafiło na listę w styczniu 1986 roku i osiągnęło na niej zaledwie 20. miejsce. Znacznie lepiej poradził sobie utwór "Kyrie", który w kwietniu 1986 roku dotarł do czwartego miejsca trójkowej listy.  Kolejna, trzecia płyta Mr. Mister pt. "Go On..." (1987) nie powtórzyła sukcesu swojego poprzednika, osiągając zaledwie 55. miejsce listy Billboardu. Jedyny singiel z płyty, który trafił na listę, to "Something Real" (29. miejsca listy Billboardu). Grupa w 1988 roku rozpoczęła pracę nad czwartym albumem pt. "Pull". W międzyczasie z Mr. Mister odszedł gitarzysta Steve Farris. Nagrywanie płyty ukończono w 1990 roku, ale wytwórnia RCA Records zdecydowała się go nie wydawać. Zniechęceni muzycy rozwiązali zespół w tym samym roku i w ten sposób zakończyła się historia zespołu. Wprawdzie w ostatnich latach panowie spotykali się z okazji 70. urodzin Richarda Page’a (2023) oraz 70. urodzin Pata Mastelotto (2025), podczas których razem zagrali, ale do stałej reaktywacji Mr. Mister nie doszło. Za to wspomniany czwarty album "Pull", nagrany w 1990 roku, został ostatecznie wydany w 2010 roku we współpracy z Sony Music w niezależnej wytwórni Richarda Page'a, Little Dume Recordings. Album "Welcome To The Real World" okazał się pojedynczym meteorem, który gwałtownie wdarł się do przestrzeni muzyki rozrywkowej, dokonując w 1985 roku dużego wyłomu, ale nie spowodował trwałych zmian w show-biznesie. Płyta zawiera dziesięć, w większości dynamicznych i przebojowych utworów opartych na podobnym schemacie. Mocne gitarowe riffy łączą się w nim z wyrazistymi, wręcz krzyczącymi akordami syntezatorowymi a całość napędzają energiczne uderzenia w bębny wzmocnione przeważnie mniej słyszalnym basem. Takie są dwie pierwsze kompozycje: "Black/White" i "Uniform Of Youth", z których instrumenty klawiszowe wręcz "wylewają się". W trzecim "Don't Slow Down", syntezatory użyte są w sposób bardziej stonowany, przestrzenny a chwilami słychać pulsujący bas. Rytm perkusyjny jest bardziej transowy, ale wokal Richard Page pozostaje dynamiczny i energetyczny. Całość ubarwiają solówki gitarowe Farrisa. "Run To Her" to pierwsze spowolnienie tempa na płycie. Utwór utrzymany jest w formie łagodnej ballady w typowo amerykańskim stylu. Zamiast gitarowych riffów, mamy tutaj łzawe partie klawiszowe i łagodny śpiew Page'a. Po chwili wytchnienia mamy dynamiczny, przebojowy "Into My Own Hands". Słychać w nim, zamiast dotychczasowych krzykliwych syntezatorów, przestrzenne partie klawiszowe w tle, typowe dla angielskich formacji synth popowych. Są tutaj też wyraźniej słyszalne niż zwykle partie gitary basowej, nie obeszło się również bez wyrazistych riffów gitarowych. Cały numer utrzymany jest w znanym już schemacie amerykańskiego pop rocka z lekkimi naleciałościami "nowej fali". W "Is It Love" na planie pierwszym słychać na początku klawiszowe akordy i pulsujący bas, który wzmacniają miarowe uderzenia w bębny. Refren jest chwytliwy i zachęca do nucenia.  Następnie mamy jeden z dwóch wielkich hitów Mr. Mister: "Kyrie". Tekst został napisany przez Johna Langa i jest nawiązaniem do modlitwy chrześcijańskiej, w której greckie słowa "Kýrie, eléison" oznaczają „Panie, zmiłuj się”. W warstwie instrumentalnej słychać dużo elektroniki. W utworze użyte są syntezatory Yamaha DX7 i Prophet-5, obsługiwane przez Steve'a George'a a także perkusja elektroniczna Simmonsa, zastosowano też automat perkusyjny LinnDrum. W jakich dokładnie proporcjach i jak to wyprodukowano to najpewniej najlepiej wie sam perkusista Pat Mastelotto. Największą rolę syntezatory odgrywają na początku utworu, gdy stanowią instrumentalne tło dla śpiewu Page'a "Kýrie, eléison". W kompozycji nie brakuje również riffów gitarowych, ale na plan pierwszy wysuwa się chwytliwy refren, w którym Page już dynamiczniej niż na początku nagrania śpiewa "Kýrie, eléison". Po "Kyrie" mamy największy światowy hit Mr. Mister "Broken Wings", w którym syntezatory są od początku na pierwszym planie. Pulsujący syntezatorowy bas ubarwiony jest przestrzenną partią klawiszową oraz powracającymi syntezatorowymi akordami, ale także w tle słychać gitarowe riffy. Mimo wszystko to właśnie syntezatory malują barwy tego nagrania utrzymanego w wolnym tempie, choć z dynamicznym śpiewem Page'a. Perkusja nie dominuje nagrania swym rytmem, ale bardziej podąża za śpiewem Page'a i partią basową. "Broken Wings" to jeden z moich ulubionych utworów lat 80. w ogóle. "Tangent Tears" to powrót do prostego, amerykańskiego pop rocka. Nagranie sympatyczne, ale bez większej historii, podobnie jak kończący płytę tytułowy "Welcome To The Real World". "Welcome To The Real World" to kawałek świetnego, amerykańskiego pop rocka z "nowofalowymi" odchyleniami i z dwoma miażdżącymi przebojami. Dla mnie szczególnie istotny jest wspaniały "Broken Wings", ale i "Kyrie" nadal dobrze się słucha. Płyta wpisana jest siłą rzeczy w estetykę lat 80. Nie mamy w jej przypadku do czynienia z dziełem szczególnie istotnym z punktu widzenia historii muzyki, ale albumu nadal słucha się sympatycznie, o ile ktoś lubi estetykę "ejtisową". [8/10] Andrzej Korasiewicz08.03.2026 r.

Więcej… Mr. Mister - Welcome To The Real World...

Jarre, Jean Michel - Zoolook

4 marca 2026
144 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electronic
  • experimental
  • 80s

 

Jean Michel Jarre - Zoolook1984 Disques Dreyfus 1. Ethnicolor    11:412. Diva    7:333. Zoolook    3:504. Wooloomooloo    3:205. Zoolookologie    4:206. Blah-Blah Cafe    3:227. Ethnicolor II    3:52 Na trudną próbę wystawił Jean Michel Jarre swoich fanów w 1983 roku, kiedy ogłosił, że jego następna płyta „Music for Supermarkets” (Musique pour Supermarché) zostanie wydana tylko w jednym egzemplarzu. Gest ten miał stanowić protest przeciwko komercjalizacji muzyki i zarazem być manifestem tego, że muzyka może być unikalnym dziełem sztuki, tak jak obraz czy rzeźba. Wkrótce po sprzedaży, album został odtworzony jednorazowo w pełnej wersji w Radio Luxembourg. Następnie matryca płyty została komisyjnie zniszczona. Ból fanów Jarre’a zmniejsza nieco fakt, że „Music for Supermarkets” był w dużej części zbiorem szkiców i jednorazowym projektem związanym z wystawą poświęconą sztuce w supermarketach. Lepsze pomysły autor wykorzystał ponownie tworząc z nich bardziej dopracowane kompozycje na płytę „Zoolook”, która ukazała się 16 listopada 1984 r. i dwa lata później na „Rendez-Vous”.  Nowością w twórczości Jarre’a było na „Zoolook” nagranie płyty z udziałem zespołu składającego się z niefrancuskich muzyków wywodzących się z zupełnie innych muzycznych światów. Byli to Laurie Anderson, amerykańska artystka awangardowa, piosenkarka, plastyczka, pochodzący także z USA gitarzysta basowy Marcus Miller (współpracujący m.in. z Milesem Davisem), perkusista Yogi Horton i gitarzysta Ira Siegel oraz brytyjski gitarzysta Adrian Belew, członek King Crimson. Wymienieni byli także uznanymi muzykami sesyjnymi a Laurie Anderson pasowała idealnie do tego, co zamierzał tutaj zrobić Jarre. Ważną rolę pełnił przy nagraniu płyty Francuz Frédéric Rousseau, asystent produkcji, programista syntezatorów i operator Fairlighta CMI. Prace w studiu nagraniowym poprzedziło zebranie w bibliotekach etnograficznych próbek ludzkich głosów w wielu językach. Pracę tę zrealizował etnolog Xavier Bellenger. Dwadzieścia pięć z nich zostało wykorzystanych na płycie. Jarre przetwarzał te próbki w samplerze Fairlight CMI rozcinając słowa na sylaby, a sylaby na pojedyncze fonemy, które później zostały użyte jako brzmienia melodyczne i rytmiczne. Także wiele partii instrumentalnych nagranych przez muzyków towarzyszących zostało pociętych i zrekonstruowanych jako sample. Sampling jest naturalnym kontynuatorem powstałego pod koniec lat 40. XX wieku we Francji kierunku muzyki eksperymentalnej określanej jako „muzyka konkretna” (musique concrète). Opierała się na konkretnych, realnych dźwiękach, których źródłem mógł być cały świat. Najważniejszymi postaciami dla tego kierunku byli Pierre Schaeffer i Pierre Henry. Jean Michel Jarre powtarzał często, że to Schaeffer nauczył go myślenia o dźwięku jako o tworzywie. Hołdem dla „musique concrète” jest także album Jarre’a „Oxymore z 2022 roku, chociaż niewątpliwie najbardziej „konkretna” płyta Jarre’a to „Zoolook”.  Płytę otwiera prawie dwunastominutowa suita „Ethnicolor”, której głównym składnikiem brzmieniowym są sample wielojęzycznych ludzkich głosów. Utwór rozwija się powoli, dostojnie, nabierając z czasem symfonicznego rozmachu aż do dramatycznej kulminacji i ponownego wyciszenia. Wielowarstwowa kompozycja, niebanalna linia melodyczna i mistrzowskie operowanie samplami lokuje tę kompozycję wśród najlepszych dokonań francuskiego muzyka. Nigdy przedtem ani potem czegoś podobnego nie nagrał. Świetną robotę zrobiła tutaj też sekcja rytmiczna, a na pierwsze miejsce wybija się gitara basowa Marcusa Millera grającego charakterystyczną dla niego techniką slappingu.  Drugi utwór na płycie pt. „Diva” składa się z dwóch części. W pierwszej w bardzo spokojnym tempie, na podkładzie dźwięków kapiącej wody pojawia się wokaliza i mówione frazy wykonywane przez Laurie Anderson. Druga część oparta jest na bardziej tradycyjnej i melodyjnej kompozycji „Music for Supermarkets part 7”. Oprócz wokalizy Anderson wyróżnia się  w niej też gitara Adriana Belew, specjalizującego się w niekonwencjonalnych technikach gry oraz używaniu szerokiej gamy efektów dźwiękowych. Tytułowy „Zoolok” to już czysto instrumentalny, electropopowy, singlowy utwór z użyciem sampli mowy jako brzmień perkusyjnych. Nakręcono do niego trochę autoironiczny teledysk, w którym Jarre wciela się we właściciela objazdowego cyrku robotów. Rytm czwartego utworu „Wooloomooloo” przypomina ciężko toczącą się machinę, a jego hipnotyczny klimat stanowi przerywnik pomiędzy bliskimi popu sąsiednimi utworami. „Wooloomooloo” to kompozycja najbliższa eksperymentalnej „muzyce konkretnej”. Piąty „Zoolookologie” to następny przebojowy numer, posiadający chyba najbardziej taneczny „groove” w dorobku Jarre’a z lat 80.  Najbliższy jest formie piosenkowej chociaż nikt w nim nie śpiewa. Zamiast melodii śpiewanej pojawia się w nim melodyjny motyw samplowanych sylab. Także ten utwór został wydany na singlu i zilustrowany dowcipnym teledyskiem. Szósty utwór „Blah-Blah Cafe” to rozwinięty „Music for Supermarkets part 5”. „Blah-Blah Cafe” posiada ironiczny, lekko kabaretowy klimat, a sam tytuł sugeruje „mowę bez treści”. Melodię tworzą w nim krótkie, rytmiczne frazy wokalne, które przeplatają się z motywem granym na instrumencie zbliżonym brzmieniem do saksofonu. Powszechnie uważany jest za najsłabszy na płycie, ale według mnie brzmi sympatycznie i tak mi się już zgrał z całością, że odczuwałbym jego brak. Zamykający płytę „Ethnicolor II” nie jest wbrew tytułowi repryzą „Ethnicolor”. Jarre świadomie nadał mu tytuł sugerujący kontynuację, ale muzycznie to zupełnie inny utwór, znacznie lżejszy i spokojniejszy niż monumentalne, wieloczęściowe „Ethnicolor”. „Ethnicolor II” pozostawia słuchacza z poczuciem zawieszenia i wyciszenia. W czterdziestolecie wydania w 2024 roku płyta „Zoolook” została wydana w wersji zremasterowanej, wzbogaconej o wcześniej niepublikowany instrumentalny utwór „Moon Machine”.  Płyta „Zoolook” to trochę szalona hybryda electropopu i muzyki eksperymentalnej. Muzyka zarówno modernistyczna, jak i przystępna. Dla wielu fanów Jarre’a przyjęcie tego dzieła było niełatwe, ponieważ było ono odległe od majestatycznych, kosmicznych kompozycji z „Oxygene” i „Equinox”, które przyniosły mu światową popularność. Albumowi bliżej  jest do „Magnetic Fields” z 1981 r., kiedy po raz pierwszy Jarre zastosował cyfrowe samplery i dał wyraz fascynacji ekspresją ludzkiego głosu. Niektórym brzmienia spreparowane z sampli ludzkich głosów wydawały się groteskowe. Natomiast sporym uznaniem wśród osób nie ceniących do tej pory dzieł francuskiego muzyka cieszyły się utwory „Ethnicolor” i „Diva”. Wiosną 1985 r. „Zoolook” dotarł do 8. miejsca UK Progressive Albums Chart. Moja ocena: [9/10]. Krzysztof Moskal04.03.2026 r.
Więcej… Jarre, Jean Michel - Zoolook...

Tilt - Tilt

27 lutego 2026
203 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • pop
  • sophisti-pop
  • 80s

Tilt - Tilt1988 Tonpress str. A A1. Jest tylko to    3:40A2. Jeżeli myślisz, że jestem twoim wrogiem    4:21A3. Zawsze, wszędzie, teraz    2:52A4. Tańczę na niebie    3:04A5. Gdyby wszystkie słowa    4:03 str. B B1. Mówię ci, że...    3:00B2. Fale łaski techno rege    5:09B3. Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia    3:54B4. Po    4:19 Tilt to jeden z pierwszych polskich zespołów rockowych, który identyfikował się ze sceną punkową i postpunkową. Powstał w 1979 roku, ale już rok później rozwiązał się. Nie pozostawił po sobie z tego okresu żadnych wydanych wtedy nagrań studyjnych, ale zdążył wystąpić m.in. na „I Ogólnopolskim Przeglądzie Nowej Fali” w Kołobrzegu w 1980 roku oraz zagrać kilka koncertów. Tomasz Lipiński, wokalista Tiltu, latem 1981 roku założył wraz z Robertem Brylewskim Brygadę Kryzys. Tej współpracy zawdzięczamy jedną z najsłynniejszych płyt polskiego rocka - "czarną Brygadę". Mimo nagrania tak przełomowej dla polskiej muzyki płyty, grupa pozostała wówczas szerzej nieznana. Ze względu na sytuację, która powstała po wprowadzeniu przez władze komunistyczne stanu wojennego, miała problem z graniem koncertów. Muzycy nie widzieli szans na dalszy rozwój i Brygada Kryzys rozwiązała się pod koniec 1982 roku.  Lipiński, który pozostawał bez przydziału muzycznego, reaktywował w 1983 roku, wraz z basistą Tomaszem Szczecińskim, Tilt. Do składu dołączyli też nowi muzycy: perkusista Tomasz „Gogo Szulc” Kożuchowski (ex–TZN Xenna) oraz saksofonista Aleksander Korecki, ale to nie był koniec zmian osobowych. Wkrótce Tomasza Szczecińskiego zastąpił na basie Franz Dreadhunter. Do zespołu dołączył też gitarzysta Piotr „Czombe” Dubiel (ex–Deuter, ex–TZN Xenna). Oprócz zmian personalnych zaszły też zmiany w muzyce Tiltu. W 1985 roku ukazał się singiel "Runął już ostatni mur" (na stronie B znalazły się: "Każdy boi się swojej paranoi" i "O! Jaki dziwny, dziwny"), który okazał się sporym przebojem. Utwór miał charakter wyraźnie rockowy, ale był skoczny i chwytliwy. Nagranie dotarło w lipcu 1985 roku do szóstego miejsca Listy Przebojów Programu Trzeciego. To był też początek mojej znajomości z zespołem. O punkowych korzeniach grupy dowiedziałem się później.  Po sukcesie piosenki "Runął już ostatni mur" nowy skład Tiltu postanowił pójść dalej i stworzyć muzykę skierowaną do szerszej publiczności. W studiu Tonpressu nagrano w 1986 roku materiał na debiutancką płytę. W tym samym roku ukazał się singiel zawierający dwa utwory pochodzące z tej sesji: "Mówię ci, że..." i "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia". Najpierw do radia trafił ten pierwszy z miejsca stając się wielkim hitem. W maju 1986 roku "Mówię ci, że..." dotarło na sam szczyt trójkowej listy przebojów. Po chwili, sukces powtórzyło drugie nagranie. Kompozycja "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia" w lipcu dwukrotnie znalazła się na pierwszym miejscu listy Trójki. Ale to by było na tyle. Kolejne nagrania lansowane w Trójce, które pochodziły z sesji Tonpressu: "Zawsze, wszędzie, teraz", "Fale łaski", "Gdyby wszystkie słowa", nie weszły nawet do top 20 listy. W 1987 roku grupa ponownie zawiesiła działalność.  Lipiński zdążył już w 1986 roku uruchomić swój kolejny projekt muzyczny: Fotoness. Tymczasem nadal nie ukazała się debiutancka płyta Tiltu... Ot, uroki socjalistycznej gospodarki planowej. W 1988 roku Fotoness już nie istniał a Lipiński przystąpił do wznowienia działalności Tiltu po raz trzeci. Tym razem na fali znowu była muzyka rockowa, dlatego nowy Tilt, nazwany "Czad Komando Tilt", miał nawiązywać do punkowych korzeni grupy a nie popowego oblicza drugiego okresu działalności zespołu. Ale i tak największym hitem z okresu "Czad Komando Tilt" okazała się ballada "Jeszcze będzie przepięknie”. Żywot trzeciego wcielenia Tiltu znowu był krótki, bo w 1989 roku grupa została ponownie zawieszona. W 1988 roku, gdy Lipiński montował trzecie wcielenie Tiltu, w końcu ukazała się debiutancka płyta Tiltu nagrywana na przełomie 1985 i 1986 roku... Zresztą w tym samym, 1988 roku, ukazała się też debiutancka płyta formacji Fotoness "When I Die" [czytaj recenzję >>] , która właśnie przechodziła do historii. Można jeszcze dodać, że druga płyta Tiltu pt. "Czad Kommando Tilt" ukazała się w 1990 roku, gdy Tilt miał po raz kolejny zawieszoną działalność. O urokach socjalistycznej gospodarki planowej już wspominałem, prawda? Choć działalność gospodarczą zaczęto uwalniać już w 1988 roku, to jednak socjalistyczne mechanizmy gospodarki planowej w Polsce nadal mocno dawały się we znaki, szczególnie w podupadającym przemyśle produkcji płyt winylowych. Stąd te wszystkie opóźnienia wydawnicze charakterystyczne dla całego okresu PRL. Gdy w 1988 roku ukazała się płyta "Tilt" była już wspomnieniem minionej, choć krótkiej popowej świetności zespołu i nie pasowała do wizerunku, który miał mieć nowy (Czad Komando) Tilt. Mimo to większość słuchaczy postrzegała Tilt przez pryzmat hitu "Mówię ci, że..." a nie punkowych początków zespołu. W sukurs temu przyszła ładna, popowa ballada "Tak jak ja kocham cię", która ostatecznie weszła jako bonus do kompaktowego wydania (1991) debiutanckiej płyty, choć nagranie wylansowano w 1988 roku. Z nowego okresu pochodziła też wspomniana ballada "Jeszcze będzie przepięknie" a także łagodny utwór "Boski wiatr", które znalazły się dla odmiany na drugiej płycie pt. "(Czad Komando) Tilt" (1990). Ale takie utwory jak: "Gdzie te serca?" czy "Blokada czad" były już wyraźnie inne, zgodne z "nową", "czadową" linią programową zespołu. Czy gdyby "Tilt" ukazał się w swoim czasie, czyli w 1986 roku miał szansę odnieść sukces podobny do dwóch hitów, które na nim znalazły się? Tego nie jesteśmy dzisiaj w stanie powiedzieć. Kolejne nagrania, pochodzące z wówczas jeszcze niewydanej płyty i bez powodzenia lansowane w tym okresie, jednak nie potwierdzają tego. Mnie płyta podobała się wtedy i dobrze słucha mi się jej nadal. Na pewno podprogowo miało dla mnie znaczenie to, że na albumie słychać automat perkusyjny, zamiast żywego perkusisty „Gogo Szulca", który nie uczestniczył w sesji nagraniowej do płyty. W 1988 roku nadal słuchałem dużo synth popu i "new romantic". Choć na tzw. "Zachodzie" to był już miniony trend, to u nas przecież był Tomasz Beksiński i jego "Romantycy Muzyki Rockowej". "Romantycy" stanowili w 1988 roku nadal moją główną inspirację muzyczną. Dlatego automat perkusyjny na płycie "Tilt" na wstępie dobrze nastrajał mnie do muzyki zespołu, mimo że finalnie nie miała wiele wspólnego z synth popem, czy "new romantic".  Tilt okazał się nowatorski, jak na polskie warunki, zarówno pod koniec lat 70., gdy obsadził się w roli jednego z pierwszych polskich zespołów punkowych, jak i w połowie lat 80., gdy wziął się za nowoczesny pop. Jestem skłonny zakwalifikować "Tilt" jako polski odpowiednik "sophisticated popu". Ten termin wówczas w Polsce nie funkcjonował, podobnie jak na szerszą skalę muzyka tego typu. Zjawisko grup nowofalowych, które próbowały grać popowo, zerkając w stronę jazzu pojawiało się na trójmiejskiej scenie muzycznej, ale w całej Polsce nie było szerzej znane. Tilt, chyba trochę nieświadomie, stał się przez chwilę jedynym ogólnopolsko rozpoznawalnym przedstawicielem podobnej muzyki, z wszystkimi zastrzeżeniami co do zasadności takiej kwalifikacji stylistycznej zespołu. Nie wszystkie nagrania z "Tiltu" wpisują się w narrację o "sophisti popie". Na pewno można w ten sposób określić przebój "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia", który bywa porównywany do nagrania "Smooth Operator" Sade. Kończący płytę, instrumentalny "Po", chwilami, szczególnie gdy słychać solo na saksofonie, również można podciągnąć pod "sophisti pop". Gdyby nie to, że nagranie staje się coraz bardziej rozmyte, ambientowe a momentami nabiera cech etnicznych, dzięki kończącym utwór, przypominającym dźwięk fletu, popisom instrumentalisty. Trzeci utwór na stronie B "Fale łaski" przejawia ciągoty Tiltu do reggae. Ale rozpoczynający album "Jest tylko to" to typowy nowofalowy pop z wyrazistym solem saksofonu i brzdąkającym basem. "Jeżeli myślisz, że jestem twoim wrogiem" ma chwytliwy, bujający rytm, pojawiają się tutaj atonalne dźwięki uzyskane przez uderzenie w instrumenty klawiszowe, gitarowe zgrzyty jako ozdobniki, śpiew Lipińskiego jest nieco niepokojący. "Zawsze, wszędzie, teraz" rozpoczyna się od linii basu, skontrastowanej rozmytymi zagrywkami gitarowymi. Po chwili szybkie tempo wyznacza bit automatu perkusyjnego a chwytliwą melodię wygrywa saksofon. W chórkach słychać stawiającą pierwsze kroki Kayah. Pod koniec nagrania odzywa się również solówka gitarzysty, co ciekawie kontrastuje z przyspieszającym rytmem automatu perkusyjnego. Kolejny numer "Tańczę na niebie" brzmi moim zdaniem zbyt banalnie. Mało finezyjna aranżacja, jakby nie pasująca do szybkiego rytmu automatu perkusyjnego, sprawia bardzo złe wrażenie. To jedyne nagranie, które nawet największego fana automatów perkusyjnych mogą skłonić do krytyki tego konkretnego przypadku jego zastosowania. Na szczęście stronę A kończy ładny "Gdyby wszystkie słowa", w którym rytm nie jest tak dosadny a ładne solo saksofonu buduje nastrój nagrania utrzymanego w wolniejszym tempie. Strona B płyty to wspomniane już dwa największe przeboje Tiltu, zamykający album "Po" oraz regea'owe "Fale łaski". Krytycy "sztucznych" lat 80. powiedzą, że brzmienie automatu perkusyjnego zabiło tę płytę. Mnie skłoniło raczej do zainteresowania się nią. Z pewnością największymi zaletami albumu pozostają dwa wspomniane hity, ale całej płyty zawsze słuchało mi się bardzo dobrze. Z wyjątkiem utworu "Tańczę na niebie" i pochodzącego trochę z innej bajki "Fale łaski", album jest zwarty stylistycznie i udany kompozycyjnie. "Tilt" nie jest płytą epokową, ale dla mnie pozostaje bardzo miłym wspomnieniem lat 80. Dzisiaj patrzę na nią przede wszystkim jak na polską odpowiedź na dokonania wykonawców z kręgu brytyjskiego "sophisti popu". Dlatego z punktu widzenia historii polskiej muzyki "Tilt" jest płytą ważną, bo takiej muzyki pop w Polsce nie grało się wtedy dużo. Właściwie to prawie w ogóle. W związku z tym szczególnie dobrze płyta wypada na tle braku konkurencji w tym zakresie :). Ale niezależnie od tego, "Tilt" może stać się miłym urozmaiceniem codziennego zestawu do słuchania zarówno dla tych, którzy dawno nie sięgali po płytę, jak i tych, którzy nie wiedzieli o jej istnieniu. [8/10] Andrzej Korasiewicz26.02.2026 r.

Więcej… Tilt - Tilt...

Kult - Spokojnie

25 lutego 2026
353 odsłon
Tagi:
  • new wave
  • rock
  • alternative rock

Kult - Spokojnie1988 Polton str. A A1. Patrz!    3:10A2. Arahja    3:40A3. Jeźdźcy    5:45A4. Axe            4:50A5. Do Ani    5:10 str. B B1. Niejeden    4:21B2. Landy       4:11B3. Tan        12:14B4. Wstać!      1:47 bonus CD: Czarne słońca Moim pierwszym kontaktem z grupą Kult było oczywiście nagranie "Piosenka młodych wioślarzy", które usłyszałem gdzieś w 1985 roku. Nie pamiętam już czy najpierw zobaczyłem w Telewizji Polskiej teledysk, czy może wcześniej usłyszałem numer w radiu. Na pewno miałem też płytę "Jeszcze młodsza generacja", na której utwór się znalazł. Nagranie wydało mi się zabawne, swoiście "jajcarskie" i tak zakwalifikowałem grupę. Nie potraktowałem jej początkowo jako coś poważnego. Ot, kolejny utwór w stylu kompozycji  "Protest song" autorstwa duetu Krzysiek i Rysiek. Wtedy nie znałem historii Kultu i nie wiedziałem jak długo Kazik Staszewski działał już na scenie "niezależnej". W tym stanie rzeczy skojarzenie z Shakin Dudi, czy podobnymi wynalazkami jak wspomniany Krzysiek i Rysiek mogło być uprawnione.  Gdy kilka miesięcy później na Liście Przebojów Programu Trzeciego usłyszałem "Do Ani" zrozumiałem jak bardzo się myliłem. To był zupełnie inny numer, "na poważnie", w stylistyce swoiście "nowo-rockowej", gdzie delikatny, balladowy początek przeradza się w gwałtowną nawałnicę dźwięków w ostatniej minucie. Bogate jak na muzykę rockową instrumentarium - trąbka, saksofon - osadzone w nowofalowej otoczce, ale sięgające do rockowej tradycji (muzycy inspirowali się "Fever" Presleya i "Walking on The Moon" The Police) sprawiały, że w polskich realiach muzyka Kultu wydała mi się powiewem świeżości. Nadal uważam, że "Do Ani" jest jednym z bardziej poruszających numerów polskiego rocka. W niczym nie ustępuje mu krótka, dynamiczna "Krew Boga", którą poznałem w dalszej kolejności. Oba utwory podbiły trójkową listę przebojów docierając na sam szczyt a "Do Ani" stało się jednym z przebojów wszechczasów listy. Bardzo podobał mi się debiutancki album "Kult" (1987), który do dzisiaj cenię. Niestety nie było na nim "Do Ani" a cała płyta, choć fascynująca, brzmiała jeszcze surowo. Wydaną w tym samym roku w znikomym nakładzie Klubu Płytowego Razem płytę "Posłuchaj to do ciebie" poznałem w całości dopiero w latach 90. W latach 80. znałem z radia jedynie utwór "Hej, czy nie wiecie", kolejny numer jeden Kultu na trójkowej liście. Sama płyta nie ma dla mnie większego znaczenia i traktuję ją jak rodzaj kompilacji. "Posłuchaj to do ciebie" nabrała  ostatecznego kształtu dopiero w chwili, gdy dołożono do wersji CD w latach 90. do pierwotnego zestawu jedenastu utworów, siedem nagrań dodatkowych, m.in. takich jak: „Piosenka młodych wioślarzy”, „Piloci”, „Do Ani” (wersja oryginalna), „Polska”. Wtedy płyta "Posłuchaj to do ciebie" zyskała dla mnie większej wartości i stała się czymś w rodzaju zbioru największych przebojów pierwszego okresu działalności Kultu. Trudno mi jednak tę płytę traktować jak niezależną propozycję albumową. Z tego powodu, formalnie trzecią w dyskografii, płytę "Spokojnie" zawsze traktowałem jak prawdziwą kontynuację debiutu. "Spokojnie" okazało się propozycją dojrzalszą niż "Kult", lepszą brzmieniowo, bardziej różnorodną, na której dominowały poważne kompozycje. W latach 90. twórczość Kazika Staszewskiego została zdominowana przez aspekty ludyczno-zabawowe, co mnie skutecznie zniechęciło do Kultu. Ale takie kompozycje jak "Arahja", "Jeźdźcy" czy "Niejeden" to przejaw geniuszu tej formacji i to one stanowią o wartości albumu i moim szacunku wobec zespołu. Wszystko zaczyna się od szybkiego, krótkiego, skandowanego "Patrz!". Następnie mamy utrzymany w wolniejszym tempie, ale intensywny, posuwisty i oparty na motywie organów Hammonda w tle "Arahja". Choć tekst porusza temat podziału Berlina i Muru Berlińskiego, to sam tytuł nie nawiązuje bezpośrednio do tekstu. Według Kazika Staszewskiego słowo "Arahja" powstało w wyniku kilkukrotnego przekształcenia nazwy Uriah Heep (na Juraja, a następnie Araja i wreszcie Arahja). Dlaczego Uriah Heep? Posłuchajcie "July Morning" i porównajcie brzmienie Hammondów w obu nagraniach a wszystko stanie się jasne. "Arahja" okazała się nie tylko nowym "kultowym" hymnem, ale odniosła wielki sukces na liście Trójki. Kompozycja przez wiele tygodni okupowała miejsce w pierwszej piątce listy, docierając również na sam szczyt. "Jeźdźcy" mają jeszcze wolniejsze tempo, które przełamane jest solowymi popisami gitarzysty, czasami agresywniejszymi partiami saksofonu. W tle słychać delikatne partie syntezatora a także wibrafonu. Nagraniu ton nadaje monotonny transowy rytm perkusji, a śpiew Staszewskiego przeradza się od spokojnego, prawie niemrawego, do niemal krzyku na koniec. "Axe" to od początku numer dynamiczny, nieco złowieszczy, motoryczny i prący przez cały czas do przodu. Stronę A kończy nowa wersja "Do Ani". Ponieważ oryginał uważałem za doskonały, któremu niczego nie brakuje, mimo jego surowości, to nową wersję nagrania przyjąłem chłodno. Brakuje w niej tej pierwotnej energii, która przyciągała i fascynowała. Na plan pierwszy wysuwa się brzmienie dudniącego kontrabasu a całość zyskuje wydźwięk kołysząco-barowo-jazzowy. To interesująca wersja, ale brakuje w niej tej pierwotnej, surowej dynamiki oryginału.  Stronę B rozpoczyna kolejny motoryczno-transowy wolny numer pt. "Niejeden", który wręcz przytłacza swoją intensywnością w dobrym tego słowa znaczeniu. W warstwie lirycznej przejawiają się pozostałości zaangażowania Staszewskiego w studiowanie Biblii w duchu Świadków Jehowy. Wokalista śpiewa na koniec: "Niejeden z nas nie chce być grzesznikiem/A każdy jest grzesznikiem". Zupełnie odmienny klimat otrzymujemy w sielskim "Landy". Utwór pozbawiony jest bitu perkusyjnego, który zastępuje harmonijka i akustyczna gitara oraz typowe Kazikowe zawodzenia. Nie jest to mój ulubiony fragment płyty, ale jako swoisty przerywnik da się słuchać. Zbliżając się do końca "Spokojnie" otrzymujemy najdłuższy na płycie, bo ponad dwunastominutowy "Tan". Nie jest to tak dobry numer jak moje ulubione: "Arahja", "Jeźdźcy" czy "Niejeden", ale ma w sobie podobną, "transowo-psychodeliczną" motorykę. Można byłoby skrócić go o połowę, co wyszłoby mu na zdrowie. Album kończy najkrótszy na płycie "Wstać!", w którym Staszewski martwi się, że "wszyscy śpią". Rzeczywiście poprzedni "Tan" mógł spowodować, że niektórzy trochę przysnęli. Dlatego Staszewski śpiewa, żeby "przebudzić się". Możliwe, że po to, by ogarnąć, że płyta "Spokojnie" właśnie dobiega końca :). A tak naprawdę to znowu dają o sobie znać wpływy Jehowych na mentalność Staszewskiego: "Przebudźcie się, póki jest ku temu czas/Przebudźcie się, bo za późno będzie już" brzmi jak tekst wprost wyjęty ze "Strażnicy". Sam numer jest jednak całkiem w porządku, szybki, dynamiczny, wręcz "punkowy". Niestety summa summarum trzy ostatnie nagrania na płycie osłabiają moc "Spokojnie". "Landy" jest zbyt odklejony od reszty, "Tan" moim zdaniem  za długi i bez odpowiedniej energii a "Wstać!", choć w warstwie muzycznej jest przyzwoity i w zamyśle ma stanowić klamrę z rozpoczynającym album "Patrz", nie stanowi dobrego zwieńczenia płyty. Szczególnie w kontekście uzupełnienia "Spokojnie" o "Czarne słońca", utwór pochodzący z filmu o tym samym tytule, który został dodany do wersji CD albumu w 1993 roku, ale nie wiedzieć czemu na początek. O wiele lepiej sprawdzałby się na końcu wydawnictwa. Mimo paru słów krytycznych "Spokojnie" to jeden z najjaśniejszych punktów w dyskografii Kultu. Na pewno, obok debiutu, to moja ulubiona płyta zespołu. W późniejszym czasie Kult miał sporo pojedynczych numerów, które podobały mi się, ale albumy były nierówne i zbyt eklektyczne. Moim zdaniem jakoś grupa nie ma talentu do nagrywania zwartych, całościowo dobrych płyt. W dodatku rejony, w które Kult zawędrował na "Tacie Kazika" to zupełnie nie mój klimat. Ale Kult w drugiej połowie lat 80. był jedną z moich nadziei na dobry, polski rockowy zespół o nowofalowych korzeniach. Gdy rozpadła się Republika sądziłem, że Kult może ją zastąpić. Wkrótce okazało się jednak, że to dwa różne światy. Ale dobre wspomnienia z płytą "Spokojnie" i debiutancką "Kult" pozostały do dzisiaj. [8.5/10] Andrzej Korasiewicz25.02.2026 r.

Więcej… Kult - Spokojnie...

U2 - Days of Ash EP

21 lutego 2026
696 odsłon
Tagi:
  • rock
  • pop

U2 - Days of Ash2026 Island Records 1. American Obituary    4:232. The Tears Of Things    5:253. Song Of The Future    3:554. Wildpeace (Adeola, Jacknife Lee) 1:185. One Life At A Time 4:036. Yours Eternally (feat. Ed Sheeran & Taras Topolia) 4:26 Wszystko wskazywało na to, że U2 jest już skończone. Ostatnia aktywność zespołu nawet najbardziej tolerancyjnym sympatykom grupy nie dawała nadziei, że może być inaczej. Przedziwny "auto-cover" album "Songs of Surrender" (2023) był w praktyce niesłuchalny. Wcześniejsze płyty "Songs of Innocence" (2014) [czytaj recenzję >>] , "Songs of Experience" (2017) również nie napawały optymizmem, choć ja aż tak krytyczny wobec grupy nie byłem. W gruncie rzeczy wszystkie wydawnictwa od 2000 roku były mniej lub bardziej krytykowane. A jednak zupełnie niespodziewanie otrzymujemy nowy materiał Irlandczyków w formie cyfrowej epki, który jest zapowiedzią nowego pełnowymiarowego albumu mającego ukazać się pod koniec roku. Zanim jednak o nowej muzyce U2 parę słów na temat samego zespołu i tego jak jest dzisiaj postrzegany przez słuchaczy oraz jaki ja mam do niego stosunek. Są tacy, którzy uważają, że ostatni dobry album zespołu to "Achtung Baby" (1991). Ja z kolei należę do tej części sympatyków U2, którzy najbardziej cenią początki grupy. Do dzisiaj moimi ulubionymi płytami zespołu są dwie pierwsze: "Boy" (1980) i "October" (1981). Bardzo cenię też "Unforgettable Fire" (1984) [czytaj recenzję >>]  a w latach 80. sądziłem, że szczyt ich twórczości to "The Joshua Tree" (1987) [czytaj recenzję >>] . Jest też grupa słuchaczy, która uważa, że U2 to "najbardziej przereklamowany zespół na świecie". Z tą opinią całkowicie się nie zgadzam. Pamiętam, że gdy w połowie lat 80. w swojej szkole deklarowałem się jako zaprzysięgły sympatyk zespołu, to większość kolegów i koleżanek nie wiedziała w ogóle o istnieniu formacji. Wtedy U2 było moim ulubionym rockowym zespołem "zagranicznym" a ich muzykę postrzegałem jako coś nowego i bardziej ambitnego niż większość mainstreamowych wykonawców rockowych starszego pokolenia. Bardzo kibicowałem Irlandczykom i gdy przyszedł wielki sukces międzynarodowy wraz z płytą "The Joshua Tree", czułem się jak kibic drużyny piłkarskiej, która właśnie zdobyła swoje najcenniejsze trofeum, czego nikt się nie spodziewał. Z drugiej strony, gdy po wydaniu "Achtung Baby" i trasie "Zoo TV Tour" zespół został w praktyce największym koncertowym zespołem świata a marka U2 stała się globalna, równa takim gigantom jak The Rolling Stones, byłem trochę zaskoczony. Szczególnie, że płyta "Achtung Baby" nie zawierała muzyki, która mi się podobała. To nie było "moje" U2. Od tego momentu kolejne wydawnictwa grupy śledziłem z mniejszym zaangażowaniem, by nie powiedzieć z dystansem. Mimo wszystko na każdym kolejnym albumie znajdowałem utwory, które były świetne, m.in.: "Staring at the Sun", "Please", "Wake Up Dead Man" ("Pop", 1997); "Beautiful Day" ("All That You Can't Leave Behind", 2000). Całościowo podobała mi się też "No Line on the Horizon" (2009) [czytaj recenzję >>] , ale i "Pop" (1997) wraz z upływem czasu ceniłem coraz bardziej. Podobnie zmieniał się mój stosunek na coraz bardziej pozytywny do "Achtung Baby". Wprawdzie nadal moim ulubionym okresem w działalności U2 są jego początki, to dzisiaj akceptuję "nowe U2", które narodziło się na "Achtung Baby". W międzyczasie to "nowe U2" stało się już "starym U2" a grupa zaczęła się coraz bardziej szamotać wydając kolejne płyty wzbudzające coraz bardziej mieszane uczucia. To właśnie w tym okresie U2 zaczął być przez kolejne pokolenie postrzegany jako zespół, który z niewiadomych (dla nich) powodów uchodzi za światowego giganta muzyki. Trudno nowym pokoleniom wytłumaczyć dlaczego U2 stało się takim zespołem na przełomie lat 80. i 90.  Moim zdaniem U2 stało się w swoim czasie gigantem, bo doskonale wpasowało się w trendy, na które było zapotrzebowanie w latach 80. i początku lat 90. Grupa wywodziła się z kręgu wykonawców nowofalowych i w latach 80. ich muzyka w mainstreamie była czymś nowym. The Police właśnie się rozwiązało i zwolniło miejsce dla swojego następcy. Dire Straits od początku grali bardziej tradycyjnie, jedynie markując nowe podejście do rocka. W dodatku nie rozwijali się a po wydaniu "Brothers in Arms" przeszli w stan letargu. U2 wykorzystali to wszystko, by stać się większym zespołem niż można byłoby kiedykolwiek sądzić, że nim będą. Dzięki "The Joshua Tree" i bardziej "amerykańskiemu" graniu, grupie udało się podbić USA, co nie było przecież takie oczywiste. Wtedy światowy rynek muzyczny stanął przed U2 otworem. W dodatku na początku lat 90. muzycy U2 potrafili odpowiedzieć na nowe trendy (rave, madchaster) nagrywając "Achtung Baby" oraz wyruszając w monstrualną trasę koncertową. Wtedy ich pozycja w roli mainstreamowego giganta stała się niepodważalna. Mogę zgodzić się z tym, że znaczenie U2 było trochę ponad stan. Wystarczy posłuchać surowej, niemal postpunkowej płyty "Boy", by przekonać się, że nic nie wskazywało na to, że grupa może osiągnąć podobny status. A jednak to się stało. Tym bardziej należy docenić ich sukces. A tym, którzy próbują zrzucić formację z piedestału, proponuję wsłuchać się w ich muzykę z lat 80. do "The Joshua Tree" włącznie. Wartość tych płyt jest moim zdaniem niepodważalna. Czy nowa propozycja w postaci epki "Days of Ash" im dorównuje? Na pewno jest lepiej niż na "Songs of Surrender" (2023). Muzycznie najbardziej przekonuje mnie utwór "Song Of The Future". Ma w sobie wszystkie charakterystyczne motywy najlepszych przebojów U2 - gitara The Edge'a, chwytliwy wokal Bono, synkopowany rytm oraz spinająca całość produkcja z delikatnymi, wręcz niesłyszalnymi smaczkami dźwiękowymi w tle. Rozpoczynający epkę "American Obituary" przypomina mi trochę singiel "Get On Your Boots" (2009), który nigdy mnie nie przekonywał. "The Tears Of Things" to typowa dla U2 hymnowa balladka, ale moim zdaniem nie ma takiej mocy jak choćby "Please". Przyzwoity poziom trzyma też "One Life At A Time". To taki solidny średniak, ale na dłużej w pamięć nie zapada. W "Yours Eternally" Bono śpiewa w towarzystwie Eda Sheerana oraz ukraińskiego muzyka Tarasa Topoli. Jeśli dodamy do tego nieco ponad minutowy "Wildpeace", który stanowi muzyczny podkład do recytacji przez nigeryjską artystkę Adeolę z grupy Les Amazones d'Afrique wiersza izraelskiego pisarza i poety Jehudy Amichaja, to dochodzimy do clou tego czym jest ta epka. A jest w sporej części manifestem politycznym i społecznym zespołu. Każdy z utworów odwołuje się w warstwie lirycznej do aktualnych problemów tego świata. „American Obituary” ma wydźwięk antytrumpowy i odnosi się do wydarzeń w Minneapolis, gdzie 7 stycznia 2026 roku Renée Nicole Macklin Good została podczas protestu postrzelona przez antyimigranckie służby USA. W "Song of the Future" przenosimy się do Iranu, w którym w 2022 roku szesnastoletnia Sarina Esmailzadeh, wraz z tysiącem innych uczennic, wyszła na ulice, by protestować przeciwko reżimowi ajatollahów. "One Life At A Time” powstał z dedykacją dla Palestyńczyka Awdaha Hathaleena, ojca trojga dzieci, pokojowego działacza i nauczyciela angielskiego, który został zabity w swojej wiosce na Zachodnim Brzegu przez izraelskiego osadnika Yinona Leviego 28 lipca 2025 roku. "Yours Eternally" to, jak nietrudno się domyślić, hołd dla walczących z Rosją Ukraińców. Najbardziej uniwersalny charakter ma tekst do "The Tears Of Things". Tytuł utworu został zaczerpnięty z książki franciszkanina Richarda Rohra, który stawia pytanie o to, jak żyć empatycznie w czasach przemocy i rozpaczy. I to właśnie tekst tego utworu jest dla mnie kluczowym przesłaniem, jednocześnie pytaniem a może stać się i odpowiedzią. Przemoc jest wpisana w naturę tego świata i niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się jej przeciwstawiać to nigdy jej się nie pozbędziemy. Co nie znaczy, że nie należy próbować. Najlepiej zaczynając od siebie i powstrzymania się od jej stosowania samemu. Ale co, gdy ktoś, niesprowokowany, używa jej przeciwko nam? Przecież bronić się trzeba... A może należy nadstawić zgodnie z nauką Chrystusa drugi policzek? To są dylematy, które co najmniej od dwóch tysięcy lat pozostają aktualne i na które nie ma prostych recept. "Days of Ash" to powrót U2 do formy, ale daleki jestem od nadmiernego zachwytu. To raczej forma sprzed kilkunastu lat, a nie ta sprzed trzydziestu, czterdziestu, gdy U2 był rzeczywiście wielki. Zobaczymy co przyniesie pełnoprawny album. Na razie, z epki "Days of Ash" na dłużej zapamiętam przede wszystkim utwór "Song Of The Future". [7/10] Andrzej Korasiewicz21.02.2026 r.

Więcej… U2 - Days of Ash EP...

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality

9 lutego 2026
238 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new romantic
  • 80s

Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) - Architecture & Morality1981 Dindisc 1. The New Stone Age 3:202. She's Leaving 3:293. Souvenir 3:384. Sealand 7:455. Joan Of Arc 3:506. Joan Of Arc (Maid Of Orleans) 4:137. Architecture And Morality 3:418. Georgia 3:229. The Beginning And The End 3:45 Po wydaniu "Orchestral Manoeuvres in the Dark" [czytaj recenzję >>]  i "Organisation" formacja OMD postanowiła coś zmienić w swoim podejściu do muzyki. W 1980 roku nagrali dwie płyty, na których dopiero uczyli się syntezatorów, bawili się nimi, odkrywając nowe dźwięki, tworząc zarówno chwytliwe melodie, jak i eksperymentalne zestawy brzmień, które wydały im się ciekawe. W efekcie odbiorcy otrzymali albumy, które mogli uznać za nierówne. Obok wciągających przebojów znalazły się nagrania, które nieprzygotowani słuchacze odbierali jako "dziwne". Syntezator służył OMD zarówno do pisania chwytliwych przebojów, jak i eksperymentów dźwiękowych. Przy okazji nagrywania "Architecture & Morality" OMD postanowił dodać do tego coś nowego. Zamiast skupiać się wyłącznie na możliwościach syntezatora i tego, co wyniknie z zabawy nowym instrumentem, panowie z OMD zwrócili uwagę na ogólny nastrój i klimat muzyki. Inspiracją dla tego stała się muzyka religijna, która posłużyła OMD do wykreowania szerszej palety dźwięków. Dzięki wykorzystaniu melotronu a także próbek śpiewu chóralnego, uzyskano efekt cieplejszego, bardziej emocjonalnego brzmienia. Muzyka stała się bardziej "romantyczna", naturalistyczna, nie gubiąc przy tym efektu futurystycznego. OMD nie zrezygnowało z eksperymentowania z brzmieniem syntezatorów, ale dzięki nowemu podejściu, "Architecture & Morality" zaprezentowała się jako album bardziej całościowy, niemal koncepcyjny. Przy okazji płyta wpisała się w zyskujący właśnie popularność nurt "new romantic". Płytę rozpoczyna jednak twardy "The New Stone Age". Po kilkunastu sekundach zakłóceń elektronicznych, wchodzi miarowy bit automatu perkusyjnego, następnie przykryty zgrzytliwymi riffami gitarowymi, na które po chwili nakładają się przestrzenne partie klawiszowe oraz wokal Andy McCluskeya. Z czasem dominujące stają się intensywne, przestrzenne akordy syntezatorowe, na koniec wzmocnione buczącym basem syntezatorowym. W finale słyszymy w tle basu, plumkające syntezatory (melodica?), które wraz z wyciszonym bitem gasną i kończą kompozycję. Drugi utwór pt. "She's Leaving" jest bardziej miękki, melodyjny i przebojowy. Śpiew Andy McCluskey jest łagodniejszy a delikatniejszy refren "She's Leaving" i wyższe, przestrzenne partie syntezatorów wskazują na bardziej romantyczny kierunek muzyki. Utwór był planowany przez Dindisc jako singiel, ale OMD odmówiło. W efekcie nagranie ukazało się na singlu w czerwcu 1982 roku jedynie w krajach Beneluksu.  "Souvenir" to jeden ze znaków rozpoznawczych nie tylko tej płyty, ale w ogóle wczesnego OMD. To największy brytyjski przebój OMD, który dotarł do trzeciego miejsca listy sprzedaży singli. W Hiszpanii był na samym szczycie tamtejszej listy, przyzwoicie radząc sobie również w innych krajach (w Belgii był na 16. miejscu). To niezwykle chwytliwy numer, który w całości opiera się na syntezatorowym akordzie pełniącym rolę swoistego instrumentalnego "refrenu" kompozycji. To właśnie ten syntezatorowy motyw jest tym, co słuchacz nuci i dzięki czemu nagranie jest przebojowe. "Souvenir" w pełni pokazuje siłę i moc syntezatora, jako nowego instrumentu, dzięki któremu można osiągnąć brzmienie wcześniej nieznane a przy tym nadal być muzyką rozrywkową. W utworze wykorzystano również chóralne próbki, które słychać w tle. "Sealand" to najdłuższa kompozycja na płycie, na której OMD realizuje swoje bardziej eksperymentalne inklinacje, ale nie wyłamuje się przy tym z ogólnego nastroju "Architecture & Morality". Na prawie ośmiominutowy, ambientowy utwór składają się delikatne, przestrzenne partie syntezatorów, wsparte subtelnym, syntetycznym basem. W połowie nagrania rytm staje się bardziej miarowy, przypominając bicie serca, syntezatory cichną i wchodzi delikatny śpiew Andy McCluskeya. W szóstej minucie rytm spowalnia i cichnie całkiem, w zamian pojawiają się rytmiczne dźwięki około industrialne, przypominające walenie w blachę, ale i one szybko kończą się. Zamiast nich słyszymy delikatne, rozwklekłe melodie syntezatorowe, które kończą nagranie. "Sealand" choć z przerwą między nagraniami, doskonale łączy się z utworem "Joan Of Arc", który rozpoczyna się delikatnie, ale okazuje się kolejnym przebojem z płyty. To drugi po "Souvenir" singiel z "Architecture & Morality". Po premierze w październiku 1981 roku dotarł do piątego miejsca brytyjskiej listy singli. W innych krajach, poza Irlandią, nie odniósł jednak sukcesu. Przeciwnie niż kolejny singiel, również odwołujący się do Joanny D'Arc. "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" na singlu ukazało się pt. "Maid of Orleans (The Waltz Joan of Arc)", żeby nie pomylić go z poprzednim nagraniem. Choć utwór nie jest tak prosty i jednoznacznie chwytliwy jak "Souvenir", to właśnie on stał się większym przebojem poza Wielką Brytanią niż "Souvenir". W Wielkiej Brytanii dotarł do 4. miejsca listy najlepiej sprzedających się singli, ale szczyt podobnych zestawień osiągnął w Belgii, Niemczech, Holandii i Hiszpanii. Choć OMD w tamtym czasie nie udało się przebić do USA, to sukces w kontynentalnej Europie, ale i poza nią (w Nowej Zelandii singiel dotarł do 7. miejsca!) był niewątpliwy. W istocie "Joan Of Arc (Maid Of Orleans)" jest prawdziwą wizytówką "Architecture & Morality". Znajdziemy w nim wszystkie charakterystyczne dla płyty elementy. Kompozycja nawiązuje do tematów religijnych i średniowiecznych, jest przy tym bardzo ciepła, naturalistyczna, obficie wykorzystując próbki chóralne, umiejętnie wplatając w to futurystyczne brzmienie syntezatora. Po tym pełnym emocji i romantyzmu momencie, OMD ponownie udowadnia, że nie zamierza rezygnować ze swoich ciągot eksperymentalnych. Dowodem na to jest instrumenalna kompozycja tytułowa "Architecture And Morality". O ile "Sealand", choć odwoływał się do mniej przebojowych aspektów twórczości OMD, doskonale wpisywał się w charakter płyty, to jej tytułowy fragment, paradoksalnie, robi to z trudem. Na kompozycję składają się mroczne szumy, delikatne partie syntezatorowe w tle, dudniący sekwencyjnie syntezator basowy, brak rytmu perkusyjnego, złowieszcze pulsowanie połączone z rozstrojonymi dźwiękami syntezatorowymi i równie mroczno zaprogramowanymi próbkami chóralnymi. Te narastające dźwięki nagle urywają się pod koniec trzeciej minuty i po chwili ciszy powracają subtelne syntezatorowe tła, które rozmywają się na końcu zamykając kompozycję. Po nagraniu tytułowym wita nas miarowy rytm automatu perkusyjnego i nieco infantylna sekwencja syntezatorowa. Niewiele ponad trzyminutowy utwór "Georgia" to skoczny synth pop, który przywraca do równowagi, choć mnie nie zachwyca. W nagraniu wykorzystano w kilku miejscach intensywne próbki chóralne a utwór kończy się wyrazistym motywem syntezatorowym i finałowym uderzeniem, jakby zamknięciem drzwi. Płytę kończy "The Beginning And The End", który przywraca pod względem instrumentalnym równowagę i przypomina co jest esencją albumu. Utwór rozpoczyna piękna, przestrzenna partia syntezatorowa, która wzbogacona jest równoległym brzmieniem fortepianowym. W dalszej kolejności utwór rozwija się dzięki delikatnym, rytmicznym zagrywkom przypominającym gitarę, ciepłemu śpiewowi McCluskeya i zaprogramowanym chóralnym próbkom w tle, które finalnie kończą album. Warto też wspomnieć skąd wziął się tytuł płyty. Zasugerowała go zespołowi Martha Ladly (ex-Martha and the Muffins ), która w tym czasie była dziewczyną Petera Saville'a, projektanta okładki płyty zespołu. Ladly przeczytała książkę Davida Watkina z 1977 roku pt. "Morality and Architecture". Gdy dowiedział się o tym McCluskey, uznał że to doskonała metafora tego, czym ma być nowa propozycja OMD. Tytuł "Architecture & Morality" odzwierciedla według niego wzajemne oddziaływanie ludzkich i mechanicznych aspektów OMD: „Mieliśmy «architekturę», która była technologią, automatami perkusyjnymi, sztywną grą, próbą wyjścia poza schemat poprzez granie specjalnie stworzonych dźwięków, i «moralność», organiczną, ludzką, emocjonalną [...]”. Tytuł okazał się idealnym opisem tego, czym płyta "Architecture & Morality" miała być - połączeniem futurystycznego brzmienia i emocji, które niosła muzyka religijna i moralność.  Dla wielu "Architecture & Morality" jest szczytowym osiągnięciem OMD. Na pewno wydawnictwo okazało się wielkim sukcesem komercyjnym. To najlepiej sprzedająca się płyta zespołu w Wielkiej Brytanii, choć dotarła jedynie do trzeciego miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów. Mimo to zdobyła certyfikat platynowej płyty. Album dobrze radził sobie również poza Wielką Brytania. Osiągnął szczyt listy sprzedaży albumów w Holandii, gdzie zdobył status złotej płyty. W Hiszpanii osiągnął, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, trzecie miejsce, ale również zdobył status płyty platynowej. To była też pierwsza w historii OMD płyta długogrająca notowana na amerykańskiej liście Billboardu, choć jedynie na... 144 miejscu. W USA lepiej później sprzedawały się albumy "Crush" (38. miejsce) i "The Pacific Age" (47. miejsce), ale można spokojnie napisać, że OMD to kolejny zespół złotej ery brytyjskiego synth popu, który w swoim czasie nie podbił USA.  W Polsce album cieszył się w latach 80. również szczególnym statusem, choć nie przekładało się to, z wiadomych względów, na osiągnięcia komercyjne. Tomasz Beksiński wylansował płytę na największe osiągniecie artystyczne zespołu. Trudno odmówić mu w tym względzie racji, choć niedoceniona przez niektórych kolejna płyta pt. "Dazzle Ships" (1983) z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się ważniejsza dla synth popu. "Architecture & Morality" jest najbliższa stylistyce "new romantic", w takim rozumieniu, jakie nadał temu terminowi Beksiński. Z pewnością to bardzo udana płyta, koherentna stylistycznie i przyjemna w odbiorze. Nawet te bardziej chropawe i eksperymentalne fragmenty są dobrze wyważone i nie psują swoistej "noworomantycznej" atmosfery albumu. Dlatego szczególnie lubią ją ci, którzy szukają ciepłego, "romantycznego" brzmienia syntezatorowego. Po latach płyta nie tylko nie straciła nic ze swojego uroku, ale nawet go zyskała. Na pewno tak jest w moich oczach, bo kiedyś nie byłem wielkim fanem "Architecture & Morality" a dzisiaj słucham jej z wielką przyjemnością. [10/10] Andrzej Korasiewicz09.02.2026 r.

Więcej… Orchestral Manoeuvres In The Dark (OMD) ...

Thompson Twins - Into The Gap

4 lutego 2026
294 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • pop
  • 80s

Thompson Twins - Into The Gap1984 Arista 1. Doctor! Doctor!    4:392. You Take Me Up    4:273. Day After Day    3:524. Sister Of Mercy    5:115. No Peace For The Wicked 4:056. The Gap    4:477. Hold Me Now    4:478. Storm On The Sea 5:339. Who Can Stop The Rain 5:46 Thompson Twins to formacja, która nierozerwalnie łączy się z sukcesami nowych brytyjskich grup popowych, które w pierwszej połowie lat 80. zawojowały nie tylko rynek brytyjski, ale rozlały się po całym świecie w ramach nowej "brytyjskiej inwazji". W latach 60. mieliśmy do czynienia z pierwszą brytyjską inwazją, wtedy rocka. W latach 80. nastąpiła druga fala, ale tym razem była to inwazja brytyjskiego popu, w szczególności synth popu. Nie wszystkim grupom udało się podbić rynek amerykański, ale The Thompson Twins to zrobili. Nie udało się to np. Ultravox, który choć miał o wiele większe znaczenie dla historii muzyki popularnej, to w USA zespół nie został w ogóle zauważony. Z tym większym podziwem należy patrzeć na sukces Thompson Twins, który umieścił na amerykańskiej liście Billboardu kilka hitów w top 10. Popularność zespołu w Wielkiej Brytanii i całym świecie była zresztą na podobnym poziomie. Grupa nigdy nie stała się dominatorem list przebojów, ale w latach 1983-1985 należała do ścisłej czołówki. Historia Thompson Twins zaczęła się w 1977 roku w Sheffield, gdzie grupa powstała. Szybko jednak współzałożyciele zespołu z Tomem Baileyem na czele przenieśli się do Londynu i zamieszkali w squattach. Początkowo formacja wykonywała muzykę z pograniczna nowej fali i rocka, co znalazło odzwierciedlenie na debiutanckiej płycie pt. "A Product Of... (Participation)" (1981). Poza głosem Baileya muzyka na albumie niewiele przypomina Thompson Twins, jaki najbardziej kojarzymy. W grupie zachodziło też wiele zmian personalnych, ale już na debiucie gra Joe Leeway, który wraz z Alannah Currie uformują wkrótce najbardziej znany, trzyosobowy skład Thompson Twins. Druga płyta pt. "Set" (1982) przyniosła zalążki nowego stylu Thompson Twins. Pod wpływem popularności grup syntezatorowych, które zalały rynek brytyjski i opanowały listy przebojów, grupa zaczęła korzystać, najpierw nieśmiało, z dobrodziejstwa nowego instrumentarium. Pomagał w tym Thomas Dolby, spec od elektroniki i syntezatorów, który odniósł również sukces solowy dzięki singlom "She Blinded Me with Science" (1982) i "Hyperactive!" (1984). Dolby nie był członkiem Thompson Twins, ale pomógł wprowadzić zespół na ziemię im dotychczas nieznaną. Nie tylko grał na syntezatorach na płycie "Set", ale również wspierał zespół na koncertach. Choć producentem albumu był Steve Lillywhite, do sukcesu komercyjnego było jeszcze daleko. Grupie udało się zaistnieć jedynie dzięki utworowi "In the Name of Love", który w 1982 roku odniósł sukces na amerykańskiej liście hitów tanecznych, ale do top 100 głównego zestawienie Billboardu nagranie nie weszło.  Wszystko zmieniło się w 1983 roku dzięki płycie "Quick Step and Side Kick". Za jej produkcję odpowiadał Alex Sadkin a Thompson Twins w końcu posmakowali sukcesu komercyjnego. Grupa wprowadziła dwa single: "We Are Detective" i "Love on Your Side" do top 10 brytyjskiej listy singli. Nagrania zostały odnotowane również w innych krajach a singiel "Lies" dotarł do top 30 amerykańskiego Billboardu. Jeszcze większy sukces przyszedł wraz z następną, czwartą już w dyskografii, płytą pt. "Into the Gap". To ona okazała się największym osiągnięciem komercyjnym zespołu. Album dotarł na sam szczyt list najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii, w pozostałych krajach odnosząc tylko nieco mniejszy sukces. W dodatku znalazły się na nim single, które przyniosły grupie wielką popularność: "Hold Me Now" dotarł do 3. miejsca amerykańskiego Billboardu, a także list w Australii i Kanadzie oraz 4. pozycji listy brytyjskiej i w Nowej Zelandii. Utwór był również wysoko notowany w innych krajach. Co ciekawe, polskiej Listy przebojów Programu Trzeciego nie zawojował, docierając zaledwie do 22. miejsca. Większym przebojem okazał się utwór "Doctor! Doctor!", ale też nie odniósł wielkiego sukcesu, bo osiągnął zaledwie 13. miejsce listy Trójki. Większym przebojem był za to w Wielkiej Brytanii, gdzie dotarł do 3. miejsca listy sprzedaży singli. W Wielkiej Brytanii największym hitem zespołu okazał się jednak trzeci singiel z płyty pt. "You Take Me Up", który dotarł do 2. miejsca listy przebojów. Polskim największym przebojem grupy był utwór "We Are Detective", pochodzący z poprzedniego albumu "Quick Step and Side Kick", który w 1983 roku osiągnął 3. miejsce na liście Trójki. Te wyliczanki dotyczące miejsc na listach przebojów są jak najbardziej zasadne w przypadku Thompson Twins. Pomijając bardziej alternatywne, wręcz niezależne początki zespołu, grupa celowała w sukces komercyjny i jego osiągnięcie stało się najistotniejszym motywem istnienia Thompson Twins. Muzycy czerpali z tego sukcesu pełnymi garściami pławiąc się w blichtrze zachodniej popkultury połowy lat 80. Gdy jednak muzyka synth pop zaczęła w połowie lat 80. wychodzić z mody, przełożyło się to również na spadek popularności grupy i spowodowało w praktyce zakończenie działalności. Umiarkowany sukces osiągnął kolejny album "Here's to Future Days" (1985), siłą rozpędu na rynku zaistniał jeszcze "Close to the Bone" (1987), ale następne: "Big Trash" (1989), "Queer" (1991) przeszły bez większego echa. W 1993 roku muzycy, którzy pod koniec działali już tylko jako duet Tom Bailey i Alannah Currie, zakończyli działalność pod szyldem Thompson Twins. Zmiana muzyki na bardziej rockową i alternatywno-taneczną nie przyniosła powodzenia. Thompson Twins wcześniej funkcjonował jako jeden z bardziej błyskotliwych gadżetów muzyki pop połowy lat 80. i w innej roli, po osiągniętym sukcesie komercyjnym, grupa nie była wiarygodna. Od 1993 roku Bailey i Currie rozpoczęli działalność pod nazwą Babble grając elektroniczną muzykę taneczną, ale sukcesu Thompson Twins nie powtórzyli.  Warto zatrzymać się też przy samej muzyce Thompson Twins, która na płycie "Into The Gap" osiągnęła swój szczyt nie tylko popularności, ale również perfekcyjnej popowej jakości. Na ten sukces i jakość składały się zgrabne, przebojowe melodie, chwytliwe refreny, miły, nieco nosowy głos Baileya, obfite zastosowanie syntezatorów i wówczas nowoczesna produkcja elektroniczna. Brzmienie ubarwiało użycie przeróżnych instrumentów takich jak: marimba, ksylofon, konga, tabla, harmonijka. Mimo elektronicznej produkcji i syntezatorowej otoczki, w muzyce wyraźnie zaznaczony był pulsujący bas i swoiste funkowe rytmy. To wszystko sprawiało, że ich muzyki słuchało się z przyjemnością i bez uczucia obciachu a jednocześnie była ona oryginalna na tle innych wówczas popularnych grup. Mimo prostoty, muzyka nie była prostacka a inteligentna, wysmakowana produkcja podkreślała, że mamy do czynienia z muzyką pop na najwyższym poziomie. "Into The Gap" to hit na hicie. Spośród dziewięciu utworów aż pięć - "Hold Me Now", "Doctor! Doctor!", "You Take Me Up", "Sister of Mercy", "The Gap" - zostało wydanych na singlu. Dodatkowo "Day After Day" ukazało się jako singiel na... Barbadosie. A przecież "No Peace For The Wicked" i "Who Can Stop The Rain" to nagrania równie przebojowe i chwytliwe. Mnie szczególnie urzeka płynący, niemal transowy "No Peace For The Wicked" z niepozornym, ale jakże chwytliwym refrenem. To jeden z moich ulubionych utworów na "Into The Gap" i nie wiem czemu nie został wydany na singlu. Moim zdaniem stałby się murowanym przebojem. Na sukces według mnie mógłby też liczyć "Who Can Stop The Rain". Jedynie utrzymany w wolniejszym tempie, niemal balladowy "Storm On The Sea" nie jest tak wyrazistą kompozycją jak pozostałe.  "Into The Gap" do dzisiaj nie stracił nic ze swojego uroku. To najlepsza, najbardziej udana pozycja w dyskografii Thompson Twins. Tutaj wszystko się udało. Są przeboje, jest młodzieńcza energia i klimat epoki. W kategorii muzyki pop połowy lat 80. to jedna z bardziej charakterystycznych i uosabiających tamte czasy pozycji. [9.5/10] Andrzej Korasiewicz04.02.2026 r. 

Więcej… Thompson Twins - Into The Gap...

Skinny Puppy - VIVIsectVI

29 stycznia 2026
275 odsłon
Tagi:
  • industrial
  • EBM
  • electro-industrial

Skinny Puppy - VIVIsectVI1988 Nettwerk 1. Dogshit    3:552. VX Gas Attack    5:363. Harsh Stone White    4:294. Human Disease (S.K.U.M.M.)    6:195. Who's Laughing Now?    5:296. Testure    5:077. State Aid    3:558. Hospital Waste    4:389. Fritter (Stella's Home)    3:31 CD bonus: 10. Yes He Ran    6:2811. Punk In Park Zoo's    2:3112. The Second Opinion    4:5913. Funguss    4:06 Wyrzućcie wszystkie płyty Nine Inch Nails jeśli takie macie. Wszystko czego potrzebujecie od życia znajdziecie na wydawnictwach Skinny Puppy a w szczególności na szczytowym osiągnięciu Kanadyjczyków czyli płycie "VIVIsectVI". Czy na pewno szczytowym? Opinii jak zwykle na ten temat jest wiele. Sam kiedyś nie byłem zwolennikiem "VIVIsectVI". Wolałem następną "Rabies", która ma prostszą strukturę i bardziej przemawia do słuchaczy lubiących pospolitą muzykę rockową. A takiej również zawsze słuchałem i nadal słucham. W tym przypadku do "VIVIsectVI" trzeba zwyczajnie dorosnąć. Najwyraźniej u mnie po wielu latach ten proces nastąpił, bo jeśli dzisiaj miałbym wybrać swoją ulubioną płytę z dyskografii Skinny Puppy, to będzie to właśnie "VIVIsectVI". Nie jest to opinia szczególnie oryginalna, bo podzielało ją zawsze wielu słuchaczy i krytyków muzycznych a ja jedynie dołączam do tego grona po latach. Skinny Puppy to jeden z protoplastów electro-industrialu założony w kanadyjskim Vancouver w 1982 roku. Zanim ukazała się "VIVIsectVI" styl Skinny Puppy kształtował się przez kilka lat. Pierwsze epki i płyta "Bites" (1985) to w gruncie rzeczy mroczny synth pop z jęcząco-krzyczącym, "złym" wokalem Ogre'a. Kolejny album "Mind: The Perpetual Intercourse" (1986) to próba grania coraz cięższego, ale tkwiącego nadal raczej w tradycji Front 242 niż Throbbing Gristle. Bardziej dojrzałą propozycją jest album "Cleanse Fold and Manipulate" (1987), na której Skinny Puppy poruszają wiele tematów kontrowersyjnych takich jak: epidemia AIDS, problem stresu pourazowego weteranów wojny w Wietnamie czy seria samobójstw nastolatków w USA. Kanadyjczycy eksplorują same tragiczne i mroczne tematy, nic dziwnego, że muzyka zespołu nie jest wesoła i relaksująca. "Cleanse Fold and Manipulate" nie jest jeszcze muzycznie tak gęsty i przytłaczający jak kolejne albumy grupy, ale jest to wyraźny krok do przodu. Muzykę Skinny Puppy nadal możemy określić mianem mrocznego synth popu z duchem przemysłowym z dodatkiem ambientowych plam. Prawdziwe trzęsienie ziemi przynosi dopiero następny album pt. "VIVIsectVI". Tematami przewodnimi na "VIVIsectVI" stały się prawa zwierząt, użycie broni chemicznej i zanieczyszczenie środowiska. Dzisiaj jesteśmy zewsząd atakowani tymi kwestiami, ale w latach 80. to była cały czas terra incognita dla większości ludzi. W tym sensie, że tematy były marginalne i ignorowane. Skinny Puppy starali się zwrócić uwagę na te problemy a muzyka miała być dosadnym tego świadectwem, rodzajem krzyku, który miał przyciągnąć słuchaczy i zainteresować tą tematyką. Nivek Ogre, który uważał wcześniej eksperymenty na zwierzętach za coś naturalnego, dostrzegł mroczną stronę tego zjawiska. Sam tytuł płyty - "VIVIsectVI" - jest tego unaocznieniem. To swoista gra słów mająca na celu potępienie i skojarzenie wiwisekcji, czyli eksperymentów na zwierzętach z satanizmem. Najważniejsza była jednak muzyka. "VIVIsectVI" to najbardziej konsekwentna propozycja Skinny Puppy spośród  wydawnictw zespołu z lat 80. Nadał słychać tutaj wszystkie dobrodziejstwa "mrocznego synth popu", ale muzyka staje się gęsta i bezkompromisowa. Czuć w niej industrialnego ducha. "VIVIsectVI" jest ciężka muzycznie, ale w pełni elektroniczna, mechaniczna i syntetyczna. Przy całej swojej ciężkości wciąż pojawiają się na niej elementy synth popowe, z pulsującym, chwilami zadziornym syntezatorem basowym jak np. w utworze "Testure" lub "Who's Laughing Now?" czy łagodniejszą melodią graną na syntezatorze w "Harsh Stone White". Dominuje oczywiście instrumentalny hałas, krzyki, jęki oraz zawodzenia Niveka Ogre'a. Ale jeśli tylko fan synth popu przywyknie do charczącego wokalu Ogre'a, to z łatwością dostrzeże, że muzyka Skinny Puppy to często w gruncie rzeczy jedynie industrializowany synth pop. Najłatwiej spostrzec to w chwilach, gdy gęsta struktura industrialna staje się mniej intensywna i do słuchacza dociera klarowniejszy bit oraz rwane, syntezatorowe melodie. W "Human Disease (S.K.U.M.M.)" słychać wręcz taneczny bit automatu perkusyjnego, który wzmacnia, groźna, dudniąca sekwencja syntezatora basowego, co najpełniej objawia się pod koniec czwartej minuty nagrania. Mimo wszystko momenty bardziej uporządkowane są przez cały czas pod presją natłoku sampli i charczenia wokalisty Skinny Puppy. Momenty bardzo intensywne i pozbawione tych przestojów ujawniają się bliżej końca płyty. Już "State Aid" jest groźny, z rwanym, nerwowym bitem, który im bliżej końca nagrania staje się szybszy i intensywniejszy. W "Hospital Waste" charczący wokal Ogra'a ani przez moment nie daje wytchnienia a intensywny, szybki bit automatu perkusyjnego wzmacnia poczucie zagrożenia i szaleństwa. Podstawowe zestawienie wersji winylowej płyty  kończy "Fritter (Stella's Home)", utwór ambientowo-industrialny, w którym wykorzystano m.in. próbki "Lśnienia" Stanleya Kubricka. Napięcie narasta tutaj stopniowo, by przeistoczyć się w szaleństwo i w ten sposób zakończyć album. W wersji CD otrzymujemy jeszcze cztery nagrania dodatkowe. Żeby w pełni docenić "VIVIsectVI" trzeba dokładnie zagłębić się w warstwę instrumentalną płyty. Łatwo wtedy dostrzec, że muzyka nie jest bezładnym hałasem, ale przemyślaną propozycją dźwiękową z wieloma rozwiązaniami charakterystycznymi dla klasycznego electro popu, które skrywają się pod warstwami sampli i krzyków wokalisty. Dla fanów synth pop to będzie zaleta, dla zwolenników awangardy, industrialu i muzyki "improwizowanej" wada. Łatwo domyślić się, że należę do pierwszej grupy.   Po wydaniu "VIVIsectVI" Skinny Puppy wyruszyli w trasę koncertową. Supportem był na niej początkujący zespół o nazwie: Nine Inch Nails (NIN). Posłuchajcie "VIVIsectVI" i porównajcie z pierwszymi płytami NIN, o ile ktoś jeszcze tego nie zrobił. Wtedy przekonacie się komu Trent Reznor powinien postawić pomnik za główną inspirację i kto wyznaczył kierunek muzyczny przyszłego gwiazdora rocka industrialnego. [10/10] Andrzej Korasiewicz29.01.2026 r.

Więcej… Skinny Puppy - VIVIsectVI...

Kirlian Camera - Black Summer Choirs

25 stycznia 2026
216 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • dark wave

Kirlian Camera - Black Summer Choirs2013 Out Of Line 1. Silencing The World    4:242. Black August    4:173. Final Interview 1    0:534. Heavens    4:385. The Fountain Of Clouds    3:416. Final Interview 2    0:327. مادة مظلمة (Materia Oscura)    4:528. Final Interview 3    1:159. Farewell Road    3:2810. My Kids Kill    5:2911. Words    3:5412. Final Interview 4    1:1613. Barren Cornfields    4:4614. Stranger In An Abandoned Station    4:04 Wydana 17 czerwca 2013 roku płyta pt. „Black Summer Choirs” to następne dzieło zespołu po „Nightglory” nagrane dla wytwórni Out Of Line. Tym razem Kirlian Camera powróciło do współpracy z Johnem Freyerem, który w 1988 r. współtworzył z zespołem płytę „Eclipse (Das Schwarze Denkmal)”. Fryer jako inżynier dźwięku lub producent współpracował m.in. z takimi artystami jak: Fad Gadget, Depeche Mode, Yazoo, Cocteau Twins, This Mortail Coil i Clan of Xymox. Teraz miał zająć się miksowaniem muzyki a Elena Alice Fossi jej produkcją. Płyta „Black Summer Choirs” została nagrana w Parmie, Piombino, Berlinie i Oslo. Otwierający płytę „Silencing The World” zagrany w bardzo wolnym rytmie z dominującymi partiami elektronicznych smyczków wprowadza klimat nieuchronności i melancholii. Wokal Fossi czasem intymny, a niekiedy jak głos „z innego wymiaru” zapowiada w nim apokaliptyczną wyprawę. W „Black August” tempo trochę przyśpiesza, a melodia staje się bardziej wyrazista. W gruncie rzeczy jednak piosenka ta jest dość bliska pierwszej pod względem użytych środków. W tekście autorstwa Fossi słyszymy wyznanie człowieka miotającego się w rozpaczy, bo uległ szatanowi. Pomiędzy utworem drugim a trzecim pojawia się pierwszy raz „Final Interview”, czytany przez Lloyda Jamesa na niepokojącym tle dźwiękowym. Lektor w imieniu anonimowej grupy osób (?) mówi, co zamierza zrobić ze światem, a jest to coś kojarzącego się z oczyszczającą zagładą. Płyta zawiera łącznie cztery takie „Ostateczne wywiady” stanowiące łączniki pomiędzy niektórymi utworami nadające jej spójną koncepcję. Czwarta na płycie „Heavens" w stylu electro-house zawiera w całym materiale na płycie najwięcej energii i przebojowego potencjału. Charakteryzuje się intensywnie wykorzystanym efektem side-chainingu, modnym w tym czasie w muzyce klubowej. Kolejna ballada „The Fountain Of Clouds” znów obniża tempo dzięki dyskretnemu akompaniamentowi instrumentów klawiszowych i wiolonczeli w wykonaniu Alessio Rubensa Richarda. Począwszy od niej coraz częściej pobrzmiewa na płycie acoustic darkwave. Powiedziałbym też, że „The Fountain Of Clouds” wyróżnia się o jeden ton mniej pesymistycznym tekstem. Tytuł siódmego utworu z języka arabskiego to „Ciemna materia”. Stanowi on zaskakujące połączenie muzyki europejskiej i arabskiej. Brak struktury typowej piosenki, melizmatyczne prowadzenie melodii wokalnej i bliskowschodnie motywy przy europejskim rytmie są czymś wyjątkowym w twórczości zespołu. Pamiętać jednak trzeba, że znakiem rozpoznawczym Kirlian Camera była od dawna umiejętność zaskakiwania i pozostawania jednocześnie sobą. Spokojna ballada „Farewell Road", zaaranżowana z gitarą akustyczną (Kyoo Nam Rossi) i dyskretnym elektronicznym tłem, ponownie przynosi wytchnienie od apokaliptycznych eksploracji i stanowi jeden z jaśniejszych punktów na płycie. Dziesiąty utwór pt. „My Kids Kill” zaczyna się tak samo ciepło i melodyjnie jak poprzedni, ale po krótkim czasie wraz z pojawiającym się rytmem nabiera mroku i dramatyzmu. Odświeżający swoją innością „Words” to najbardziej wyraźny przejaw acoustic darkwave na tym albumie, kojarzony czasem z neofolkiem. Autorem piosenki jest Ralf Jesek, połowa duetu In My Rosary, który udziela się tutaj zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie razem z Eleną Fossi. Klimat melancholii i wyciszenia powraca w balladzie „Barren Cornfields”. Płytę zamyka instrumentalny, bliski neoklasycyzmowi utwór „Stranger In An Abandoned Station”, jakby ukazujący scenerię zniszczonego świata. Kojarzy się on z innym projektem Bergamini i Fossi o ówczesnej nazwie Stalingrad Valkyrie.  Płytę „Black Summer Choirs” spotkały mieszane opinie, z przewagą tych pozytywnych. Niektórzy narzekali na brak bardziej energetycznych utworów i nadmiar ballad. Inni natomiast przekonywali, że to doskonała fuzja kruchego napięcia, melancholijnego mroku, wspaniałych momentów popowych, filmowych pejzaży dźwiękowych i potężnej elektroniki. Płyta jest udana i dopracowana, miejscami porusza, ale można odnieść wrażenie, że tą drogą Bergamini i Fossi doszli już do końca. Moja ocena: [8/10].  Krzysztof Moskal25.01.2026 r.

Więcej… Kirlian Camera - Black Summer Choirs...

Front Line Assembly - Tactical Neural Implant

25 stycznia 2026
298 odsłon
Tagi:
  • industrial
  • EBM
  • electro-industrial

Front Line Assembly - Tactical Neural Implant1992 Third Mind Records  1. Final Impact    6:022. The Blade    5:533. Mindphaser    5:044. Remorse    5:445. Bio-Mechanic    5:266. Outcast    5:227. Gun    6:198. Lifeline    5:07 Front Line Assembly (FLA), to projekt Billa Leeba, który w 1986 roku odszedł z kanadyjskiego klasyka electro-industrialu Skinny Puppy, z którym krótko współpracował, by pójść własną drogą. Jego pierwsze kroki to rozwinięcie fascynacji muzyką Front 242 czy nawet Kraftwerk. Z czasem jego muzyka nabierała mocy i własnego charakteru. Pierwszym tego przejawem była płyta "Gashed Senses & Crossfire" (1989). Rozwinięcie stylu przyniósł kolejny album "Caustic Grip" (1990) a zwieńczeniem tego rozwoju, swoistą sublimacją, stała się omawiana "Tactical Neural Implant" (1992). To swoista trylogia klasycznego, elektronicznego brzmienia industrialnego Front Line Assembly, które zostało zepsute już na kolejnej płycie "Millennium" (1994). FLA poszedł na niej w kierunku modnego wówczas metalu industrialnego. Zatracił przez to swój urok i stał się przez chwilę jedną z wielu podobnych do siebie formacji metalowo-industrialnych, które wówczas odniosły sukces w kręgu fanów rocka i metalu. Dalsze losy FLA nie są już mi tak bliskie, choć flirt z metalem industrialnym nie był długotrwały i Leeb nagrał pod szyldem Front Line Assembly jeszcze kilka ciekawych płyt, ale nie miały one tak wielkiego znaczenia jak wspomniania trylogia electro-industrialna z lat 1989-1992. Zdania na temat tego, która z tych trzech płyt jest najlepsza są podzielone, ale najczęściej wskazywana jest właśnie "Tactical Neural Implant". Moja opinia jest zgodna w tym przypadku ze zdaniem większości. Na początku lat 90. muzyka grana przez Front Line Assembly, Skinny Puppy, Nitzer Ebb, Godlesh, Ministry, The Young Gods czy Laibach stała się dla mnie jednym z głównych kierunków zainteresowań. Szczególnie właśnie Front Line Assembly był  w pewien sposób rozwinięciem mojej wcześniejszej fascynacji muzyką "new romantic". Wówczas trwałem w procesie porzucania "new romantic" jako muzyki zbyt infantylnej i nie przystającej do moich aktualnych późno nastoletnich potrzeb. W "new romantic", obok melodyjności i przebojowości, bardzo ważnym czynnikiem był element futurystyczny. Wtedy odnalazłem go w muzyce EBM, electro-industrial czy new beat. W dodatku zamiast romantyzmu i niewinności wczesnego synth popu otrzymywałem muzykę, która dawała siłę, moc, napędzała i pomagała przetrwać trud życia w dystopijnej przyszłości, która miała nadejść. "New romantic" nie był mi już do niczego potrzebny, a wręcz wydawał się śmieszny ze swoją naiwnością i słodkością. Przechodziłem wtedy fascynację komiksami science fiction wydawanym przez Fantastykę w serii "Komiks Fantastyka" ze szczególnym uwzględnieniem "Funky Kovala". Uwielbiałem filmy takie jak: "Obcy" czy "Terminator" a ponieważ słuchałem również hc/punka, to odkrycie na przełomie lat 80. i 90. muzyki FLA czy Godflesh stało się dla mnie idealnym łącznikiem między futurystycznymi elementami "new romantic" a agresją i mocą znaną mi z hc/punka. Można powiedzieć, że muzyka, a w szczególności płyta "Tactical Neural Implant" była dla mnie idealnym soundtrackiem do rzeczywistości, którą wtedy chłonąłem intelektualnie a za chwilę miałem w niej żyć jako dorosły. Z czasem okazało się, że ta dystopijna rzeczywistość jakoś nie nadchodzi a otoczenie jest tak dalekie od niej jak to tylko możliwe, co nie znaczy, że jest wesoło i sympatycznie. Lata 90. to w Polsce czas chaosu przemian społeczno-gospodarczych: upadającego przemysłu odziedziczonego po PRL, rozwoju zorganizowanej przestępczości i wysokiego bezrobocia. Kto na początku lat 90. nie "załapał" się na pozytywne aspekty zmian - powstałe nowe firmy, media zatrudniały masowo młodych ludzi, którzy byli w stanie szybko adaptować się do nowej rzeczywistości - ten w drugiej połowie lat 90. znalazł się niemal w beznadziejnym położeniu. Szczególnie w takich ośrodkach jak Łódź, gdzie bezrobocie sięgało dwudziestu pięciu procent. Muzyka Front Line Assembly okazała się nie opisywać adekwatnie otoczenia. Zamiast nowych technologii i zagrożeń z nich wynikających, była stara bieda, zacofanie i brutalność nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. W tych okolicznościach electro-industrial, a przez chwilę w ogóle muzyka, przestały mnie interesować. Do electro-industrialu powróciłem na jakiś czas w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy okazało się, że nurt całkiem ciekawie rozwija się a moja sytuacja życiowa stała się bardziej stabilna. Na tyle, że w 2001 roku założyłem stronę Alternative Pop, na której obok muzyki z lat 80. sporo miejsca poświęcałem electro-industrialowi.  Moje zainteresowanie muzyką około-industrialną w gruncie rzeczy zawsze było jednak powierzchowne. Zafascynowało mnie w niej samo futurystyczne brzmienie i dystopijne elementy electro-industrialu. Korespondowało to z moją fascynacją filmami i komiksami SF, ale nie zagłębiałem się ani w teksty, ani w filozofię industrialu. Na początku lat 90. nie było zresztą wielu możliwości, by to zrobić. Nie było Internetu, nie miałem dostępu do prasy, która bliżej pisała o tym nurcie. Wszystko bazowało na domysłach i na tym co słyszałem w samej muzyce. Gdy w późniejszym czasie bliżej poznałem korzenie industrialu i filozofię, która za nią stoi, to nie zostałem jej sympatykiem. [czytaj artykuł "Industrialny wirus w popkulturze >>]  Mimo wszystko lubię wrócić czasami do płyt, którymi fascynowałem się na początku lat 90., ale i w późniejszym okresie, gdy już istniał serwis Alternative Pop. Jedną z nich jest z pewnością "Tactical Neural Implant". "Tactical Neural Implant" można uznać za swoiste opus magnum nie tylko FLA, ale electro-industrialu w ogóle. Całkowicie elektroniczne brzmienie opiera się na wielu warstwach sampli, monotonnym i jednorodnym bicie, przesterowanych wokalach a przy tym jest tu sporo melodii. W porównaniu do wcześniejszych płyt FLA tych melodii jest nawet więcej, a do tego obok zniekształconego, charczącego wokalu mamy również zastosowanie wokodera, co przynosi efekt łagodzący brzmienie. W efekcie "Tactical Neural Implant" może się okazać płytą przystępniejszą dla tych, którzy nie lubią ciężkiego, posępnego brzmienia industrialnego. To nie znaczy, że takiego tutaj nie ma, ale na tle innych produkcji FLA, nie wspominając o takim electro-industrialnym walcu jak Skinny Puppy, brzmienie na "Tactical Neural Implant" wydaje się łagodniejsze i bardziej wysublimowane. Na płycie znajduje się jeden z najsłynniejszych utworów electro-industrialu: „Mindphaser”, który w kwietniu 1992 roku został wydany na singlu. Nakręcony do niego teledysk był grany w MTV. W wideo wykorzystano fragmenty japońskiego filmu science fiction "Gunhed", którego akcja rozgrywa się w roku 2038. Światem rządzą superkomputery zasilane rzadkim pierwiastkiem Texmexium. Sztuczna inteligencja o nazwie Kyron-5, stworzona przez Cybortech Company i stacjonująca na odizolowanej wyspie 8JO, zbuntowała się przeciwko ludzkości, wywołując niszczycielską wojnę. GUNHED (Gun Unit of Heavy Eliminate Device – Jednostka Ciężkich Urządzeń Eliminujących) to wyspecjalizowany batalion, który został wysłany, aby ją unieszkodliwić. To kwintesencja tego jak wówczas postrzegałem muzykę FLA. Do roku 2038 jeszcze mamy dwanaście lat. Oby film nie okazał się proroczy, bo wiele wskazuje na to, że w 2026 roku jesteśmy w miejscu, które może nas wprowadzić na tę ścieżkę. Muzyka Front Line Assembly może ponownie stać się soundtrackiem, tym razem nie do filmów i komiksów, ale do realnego życia.  Mimo upływu 34 lat od wydania "Tactical Neural Implant", muzyka FLA nie traci wiele ze swojej mocy i jakości. Współcześni naśladowcy klasyków electro-industrialu bywają bardziej hałaśliwi i "źli", ale w swojej twórczości nie dorastają im do pięt. Dla kogoś kto chce poznać electro-industrial to najlepsze wprowadzenie a jednocześnie uosobienie tej muzyki. W kategoriach electro-industrialu ocena może być tylko jedna: [10/10] Andrzej Korasiewicz25.01.2026 r.

Więcej… Front Line Assembly - Tactical Neural Im...

Azyl P. - Nalot

17 stycznia 2026
372 odsłon
Tagi:
  • hard rock
  • 80s
  • glam rock

Azyl P. - Nalot1986/2012 Klub Płytowy Razem/Polskie Radio LP 1986 1. Już lecą 3:372. Marzenie żółwia (Ucieczka z więzienia) 3:023. Już nie mogę 2:294. Nocne zjawy 3:395. Zwiędłe kwiaty 4:226. Nasz jedyny świat 3:387. Och alleluja 3:418. Praca i dom 3:289. Daj mi swój znak 4:2610. Tysiąc Planet 4:5111. Rock 'n' roll biznes 3:24 bonus CD 2012 12. Chyba umieram (1983)4:1813. Twoje życie (1983) 5:4014. Och Lila (1983) 3:2015. Kara śmierci (1983) 4:1916. Nic więcej mi nie trzeba (1985) 3:1817. I znowu koncert (1985) 3:3018. Mała Maggie (1984) 2:25 Ostatnio kilkukrotnie polecałem sięgnięcie po wydania winylowe starych, klasycznych płyt zamiast słuchania wersji kompaktowej (patrz recenzja Lombardu [czytaj recenzję >>]). Tym razem zachęcam do słuchania wydania kompaktowego, co nie znaczy, że nie będzie krytycznie i o nim, choć nie o jego zawartości muzycznej. Zacznę jednak od wyjaśnienia jak to się stało, że o muzyce Azyl P. piszę na stronie "Alternativepop.pl - Magazyn Autorów". To przecież prosty rock'n'roll w glam rockowym wydaniu. Można napisać, że Azyl P. to taki polski Slade. Zero elektroniki i syntezatorów. Slade wprawdzie sięgnął w latach 80. po syntezatory i elektornikę, ale mam na myśli Slade z lat 70. A jednak, mimo grania surowego rock'n'rolla, który nie jest tematyką często poruszaną na stronie, nie potrafię przejść obojętnie obok wspomnień, które wiążą się u mnie z Azylem P. I wcale nie chodzi mi tylko o super hit "Mała Maggie". Bardzo go lubiłem, ale najwięcej wspomnień mam związanych z singlami Tonpresu: "Twoje życie"/"Chyba umieram" (1983) i "Och, Lila"/"Kara śmierci", które w połowie lat 80. "wałkowałem" bardzo namiętnie. Szczególnie uwielbiałem utwory: "Chyba umieram" i "Kara śmierci". Ten pierwszy rozpoczyna się od orientalnej instrumentacji z głównym motywem granym na gitarze najpierw basowej a następnie rytmicznej, dzięki czemu czujemy się jak na Bliskim Wschodzie. Motyw powraca w trakcie utworu, któremu ton nadaje dynamiczny rytm wybijany na perkusji wsparty dudnieniem basu a także ekspresyjny śpiew Andrzej Siewierskiego:  "Pustynia bez końca i niebo bez chmurPustynia przeklęta ja na niej jak szczurBłagając o pomoc padam na twarzPustynia gorąca i ten zimny wiatr Chyba umieramChyba umieram! Pustynia bez serca litości w niej brakPustynia bez piasku ja na niej jak wrakPustynia bez wyjścia me oczy we mglePustynia przeklęta zalewa mnie krew Chyba umieramChyba umieram!" Już nie pamiętam ile razy zdarłem gardło przy śpiewaniu frazy "Chyba umieram"! "Kara śmierci" z kolei to ballada, którą z wyczuciem, ale i mocą śpiewa Siewierski: "Już za chwilę, już prowadzą mnieKat i topór, z dala widzę goJuż za chwilę, ludzie, brońcie mnieNie chcę oddać katu głowy mej Tak bardzo chciałbym zostać tu (Ooo)Jak zawsze znów zobaczyć Cię (Ooo)Tak bardzo chciałbym zostać tu (Ooo)Ach nie wiem, chyba będzie źle (Ooo)" Prosty tekst, niby nic wielkiego, ale tutaj również swego czasu zużyłem trochę energii przy śpiewaniu "Ooo". Na pewno mocy i smaku tej balladzie, poza wokalem Siewierskiego, dodaje mocna gitarowa solówka ówczesnego gitarzysty zespołu Leszka Żelichowskiego. Następnym świetnym numerem Azylu P. jest "Och, Lila". W tym przypadku również główną zaletą jest prostota przekazu, chwytliwy refren i śpiew Siewierskiego, bez którego Azyl P. nie miałby siły, którą miał. Mogę to tylko porównać do tego, co dla Oddziału Zamkniętego znaczył Krzysztof Jaryczewski. Bez jego śpiewu te same utwory OZ nie byłyby takie same. Identycznie jest z Azylem P. Bez niego Azyl P. nie byłbym Azylem P. Czyli wielką nadzieją polskiego rocka połowy lat 80., której jednak nie spełnił. "Mała Maggie" (1984), która ukazała się na składance "Sztuka latania" była szczytem popularności Azylu i jednocześnie początkiem zmierzchu zespołu. Wszystkie wymienione utwory cieszyły się wielką popularnością na Liście przebojów Trójki a "Mała Maggie" była hitem ogólnopolskim, podobnym jeśli chodzi o zasięg do "Mniej niż zero" czy "Szklanej pogody". "Chyba umieram" pod koniec 1983 roku osiągnęło 6. pozycję na liście Trójki, "Och, Lila" w czerwcu 1984 roku dotarła do 3. miejsca, "Mała Maggie" w sierpniu otarła się o pierwsze miejsce, ustępując jedynie "Skórze" Aya Rl. "Kara śmierci" w styczniu 1985 roku osiągnęła już tylko 10. miejsce a później było już tylko gorzej.  W 1985 roku ukazał się nakładem Klubu Płytowego Razem album "Live" a także następny singiel wydany przez Tonpressu "I znowu koncert"/"Nic więcej mi nie trzeba". Płyta "Live", podobnie jak inne wydawnictwa Klubu Płytowego Razem, była wydana w niskim nakładzie i dostępna jedynie dla członków klubu. W praktyce większość słuchaczy nie miała dostępu do tych wydawnictw. Oba utwory z singla: "I znowu koncert" i "Nic więcej mi nie trzeba" były odnotowane jeszcze na liście Trójki, ale na niskich pozycjach (odpowiednio: 29. i 31. miejsce). Popularność Azylu P. gasła. Pierwszy i jak się później okazało jedyny studyjny album Azylu pt. "Nalot" ukazał się w 1986 roku, gdy grupa zbliżała się już do końca swojej aktywności. W dodatku płyta ponownie została wydana nakładem Klubu Płytowego Razem, czyli w praktyce była niedostępna na rynku.  To już był koniec zespołu, który w 1986 roku zawiesił działalność. Dalsze losy zespołu i członków grupy były bardzo różne. Najlepiej poradził sobie drugi gitarzysta Azylu P. Jacek "Perkoz" Perkowski, który odniósł sukces w branży muzycznej stając się m.in. wieloletnim gitarzystą T.Love. Wokalista Andrzej Siewierski zmarł tragicznie w 2007 roku rzucając się pod pociąg. Basista Dariusz Grudzień stał się depozytariuszem dziedzictwa Azylu P. i po 2015 roku wznowił działalność grupy z nowym wokalistą (obecnie jest nim Maciej Silski). Płyta "Nalot" zawiera prosty rock'n'roll podobny do wcześniej znanych nagrań z singli. To solidny album, który na pewno spodoba się miłośnikom hard rocka i glam rocka. Pochodzące z niego utwory nie odniosły jednak już sukcesu w latach 80. Swoistym "świętym Graalem" stały się za to przeboje singlowe Azylu P. i "Mała Maggie", które aż do początku XXI wieku dostępne były tylko na winylowych singlach, winylowej składance "Sztuka latania" ("Mała Maggie") oraz w wersjach koncertowych na winylowej płycie Azylu "Live". Gdy w 2004 roku Siewierski i Grudzień postanowili wznowić działalność Azylu P. ukazało się pierwsze wydawnictwo Azylu P. na CD pt. "Życie na topie 1983-1988". Na składance brakowało jednak nagrania "Chyba umieram". Ten brak został naprawiony w 2012 roku, gdy Polskie Radio wznowiło, po raz pierwszy na CD, płytę "Nalot". Oprócz jedenastu nagrań z oryginalnego winyla, jako bonusy znalazły się na tym wydawnictwie wszystkie kompozycje singlowe Azylu P. oraz hit "Mała Maggie". Właśnie z tego powodu polecam sięgnięcie po "Nalot" w wersji CD. Dla mnie najważniejsze z tego wydawnictwa są właśnie nagrania dodatkowe. Samej płycie "Nalot" również niczego nie brakuje i powinna przypaść do gustu miłośnikom takich brzmień. U mnie jednak, w przeciwieństwie do nagrań singlowych, przy słuchaniu podstawowego zestawu nie występują żadne ciarki.  Minusem wydania kompaktowego jest słaba jakość edytorska wydawnictwa. Skromny, otwierany kartonik do którego wepchnięto płytę jest sporym zawodem. Brakuje tutaj książeczki zawierającej więcej informacji o muzyce i samym zespole. Na okładce, poza listą samych utworów, rokiem ich wydania oraz nazwiskami autorów nie ma żadnych innych danych. Brakuje nawet informacji z jakich wydawnictw pochodzą bonusy. Mimo wszystko warto sięgnąć po "Nalot" na CD. [8/10] Andrzej Korasiewicz17.01.2026 r.

Więcej… Azyl P. - Nalot...

Lombard - Szara maść

15 stycznia 2026
632 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • pop
  • 80s

Lombard - Szara maść1984 Savitor str. A A1. Stan gotowościA2. Plaża fokA3. Bezcieleśni - bezszelestniA4. Darwiniści str. B B1. Wąwóz KoloradoB2. Czeski filmB3. Szara maśćB4. EKG Lombard to zespół, który został stworzony przez macherów peerelowskiego "show-biznesu" a nie z chęci wyartykułowania buntu jego twórców, jak miało to miejsce w przypadku większości grup rockowych. Poznańska formacja powstała w 1979 roku, bo uczniowie Studia Sztuki Estradowej chcieli ćwiczyć i prezentować zdobyte w tej szkole umiejętności wokalne. Wykonywali ogólnie rozumianą muzykę rozrywkową. Najpierw nazywali się Vist, a w skład formacji wchodzili m.in.: Grzegorz Stróżniak, Małgorzata Ostrowska i Wanda Kwietniewska. Na przełomie 1980 i 1981 roku menedżerem grupy został Piotr Niewiarowski, który postanowił nadać zespołowi charakter bardziej rockowy. Vist przekształcił się w Rock Vist Band, następnie w Skandal, a w 1981 roku w Lombard. To był czas, gdy polska publiczność chciała słuchać polskiego rocka. Wtedy narodziła się gwiazda Maanamu, sukces odniósł Perfect i rozpoczął się właśnie boom na polski rock. Idealnie w ten moment wpasował się zespół Lombard.  Niestety, przez chwilę wszystko wyhamowało, gdy 13.12.1981 roku komunistyczna władza wprowadziła stan wojenny, który poza brutalną pacyfikacją protestów robotniczych i wieloma niedogodnościami życia codziennego dla wszystkich Polaków, oznaczał również zakaz organizowania imprez masowych oraz ograniczenie treści rozrywkowych prezentowanych w mediach (m.in. zamknięto Trójkę). Władza "ludowa" już po kilku miesiącach starała się "normalizować" sytuację w PRL i powoli, jeszcze podczas formalnie trwającego stanu wojennego, zaczęła przywracać przejawy normalnego życia. W kwietniu 1982 roku wznowił nadawanie Program Trzeci Polskiego Radia. W tym samym miesiącu uruchomiono Listę Przebojów Programu Trzeciego i to ona stała się impulsem dla dalszego rozwoju popularności polskich grup rockowych. Skorzystał na tym również zespół Lombard, który już w pierwszym notowaniu listy umieścił dwa utwory: "O jeden dreszcz" na trzynastym miejscu i "Droga pani z TV" w poczekalni. Oba nagrania nie odniosły wielkiego sukcesu. Dopiero trzeci hit na liście: "Ostatni taniec" dotarł do drugiego miejsca. Największy sukces przyszedł jednak w 1983 roku, gdy na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zespół zdobył Nagrodę Publiczności, a Grzegorz Stróżniak otrzymał II nagrodę w konkursie Jury za kompozycję „Szklana pogoda” (I nagrody wówczas nie przyznano). Wtedy wszyscy śpiewali "Szklana pogoda". To był bezapelacyjny, ogólnopolski hit, który wtedy każdy śpiewał, choć na liście Trójki osiągnął "zaledwie" trzecie miejsce, by po sześciu tygodniach spaść z listy. Do dzisiaj trudno mi uwierzyć, że odbyło się to bez jakiś sugestii z "góry", bo tekst nagrania był krytyką nadmiernego zaangażowania w percepcję treści płynących z telewizji, co ówczesnej władzy mogło nie być na rękę. Ale nie mam żadnej pewności, ani na to dowodów. Mimo już dwóch lat działalności i wylansowania kilku hitów a także tego, że w 1982 roku Lombard zarejestrował materiał na debiutancki album pt. "Śmierć dyskotece!", ten ukazał się dopiero w 1983 roku już po sukcesie odniesionym na festiwalu w Opolu. Najbardziej kuriozalne jednak było to, że niemal w tym samym czasie ukazał się drugi album Lombardu zawierający nagrania koncertowe pt. "Live". W kolejnym roku, 1984 zespół miał już na koncie dwa kolejne albumy "Wolne od cła", wydane w ograniczonym nakładzie przez Klub Płytowy Razem oraz "Szarą maść". Ta druga przyniosła grupie pierwszy numer jeden na liście Trójki pt. "Stan gotowości", który przez trzy tygodnie utrzymywał się na pierwszym miejscu.  Lombard, który na debiutanckiej płycie prezentował się bardzo eklektycznie, w 1984 roku miał już ukształtowane, charakterystyczne brzmienie. Z formacji odeszła Wanda Kwietniewska, która założyła Bandę i Wandę a pozostali w niej Stróżniak i Ostrowski wraz z instrumentalistami: gitarzystą Piotrem Zanderem, basistą Zbigniewem Forysiem oraz perkusistą Przemysław Pahlem, choć na płycie "Szara maść" na perkusji gra Włodzimierz Kempf. Lombard łączył rockową ekspresję, którą tworzyła mocna, hard rockowa gitara Zandera i dynamiczna gra na tradycyjnej perkusji, z wyrazistymi, często dominującymi syntezatorami obsługiwanymi przez Stróżniaka. Do tego dochodził ekspresyjny śpiew Ostrowskiej i dodający klimatu wokal Stróżniaka. Na płycie "Szara maść" Foryś obsługiwał dodatkowo instrumenty klawiszowe, które generowały syntetyczne basy.  "Szara maść" prezentuje Lombard w zwartej koncepcji artystycznej, w której poszczególne utwory łączą się ze sobą efektami dźwiękowymi. Wszystko zaczynają odgłosy otoczenia - melodyjka z zegarka elektronicznego, dźwięki ulicy, kroki przechodniów, dźwięki przejeżdżających samochodów, syreny. Następnie wchodzi mocny basowy riff syntezatorowy, poprawiony w kontrze przez wyrazistą, ale bardziej przestrzenną partię syntezatorową. Za chwilę pojawia się mocny bit klasycznej perkusji oraz ostra, hard rockowa gitara. Te składowe - mocne, wyraziste syntezatory połączone z rockowymi riffami gitarowymi oraz dynamiczną perkusją są znakiem rozpoznawczym Lombardu w połowie lat 80. Ten cały wykwitny początek płyty prowadzi nas do wspomnianego największego hitu z "Szarej maści", czyli nagrania "Stan gotowości". Kompozycja śpiewana jest równie mocno i dynamicznie na spółkę przez Ostrowską i Stróżniaka. Syntezatory brzmią bardzo prosto, drapieżnie, dynamicznie i bardzo rockowo, wręcz agresywnie. Nawet partie przestrzenne nie mają w sobie nic z sentymentalizmu czy romantyczności. Dla niektórych to będzie brzmienie prostackie, dla mnie proste środki wyrazu doskonale oddaję energię, którą odkryli w sobie adepci piosenki estradowej.  Do "Plaży fok" wprowadzają odgłosy wychodzenia z bloku, przesuwane drzwi, kroki, śpiew ptaków po wyjściu na dwór. Wokal Ostrowskiej, choć śpiewa o wydawałoby się romantycznej "plaży fok" jest energetyczny i drapieżny, podobnie jak sekcja rytmiczna i gitarowe riffy Zandera. Syntezatory tylko podkręcają dynamikę i nie są romantycznym kontrastem dla rockowej dynamiki. "Plaża fok" płynnie przechodzi w "Bezcieleśni - bezszelestni" śpiewanym przez Stróżniaka. Utwór zbudowany jest według podobnego schematu jak pozostałe nagrania na płycie. Pulsujący bas syntezatorowy jest wręcz agresywny, przestrzenne partie klawiszowe w tle w niewielkim stopniu łagodzą pędzący rytm nagrania. Choć Stróżniak początkowo śpiewa delikatniej, to nie trwa do długo, bo i on pokazuje, że potrafi być ekspresyjny. Jeszcze większą petardą okazuje się kończący stronę A utwór "Darwiniści", który rozpoczyna demoniczny śmiech a następnie porywa nas pulsujący bas syntezatorowy, za którym ledwo nadąża rytm perkusji. Po nagraniu następuje jedyna przerwa na płycie, która zmusza nas do przerzucenia krążka na drugą stronę.  Na stronie B czeka już na nas "Wąwóz Kolorado" rozpoczynający się od dwóch konkurujących ze sobą motywów syntezatorowych - jednostajnego, monotonnego, basowego i wirująco-świdrującego, który po obniżeniu tonu znika w dźwiękach perkusji i śpiewie Ostrowskiej oraz kolejnym strzale syntezatorowym. Przez nagranie przewija się też katarynkowa melodyjka syntezatorowa oraz atakują znikające riffy gitary Zandera. Przed "Czeskim filmem" mamy odgłosy zmywania naczyń, robienia herbaty, włączania dziennika telewizyjnego, kaszlu a następnie wybucha basowy motyw syntezatorowy, na który nałożona jest druga, równie dynamiczna i pulsująca partia syntezatorowa. Wszystko kończy się melodią rzeczywiście kojarzącą się z czeskim filmem. Większe wytchnienie przychodzi dopiero, gdy zbliżamy się do końca płyty. Tytułowa "Szara maść" utrzymana jest w wolniejszym tempie i gdy wydaje się, że będziemy mieć do czynienia z balladą, to już po chwili dynamika zaczyna wzrastać. Atakowani jesteśmy mocnymi riffami gitary Zandera oraz ekspresyjnym śpiewem Stróżniaka. Nastrój i dynamika nagrania jednak faluje, ale o rockowym charakterze nie pozwala zapomnieć gitarowa solówka Zandera. Prawdziwe uspokojenie przychodzi wraz z zamykającym płytę utworem instrumentalnym pt. "EKG". Skupia swoją uwagę na grze syntezatorów i melodiach granych na nich przez Stróżniaka. To przywołuje chwilami klimat muzyki Jean Michela Jarre'a albo naszego rodzimego Marka Bilińskiego.  Płyty "Szara maść" należy słuchać wyłącznie w wersji winylowej. Album, jak większość innych Lombardu, nie jest dostępny w streamingach. Wersja CD też jest trudno dostępna, bo Stróżniak i Ostrowska nie mogą dojść do porozumienia w sprawie reedycji płyt Lombardu (ani w żadnej innej sprawie). Ale może to i lepiej. Na jedynym dotychczasowym wydaniu CD (2000, Koch International) popełniono zbrodnię artystyczną usuwając z niej wszystkie odgłosy i dźwięki łączące poszczególne utwory znane z pierwotnego winyla. Bez nich album jest niepełnowartościowy i prawdziwie kastruje zamysł twórców. "Szara maść" w pierwotnej wersji to rodzaj koncept albumu i tylko w takiej warto sięgać po tę muzykę. Warto dodać, że autorem wszystkich tekstów, które w istotny sposób uzupełniają koncepcję płyty opisując szarą rzeczywistość peerelowskiego blokowiska, jest Jacek Skubikowski. Muzyka Lombardu mimo że jest prosta, to jednak ma w sobie wielką moc. Siłą jest na pewno jakość kompozycji, ciekawa ogólna koncepcja albumu a także specyficzne i charakterystyczne dla zespołu brzmienie synth-rockowe. Wrażenie robią też wielka ekspresja i zaangażowanie samych wykonawców. Proste środki, jakie zastosowano przy tworzeniu i nagrywaniu płyty w połączeniu z dynamiką instrumentalną i zaangażowaniem muzyków dają efekt piorunujący. Płyta "Szara maść" jest moim zdaniem szczytowym osiągnięciem grupy, choć następny album: "Anatomia" wcale nie jest gorszy. "Szara maść" na zawsze pozostanie dla mniej jedną z bardziej wyjątkowych płyt w historii polskiego rocka. [9/10] Andrzej Korasiewicz15.01.2026 r.

Więcej… Lombard - Szara maść...

Armia - Czas i byt

10 stycznia 2026
357 odsłon
Tagi:
  • punk
  • post-punk
  • alternative rock

Armia - Czas i byt1992/1993 SPV Poland 1. W niczyjej sprawie    2:412. Archanioły i ludzie    3:063. Sędziowie    2:174. Nigdzie teraz tutaj    3:025. Wojny bez łez    2:596. Krótka forma czadowa    2:377. Aguirre  6:108. Niewidzialna armia 1 + 2    5:039. Podróż na wschód    3:3710. Exodus    5:0511. Trzy znaki    1:5412. Święto rewolucji    2:5713. Niezwyciężony    3:32 bonus CD 1993 14. Sygnał    0:1215. Wiatr wieje tam gdzie chce    2:0116. Hej szara wiara    1:4317. Zostaw to    4:04 "Czas i byt" to album szczególny w dyskografii Armii, ale nie dlatego, że jest jakimś wyjątkowym i wybitnym osiągnięciem artystycznym. To nie znaczy, że dzisiaj w takich kategoriach również nie można go rozpatrywać. Gdy jednak ukazał się na przełomie 1992 i 1993 roku, był dla mnie zawodem. Wtedy nie rozumiałem po co taka płyta powstała. Większość materiału stanowiły ponownie nagrane utwory z pierwszej płyty, singli ("Aguirre", "Trzy znaki") oraz inne starsze kompozycje, które nie zmieściły się na dwa pierwsze wydawnictwa ("Niezwyciężony", "Podróż na wschód" - oba stanowiły bonusy do "Legendy" [czytaj recenzję >>]). Oprócz tego był nowy, świetny według mnie numer "Archanioły i ludzie" (tekst na podstawie wiersza Józefa Czechowicza „Przemiany”) a także drugi, instrumentalny pt. "Krótka forma czadowa" oraz studyjna wersja coveru Boba Marleya "Exodus", znana  z koncertowej płyty "Exodus", wydanej w tym samym 1992 roku. Płyty "Czas i byt" słuchało się całkiem dobrze, ale wtedy nie rozumiałem sensu nagrywania ponownie znanych mi już wcześniej nagrań. W dodatku niektóre ("Aguirre"!) brzmiały gorzej od wersji pierwotnych. Czekałem na następcę genialnej "Legendy" (1991) a zamiast tego otrzymałem zbiór nagrań poddanych recyklingowi.  W 1993 roku nie wiedziałem jednak, że "Czas i byt" będzie ostatnią płytą klasycznej Armii z Robertem Brylewskim, nagrywaną w dodatku w kultowym studiu Złota Skała. Wówczas mieściło się ono już nie na mazurskiej wsi, ale w pomieszczeniu warszawskiego klubu „Riviera-Remont”. Nie wiedziałem też, że brzmienie debiutanckiej płyty Armii (1987) zostało zmasakrowane przez Pronit i muzycy chcieli poprawić tę wpadkę, dzięki ponownemu nagraniu niektórych utworów i wydaniu w lepszej jakości. Przyznam, że debiutancka płyta, którą miałem na winylu rzeczywiście brzmiała jakoś cicho i dziwnie. Nigdy jednak nie należałem do audiofili, szczególnie, że mówimy o muzyce rockowej, a nie kompozycjach Chopina. W zupełności wystarczyło mi odpowiednie "podkręcenie" potencjometru "volume", dodanie na maks basu i "dało się" tego słuchać :). Oczywiście dzisiaj doceniam naprawienie brzmienia debiutanckiej płyty Armii na kompaktowych reedycjach po 1999 roku. Ale w 1993 roku ponowne nagrywanie materiału z debiutu i wydanie go w postaci, niby nowej, ale jednak nie całkiem nowej płyty pt. "Czas i byt" było dla mnie pomysłem złym. Chciałem więcej nagrań w rodzaju "Archanioły i ludzie" a nie odgrzewanych kotletów.  Mój negatywny stosunek do albumu "Czas i byt" wzmocnił się tylko, gdy światło dzienne ujrzał następnym album Armii z premierowym materiałem. Płyta "Triodantne" odrzuciła mnie po pierwszym przesłuchaniu. I nie chodziło mi o chrześcijańskie przesłanie wydawnictwa, bo sam też szedłem w tym kierunku, ale o brzmienie samej muzyki. To nie miało wiele wspólnego z Armią, którą pokochałem na dwóch pierwszych płytach! Zamiast uduchowionego punk rocka z indiańsko-mistyczną otoczką, otrzymałem jakieś ciężkie, metalowe riffy tworzące ociężałą muzykę idącą w kierunku progresywnego punk-metalu. Do dzisiaj nie jest mi po drodze z "Triodante", choć doceniam próbę wymyślenia się na nowo po odejściu z zespołu Roberta Brylewskiego.  Na "Czas i byt" patrzę dzisiaj właśnie z powyższej perspektywy. Po latach, gdy słucham płyty bez kontekstu oczekiwania na następcę "Legendy" i wiem co wydarzyło się muzycznie dalej z Armią, znacznie bardziej doceniam "Czas i byt". To przecież najlepszy muzyczny okres Armii. Są tutaj dwa świetne nowe numery i cover "Exodusu". Pozostałe nagrania traktuję jak raz lepsze, raz gorsze auto covery. Ale to, co jest największą zaletą albumu, to obecność na niej charakterystycznej, gitarowej ściany dźwięku Roberta Brylewskiego i klimat, który jest tym samym charakterystycznym staro-armijnym klimatem znanym z "Legendy".  Piszę o płycie, ale wydawnictwo najpierw ukazało się na kasecie, a dopiero rok później, wzbogacone o cztery nagrania dodatkowe, w formacie CD. Sprzedaż płyt CD była wtedy w Polsce nadal w powijakach. Płyty winylowe przestały się ukazywać a podstawowym formatem wydawniczym stały się kasety. Dlatego "Czas i byt" najpierw ukazał się na kasecie (prawdopodobnie jeszcze w 1992 roku), później na CD (1993) a na winylu dopiero po latach (2020), gdy winyl z powrotem stał się popularny wśród kolekcjonerów. Dzisiaj bardzo lubię wracać do "Czasu i bytu". Moje dawne krytyczne spojrzenie na to wydawnictwo uleciało wraz z upływem czasu. Pozostała jedynie rozkosz obcowania z oryginalnym brzmieniem Armii, do którego nigdy nie udało się zespołowi wrócić. To nie znaczy, że nie cenię niektórych późniejszych wydawnictw zespołu, ale tego specyficznego brzmienia pierwotnej Armii nic nie przebije. A ono tutaj jest. Dlatego po latach "Czas i byt" oceniam wysoko. [9/10] Andrzej Korasiewicz10.01.2026 r.

Więcej… Armia - Czas i byt...

Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent

4 stycznia 2026
437 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • pop
  • 80s
Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent 2019 GAD Records    CD    1. Siłą rzeczy 4:55 2. Stutonowy walec 4:42 3. Ostatni Remanent 3:25 4. Rock - Gimnastyka 2:39   niepublikowane nagrania radiowe (1982)   5. Smutne ZOO 4:53 6. Lata rozstania 3:30 7. Hej, nie daj się! 4:37   niepublikowane nagrania radiowe (1983)   8. Na drzewie 3:15 9. Biały szron 3:50   nieopublikowany SP (1983)   10. Romantyczna gra 4:35 11. Więcej sexu! 3:35   oryginalnie wydano na SP Tonpress S-505 (1984)   12. Znowu mam luz 3:49 13. Wszystko zacznij jeszcze raz 3:44   oryginalnie wydano na SP Tonpress S-598 (1985)   14. Podwodne reggae 15. Introdukcja 16. Czyha strach 17. Związani razem 18. Dzikie palmy 19. Mijanka 20. Bujam się   niepublikowane nagrania z prób (1982-86)   DVD   1. Stutonowy walec 2. Romantyczna gra 3. Znowu mam luz   teledyski, Telewizyjna Lista Przebojów, 1982-86   4. Więcej sexu!   „Przeboje Dwójki - wydanie sylwestrowe”, 1984   5. Więcej sexu! 6. Romantyczna gra   „Konkurs Tańca Disco”, emisja 15.03.1985   Zoo to formacja, którą darzę wielkim sentymentem. W 1984 roku, gdy na Liście przebojów Trójki usłyszałem utwory: "Na Drzewie" i "Romantyczna Gra" byłem nimi zachwycony. Moją uwagę zwrócił szczególnie ten drugi numer, bo sugerował, że mamy do czynienia z polskim odpowiednikiem muzyki "new romantic". Niestety, o grupie Zoo szybko słuch zaginął a jedynymi śladami jego działalności zostały dwa single i nagrania radiowe. Nic dziwnego, że gdy kilka lat temu pojawiły się informacje, że GAD przymierza się do wydania płyty zbierającej całą dostępną twórczość Zoo poczułem niemała ekscytację. W końcu! Wiedziałem, że początki zespołu odbiegały od tego za co polubiłem Zoo. W dodatku materiału, który pozostał po zespole nie może być wiele. Mimo wszystko łudziłem się, że może jednak było jeszcze kilka nagrań podobnych do "Romantycznej gry", które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Częściowo te nadzieje spełniły się. Płyta "Ostatni remanent" pokazała jednak przede wszystkim to, że grupa Zoo to swoista efemeryda, która nie wypracowała własnego stylu. Mimo krótkiego okresu działalności (1982-1985) na każdym jej etapie brzmiała inaczej, niemal jak inny zespół o odmiennej stylistyce.   Płytę rozpoczynają cztery nagrania śpiewane przez Stanisława Wenglorza. Ten utalentowany wokalista zaliczył w latach 70. epizody współpracy m.in. ze Skaldami i Budką Suflera, śpiewał też jazz oraz był wokalistą bigbitowej grupy Wiślanie 69. Nic dziwnego, że utwory Zoo śpiewane przez niego to propozycja dla miłośników tradycyjnego pop rocka, a nie dla fanów "new romantic". Nagranie "Stutonowy walec" zaistniało w listopadzie 1982 roku pod szyldem Stanisław Wenglorz i Zoo na Liście przebojów Trójki. Trzy kolejne utwory zaśpiewane przez Iwonę Trzaskowską, najbardziej znaną z późniejszego przeboju "Na twojej orbicie" Mad Money, mają już bardziej nowoczesny charakter. To również pop rock, ale przebijają się w nim w większym stopniu keyboardy. A przynajmniej tak jest w nagraniu "Smutne ZOO" i trochę w funkującym "Lata rozstania". "Smutne ZOO" w sierpniu 1983 roku trafiło na dwa tygodnie do top 30 Listy przebojów Trójki. Ta melancholijna ballada popowa przypomina w pewnym stopniu wspomniane "Na twojej orbicie". Trzeci utwór śpiewany przez Trzaskowską pt. "Hej, Nie Daj Się!" niestety można zestawić z bezpłciową twórczością niektórych gwiazd ówczesnej muzyki estradowej.   Zoo, które lubię i wspominam z sentymentem zaczyna się od utworu numer osiem. Tutaj wokalistą jest Robert Janowski, który po opuszczeniu Zoo śpiewał przez chwilę w Oddziale Zamkniętym a dzisiaj znamy go z programu telewizyjnego "Jaka do melodia?". "Zu zuzuzuzuzu zu", to chyba każdy pamięta :). Nagranie nie ma jeszcze elementów charakterystycznych dla "new romantic", ale to nowoczesny pop rock, z chwytliwym refrenem. "Na drzewie" okazało się największym przebojem grupy. Utwór zadebiutował na Liście przebojów Trójki w styczniu 1984 roku i w czwartym tygodniu pobytu na liście dotarł do ósmego miejsca. W drugim utworze "Biały szron" słychać już w tle przestrzenne klawisze i zapowiedź tego, co nastąpiło na kolejnym singlu formacji: "Romantyczna gra"/"Więcej sexu!'. "Romantyczna gra" to polski klasyk "new romantic" i nic mnie nie przekona, że jest inaczej :). Elektroniczna perkusja Simmonsa i syntezator Oberheim OB-8 to instrumenty, które definiują brzmienie tego utworu. Do tego dochodzi dobry, pasujący do całej koncepcji śpiew Janowskiego. Elektroniczny charakter ma również utwór "Więcej sexu!", ale efekt psuje moim zdaniem żenująco-infantylny tekst. Sama kompozycja też jest inna, trochę rapowana i bardziej dynamiczna, ale nie składająca się w sensowną całość.    Ostatnie nagrania Zoo pochodzą z drugiego wydanego singla "Znowu mam luz"/"Wszystko zacznij jeszcze raz" (1985). To kolejna wolta stylistyczna i powrót do pop rocka. Nie słychać już tutaj "noworomantycznych" klawiszy oraz elektronicznej perkusji. Brzmienie jest organiczne a na wokalu Janowskiego zastępuje Krzysztof Marzec, czyli "Pan Tik-Tak" :). Krzysztof Marzec na początku był gitarzystą w zespole Zoo. Po odejściu Janowskiego do Oddziału Zamkniętego, zastąpił go na wokalu. Ale formacji nie udało się uratować i w 1985 roku przestała istnieć. Krzysztof Marzec stał się w 1986 roku odtwórcą roli "Pana Tik-Taka" (Krzysia) w dziecięcym programie telewizyjnym Tik-Tak i na tym historia Zoo zakończyła się. Warto dodać jeszcze, że Krzysztof Marzec był bratem zmarłego niedawno Andrzeja Marca, znanego organizatora koncertów.   Na płycie "Ostatni remanent", oprócz kompozycji oficjalnie wydanych, mamy też siedem utworów bonusowych zarejestrowanych na próbach w latach 1982-84. To bardzo surowe nagrania, ale chwilami ciekawe, w większości śpiewane przez Janowskiego. Instrumentalna "Introdukcja" to kolejny przyczynek do elektronicznego popu. Podobnie jest w przypadku kompozycji "Związani razem" śpiewanej przez Janowskiego. "Dzikie palmy" są bardziej pop rockowe, instrumentalna "Mijanka" brzmi funkowo. Śpiewany przez Marca "Bujam się" to funkujący pop, w którym słychać trochę fałszów wokalisty. Na deser otrzymujemy dysk DVD z kilkoma filmowymi śladami nakręconymi przez Zoo w epoce. "Romantyczna gra" miała przecież swój teledysk, który dzięki temu wydawnictwu możemy sobie przypomnieć. Wszystko pod hasłem "ocalić od zapomnienia".   "Ostatni remanent" to zgodnie z tytułem rzeczywiście remanent, który na chwilę przenosi nas z powrotem do lat 80. Dzięki niemu jest szansa na ocalenia od zapomnienia tej formacji, która choć istniała krótko i nie ma na koncie regularnej płyty, to silnie zapisała się w pamięci ówczesnych nastolatków. Na pewno tak jest w moim przypadku. Zoo do dzisiaj traktuję jak niewykorzystaną szansę na polski zespół "new romantic". "Romantyczna gra" jest tego świadectwem. Wprawdzie to raczej moje myślenia życzeniowe, bo dla muzyków tworzących grupę, Zoo było jedynie przygodą a użycie elektroniki to efekt chwilowej mody. Mimo wszystko w mojej pamięci "Romantyczna gra" na zawsze pozostanie niezwykle udanym efektem tej mody, który stał się klasykiem polskiego electro popu. Samą płytę należy jednak traktować jedynie jak zbiór archiwaliów z dawno minionej epoki, który pozostawiam bez oceny.    Andrzej Korasiewicz 04.01.2026 r. {youtube}https://www.youtube.com/watch?v=rc-lDvNlzr0&list=RDrc-lDvNlzr0&start_radio=1{/youtube}
Więcej… Zoo (Grupa ZOO) - Ostatni remanent...
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
Image


kontakt@alternativepop.pl

  • Facebook
  • YouTube
  • Instagram
  • MIX
Patronite
|
Buy Coffee
Głosuj na listę przebojów Alternativepop.pl
Informacje
Recenzje
Relacje
Artykuły
Rankingi
Podsumowania
O Alternativepop.pl
Kontakt
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl